Błogosławione szaleństwo naukowców

„Uczony bez zwariowanych idei (z których tylko co setna, może co tysięczna ma w ogóle jakiś sens) nigdy nie będzie liczącym się badaczem”.

Prof. Witold Karczewski

„Żeby dostać się na szczyt, gdy chodzi o oryginalne badania, trzeba być wariatem, gdyż tylko wariaci wciąż próbują (…). Tylko wariat może wpadać w podniecenie z powodu setnego pomysłu, ale może się zdarzyć, że dopiero za setnym razem wreszcie coś się uda. Jeśli nie jesteś dostatecznie zwarowanym, by wciąż się podniecać, zabraknie ci motywacji, nie będziesz miał dość energii, by dalej to ciągnąć. Bóg wynagradza wariatów.”

Martin Hellmann

W powyższych cytatach nie chodzi o zbiurokratyzowaną naukę, rzemieślników i wyrobników standardowych prac laboratoryjnych. Nie chodzi także o szaleństwo dosłowne, jako chorobę psychiczną. Chodzi o kreatywność, niezależność i pryncypialność w dochodzeniu do prawdy o świecie.

W swojej książce („Nauka – co to takiego. Cele, podstawy, reguły”), entomolog Roman Hołyński tak podsumowuje charakterystykę „idealnego” naukowca, posuwającego wiedzę znacząco do przodu:

(…) ma szerokie zainteresowania „bierne”, ale i konsekwentnie sprecyzowane „czynne”; dużo czyta (nie tylko specjalistyczne opracowania ze swojej dziedziny, ale i nie tylko internetowe „wikipedie”); nie boi się trudnych problemów, ale i nie lekceważy „kosmetycznych uzupełnień”; jest „otwarty” na wartościowe „nowinki”, ale i odporny na mody i formalistyczne „standardy”; liczy się ze zdaniem innych, ale chce i potrafi bronić własnego; chętnie dyskutuje używając (ale i oczekując od partnera) rzeczowych argumentów a nie sloganów i „wycieczek osobistych”; jest wytrwały i skłonny do poświęceń w dążeniu do okrywania prawdy; ocenia siebie i innych „według naukowej wartości osiągnięć, a nie schematycznych formalnych wskaźników; i „zajmuje się tym na czym się zna” przez całe życie, zdobywając i „docierając” wiedzę i doświadczenie zarówno w wieku 15 lat jak i 100 lat, będą dopiero ciekawym świata uczniem albo już sławnym laureatem Nagrody Nobla, jako lekceważony „amator”, dobrze usytuowany pracownik naukowyc poważnej instytucji lub szanowany emeryt.

Na koniec wypada postawić pytanie, dlaczego tak mało jest „idealnych naukowców”, czyli jak to się dzieje, że na uniwersytetach więcej jest biurokratów niż "szalonych" naukowców? Czy to wina złego kształcenia, wadliwego systemu awansu, czy może właściwości naszego świata, który nie zniósłby zbyt wielu szaleńców naukowych w jednym miejscu?

O powinności naukowca

Kończę czytać sympatyczną książkę Romana Hołyńskiego pt. "Nauka – co to takiego? Cel, podstawy, reguły". Bardzo sympatyczna opowieść dla każdego, a zwłaszcza dla ludzi którzy parają się badaniami naukowymi lub chcą zajmować się nauką (w sensie badania rzeczywistości).

W jednym z ostatnich rozdziałów ("Recepta na naukowca") autor omawia cechy, jakimi powinien odznaczać się dobry pracownik nauki: ciekawość świata, zamiłowanie do łamigłówek, pokora, zarozumialstwo, sceptycyzm, arogancja, upór, szaleństwo, pracowitość, lenistwo, instynkt sportowy, ucieranie. Z samych tych słów nie sposób wywnioskować co Autor ma na myśli – koniecznie trzeba przeczytać całość wywodów!

Ale teraz chciałbym przytoczyć kilka reflekcji, dotyczących powinności:

"Decydując się na karierę naukową uznaliśmy się za kompetentnych (…) w wybranej dziedzinie, i zrzec się tych uprawnień możemy tylko w jeden sposób: wycofując się z działalności naukowej." A to oznacza, aby bronić własnego zdania a nie być oportunistą. "W tej sytuacji poważny i uczciwy badacz (zwłaszcza nie dość bogaty aby samemu finansować swoje badania i publikację wyników) stoi przed bardzo trudnym wyborem między moralnym dyskomfortem oportunisty a niewesołą perspektywą "naukowego samobójstwa."

Jednak niech przyświeca nam maksyma Georga Bernadra Shawa "człowiek rozumny dostosowuje się do świata; nierozumny upiera się przy próbach przystosowania świata do siebie – dlatego cały postęp jest dziełem ludzi nierozumnych". Oczywiście chodzi to o nieco inną nierozumność niż brak wiedzy czy inteligencji :).

Stan środowiska w Polsce, prezentacje publiczne i Tydzień Otwartej Edukacji

Uniwersytet jest miejscem ciągłego uczenia się, nie tylko studentów, ale i kadry. O e-learningu od dawna mówi się sporo… i na mówieniu zazwyczaj pozostaje. Na co dzień amatorsko i doraźnie można jednak wypróbowywać pojawiające się możliwości i narzędzia. Niejako z marszu, z okazji Tygodnia Otwartej Edukacji, spróbowałem transmisji zwykłego wykładu, w zwykłej sali. Udało się przełamać podstawowe trudności techniczne. Była oczywiście trema i strach. A teraz pozostanie uczenie się na własnych błędach, które z boku lepiej widać.

Teraz można zobaczyć siebie z drugiej strony (dzięki współpracy z filmowcami i technikami). To aspekt szkoleniowy. Z boku lepiej widać własne błędy, w tym błędy językowe. Ale skoro uczę studentów wystąpień publicznych, to jak miałbym ich przekonać do nagrywania ich wystąpień, gdyby sam tego na sobie nie przećwiczył? Ponadto ich wystąpień nie będę upubliczniał. Niech więc moje będzie "studium przypadku", do obejrzenia i wspolnego komentowania. 

http://uwm.tv.pionier.net.pl/Player/Player.ashx?group=148&sort=1&mode=vod&logopos=2&layout=36&id=993

Codzienność naszych sal jest taka, jak widać. Nawet sprzęt się może zepsuć :). Ale nie ma tego złego, czego w celach dydaktycznych nie można byłoby wykorzystać.

Tradycyjne wykłady  odejdą niebawem do lamusa. Trzeba uczyć się nowych form. Wykład jednak będzie trzeba nagrywać w innym miejscu, podzielić na małe, samodzielne części, zmiksować ze slajdami i dopiero w takiej formie udostępniać. Zatem jestem dopiero na początku drogi…

Biologia dla polityków

Kształcenie w zakresie nauk przyrodniczych jest niezwykle ważne. Bo jest to podstawa rozumienia świata i najprostszych zjawisk. Nasze szkoły są mocno niedoposażone i niedoinwestowane w zakresie nawet prostych laboratoriów, pozwalających wykonywać eksperymenty. A bez eksperymentów nauka będzie bardzo powierzchowna i będzie owocowała w "pancerne brzozy" i "bąble helu" lansowane przez ważne publicznie osoby.

Wpadła mi w ręce stara książka, polityka który się na wszystkim zna i na wszystkie tamaty ma niewzruszone, apodyktyczne zdanie. Mam na myśli p. Janusza Korwin-Mikke i jego książkę pt. "Vademecum ojca" (Wydawnictwo Panta, Sosnowiec 1995). Gdy przeglądałem tę książkę otworzyła mi się ona na eseju (rozdziale) "Patrylinearność". Autor uzasadnia wyższość patrylinearności nad matrylinarnością, powołując się na dziedziczenie biologiczne. Nie zbulwersowały mnie poglądy Autora poradnika dla ojców, ale jego wiedza w zakresie biologii. Dotyczy to prostej wiedzy ze szkoły podstawowej, z biologii (genetyka mendlowska). W zasadzie rzeczy podstawowe. I cóż on tam pisze? 
"Uzasadniony [partylinearyzm i dziedziczenie majątku w linii męskiej] on był tym, że syn (a także wnuk po mieczu) na pewno dziedziczył po ojcu wszystkie geny związane z chromosomem Y." Jak na razie wszystko dobrze, pomijając różnorodne skoki w bok, w wyniku których syn nie koniecznie dziedziczył geny po urzędowym ojcu. Pan Korwin-Mikke pisze dalej tak "Oczywiście, córka mogła po ojcu nie dziedziczyć żadnego geny, a jej córka tym bardziej." No i zbaraniałem. Albo jest to dowód poważnych braków w przyrodniczym wykształceniu autora książki, albo są to zabiegi retoryczne umyślnie zafałszowujące fakty (w nadziei na głupiego i niedouczonego czytelnika). 
Bo nawet jeśli jest to skrót myślowy i odnosi się do chromosomu Y (chromosom płci, dziedziczony tylko w linii męskiej), to i tak pozostaje jeszcze ponad 20 innych chromosomów. Córka dziedziczy połowę genów po ojcu, połowę po matce. Co więcej, wbrew wywodom pana Janusza każde dziecko (i syn i córka) dziedziczy po matce większą połowę. Bowiem poza jądrowym DNA materiał genetyczny znajduje się także w mitochondriach, a te pochodzą tylko z komórki jajowej*. Wspominany Autor pisze "Niestety! Sytuacja nie jest symetryczna!". Z tym się można zgodzić, tylko ta niesymetryczność dziedziczenia jest akurat przeciwna, do tej, jaką udowadnia cytowany polityk. A uzasadnia wyższość dziedziczenia majątku w linii męskiej nad żeńską, powołując się na geny.
Wiedza biologiczna bywa wykorzystywana przez polityków różnej maści do udowadniania różnych tez. Pal licho poglądy, czy to feministyczne czy antyfeministyczne czy jakiekolwiek inne. Nie tego dotyczy mój wpis na blogu. Kochani (to do niewzruszenie apodyktycznych i "nieomylnych" polityków), douczcie się, bo hadko patrzeć (jak mawiała moja ś.p. babcia). 
Przytoczyłem przykład jeden z wielu. Ale daje on obraz ogromnych braków w kształceniu z zakresu nauk przyrodniczych w szerokich kręgach społecznych. Wiedza naukowa nie ma poglądów politycznych, nie jest ani reakcyjna, ani liberalna, ani "kościelna" ani "antykościelna". Nie można oszczędzać na elementarnej edukacji w małych szkołach. Jedno Centrum Nauki Kopernik nie wystarczy.
* Współczesna genetyka i biologia molekularna jeszcze bardziej komplikuje reguły dziedziczenia. Nie miejsce tu jednak na tak subtelne wywody. Przecież nie wymagam najnowszej wiedzy a jedynie takiej, jakiej uczono 30-40 lat temu.

Uczyć, aby umieli zadawać pytania

"Trzeba młodych ludzi uczyć, żeby byli elastyczni, a nie konserwatywni w myśleniu. Żeby zadawali pytania, a nie zapamiętywali odpowiedzi."

Miłosz Brzeziński

O wiele łatwiej odpytać z tego co uczniowie/studenci zapamiętali niż sprawdzić czy potrafią zadawać pytania. No cóż, to co wartościowe nigdy nie jest łatwe.  Nauczyciel (szkolny czy akademicki) dużo musi robić w oparciu o własne sumienie i poczucie misji. Bo system nagradzania i awansu (doceniania) raczej nie ocenia pod kątem tego, czy wykładowca nauczył myślenia i zadawania pytań. Być może dlatego nasze szkoły wyglądaja tak biednie pod względem wyposażenia pracowni biologicznych, geograficznych, fizycznych, chemicznych itd.

Stopień przyswojenia wiedzy można stopniować następująco: wiem, rozumiem, działam. Wtedy, gdy zadajemy pytania, to rozumiemy (zaczynamy rozumieć i wbudowywać informacje w swój system wiedzy). I chodzi o pytanie nie do nauczyciela, ale pytanie "do świata", aby poprzez szukanie źródeł, eksperymenty, obserwacje i logiczne myślenie znajdować odpowiedzi. Nie chodzi tu o pytanie typu "która godzina".

Wpis wielkopostny z dygresją o misji uniwersytetu

Poprzez różnorodne media codziennie bombardowani jesteśmy nadmiarem informacji oraz jeszcze większą ilością substytutów informacji (spam). Nic dziwnego więc, że wzrasta potrzeba pustelni i przemyśleń w samotności i ciszy, w odizolowaniu od natłoku i nadmiaru newsów. Hałas informacji paraliżuje. To istna dżungla wiedzy, przez którą nie sposób przebrnąć. Potrzeba przewodnika. Takim przewodnikiem może być uniwersytet i mądrzy profesorowie (w sensie pracownika uniwersytetu a nie tytułu i stopnia naukowego). Bo we współczesnym świecie uniwersytet i kadra powinni być takim mędrcem i przewodnikiem. Nie zapominając o innych przewodnikach po wiedzy i mądrości. Ja skupiam się tylko na uniwersytecie.

Idziemy na studia nie po informacje (te łatwo zdobyć) ale po mądrość, po umiejętność rozumienia tych informacji i umiejętność selekcji informacji (oddzielaniu wartościowych i ważnych od spamu i reklamy). Idziemy na studia po poradę jak odróżnić ziarno od plew.

Nauka i wiedza tworzy się w odosobnionych „klasztorach”. Nie przypadkiem współczesne uniwersytety mają swoje korzenie w klasztorach. Dla twórczości potrzebujemy wyciszenia i częściowego odosobnienia. Tak jak post poprzedza czas radości i obfitej konsumpcji.

Trzecia kultura to naukowcy w roli dziennikarzy i mędrców-pustelników. To forma komunikacji i dialogu społecznego. Dziennikarze informują i objaśniają świat. Naukowcy – poznają i objaśniają świat. I informują, ale zazwyczaj tylko swoje środowisko eksperckie, w wąskim kręgu innych naukowców z danej dyscypliny. W szerszym kręgu informują jako trzecia kultura: upowszechnianie wiedzy i tak zwana popularyzacja. Systematycznie rola upowszechniania wiedzy rośnie. Rośnie także zapotrzebowanie na „upowszechniaczy”.

Na naszych oczach tradycyjne media zamierają. I jest kilka tego przyczyn, nie tylko „zestarzenie” się papieru na korzyć Internetu. We współczesnych mediach za dużo jest szumu, spamu i reklamy, za mało treści i mądrości. Myślę, że w najbliższych dekadach media będą utrzymywały się z wiedzy a nie reklam. Muszą więc nauczyć się zaspokajać potrzeby czytelników (odbiorców) a nie reklamodawców. Reklam (mało wiarygodnych) mamy przesyt, wciskają się każdą dziurką i szparką pod drzwiami. Rzetelnej i wiarygodnej wiedzy natomiast brakuje. Ten reklamowy spam wciska się wszędzie. Na przykład szkolenia metodyczne dla nauczycieli w większości składają się z promocji wydawnictw i lokowania produktów a nie szkoleń sensu stricte. Przykłady można mnożyć.

Media utrzymają się nie ze względu na swoją „taniość” (zapewnianą przez opłaty reklamodawców), ale z powodu poczucia współodpowiedzialności redakcji i czytelników za „misję” i przekaz treści. Byle czego za wysoką cenę nie kupimy. Tu jest miejsce na dziennikarstwo obywatelskie: chwilowi eksperci, dostarczający wiarygodnych informacji. Ktoś musi tylko redagować (rzetelnie i z sensem).

Naukowcy mogą być takimi „dziennikarzami obywatelskimi” (m.in. trzecia kultura). A uniwersytety mogą uczyć rzetelnego wypowiadania się o świecie. Nauczyć poznawać i objaśniać świat.

O śmieciach w mieście, edukacji szkolnej i kształceniu ustawicznym

Wiosenny obrazek z centrum miasta wojewódzkiego, w pobliżu ważnych urzędów… aleja z ławkami, koszami na śmieci, a tuż obok na trawniku sterty długo zalegających śmieci. To wstęp do rozważań o edukacji, kształceniu ustawicznym i pozaformalnym, oraz olsztyńskim uniwersytecie.

Zalegające śmieci są dyskomfortem. Rodzą negatywne odczucia. Ale ja skupię się na refleksji i próbie interpretacji. Zaśmiecenie centrum miasta w sąsiedztwie licznych koszy na śmieci, wskazuje na dość poważne problemy z funkcjonowaniem w mieście (objaw choroby i społecznych niedomagań). Ktoś czegoś nie umie. Po pierwsze ciekawe kto i czego, po drugie dlaczego. Z tego może wynikac trzecie: jak temu zaradzić.

Często z wyraźnym poczuciem wyższości odnosimy się do dawnego systemu kształcenia, wyśmiewając się z uczenia się na pamięć fragmentów książek. No bo po co wkuwać na pamięć to, co łatwo odczytać z książki? Jedyna korzyść, to ćwiczenie pamięci? No dobrze, ale czy my, w XXI wieku, jesteśmy mądrzejsi i efektywniejsi? Czy teraz, my bardziej profesjonalni i oświeceni, uczymy rzeczy potrzebnych?

Programy szkolne (od przedszkola po uniwersytet) przepełnione są treściami w dużym stopniu mało potrzebnymi. Wkuwanie dla samej zasady? Może w celach ćwiczenia pamięci lub zdolności budowania indywidualnego systemu wiedzy, indywidualnego obrazu świata? A co z umiejętnościami potrzebnymi w życiu społecznym i pozaszkolnym? Przecież szkoła powinna uczyć "do życia" a nie dla samej siebie? W systemie szkolnym, z tak przeładowanymi programami i wypełnionym czasem, nie uczymy rzeczy potrzebnych na codzień. Ot na przykład taniec – korzystamy z tej umiejętności przez całe życie, ale w szkole się tego nie można nauczyć – umiejętności niezwykle przydatnej w życiu społecznym. Braki spychają na margines, do kąta, wiele osób, przyczyniając się do ich osobistego dyskomfortu jak i niskiej jakości życia towarzysko-zawodowego.

Wracając do powyższego zdjęcia: jak wiele osób nie potrafi skorzystać ze zwykłego kosza na śmieci? Przecież to takie teoretycznie proste. Ale skutki braku tych prostych umiejętności są widoczne i denerwujące. Jak wiele jest w naszej edukacji luk i zapominania o kompetencjach społecznych, niezwykle ważnych dla normalnego funkcjonowania? Przykład z zaśmieceniem jest jednym z wielu.

Pora na próbę interpretacji. Problem z zaśmieceniem to w jakimś sensie problem z nadmierną konsumpcją i produkowaniem zbyt dużej liczby kłopotliwych odpadów. Czy w ogóle jest dostrzegany? Nie można zaradzić temu, czego się nie dostrzega. Po drugie to problem z kompetencjami i prostymi umiejętnościami, dotyczącymi recyklingu i higieny miejskiej. Można to nazwać w skrócie brakami "kultury osobistej", czyli brakiem umiejętności życia w społeczeństwie. Teoretycznie to bardzo proste umiejętności. Najwyraźniej jednak o czym ważnym zapominany w długim systemie edukacyjnym.

W końcu to (czyli obrazek ze śmieciami w centrum wojewódzkiego miasta) dowód na niewydolność systemu miejskiego, począwszy od urzędników zlecających sprzątanie, ogłaszanie przetargów i kontrolowanie wykonania. I na koniec braki w efektywnym działaniu konktretnych przedsiębiorstw. To braki w kompetencjach pracy zespołowej, kompetencjach służby publicznej, czytelności i przejrzystości funkcjonowania administracji, a także braki w umiejętnościach konsultacji społecznych. W zakresie wiedzy możemy odnosić to do braków w rozumieniu fukncjonowania ekosystemu miejskiego w szerokim sensie. Winne szkoły sprzed 20-30 lat?

Obrazek – jakże typowy wiosną – uwidacznia, że system edukacji (z komputerami, internetem, urzędami, kuratoriami itd.) nie uczy rzeczy ważnych, bo brakuje nam kompetencji społecznych.

Zacząc od najmłodszych? To się w "międzyczasie" zdemoralizują od starszych. Potrzebne jest od zaraz kształcenie ustawiczne i pozaformalne. Ustawiczne  – bo nakierowane na wszystkie pokolenia i wszystkie zawody. Pozaformalne – bo przecież nie skierujemy wszystkich pracujących na studia lub kursy podyplomowe. Najlepszym rozwiązaniem byłoby więc rozwijanie systemu kształcenia pozaformalnego i ustawicznego.

Zapewne w ciągu najbliższych dni właściwe służby posprzątają to i inne miejsca w mieście, o wielu innych zapominając. Może nawet objawy tej choroby w wielu miejscach uda się przypudrować. Ale jeśli nie zlikwidujemy przyczyny, to co wiosny (i nie tylko wiosny) będziemy narzekali na brudne i zaśmiecone miasto. Czy mamy kompetencje społeczne, aby dostrzec problem, poprawnie do zidentyfikować i usunąć przyczyny?

Zaśmiecone miasto w centrum – dla jednych to powód dla narzekań, dla innych to inspiracja na rozwój usług i "zrobienie interesu". Czy uniwersytet dostrzeże dla siebie szanse na innowacyjne formy kształcenia pozaformalnego i ustawicznego, zwłaszcza w obliczu niżu demograficznego? W sumie będzie to również test na kompetencje i wydolność tejże instytucji naszego miasta i regionu…

Co to jest nauka lub jak zostać naukowcem

W każdym zawodzie potrzebna jest refleksja o swojej profesji. O to czym jest nauka i jak zostać naukowcem pytają się w szczególności ci, którzy są na początku tej drogi. Czyli na czym polega uprawianie nauki, czym jest nauka i co robi naukowiec? Ba, nawet dojrzałemu naukowcowi wypada się nad tym zastanawiać. Przede wszystkim po to, żeby docierać do istoty sprawy a nie tylko pozostawać biernym odtwórcą rytuału. Jednym ze sposobów takiej refleksji jest… pisanie książek o nauce. Łatwiej oczywiście czytać. Ale czasem warto bardziej uporządkować swoje myśli.

Czytam właśnie ksiażkę Romana B. Hołyńskiego "Nauka – co to takiego? Cele, podstawy, reguły", wydaną w tym roku przez Wydawnictwo Klubu Przyrodników w Świebodzinie. Jest to opowieść o badaniach naukowych, szczególnie przydatna dla biologów. Wspomnianą książkę czyta się dość dobrze. Według autora badania naukowe są swoistym wywiadem z przyrodą.  Żeby jednak się "dogadać" trzeba poznać język, umożliwiający komunikację. Tym językiem jest właśnie nauka. To porównanie wydaje mi się wyjątkow trafne.

Takich refleksji nad istotą nauki i specyfiką zawodu naukowa jest oczywiście więcej. W ubiegłym roku z dużą satysfakcją intelektualną przeczytałem obszerny, książkowy esej Michała Hellera pt. "Jak być uczonym", wydany przez Wydawnictwo Znak w 2009 r.. Natomiast w kolejce do przeczytania czeka wyszperana w aktykwariacie książka pt. "Od marzenia do odkrycia naukowego" Hansa Selve, PZWL 1967.

Dla lepszego uporządkowanie swoich refleksji oraz asymuilacji przemyśleń innych autorów chyba warto będzie samemu coś napisać. Także z myślą o młodych adeptach nauki i studentach. Przy okazji spróbuję nowej technologii książek elektronicznych.

Marnowanie biomasy czyli dygresja o efekcie cieplarnianym

Poszukiwanie dobrych źródeł energii odnawialnej zajmuje wiele umysłów i wysiłek wielu zespołów badawczych. To znaczy nie poszukuje się energii odnawialnej ale surowców odnawialnych, z których tę energię pozyskujemy. Termin "energia odnawialna" jest skrótem myślowym. Bowiem to nie energia się odnawia, ale źródła tej energii.

Sam uczestniczę w badaniach, dotyczących wykorzystania biomasy do celów energetycznych. Nie jest to proste zadanie. Bo trzeba zaprojektować efektywne urządzenia, opracować optymalne sposoby uprawy takich roślin itd. A jeśli część gruntów przeznaczamy pod uprawy "energetyczne" to mniejsza jest powierzchnia upraw rolnych dla celów spożywczych i rosną ceny żywności. Po prostu świat jest powiązaną całością. Nic dziwnego, że wielotorowe badania i wdrożenia trwają tak długo. Wszystkie aspekty trzeba sprawdzić eksperymentalnie.

Moją działką – w badaniach nad wykorzystaniem wierzby dla celów energetyczncyh –  jest ocena wpływu takich upraw na bioróżnodoność. Bowiem ważna jest nie tylko sama technologia ale i skutki, jakie będzie wywierała, w pespektywie krótkookresowej i długookresowej.

No ale wróćmy do biomasy, marnowanej w mieście, co ilustruje powyższe zdjęcie. Jakiś czas temu przycięto drzewa i krzewy w miejscu, gdzie ma powstać park. Takie tam rutynowe prace pielęgnacyjne, w których "odpadem" jest biomasa. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem gałęzie zebrane w równo ułożone stosy. Pomyślałem, że idzie "dobre nowe". Przecież w olsztyńskiej ciepłowni (tej w Kortowie) wykorzystuje się do celów energetycznych zrębki wierzby, uprawianej dla celów energetycznych (kogeneracja). To z jednej strony szukanie sposobów na oszczędności ekonomiczne, z drugiej starania o nie zwiększanie bilansu dwutlenku węgla w atmosferze (globalne skutki powstają lokalnie). Spalamy to, co zostało przez rośliny w wyniku fotosyntezy związane w biomasie. W cyklu rocznym lub kilkuletnim bilans dwutlenku węgla wychodzi na zero. W ten sposób nie przyczyniamy się do zwiększania ilości tego "cieplarnianego" gazu w atmosferze.

Ekosystem miasta też odznacza się produktywnością (zazwyczaj o tym zapominamy). Tylko szkoda, że na przykład biomasa nie jest wykorzystywana, a po prostu marnotrawiona poprzez bezużyteczne spalanie. W niektórych zakątkach świata, tego nowocześniejszego, zakłada się ogródki warzywne, hoduje kury i pszczoły w … miastach. Po pierwsze to wykorzystanie potencjału fotosyntezy i dostarczanie świeżych produktów na lokalny rynek, po drugie nie trzeba tej żywności z daleka transportować. A przecież transport także emituje do atmostery gazy, przyczyniające się do efektu cieplarnianego (nie wspominając o zanieczyszczeniu powietrza, szkodliwego dla człowieka). A jeśli weźmiemy pod uwagę, że współcześnie w miastach żyje już więcej ludzi niż na wsi, wtedy zrozumiemy jak ważne staje się przywrócenie produkcji żywności (i biomasy w szerszym sensie) w miastach. Nie jest więc aktualne stwierdzenie, że żywność tylko na wsi a drzewa w lesie… Sałata i kury w mieście nie są synonimem zacofania, ale wręcz przeciwnie – nowoczesności i zaawansowanych technologi (jak również nowego stylu życia).

Wracając dzisiaj do domu rozczarowałem się. To, co myślałem, że jest przeznaczone do elektrociepłowni, spalano w wielkim ognisku. Zupełnie bezproduktywne marnowanie biomasy. Ani z tego energii, ani przeciwdziałania kumulacji gazów cieplarnianych.

W Olsztynie – tak jak i w wielu miastach – marnujemy dużo biomasy. Tak samo jak nie odzyskujemy surowców wtórnych w recyklingu. Za mało jest pojemników do recyklingu a wcale nie ma pojemników na biomasę, którą potem można przeznaczyć na kompost lub do celów energetycznych. Żeby wypełnić międzynarodowe zobowiązania, dotyczące pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych jak i poziom recyklingu, dużo jeszcze musimy w Olsztynie zmienić. Jest to kwestia poszukiwania innowacyjności, edukowania (zmienienia nawyków) jak i wdrażania co codziennej praktyki. Być może uniwersytet (UWM) powinien być w tej mierze liderem i nie tylko mówić, ale i poprzez wdrożenia w miasteczku akademickim pokazywać jak to można zrobić.

O drzewach, rozwoju zrównoważonym i globlokalizmie

Na codzień naukowiec jest w dylemacie między globalizmem i uniwersalizmem a lokalnością. Nauka ze swej istoty jest uniwersalna. Badamy i publikujemy dla całej ludzkości (nawet najmniejsze dorobiagi, które potem układają się w całość ogólnej wiedzy). A tymczasem tuż obok nas dzieją się sprawy zwykłe, lokalne, które też trzeba rozwiązywać. Przyroda i zieleń w mieście to problem ciekawy (np. zjawisko synurbizacji i synantropizacji). Ale przecież społeczność lokalna poszukuje argumentów i konkretnych odpowiedzi. Czy spokojnie i chłodno badać, analizować, publikować gdzieś daleko, i patrzeć jak zmienia się na gorsze w najbliższej okolicy? Cóż z tego, że na wykładach z ochrony środowiska będę mówił o rozwoju zrównoważonym, o nowych trendach w ekologii miasta, jak wokół domu, w wyniku niewiedzy, dochodzi do szkód i psucia przestrzeni?

Czasem więc warto, aby naukowiec stał się obywatelem, takim zwykłym ale nie biernym. I poza pisaniem publikacji i wygłaszeniem referatów popracował także szpadlem. Po prostu żyć tym, co się głosi :). Ile przyroda jest warta? O tym można poczytać np. tu. Oprócz PKB jest i GPI (Genuine Progress Indicator).

Tam gdzie trzeba wyciąć drzewa pod inwestycje, to trzeba. Ale w Olsztynie jest dużo miejsc, w których  niszczy się zieleń zupełnie bez sensownego powodu, bez zezwoleń, z prywatnych egoistycznych zachcianek (bo np. reklamę zasłania). I jest dużo miejsc, które należałoby uzupełnić zielenią. Pan prezydent Olsztyna obiecał wiosenne i jesienne nasadzenia zieleni. Z niecierpliwością czekam na realizację. Żeby zasadzili przynajmniej tyle, co wycieli. I żeby parki wreszcie powstały, te co tyle lat już czekają… Mieszkańcy też czekają.

A żeby władze zdopingować do śmielszych i bardziej zdecydowanych działać napisałem list do gazety. Nie liczę na władze, sam zasadzę drzewo. Co nie znaczy, że rezygnuję z przekonywania i naukowego uzasadniania w zakresie rozwoju zrównoważonego oraz opisywania zdrowotnego, estetycznego i ekonomicznego zysku z obecności zieleni w Olsztynie. My tu gadu gadu (naukowo i popularnie), a drzewka w tym czasie podrosną :).

Globlokalizm to synergiczne działanie procesów globalnych i lokalnych. Hasłem ekorozwoju jest "myśl globalnie, działaj lokalnie". Nie ma co haseł tylko głosić. Dla akademickiej wiarygodności trzeba je też realizować.