Cywilizajca designerów

„Cywilizacja designerów, w jakiej żyjemy, jest jednym z wielu drugorzędnych efektów owej współczesnej pychy, kiedy człowiek myśli sobie, że wszystko zrozumiał, więc potrafi doskonale zaplanować otaczający go świat.”

Vaclav Havel

Zdjęcie zrobiłem kilka dni temu na al. Niepodległości. Symbolicznie komponuje z cytowanym fragmentem i "rozwojowymi" tendencjami widocznymi w Olsztynie. Obok kikuty wyciętych drzew (poza kadrem), widok zapomnianej reklamy, zaniedbany teren w okolicach Tartatu Raphalsonów, za rzeką Park Centralny który ma powstać, okrojony pod zabudowę domów. A wszystko to wygląda jak wygląda…. Postępowo i nowocześnie. Ale jest to "nowoczesność" sprzed półwiecza.

Niebawem głośny na całą Polskę wiosenny spływ płetwonurków. Przepłyną takimi właśnie fragmentami przez centrum Olsztyna. W ubiegłych latach pływałem kajakiem. Od strony wody widok jeszcze bardziej przygnębiający…

Hipertekst, drzewo jako spis treści

Pismo i książki tradycyjne wymuszają linearność przekazu. Zwój papirusu niewygodnie się przegląda. Książka z kartkami była dużum wynalazkiem i udogodnieniem szybkiego dociekania do treści.

E-booki to w jakims sensie powrót do epoki zwojów papirusowych. Oglądanie jak przez dziukę od klucza. Podobnie z układaniem treść wykładu w przentacji multumedialnej typu Power Point. Hipertekst czyli mozliwość nielinaernego (wielogałęzistego) przeglądania treści jest jakimś poszukiwaniem lepszego rozwiązania. Wadą hipertekstowego przeglądania jest możliwość "zabłądzenia" i zaplątania się w wątkach pobocznych i dygresjach.

Innym podejściem jest całościowy mind-maping. Długo pozostawał tylko w wersji odręcznego notowania. Prezentacja w programie Prezi idzie w tym kierunku. Jest zupełnie innym układaniem treści i kontrolowania całości. Kusi mnie, ale trzeba się wielu spraw technicznych nauczyć.

Inne ciekawe rozwiązanie znalazłem w książce Lucjana Pieli pt. „Idee chemii kwantowej” (Wyd. PWN, Warszawa 2006). Spis treści jest narysowany… w formie drzewa. Przypomina to trochę drzewo filogenetyczne.

„Każda książka jest tworem „liniowym”, tzn. wszystko musi iść w niej „po kolei” (przypomina o tym dobitnie numeracja stron książek). Tymczasem logika każdej książki naukowej jest inna, powinna być przedstawiana w postaci diagramu zależności [S.CZ.: dobrze to oddaje systemowy obraz wiedzy, wiedza jest systemem] pewnych rozdziałów do innych. Te właśnie zależności starałem się przedstawić w postaci drzewa. Jest ono niezbędne w studiowaniu książki. Autor prowadzi Czytelnika w jakimś kierunku i Czytelnik musi wiedzieć, co to za kierunek, czy ten kierunek jest mu w ogóle potrzebny, co będzie potem, jakie korzyści z tego wszystkiego ma on wynieść. Gdyby studiowanie nie wymagało trudu i czasu, można byłoby się obejść bez drzewa, ale tak nie jest. Wiedza jest czymś więcej niż zbiorem faktów i metod, kluczową rolę odgrywa zrozumienie, które pochodzi od struktury dziedziny oraz powiązań między faktami i między metodami. Drzewo ma eksponować właśnie te powiązania i strukturę całości. Znacznie lepszy od tradycyjnego układu liniowego książek jest hipertekst używany w informatyce. Ma on także strukturę drzewa, ale jak dotychczas obarczony jest innego rodzaju wadą: znajdując się na małej gałązce, nie mamy pojęcia, gdzie w skali całego hipertekstu jesteśmy, a nawet, jak gałązka wygląda.”

Pomysł jest na tyle ciekawy, że kusi aby go nasladować. Tym bardziej, że pokolenie wychowane na hipertekśtach oraz zagmatwanej sieci internegowego podróżówania przez wiedzę trawiło uz w mury uniwersyteckie.

Moje trzy grosze na Tydzień Otwartej Edukacji

I ja dorzucę swoje trzy grosze do Tygodnia Otwartej Edukacji (5-10 marca). Po pierwsze warto upowszechniać ideę otwartej nauki i edukacji, po drugie warto samemu się czegoś nauczyć.

Ruch na rzecz wolnej kultury, obejmujący zarówno naukę jak i edukację, jest wyrazem zmian kulturowych, technologicznych jak i w pewnym sensie elementem rozwoju zrównoważonego. Technologie informatyczne ułatwiają dostęp do wiedzy na niespotykaną skalę. Wpływają nie tylko na rozwój pogłębionej demokracji ale i na szerszy dostęp do wiedzy. Kulturę należy postrzegać jako dobro wspólne, z możliwością szerokiego dostępu i współuczestnictwa. Nie wszystko da się sfiskalizować i nie wszystko warto.

W tradycji akademickiej wykłady uniwersyteckie są otwarte. Każdy, nawet z ulicy, może przyjść i posłuchać (o ile jest miejsce). Na moich wykładach z ochrony środowiska już wielokrotnie widywałem okazjonalnie "nie swoich" studentów. Trudność jest tylko taka, że plany zajęć są hermetyczne i widoczne w zasadzie tylko dla studentów. Uniwersytet raczej stara się rozwijać wykłady otwarte, specjalnie przygotowane dla "obcych".

Sprzęt już na uniwersytecie mamy bardzo dobry. Pora nam się nauczyć wykorzystywać wszystkie możliwości. Na Tydzień Otwartej Edukacji zaproponowałem swoje dwa wykłady kursowe w formie transmisji internetowej. Wszystko dzięki współpracy z innymi jednostkami UWM. To mój kolejny krok w uczeniu się e-learningu i kształcenia ustawicznego, także w konwencji otwartej edukacji.

7 marca godz. 14.00-15.30 sala P13 (Collegium Biologiae – Wydział Biologii i Biotechnologii)  wykład z ochrony środowiska dla studentów biologii, tytuł wykładu "Stan środowiska w Polsce i problemy gospodarki wodą".

9 marca godz. 8-9.30 sala P6 (Collegium Biologiae – Wydział Biologii i Biotechnologii) , wykład z autoprezentacji dla studentów biotechnologii , "Jak pracuje mózg oraz trudności w komunikacji w świecie pokolenia cyfrowego”.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze pod względem technicznym, to wykłady będą transmitowane na stronie UWM (streaming). W przyszłości chciałbym we współracy z innymi jednostkami uniwersytetu już bardziej profesjonalnie i atrakcyjnie przygotować cykl krótkich wykładów (np. po 10 minut). No cóż, ciągle się trzeba czegoś nowego uczyć. Na uniwersytecie wszyscy są studentami :).

ps. Oczywiście, że mam tremę. Ale jak mam namawiać swoich studentów do trudnych i stresujących wyzwań (w tym wystąpień publicznych) jeśli sam nie wystawiam się na stres, tremę i obawy związane z wystąpieniami publicznymi?

Olsztyn jaki kocham

Olsztyn jaki kocham, to Olsztyn niepokorny, młodzieńczo zbuntowany, artystyczny. To Olsztyn niezwykłych i niebanalnych ludzi. To Olsztyn spotkań i rozmów. Bo miasto jest dla ludzi a nie dla samochodów :).

Taki Olsztyn znajduję w różnych miejscach, na przykład w czasie nocnego, studenckiego moalowania, jakże fikuśnie nazwanego "Nocnik". Inicjatywa studentów, którzy chcą się spotykać, malować, grać, dyskutować. Wślad za artystycznie nawiedzonymi studentami przychodzą i inni ludzie. Bo wszystcy szukamy miejsc niezwykłych, niebanalnych, unikalnych.

Rozwój zrównoważony miasta jest jest jakąś ulotną mrzonką. Jest tworzeniem przyjaznej dla ludzi przestrzeni, w której znajdują zaspokojenie swoich ważnych potrzeb. W takich miejscach chce się być – na stałe lub tylko turystycznie i przejazdem.

Pulaki z Wilni, Europa bez granic i unikalny klimat miasta

Tutejskość w Europie  coraz bardziej się zagnieżdża. Coraz więcej społeczności lokalnych poszukuje swojej niepowtarzalnej tożsamości i identyfikacji. Burzy to stare, skostniałe nacjonalizmy. Nie tylko młode pokolenie Warmiaków poszukuje swojej warmińskości.

Niedawno znalazłem blog a potem "mordościenkową" stronę Pulaków z Wilni. Mordościenka – to ich określenie na Facebook. Stworzyli ją młodzi Polacy z Litwy. Piszą tak, jak mówią w domu i na podwórku. Poza gwarą znają polski, litewski, najpewniej i rosyjski oraz angielski. Używają (i ożywiają) gwary wcale nie dlatego, że nie znają języków lub są niewykształceni. Mają duże poczucie humoru i nie mają kompleksów. Mają dość traktowania jako gorszych Polaków z Kresów, mają dość bycia gorszymi "Litwimami". Chcą być sobą. Wilno to dla nich stolica Pulaków.

Gwara jest czymś żywym. Ciągle się zmienia, zwłaszcza w regionach pogranicza z ciągle zmieniającymi się wpływami. Sam mam rodzinę na Kresach i widzę, że każde pokolenie mówi trochę inaczej. I to jest piękne i autentyczne.

Kocham Europę bez granicy. Żeby pojechać do Wilna, wcale nie muszę "zdobywać" tego miasta czy przesuwać granic. Wsiadam do autobusu i bez paszportu jadę. Bo Europa jest przede wszystkim wartością, jest solidarnością i pięknem w różnorodności, oryginalności, niepowtarzalności. A teraz mogę jeszcze łatwiej – poprzez FB kontaktować się z ludźmi, posłuchać gwary i unikalnego, kresowego dowcipu.

Wilno to miasto pełne wielokulturowego humoru i miasto atystów. Marzyłbym, aby Olsztyn zmierzał w takim kierunku. Tym co przyciąga turystów i cieszy mieszkańców są… niebanalni ludzie.

Jutro mam zajęcia na studium podyplomowym. Jedna ze słuchaczek przyjeżdża… z Wilna. Europa stała się mała… a przez to wielka. Kocham taką Europę, gdzie sami swoi czują się u siebie. Globalizacja skutkuje większą różnorodnością i wzmacnia lokalność. Taki globlokalizm. 

Tuż obok buspasów czyli o zawiłych drogach konsultacji społecznych i ekorozwoju

Tuż obok wyciętych drzew na Alei Warszawskiej, w miejscu gdzie planowany jest buspas, przechodzę niemalże codziennie od kilku lat. To moja droga do pracy. Korków tam nigdy nie widziałem. Codziennie widzę natomiast mordęgę pieszych…

Z osiedla Mleczna do Kortowa codziennie wędrują w jedną i drugą stronę setki ludzi. Od roku jest już nieco lepiej, bo zrobiono chodnik między kościołem a stacją paliw, na skraju dawnego, osuszonego Jeziora Płuciduga Mała. Ale asfaltowy chodnik wzdłuż Warszawskiej często zalany jest kałużami tak, że nie można przejść. Woda w asfalt nie wsiąka (prawa fizyki są nieubłagane), a sam chodnik jest od lat źle wyprofilowany. Omijając kałuże chodzi się po błocku, które kiedyś było trawnikiem. Dla urozmaicenia, przejeżdzające samochody ochlapują brudną wodą z jezdni. No ale przecież niecodziennie u nas pada i w ciepłą i suchą podogę jest całkiem sympatycznie… 

Można wybrać innę drogę, przez groblę na osuszonym jeziorku. Ale kiedy ponad pół roku temu podniósł się poziom wody, w miejscu sympatycznej ścieżki pojawiły się "taplary". A że szlak dla ludzi jest ważny, to radzą sobie jak mogą. Ten przyniesie starą pytę chodnikową, tamtem drzwi, inny weresalkę. Ostatnie zimowe tygodnie były dobre, bo wszystko zamarzło. Ale dzisiaj już widać wiosnę i ścieżka tuż obok wielkiej buspasowej inwestycji za 30 milionów staje się ponownie nie do przejścia. Górne zdjęcie zrobiłem dzisiaj, dolne – późną jesienią. Po co kosztowne i w zasadzie zbędne inwestycje, gdy brakuje niekosztownych a potrzebnych usprawnień dla mieszkańców Olsztyna?

Nie zamierzam narzekać lecz postawić pytanie: dlaczego konsultacje społeczne nie przynoszą dobrych rezultatów? Dlaczego nie służą zdniagnozowaniu problemów i uwzględnieniu potrzeb mieszkańców przy inwestycjach? Czy są robione tylko po to, żeby były?

Z całą pewnością w ostatnich latach odnieśliśmy duży sukces w popularyzacji wiedzy. Ale pewne dziedziny bez wątpienia zostały zapomniane i leżą odłogiem. Szerokiego upowszechniania wymagają: ekonomia i socjologia. Jeśli nie rozumie się funkcjonowania miasta, nie rozumie się rozwoju zrównoważonego, czy nie rozumie się socjologizcnych aspektów funkcjonowania społeczności, wtedy ani konsultacje nie są skuteczne, ani inwestycje nie są trafione.

W upowszechnianiu wiedzy i pozaformalnym kształceniu ustawicznym wiele zostało do zrobienia. Trzeba więc zakasać rękawy…

Żółty grzebień, drzewa i samochody czyli o nowoczesności i zacofaniu (na przykładzie Olsztyna)

Dorzucę i ja swoje trzy grosze do dyskusji i wyciętych drzewach, buspasach, o nowoczesności i zacofaniu. Bo to, co dzieje się w Olsztynie, to lokalny przykład zmian globalnych. Ogólnoświatowe trendy dostrzec możemy nawet w naszym miasteczku, a protesty i dyskusje są jak najbardziej sensowne.

Ale zacznę od mojego dzieciństwa. Wtedy naśmiewaliśmy się z chłopaków ze wsi, którzy chodzili z dużymi grzebieniami, wystającymi z tylnej kieszeni spodni. Taki żółty grzebień był dla nas synonimem zacofania i zapóźnionego awansu społecznego. Wtedy nazywaliśmy to "buractwem", "obciachem". W tym określeniu kryła się kpina i własne dowartościowywanie się, jako tych bardziej postępowych, modnych, "na czasie". Grzebienie, lustra i mydło każdy miał w domu, nie trzeba się było z tym obnosić i demonstrować "ja mam".

A przecież w czasach powojennych podstawowe przybory, takie jak grzebień czy lusterko, były luksusem. Natomiast dla wielu z głębokiej i biednej prowincji stały się synonimem awansu do lepszego, nowocześniejszego świata. Tyle tylko, że to co wczoraj było nowoczesnością i postępem, dzisiaj jest przebrzmiałą modą a jutro stanie się ośmieszającym zacofaniem.

Zwolennicy wycinania drzew w imię postępu określają proekologcznych zwolenników ekorozwoju jako zacofanych "wsiunów", oszołomów. Bo dla nich synoniemem postępu jest samochód. Zastanówmy się jednak, kto tu jest zacofany.

Samochody to lata 50. dwudziestego wieku. Wtedy przemysł motoryzacyjny dał ogromny impuls do rozwoju światowego. Samochód był jedną z ikon społeczeństwa wolnego rynku, rozwoju i konsumpcjonizmu. Jeszcze dzisiaj dla wielu Polaków, pamiętających biedę Polski Ludowej, samochód jest wyznacznikiem bogactwa, sukcesu i awansu społecznego. Mieć samochód, to znaczy być kimś ważnym. Nawet gruchot, ale żeby był samochodem.

Przedłużający się kryzys gospodarczy, protesty "oburzonych" i szkodliwe dla ludzi zanieczyszczenie środowiska, a także poszerzające się obszary biedy na świecie, skłoniły ludzkość do refleksji. Nowszym i modniejszym od konsupcjonizmu jest ekorozwój czyli rozwój zrównoważony. Pojęcie to zostało zdefiniowane dopiero u progu lat 80. XX wieku. W ostatnich dziesięcioleciach najbardziej rozwinięte kraje znacznie się zmieniły. Teraz my ze swoim kultem samochodu i buspasami na skraju miasta wygladamy jak… wieśniak z żółtym grzebieniem. Teraz modne i nowoczesne jest pokazywanie rozsądku w konsumpcji a nie siły nieograniczonej konsumpcji. Może jeszcze inny przykład, w biednych krajach ludzie cały swój dobytek wkładają na siebie, aby pokazać całemu swoje "bogactwo" w postaci drogich butów, sukienki czy złotej bizuterii…

W XX wieku społeczeństwa uznały konsumpcjonizm za podstawę rozwoju, za wyznacznik postępu i największą wartość. Skutki tego właśnie boleśnie odczuwany, nawet w formie zmian klimatu i wynikających z tego kataklizmów naturalnych. W wieku XXI co innego staje się dla nas wartością.

Konsupmpcjonizm to nadmierne i bezrefleksyjne zużywanie dóbr materialnych i zasobów przyrody. Przykłady na codzień możemy zobaczyć w Olsztynie, gdzie w imię konsumpcyjnej idei postępu niszczymy zieleń i pogarszamy warunki życia ludzi. Reklamy dzisiaj są przede wszystkim synonimem dobrobytu a nie informacją o produkcie czy usłudze. Dlatego Olsztyn zatkał się samochodami i szpetnymi reklamami, błyszczącymi, migającymi, kolorowymi. Brzydota, brak parków i błoto samochodom nie przeszkadza… ale ludziom tak!

Walka z konsumpcjonizmem stała się sposobem tworzenia świata zgodnego z ekorozwojem (rozwojem zrównoważonym), a więc z uwzględnieniem jakości życia (nie ilość lecz jakość). Na całym świecie ściera się konsumpcjonizm z nowym, nowoczesnym stylem życia, określanym jako rozwój zrównoważony (np. zrównoważony transport). Na tle najbardziej rozwiniętych krajów, to co dzieje się w Olsztynie, to przykład zacofania i cywilizacyjnego zapóźnienia. Popełniamy te same błędy, które inni popełnili 20-30 lat temu. Czy olsztynianin będzie przed i po szkodzie głupi?

Przemysł motoryzacyjny w dawnych dziesięcioleciach zyskał wymiar kultowy dla konsumpcjonizmu. Ale nadmierny ruch samochodowy stał się jednocześnie jedną z głównych przyczyn zanieczyszczenia środowiska, w którym żyją ludzie. Brudne, przesycone spalinami i hałasem miasta są bardziej przyjazne dla samochodów niż dla ludzi (ich zdrowia fizycznego i psychicznego). Olsztyn jest tego znakomitym przykładem. Chociażby w sporze czy Starówka ma być parkingiem czy strefą wolną od ruchu samochodowego (ale dla ludzi!).

O ile udało się w Polsce zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza, powodowane emisjami przemysłowymi i ciepłowniczymi, to emisja tlentów azotów, pochodząca z transportu nasila się.

Czy miasto i transport jest dla ludzi czy też miasto i ludzie dla samochodów? Kto jest więc w tym naszym lokalnym sporze o drzewa zacofanym "wieśniakiem" a kto postępowy i nowoczesny?

Dla tych, co jeszcze mają wątpliwości lub chcą sięgnąć po więcej, polecam łatwo dostępną książkę:

Coś do pooglądania przed wykładem z ochrony środowiska

Rozpocząłem wykłady z ochrony środowiska dla studentów biologii (licencjat). Poza informacjami i faktami główny nacisk jak zwykle położony będzie na zrozumienie tego, co wokół nas się dzieje … i ma związek ze stanem środowiska przyrodniczego w szerokim sensie. Czyli jaki związek ze stanem środowiska mają protesty "oburzonych", jaki związek z kryzysem finansowym, klęskami żywiołowymi a nawet jaki jest związek między sprzeciwem wobec ACTA a ochroną środowiska. Daleko jedno od drugiego, czyli co ma piernik do wiatraka? Elementem łączącym jest konsumpcja i przestrzeń publiczna (zasoby publiczne to nie tylko dostęp do wiedzy i kultury).  

Potrzeba nabywania luksusowych artykułów wynika z utożsamiania konsumpcji z awansem społecznym. Z tego powodu zadłużamy się, aby kupować zupełnie zbędne urządzenia, stawiamy samochód pod blokiem (bo w Polsce samochód jest jeszcze synonimem zamożności i sukcesu) oraz budujemy w Olsztynie buspasy w miejscach zupełnie zbędnych. 
W tradycji akademickiej wstęp na wykłady jest wolny, można więc przyjść i posłuchać (sala P13, środy 14.00-15.30). W przyszłym tygodniu, w ramach Tygodnia Otwartej edukacji jeden z wykładów chyba uda się transmitować w internecie. Bo nie ma co po próżnicy ględzić o otwartej edukacji, trzeba próbować ją realizować w każdych warunkach i powoli uczyć się wykorzystywać dostępne technologie.
A dla studentów lektura do obejrzenia i przemyślenia, w ramach uzupełnienia wykładów i materiałów na ćwiczenia. 

Bookcrossing – czyli Olsztyn jaki lubię

W mediach dominuje narzekanie i kronika wypadków. Nasze olsztyńskie lokalne i regionalne gazety papierowe i elektroniczne, radia i telewizje wiernie trzymają się tego nurtu. Ta specyficznie rozumiana „misja publiczna” nie objaśnia i nie wyjaśnia świata, nie pokazuje realnego życia. Obywatelski, codzienny Olsztyn żyje gdzieś „w podziemiach”, nie zauważony ani przez media, ani decydentów.

Kilka dni temu, w sklepie osiedlowym Samba, zauważyłem obszerną półkę bookcrossingową (na zdjęciach). To przykład obywatelskiego tworzenia przyjaznej dla ludzi przestrzeni publicznej. W tym budynku była kiedyś biblioteka, ale przeniesiono ją do pobliskiego obiektu. Teraz między sklepami z kosmetykami, drobiazgami, między fryzjerem a krawcową, w piwnicznym korytarzu stanęła półka z książkami. Taka darmowa, społeczna biblioteczka z klimatami bookcrosssingu. W supermarkecie i galerii handlowej takich nie spotkasz.

Nie jest to jedyna półka bookcrossingowa w Olsztynie. Od lat funkcjonuje w Starym Ratuszu. Inną od dłuższego czasu widzę w budynku WSIiE na ul. Jagiellońskiej, a kiedyś studenci biologii zorganizowali taką półkę przy bibliotece wydziałowej w Kortowie. Sam założyłem kilka lat temu podobną w podolsztyńskim pensjonacie. Miejsc do bookcrossingu jest zapewne więcej… ale o nich się nie pisze. I nic dziwnego, że jak ktoś założy kolejną to ogłasza mediom, że powstała „pierwsza w Olsztynie” (a te z namaszczeniem to wszem i wobec komunikują). Bo i skąd mieliby wiedzieć o już funkcjonujących?

Bokkcrossing to jeden z wielu przykładów obywatelskiego odzyskiwania przestrzeni publicznej. Jest jedną z wielu prób uporządkowania wspólnej przestrzeni miejskiej, aby służyła wzajemnym kontaktom międzyludzkim, formą wolontariatu i niskonakładowego dzielenia się dobrami i wiedzą. To ostatnie znacząco służy ochronie przyrody i środowiska.

Protesty przeciw ACTA zaskoczyły polityków (bo ci czytają namiętnie media narzekające i uroczystujące*). Nowe pokolenie walczy o przestrzeń publiczną i niekomercyjne dzielenie się kulturą i wiedzą nie tylko w Internecie.

Innym przykładem są studenci sztuki, którzy już po raz kolejny zorganizowali w olsztyńskiej kawiarni Nocnik czyli wspólne malowanie, całonocne (zobacz zdjęcia), z muzyką. Ale o tej, w gruncie rzeczy awangardowej imprezie, nie można było przeczytać w olsztyńskich mediach (ważniejsze są wypadki drogowe i gadające, polityczne głowy). A i tak zawitały tłumy, zaciekawionych jak powstaje sztuka. Tłumy młodych ludzi chciało malować, tłumy młodych i starych chciało to zobaczyć…

Inni młodzi ludzie urządzają happeningi w obronie wycinanych drzew. A przecież nie o same drzewa idzie, ale o przestrzeń publiczną w mieście, przestrzeń przyjazną mieszkańcom. Żeby jednak władza mogła tworzyć przestrzeń przyjazną i funkcjonalną, wcześniej musi rozumieć otaczającą nas rzeczywistość i procesy w niej zachodzące. A gdzie ma się tego nauczyć, zapoznać, pokontestować? Z kroniki wypadków i uroczystych, oficjalnych spotkań lub narzekania na wszystko i wszystkich? Jeśli jest jakaś klęska żywiołowa, to media pokazują narzekających („panie premierze jak żyć”), że coś nie tak, a nie ratowników przy pracy lub organizujące się społeczeństwo obywatelskie wokół problemu i zadań…

Ech, chciałoby się w naszych mediach więcej popularyzacji wiedzy (a więc opisywania i objaśniania świata wokół nas) i pozytywnego informowania o rodzącym się społeczeństwie obywatelskim. Krew, seks i skandale już po prostu nużą, pomijając wynaturzony obraz rzeczywistości. O wiele ciekawsza jest wiedza, co udowadniają oblegane muzea interaktywne i pikniki naukowe czy nawet uniwersytety trzeciego wieku.

* uroczystujące – taki jednorazowy neologizm, dla wskazania zaiteresowania „ważnymi” uroczystościami z obecnością władz różnego kalibru)