Różne sondaże i analizy, publikowane w mediach, alarmistynicznie informują o spadku czytelnictwa wśród Polaków. Ponoć mniej czytamy. Nie bardzo w to wierzę. Myślę że czytamy inaczej, a sumarycznie Polacy piszą i czytają więcej niż kiedyś. Problemem jest nadmiar słowa pisanego i związany z tym nadmiar tekstów miałkich, niedopracowanych, sensacyjnych i powierzchownych opinii. Tekstów wartościowych też jest zapewne więcej, tylko trudniej je znaleźć w powodzi książek, czasopism, tekstów internetowych.
Jak rozumieć napływające informacje spadku czytelnictwa? Przede wszystkim chciałbym wiedzieć jak zbierano dane i jak je analizowano. A więc poznać fakty i jeszcze raz je poddać analizie jak i samodzielnie wyciągnąć wnioski. Na alarm biją księgarze i wydawcy. Być może to oni odczuwają spadek sprzedaży książek. Przez telewizję, Internet, kina domowe współcześnie książka w mniejszym stopniu niż kiedyś spełnia funkcje rozrywkowe. W ostatnich latach wyraźnie zwiększył się rynek książek branżowych, specjalistycznych i „poradnikowych”. Można wnioskować, że po książkę częściej sięgamy szukając informacji i wiedzy a nie rozrywki. Jest to więc inne czytanie. Ale ostatnie badania czytelnictwa informują, że Polacy mniej czytają dłuższych tekstów. To zapewne efekt Internetu oraz tabloidyzacji prasy. To drugi aspekt tego, że czytamy inaczej ale wcale niekoniecznie mniej. Może nawet za dużo czytamy a za mało ze sobą rozmawiamy (czyli w kontakcie kameralnym i codziennym).
W jakimś sensie następuje dewaluacja słowa pisanego, wynikająca z nadmiaru tekstów i ogromnej obfitości „pisaniny” wokół nas. Dziecko od małego przebywa wśród liter, w rezultacie coraz większy odsetek dzieci idzie do szkoły…. umiejąc czytać. Łatwość publikowania zarówno papierowego jak i internetowego (niskie koszty publikowania/upowszechniania słowa pisanego) sprawia, że jest dużo piszących. Poza papierem teraz jest Internet z setkami tysięcy blogów, stron, forum dyskusyjnych, portali społecznościowych itd.
Niskie ceny tekstów i nadmiar piszących to w konsekwencji bezrobocie wśród dziennikarzy. Piszą szybko, bez dogłębnego poznania problemu (żeby się utrzymać finansowo), w rezultacie dziennikarzy typu R. Kapuścińskiego jest coraz mniej – a przynajmniej są mniej widoczni w tej powodzi powierzchownej bylejakości. Skoro jest tanio to jest i dużo.
Dla gazet papierowych i internetowych szansą jest pisanie społeczne. Skoro wielu „wolontariuszy” pisze, to teksty można brać za darmo. Redakcja staje się coraz bardziej wirtualna, a redaktorzy mogą komponować swoje „gazety” odpowiednio wybierając i linkując teksty (ilustrowane) z Internetu. Nie wiem czy podniesie to jakość, ale wolontariuszowi i dziennikarzowi społecznemu nie trzeba płacić. Na pewno nie trzeba regularnie. Z kolei dziennikarz „społeczny” pisze tylko wtedy, gdy ma ochotę, bo utrzymuje się z zupełnie innych źródeł. Nie przeciwdziała to grafomanii (piszą dla „sławy” a nie pieniędzy)… ale nie ma obowiązku czytania.
Na swoich indywidualnych komputerach coraz bardziej możemy być redaktorami i indywidualnie komponować zawartość naszej domowej-ekranowo komputerowej gazetki multimedialnej.
Te nowinki docierają także i do Olsztyna. Od jakiegoś czasu Nasz Olsztyniak zarówno w wersji elektronicznej jak i czasem w wersji papierowej, wykorzystuje blogujących olsztyniaków. Nasz Olsztyniak zebrał sporo lokalnych blogowiczów. Szkoda, że regularniej pokazuje tylko niektóre blogi. Ostatnio podobny pomysł realizuje portal (gazeta elektroniczna) Olsztyn – Portal Miejski. W obu znalazł się mój blog.

Z jednej strony to cieszy – bo moja pisanina będzie częściej czytana, z drugiej fakt ten trochę mnie krępuje. Pisanie na blogu staje się bardziej publiczne a mniej osobisto-kameralne. Świadomość „czytania” stresuje… A tu forma mojego bloga taka trochę przestarzała. Trzeba chyba będzie trochę go „ogarnąć” jak „do ludzi”.