Uczenie się nowej komunikacji w społeczeństwie cyfrowym stało się koniecznością. U progu mojej akademickiej kariery wielkim wynalazkiem był rzutnik pisma i kolorowe folie, mozolnie tuszem wyrysowywane. Był jeszcze epidiaskop i pisanie na maszynie. Ksero pojawiło się jako niezwykły luksus. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Ale jedno pozostało niezmienne – cel i sens komunikowania się międzyludzkiego i uniwersytecka misja upowszechniania wiedzy.
W Olsztynie wycinają drzewa. Jak zwykle.

W Olsztynie znowu drzewa wycinają… Taka widać u nas tradycja. Nie powiem, czasem trzeba wyciąć, nie jestem ortodoksyjnym anty-wycinaczem. Brak mi jednak zaufania, bo tyle razy wycinano bezsensownie. A patrząc na tę ulicę trudno domyślić się sensownej przyczyny.

Dzisiaj wycinano przy Al. Warszawskiej, tuż przed Kortowem. Pod topór poszło kilkanaście pięknych, dużych drzew. Ciekawe dlaczego? Czy chodnik będą poszerzać, ścieżkę rowerową robić czy osławione żółte barierki będą zamiast drzew stały? Poczekam cierpliwie, to może gdzieś wyczytam lub usłyszę.
Chodzę tamtędy dość często do pracy. Teraz w upalne letnie dni nie znajdę cienia. Dlatego żal mi tych drzew i dopytuję się o celowość wycinki. No cóż, pieszemu w Olsztynie nie jest łatwo. Na pobliskim przejściu dla pieszych przy przystanku (vis-a-vis dawnej pętli), dla pieszych światło zielone pali się krótko i rzadko. Głównie "zielona fala" dla samochodów. Rano więc stoimy, stoimy, a tu ledwie czasem coś przejedzie. Po południu wielu studentów przebiega na czerwonym, bo autobusy "uciekają". Dlaczego taka dysproporcja na niekorzyść pieszych? Jakiż to książę pędzi ze Stawigudy (Warszawy itd.) do pracy lub z pracy, żeby nie musiał zatrzymywać się zbyt często?

Ze dwa-trzy lata temu wycięto kilka pięknych drzew po drugiej stronie ulicy (na zdjęciu wyżej). Cel? Można się domyślić – zasłaniały reklamę! Teraz odrastają nowe drzewa. I pewnie niebawem również zostaną wycięte pod "bardzo ważnym powodem". Drzewa rosnące poza pasem drogowym, w zabagnionym obniżeniu… ale jeszcze reklamę by zasłaniały! Wyciąć w pień i betonem zalać?
No cóż, Olsztyn jest miastem nadwyraz nieprzyjaznym dla zieleni …

Są co prawda wyjątki, jak ten przykład na fotografi wyżej. Architekt projektujący Hotel Wileński zamiast wycinać piękne drzewo… po prostu dostosował wnękę budyneku. Jak miło patrzeć. Aż się chce do restauracji wejść, bo czuję się życzliwość i środowiskowo-społeczną empatię. Szdoda, że takie miejsca i takie przykłady są tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę: Olsztyn nieprzyjazny dla przyrody. Jak tu żyć normalnym ludziom?
Odkrywanie kompetencji XXI wieku

Współczesny świat wymaga od uczniów, studentów (trochę starszych uczniów) i osób dorosłych (kształcenie ustawiczne) nowego zestawu umiejętności, dzięki którym będą mogli w pełni korzystać z możliwości rozwijającego się społeczeństwa wiedzy. Wcześniej jednak te umiejętności muszą być dostrzezone i rozpoznane przez nauczycieli i wykładówców akademickich. Trudno nauczać czegoś, czego się nie zna i nie rozumie. Rozpoznawaniu wyzwań oraz formułowanie tych kluczowych umiejętności zaowocowało stworzeniem "mapy kluczowych kompetencji XXI w." Nie wszystkie tam wymienione znalazły się w ogólnokrajowych zaleceniach Krajowych Ram Kwalifikacji, w postaci efektów kształcenia. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby uniwersytety same uzupełniały, i w ramach istniejących możliwości, formułowały te kompetencje w ramach proponowanych kierunków kształcenia.
"Rezultaty wielomiesięcznych badań, w których uczestniczyli przedstawiciele świata nauki, biznesu, organizacji pozarządowych oraz ostateczną propozycję mapy zaprezentowano w połowie 2008. w Waszyngtonie. (…)
Mapa zawiera katalog umiejętności społecznych, które zostały uznane za niezbędne do pełnego funkcjonowania w społeczeństwach XXI wieku.:
- kreatywność i innowacyjność,
- krytyczne myślenie i rozwiązywanie problemów,
- komunikowanie,
- praca zespołowa,
- współpraca w ramach grupy/społeczności,
- alfabetyzm informacyjny (umiejętność wyszukiwania, analizowania i zarządzania informacją),
- alfabetyzm medialny (umiejętność korzystania z cyfrowych mediów),
- sprawność posługiwania się narzędziami technologii informacyjno-komunikacyjnej (czyli ICT),
- elastyczność i adaptacyjność (umiejętność dostosowywania się do zmieniających się warunków),
- inicjatywa i samodecydowanie o swoim życiu,
- umiejętność funkcjonowania w zróżnicowanym i wielokulturowym środowisku,
- produktywność,
- umiejętności liderskie i odpowiedzialność.
(więcej na portalu edu.nes, np. tu).
Niektóre z tych kompetencji (poza wiedzą merytoryczą i specjalistycznymi, biologicznymi umiejętnościami) już od tego semestru staram się wdrożyć na zajęciach z autoprezentacji (zobacz więcej), ochronie środowiska oraz na seminarium magisterskim. Przede wszystkim chciałbym eksperymentalnie zmierzyć się z sprawnością posługiwania się narzędziami technologii informacyjno-komunikacyjnej, alfabetyzmem informacyjnym (umiejętność wyszukiwania, analizowania i zarządzania informacją) oraz alfabetyzmem medialnym (umiejętność korzystania z cyfrowych mediów). Sam się tego muszę nauczyć. Uczym się więc razem. I może to jest w pracy uniwersyteckiej najpiękniejsze – możliwość uczenia się razem z ambitnymi i nietuzinkowymi ludźmi.
Uniwersytet i e-learning
"Ponad połowa polskich studentów jest przekonana, że studia w trybie e-learning będą w stanie w przyszłości zastąpić studia tradycyjne. Jednocześnie większość z nich uważa, że dziś polskie szkoły wyższe nie są przygotowane do tego, aby w należyty sposób takie zajęcia prowadzić – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Polish Open University."
GMO i problem pseuodokumentalnych materiałów dziennikarskich
Informacje potwierdzone naukowe dodają wiarygodności przekazom nie tylko medialnym. Dlatego prasa, radio, telewizja czy media internetowe coraz częściej powołują się na badania naukowe lub dołączają wywiady i wypowiedzi naukowców. Jednak często/czasami (niepotrzebne skreślić) dziennikarze zwracają się do naukowców nie po informacje ale… po uwiarygodnienie – potrzebują dekoracji naukowej, niczym paprotka na stole prezydialnym (tłumacząc się często brakiem czasu). Ale czasem lakoniczna forma wynika z gatunku „literackiego”. Jeśli nie potrafimy odróżnić tych różnych gatunków medialnego przekazu i gatunków literackich, dość łatwo o irytację i nieporozumienie. A że media towarzyszą nam w każdym miejscu w domu i w pracy, nic dziennego, że rozumienie mediów uznano za jedną z ważniejszych kompetencji XXI w.
Niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że dziennikarz zwracający się do naukowca już swoje wie. Nie szuka rozwiązania problemu, nie szuka zgłębienia tematu czy odpowiedzi. Potrzebuje tylko potwierdzenia swoich racji/pomysłów/tez (właściwe podkreślić), potrzebuje tylko uwiarygodniającej ilustracji.
Jeśli rozejrzeć się po współczesnych mediach to łatwo zauważyć modę na pseudodokument. Pseudodokument to relacja prasowa, radiowa, telewizyjna, wyreżyserowana, z aktorami, ale stylizowana na materiał dokumentalny. Zamiast reportażu czy materiału popularnonaukowego taki właśnie pseudodokumet. Czasami oparty na faktach, czasami jest całkowitą fantazją ale z dużą dozą prawdopodobieństwa zaistnienia. Czyli coś pośredniego między literaturą a nauką. Bo w literaturze także staramy się zawrzeć (a potem odczytać) prawdę o świecie nas otaczającym. Używany jest tylko innych język – bardziej symboliczny. Przy odczytywaniu wymagana jest interpretacja.
Nauka dąży do uogólnień. Swoim językiem stara się zobiektywizować przekaz. W publikacjach naukowych piszemy więc „zbadano, analizowano, wynika”, zamiast „zbadałem, analizowałem, wywnioskowałem”. W przekazie literackim uogólnienie i uniwersalność skrywa się za fikcyjnością postaci. Nie odnosimy ich do osób realnych, ale symbolicznych. Tak jak w bajkach.
Moda na pseudodokumnenty wynika z wiarygodności dokumentu. Stąd w formie pojawia się metoda „ukrytej kamery”, czarno-biały obraz (niczym z kamery przemysłowej), amatorszczyzna, zamierzone niedoskonałości niby nieobrobionego materiału. Wszystko to ma sprawiać wrażenie, że uczestniczymy w czymś w pełni autentycznym, podglądając przez dziurkę od klucza, że uczestniczymy w wywiadach i rozmowach na żywo. Język zbliżony jest do potocznego, także w swojej niedoskonałości. Zatem pseudodokumentalne materiały, będą jakąś formą literatury faktu?
Moje kontakty z mediami są różnorodne tak jak różnorodne jest życie. Czasem ktoś autentycznie pyta, bo szuka odpowiedzi, bo chce sobie wyrobić zdanie, pogląd, bo chce się po prostu dowiedzieć. Ale czasem pyta tylko pozornie, tak na prawdę potrzebuje „paprotki”. Nie słucha sensu odpowiedzi, bo chce mieć tylko jakiś urozmaicający i uwiarygodniający element z naukowcem w tle.
Druga sprawa to nauczyć się rozumieć media i nawiązać dialog. Skoro z przyczyn technicznych w materiale filmowym znajdzie się tylko 20-30 sekund wypowiedzi, to po co półgodzinny wykład? Tylko utrudniłbym dziennikarzowi wybranie najistotniejszej kwestii, wskutek czego w relacji znaleźć się może zdanie zupełnie wyrwane z kontekstu, nijak nie odzwierciedlające poglądu wypowiadającego się. Chcę przez to podkreślić, że nie tylko dziennikarze muszą się uczyć współpracy z naukowcami, ale i że naukowcy muszą zrozumieć media, ich specyfikę i zrozumieć formę wypowiedzi. Wiem, nie jest łatwo zawrzeć w kilku zdaniach sens złożonego zjawiska. W krótkim przekazie każde słowo jest ważne. A naukowcy zaskakiwani są trudnymi pytaniami w różnych sytuacjach i trzeba błyskawicznie udzielić sensownej odpowiedzi. Jak uczeń wyrwany nagle „do tablicy”. Ta trudność sprawia, że naukowcy czasem nie odpowiadają na dziennikarskie telefony, zwlekają z odpowiedziami przez kilka dni, żądają autoryzacji dla spraw błahych. Za brak obecności nauki w codziennych mediach… współodpowiedzialni są i naukowcy, … przez swoją nieudolność w kontaktach z dziennikarzami.
Cieszy obecność ważnych problemów naukowych między pietruszką, pampersami i pastą do butów. Ale smuci lakoniczność wypowiedzi, przetworzenie przekazu i zupełnie inna kompozycja treści. Ale może tak musi być? Może inaczej się w „brukowych” mediach nie da przedstawiać ważkich zjawisk, którymi zajmują się naukowcy? Może przekaz musi być prosty i krótki, bo wynika ze specyfiki odbiorcy i kontekstu. Przecież czytelnik-odbiorca nie przyszedł się wysilać i uczyć, dowiaduje się o czymś na marginesie swoich codziennych spraw, zakupów, drugiego śniadania itd. Może muszą być więc spłycenia, skróty i uproszczenia, tak rażące naukowców?
W tym kontekście rozróżnianie gatunków „literackich” jest szczególnie ważne dla naukowców, żeby rozumieli otaczający ich społeczny świat i rozumieli język wypowiedzi. Nie wszystko jest napisane/wypowiedziane w stylu i formie publikacji naukowej. Nawet naukowiec powinien umieć rozróżniać odmienne style wypowiedzi, tak jak umieć komunikować się w różnych językach. Przecież nie oburzamy się na konieczność komunikowania się w językach obcych. Być może przez swoje zewnętrzne podobieństwo język naukowy i paradokumentalny w warstwie powierzchownej odbieramy jako tożsamy? Nie odbieramy go i nie interpretujemy jako swoisty język ciała (pozawerbalny). Stąd wzajemne niezrozumienie przekazu naukowców i dziennikarzy. Tylko pozornie te grupy mówią tym samym językiem.
Nauka musi i nauka trafia pod strzechy… a właściwie do prasy „brukowej”. Ale lepiej, żeby te media i ich odbiorcy edukowali się powoli, acz systematycznie, nie zaś sama nauka się tabloidyzowała. Jest to misja i zadanie szczególne, mieszczące się w zakresie otwartej nauki i kształcenia ustawicznego, pozaformalnego.
Przykład jeszcze świeży z Naszego Olsztyniaka (gazeta bezpłatna z reklamami, ukazująca się dwa razy w tygodniu). Z racji formy i celu, nie należy spodziewać się tu długich wywodów filozoficznych. Za wszystko płaci reklamodawca, także za powstające krótkie teksty paranaukowe. Cieszmy się więc zainteresowaniem sprawami naukowymi i objaśnianiem świata. Mimo że czasem wymieszane jest to w formie i treści.
Czytając tekst, wciśnięty między inne paranaukowe i paramedyczne dziwności i reklamy, można byłoby odnieść wrażenie, że jest to reportażowy zapis rozmowy/dyskusji, jaka odbyła się między kilkoma naukowcami. A przecież to jest tylko pseudodokumentalny kolaż, zabieg artystyczny, kompozycja przetworzona, swoista dla literatury faktu, faktem jednak nie będąca.
Zadzwonił do mnie dziennikarz i przez telefon kilka minut porozmawialiśmy. W tekście zawarta jest próba oddania sensu mojej wypowiedzi a nie wierny zapis wypowiedzianych słów. Nie wiem czy do pozostałych bohaterów „dyskusji” dziennikarz zadzwonił, czy tylko skorzystał z jakiegoś dokumentu drukowanego. Wypowiedzi skomponował w całość. A ja swoje „wypowiedzi” zobaczyłem w zupełnie innym kontekście, innej całości. Stąd zdziwienie. I dostrzegalna mniejsza lub większa rozbieżność między moimi intencjami a finalnym obrazem. Nie zawsze dziennikarzowi dobrze uda się uchwycić sens wypowiedzi swojego rozmówcy, stąd poczucie rozbieżności. Ale za to ewentualne niezrozumienie odpowiedzialny jest w jakimś stopniu również udzielający wywiadu (nawet telefonicznego). Jako naukowcy musimy nauczyć się mówić zwięźle i jasno. Musimy się nauczyć rozumieć media i się z nimi skutecznie komunikować.
Przykładowy powyższy tekst z Naszego Olsztyniaka nie jest dokumentem sensu stricte. Studenci i naukowcy muszą się nauczyć rozumieć i rozróżniać rozmaite style komunikacji i wypowiedzi publicznych. Wiersz różni się od powieści czy dramatu teatralnego w formie, choć może zawierać ten sam przekaz, ten sam zamiar artystyczny. Dlaczego musimy rozróżniać formy przekazy mediowanego? Bo jest co w coraz większym stopniu element komunikacji międzyludzkiej współczesnego, cyfrowego świata. A z perspektywy uniwersytetu jest to forma upowszechniania wiedzy i kształcenia ustawicznego.
Musimy nauczyć się obsługiwać nie tylko mikrofon czy rzutnik multimedialny na sali wykładowej, ale i język komunikacji z mediami. Źle używany mikrofon buczy, huczy lub głosu na sali nie słychać. Więc aby być słyszanym trzeba nauczyć się obsługi tego urządzenia technicznego. A jeśli chcemy, aby uniwersytet w swym pozaformalnym, edukacyjnym przekazie był słyszany w społeczeństwie, my naukowcy musimy nauczyć się komunikować z dziennikarzami. Zaczynając od rozróżniania stylów wypowiedzi. Tak, żeby wchodząc w rolę recenzenta nie zarzucać, że powieść słaba bo rymu nie ma…
Prawie jak język ciała – by rozumieć rzeczywistość, pośród kompetencji XXI wieku wymienia się rozumienie mediów. To właśnie w tym semestrze chce robić ze studentami biotechnologii na zajęciach z autoprezentacji.
Uniwersyteckie narzekanie na niski poziom studentów
Często spotykam się z narzekaniem, że teraz jest niskli poziom studentów. A skoro niski poziom, to lepiej takich nie przyjmujmy na studia. Wtedy od razu poziom kształcenia się podniesie. Czyli "bierzmy" tylko dobrych.
W nawiązaniu do tego narzekania postawię pytanie "po co więc uniwersytet, na przykład w Olsztynie?". Studenci "dobrzy", to znaczy inteligentni, dobrze przygotowani do samodzielnego studiowania, pełni wewnętrznej ciekawości, ambicji i poszukujący… tacy studenci w każdych warunkach dadzą sobie radę i na każdym uniwersytecie. W takim kontekście w zasadzie nasz uniwersytet jest zbędny, zwłaszcza jeśli uwzględnimy coraz powszechniejszą naukę na odległość i łatwiejszą komunikację międzyludzką i dostęp zarówno do zasobów bibliotecznych jak i "zagranicznych" profesorów on-line. "Dobrzy studenci" i bez nas sobie poradzą – w tym sensie jesteśmy im zbędni lub co najwyżej mało potrzebni.
A słabi? To znaczy tacy z deficytami, zaniedbani społecznie, z brakami edukacyjnymi bez własnych zainteresowań, bez wyraźnych ambicji, bez sprecyzowanych zainteresowań, nie umiejący uczyć się samodzielnie, poszukiwać i pytać. Takich nie przyjmujmy, bo strasznie z nimi trzeba się namęczyć a i końcowy rezultat mizerny? No więc ci "słabi", jeśli ich odrzucimy, pójdą studiować gdzie indziej (na szczęście jest gdzie). W sumie więc im też nie jesteśmy potrzebni… Po co więc uniwersytet, np. w Olsztynie (lub innym małym mieście), ani dla dobrych (bo poradzą sobie bez nas) ani dla słabych (bo ich nie chcemy).
A więc nasza rola w regionie wydaje się mizerna – to inni ksztacą nam kadry. Zlikwidować i żadnej straty społecznie dla regionu nie będzie… Takie dostrzegam konsekwencje narzekania i wybrzydzania na "słabych studentów"… Jako swoistego samousprawiedliwienia dla niezadowalających rezultatów edukacyjnych… Trafnie ujmuje to stare przysłowie "złej tanecznicy i falbana u sukni przeszkadza."
Po co kształcić "słabych"? Aby byli mocni! Bo to jest misją uniwersytetu! Dać szansę rozwoju każdemu. Tak jak w szkole nauczyciele "męczą" się z uczniami niepełnosprawnymi, dyslektykami, ADHD itd. A że więcej się trzeba nad "słabym" napracować, to już inna kwestia. Po prostu oprócz wysiłku potrzeba też i podnoszenia swoich własnych kwalifikacji zawodowych. W gruncie rzeczy, narzekanie na "słabych" studentów jest przyznawaniem się do własnej nieudolności i nieporadności w aktualnych warunkach gospodarczych i cywilizacyjnych.
Każdemu, nawet temu "najsłabszemu", temu co miał "pod górkę do szkoy", daleko był od wartościowych zasobów cywilizacyjnych, z dalekiej wsi, "gdzie wrony zawracają, a diabeł mówi dobranoc", do efektywnego funkcjonownia we współczensej gospodarce pośród wielu umiejętności potrzebne jest rozumienie świata. Misją uniwersytetu jest nauczyć rozumienia otaczającego nas świata. Misją uniwersytetu – także tego na dalekiej prowincji – jest tworzyć warunki do rozwoju, a nie szczegółowo i drobiazgowo układać plan lekcji (zajęć obowiązkowych) i sprawdzać obecność.
Kampania wyborcza na UWM za pasem a jakoś nie widać dyskusji programowych, debat nad wizjami przyszłości, nad misją uniwersytetu, nad planami rozwoju i odnalezienia się w dobie niżu demograficznego, głębokich i dalekosiężnych zmian społecznych i edukacyjnych, zmian sposobu komunikowania się w społeczeństwoe cyfrowym. Czyżby nic ważnego nie należało robić, niczego zmieniać – bo przyszłość jest tylko przedłużeniem teraźniejszości? Czy dyskuje "przedwyborcze" całego środowiska akademickiego mają ograniczać się do narzekania na "słabych studentów i niski poziom kandydatów"? Ani w mediach uniwersyteckich, ani debat w przestrzeni kortowskiej, ani w mediach ogólnodostepnych żadnych powazniejszych dyskusji? Dyskutować nie ma oczym czy nie ma komu?
Nie kandyduję do żadnych władz uczelnianych ani wydziałowych. Pytam jako pracownik uniwersytectu i mieszkaniec regionu…
Otwarty dostęp do wiedzy naukowej
Dyskusja wokół ACTA to coś więcej niż demonstracje uliczne. To szeroka dyskusja nad nowym podejściem do prawa autorskiego, dozwolonego użytku jak i domeny publicznej. Cyfrowe media stworzyły nową sytuację, więc na nowo musimy przemyśleć i zdefioniować utwór i powszechny dostęp do kultury. Nauka jest elementem kultury.
Już w najbliższym semestrze, na zajęciach z autoprezentacji ze studentami biotechnologii, spróbujemy podyskutować nad tym jaka jest granica między plagiatem, cytatem, inspiracją i kopią, w jakim zakresie prawa autorskie dotyczą studenta jako twórcę, odbiorcę i prosumenta, zarówno w zakresie refetarów na seminariach, sprawozdań czy pracy dyplomowej.
Ale żeby nie ograniczać się tylko do suchej dydaktyki, włączymy się w pierwszy międzynarodowy Tydzień Otwartej Edukacji (5-10 marca 2012).
Tymczasem coś od i dla naukowców:
Więcej na stronie: http://otwartymandat.pl/
Olsztyn kocham – toksyczna miłość w walentynki

Skoro walentynki* czyli dzień miłości i św. Walentego (patrona zakochanych i umysłowo chorych) to obowiązkowa, romantyczna randka. Najlepiej z żoną. Własną żoną :). Olsztyńskie Stare Miasto, zachowujące średniowieczny układ ulic i trochę zabytków, kusi na takie romantyczne spacery z konsumpcją. Konsumpcją duchową i cielesną.
Walentynki na Starówce rozczarowują. Ale nie z powodu żony, tylko niezbyt atrakcyjnego otoczenia. Przechodziliśmy obok Starego Ratusza, jakieś pół godziny przed zapowiedzianą akcją kilku NGO w sprawie petycji o zamknięciu Starówki dla samochodów. W zasadzie widok jak zazwyczaj. Parkujące samochody w miejscu niedozwolonym, zastawiające przejście pieszym. Najzabawniejsze, że na samochodzie była nalepka "Kocham Olsztyn". No cóż, bywają i toksyczne miłości… Nieco dalej stał samochodowy patrol policji. Nie zauważyłem interwencji, wlepienia mandatu czy choćby tylko pouczenia. Czyli urzędowa i instytucjonalna aprobata dla łamania prawa i "toksycznej" miłości.

Szukając przytulnego i "klimatycznego" miejsca na walentynkowy i randkowy posiłek, zeszliśmy w boczne uliczki. Widok jak na obrazku, chodniki całkowicie zastawione przez parkujące samochody. Dla pieszych pozostają tylko ulice. Kostka może i ładna, ale całkowicie nie nadaje się dla damskich szpilek (fleki zostają między kamieniami). Z tego właśnie względu latem omijam ze znajomymi ul. Okopową. Równe chodnikowe płytki granitowe zastawione są samochodami, panie muszą niszczyć buty na ulicznym bruku. Na dodatek piękne płyty chodnikowe są już poniszczone (popękały) przez parkujące samochody. Duży wydatek finansowy na odnowienie nawierzchni całkowicie zmarnowany… bo chodnik służy samochodom. Albo projekt zły (bo chodnik powinien być po środku) albo wykorzystanie niezgodne z przeznaczeniem (chodnik to nie parking). Ratuszowe marnowanie publicznych pieniędzy… i komptenta niewiedza w zakresie funkcjonownia miasta jako przestrzeni publicznej.

Samochodów na Starówce domagają się niektórzy starówkowi restauratorzy. Podobno ci z nalepkami "Starówka razem". Ale czy ja jestem kierowcą tira, żeby na kawę czy lody umawiać się na parkingu? Klienci zagłosują nogami. Urocze restauracyjki, puby i kawiarnie znaleźć można i w innych miejscach, na Starej Warszawskiej, na Grunwaldzkiej, na Dąbrowszczaków… czy nad jeziorem. Po co iść na Starówkę? Wąchać samochodowe smrody, przeciskać się między wszędzie zaparkowanymi dwuśladami? Pić kawę i jeść ciastko w towarzystwie rury wydechowej? A co ja jestem, kloszard zarabiający myciem szyb na parkingu czy przy stacji beznynowej?
A na zdjęciu wyżej młodzi ludzie zbierający podpisy pod petycją. Im przynajmniej zależy na uratowaniu miasta dla mieszkańców, turystów i rozwoju. Dobrze, że jeszcze nie wyjechali "na zmywak do Londynu". A jakże, podpisałem. Bo mi też na moim Olsztynie zależy. Jeszcze. Tu płacę podatki. Kocham Olsztyn… a on mnie nie? Toksyczny związek nie może trwać wiecznie…
Mamy samochody pod gotyckim ratuszem i obciachowe banery na zabytkowych elewacjach. Co się szczypać – jak mawialiśmy dawniej na podwórku – idźmy na całość, niech będzie od razu zapiekanka-drive :). Samochodziarze nie będą musieli wysiadać ze swoich bryk.
Ja tam wolę w inne miejsca, na kolejną romantyczną rantkę udam się do cittaslow – a takich miasteczek na Warmii nie brakuje. Olsztyn niech kusi turystów galeriami handlowymi i parkingami pod gotyckim kościołem. Wyjechać można nie tylko na wycieczkę ale i z podatkami. Olsztynowi będą musiały wystarczyć parkomaty…
* walentynki celowo piszę z małej litery, tak jak majówka, potańcówka ect.
Chruścik na walentynki

O chruścikach pisać i opowiadać można zawsze. Nawet na walentynki, bo miłość do chruścików u mnie duża. Na zdjęciu co prawda nie chruścik a motyl* (gatunku rozpoznać nie mogę), ale za to wśród niezapominajek. Bo ta moja chruścikowa miłość jest wieloletnia, a nie jakaś jętka-jednodniówka!
A prawda, miało być o chruściku na walentyki. No to najbardziej nadaje się chyba Erotesis baltica – bo polska nazwa iście walentynkowa: erotyka bałtycka (czytaj więcej o erotyce bałtyckiej z Olsztyna).
* – motyle to krewni chruścików, blisko spokrewnione owady. Bywają łączone w jedną grupę odzianoskrzydłych (Aphismenoptera), bo i jedne i drugie mają "coś" na skrzydłach, jedne łuseczki (motyle, inaczej zwane łuskoskrzydłymi), drugie włoski (chruściki, łacińska nazwa Trichoptera czyli włoskoskrzydłe). Motyle są młodszymi ewolucyjnie krewniakami chruścików. W uproszczeniu można byłoby powiedzieć, że motyle to takie chruściki co w stadium larwalnym wyszły na ląd i mocno się związały z roślinami poprzez swój "wegetarianizm". A dorosłe wyspecjalizowały się w spijaniu nektaru – aż im trąbka wyrosła. Zatem z braku zdjęcia Erotesis baltica jest motylek.
„Niebo w moim oknie” Elwiry Iwaszczyszyn (a propos ACTA)


Formy literackie zmieniają się wraz z możliwościami technicznymi komunikacji społecznej. Przez dziesiątki tysięcy lat główną formą wyrazu była mowa. Rym i rytm był nieświadomym zabiegiem mnemotechnicznym, umożliwiającym zapamiętanie i dowolne odtwarzanie nie tylko sagi rodu do 16 pokoleń wstecz, ale i całej Iliady. We współczesnym świecie wydaje się to niemożliwością jak można tyle zapamiętać?! Jak wykazały badania naukowe, zapamiętujemy przede wszystkim to, co jest nam potrzebne i nie mamy innej możliwości „zachowania”. Współcześnie dużo mniej zapamiętujemy bo… zapisujemy na kartkach, w pamięci dysku lub wiemy gdzie się to znajduje (zapisane, utrwalone). To taka nasza pamięć zewnętrzna i dodatkowe, zewnętrzne „komórki nerwowe”. Eksterioryzacja jest cechą życia biologicznego i przyjmuje różne formy (ale to już zupełnie inna opowieść).
Był oczywiście jeszcze obraz i sztuka plastyczna, w większości -jak to byśmy dziś nazwali – sztuka użytkowa. Ale obraz można było przekazywać słowną opowieścią (w zasadzie przypowieścią). Stworzeniem wyobrażalnej sytuacji, wywoływaniem słowem rezonansu w mózgu odbiorcy, rezonansu przywołującego obrazy, emocje i bazujące na wcześniejszych doświadczeniach odbiorcy. Bo przecież niemożliwością jest powiedzieć niewidomemu od urodzenia czym są kolory.
Powstanie pisma zmieniło literaturę. Zwłaszcza po upowszechnieniu się druku. Wtedy dużo łatwiej można było powielić słowo (drukowane) niż zapisać i bezbłędnie odtworzyć z pamięci. Zapiski na korze mózgowej* zastępowane zostały zapiskami na papierze (a wcześniej na tabliczkach glinianych, papirusie, pergaminie, kamieniu czy drewnie). Poezja straciła rym i rytm, bardziej podporządkowując się estetyce liter drukowanych i innych zabiegów publikacyjnych (bo nawet wiersz pisany odręcznie ma inną estetykę!). Poezji i literatury nie trzeba już zapamiętywać – od tego są zadrukowane książki czy dyski komputerowe i e-booki. Poezję i beletrystykę odczytuje się zupełnie inaczej… Słowo drukowane spowodowało, że czytamy w samotności, a nie wysłuchujemy publicznie przy ognisku lub wieczerzy. Obecnie coraz częściej filmy oglądamy indywidualnie – też za sprawą techniki i możliwości komunikacyjno-technologicznych.
Nowe formy komunikacji, kodowania, zapamiętywania, „transportu” i odkodowywania informacji systematycznie tworzą zupełnie nowe formy „literackie”. Pojawił się teatr, film, sztuki plastyczne. Epoka cyfrowa także stworzyła zupełnie nowe możliwości, których nie potrafimy jeszcze nazwać. Bo jak nazwać „demotywatory”? Aforyzmami słowno-obrazowymi? Przecież to krótkie sentencje, niczym aforyzmy, połączone z krótkimi przypowieściami filozoficznymi, gdzie przekazem jest obraz i słowny komentarz. Literaturoznawcy i kulturoznawcy mają pole do popisu – otworzyły się dla nich nowe i dziewicze obszary rozpoznawania, nazywania i klasyfikowania ludzkiej twórczości (nie mieszczące się w dotychczasowych szablonach).
Taką dla mnie nową formą są umieszczane przez p. Elwirę Iwaszczyszyn na Facebooku zdjęcia z komiksowymi dopiskami (przykładowe zdjęcie wyżej). Po jednym zdjęciu dziennie, lub raz na kilka dni. Systematyczność kazałaby to nazwać felietonem. Ale przecież tam jest zazwyczaj jedno zdjęcie, czasem z dopiskiem w stylu komiksu. Immanentnym i nierozerwalnym elementem jest słowny dopisek (widać tylko na profilu Facebookowym – i tylko dla „znajomych”). Ograniczony, niczym kameralny przekaz, będący na granicy publikacji powszechnej i indywidualnego i ulotnego przekazu tylko dla uczestniczących widzów. Na dodatek przekaz interaktywny, bo „znajomi” i „znajomi znajomych”, aktywnie włączają się w tworzenie i rozwijanie historii, dopisując swoje wersje i interpretacje. Sztuka uczestnicząca, gdzie widzowie bywają współtwórcami. Jest więc w tej twórczości element autorski… ale i ogólnopubliczny (wieloautorski). Prosumpcja w klasycznym wydaniu.
Pora przejść do praw autorskich i kontrowersji wobec rozpalającej emocje umowy ACTA. Czy stare standardy można zastosować do nowej rzeczywistości? Pani Elwira umieszcza swoje zdjęcia. Tu nie ma żadnych wątpliwości co do własności intelektualnej i praw autorskich. Ale czy ja, zamieszczając jedno zdjęcie, pochodzące z jej autorskiego profilu (bez pytania się o zgodę) nie naruszam praw autorskich osobistych lub/i majątkowych? Czy niniejszy wpis na blogu można potraktować jako swoisty gatunek literacki (twórczy) o charakterze recenzji-krytyki-omówienia-pastiszu-przetworzenia? Zdjęcie wykorzystuję jako fragment (?) utworu (?) w charakterze cytatu, bo tego wymaga niniejszy „gatunek literacko-dziennikarski”? Mój wpis jest utworem pochodnym-zależnym itd.? A może to dozwolony (z mojej strony) użytek indywidualny? Przecież wykorzystuję nie w celach komercyjnych. Osobiście sądzę, że w obu przypadkach tak. Inaczej nie umieszczałbym zdjęcia. A jeśli na Facebooku „udostępnię” zdjęcie innym użytkownikom? To co to będzie? Współtworzenie, upublicznianie, udostępnianie utworu innym? Poprzez zamieszczenie komentarza także „uwidaczniam” to innym osobom… Czy opowiadając o filmie, który obejrzałem w kinie (płacąc bilet) naruszam prawa autorskie – przecież „udostępniam” bez licencji innym użytkownikom? Podobnie z przeczytana książką…
To tylko przykłady jak trudne jest zastosowanie praw autorskich, według standardów powstałych w dawnych czasach, do zupełnie nowej rzeczywistości cyfrowej. Gdzie trudno nazwać i zaklasyfikować współczesne formy aktywności twórczej, oryginalnej i autorskiej. Co jest indywidualne i powinno być licencjonowane, „opatentowane” prawami autorskimi (głównie majątkowymi), a co jest elementem wspólnych, ogólnoludzkich i nie ograniczanych prawami majątkowymi, zasobów kulturowych?
Społeczny i międzynarodowy protest anty-ACTA to w najmniejszym stopniu manifestacje uliczne, „piractwo” itd., ale przede wszystkim konieczność określenia nowych standardów w zakresie tego co jest wspólnym i powszechnie dostępnym dorobkiem kultury, a co indywidualną własnością strzeżoną prawami majątkowymi. Problem niezwykle ważny, także dla uniwersytetów i nauki jako takiej: co publikować w czasopismach naukowych a co opatentować… Trzeba wrócić myślami do misji uniwersytetu – po co jesteśmy w społeczeństwie.
To przykład jak ważna jest dyskusja o dostępie do kultury i wiedzy w gospodarce opartej na wiedzy i usługach.
* Zapiski na korze mózgowej – to aluzja do ciekawego bloga z Olsztyna, o takim właśnie tytule. Blog jako forma aktywności literackiej…
