Czy biedronka ma biodro, czy biedrzeniec jest plamisty i skąd pochodzi biedrzyga?

ninja2

Czy biedronka ma biodro? To pytanie zadano na facebookowej stronie „ojczysty – dodaj do ulubionych„. Pytanie wcale nie jest głupie i należy do tych lingwistycznych, dociekających historii naszego języka. Bo rzeczywiście wydawać by się mogło, że nazwa biedronki od biodra pochodzi.
„W gwarach i dialektach biedronka nazywana jest też: biedrunka, biedruszka, biedrawka, biedrzanka, biedrzonka, biedrzynka, biedrzeniec, biedrzonek, wiedrunka, jedronka.”
Etymologię połączę jeszcze bardziej z entomologią (owadologią), niech będzie jeszcze bardziej interdyscyplinarnie.

Zachęcony takim wywodem, sięgnąłem do „Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich” Erazma Majewskiego, z 1889 roku. Tam na określenie biedronki (owada, z rodzaju Coccinella, znaczy się biedronka) takie znalazły się nazwy: babka, biedronek, biodronka, biedrzonka, boża krówka, katonka, kregulaszek, kukułka, letewniczka (kaszubskie), makowiczka (kaszubskie), patroneczka, patronka, stonka, stonka biedronka, zazula, zazulka, zyzula. Brakuje więc wyniemionego przez „Ojczysty –dodaj do ulubionych”: biedrzeniec, ale jednocześnie zagubione zostały liczne inne określenia, m.in. te odnoszące się do kukułki czyli zazuli (kukuła jak wiadomo magicznie przynosi szczęście i z kukania wróżyć można o pieniądzach jak i zamążpójściu). Na biedronkę siedmiokropkę u Erazma Majewskiego takie znalazły się „nazwiska”: sedmówka, siedmiokropek, siedmiokropka.

Do tych nazw zaraz powrócimy, ale najpierw zacytujmy dalsze wywody ze strony „Ojczysty – dodaj do ulubionych”:
„W gwarach zachowały się również dawne określenia bydła, czyli krów i wołów, o charakterystycznym ubarwieniu: jednolitej maści z łatami, plamami lub cętkami w okolicy bioder. O wołu takiej maści mówi się ‘bierawy’ albo określa się go rzeczownikiem ‘biedrun’ bądź ‘biedroń’, o krowie mówi się ‘bierawa’, ‘biedrzysta’, ‘biedrula’ albo ‘biedrona’ czy ‘biedruna’. Czasem też – przez rozszerzenie znaczenia – używa się tych określeń również w odniesieniu do wszelkiego łaciatego bydła, bez względu na to, gdzie zwierzęta mają umiejscowione plamy, łaty czy cętki. Podstawę tych określeń stanowił dawny przymiotnik *bedrъ o zn. ‘mający plamy na biodrach’, a później także ‘plamisty, cętkowany, łaciaty, pstrokaty’, pochodzący właśnie od prasłowiańskiego rzeczownika *bedro ‘biodro’. A co z tym wszystkim ma wspólnego biedronka? Biedronka też jest cętkowana – ma kropki i to stanowi jej znak rozpoznawczy. Jest też bożą krówką – pochodzenie tego frazeologizmu nie jest całkiem jasne, możliwe jednak, że słowo ‘krówka’ weszło do tego wyrażenia właśnie przez skojarzenie z łaciatą krową, z którą biedronka ma niemal wspólną nazwę, a przymiotnik ‘boży’ ma pewien związek z istniejącą od niepamiętnych czasów dziecięcą wyliczanką „Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”, będącą zapewne pozostałością po dawnych zaklęciach. Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: nie, biedronka nie ma bioder, ale ma nazwę pochodzącą od wyrazu ‘biodro’. [D. Kopczyńska, Centrum Kultury Słowa, na podst. SEJP Bor, KwW Kop]”

I co do biedronkowego biodra się mocno nie zgodzę (reszty wywodów nie podważam, czytałem z zaciekawieniem)! Biedronka jak każdy owad ma biodro, i to nawet sześć. Biodro po łacinie zwane u entomologów coxa, to część odnóża owadów. No cóż, nikt nie zna się na wszystkim, nawet lingwiści i etymolodzy.

Ale wróćmy do „bożej krówki” i pozostałości jakichś dawnych wierzeń. Tu również najpierw sięgniemy do Erazma Majewskiego i… różnojęzycznych Wikipedii, aby sprawdzić jak biedronki nazywane są w innych językach.
Czeskie: slunečko (czyżby słoneczko, wysoko na niebie? Może ta boża krówka do słońa leciała w prasłowiańszczyźnie po kawałek chleba, a może nawet u Indoeuropejczyków), chorwackie: božja ovčica (jak widać czasem może być boża owieczka a nie krówka), janjašce, mara (to słowo również kojarzy mi się z jakimiś demonami słowiańskimi), božja krava pavenka, šarka baka, po rusińsku: babriska (бабриська), babruńka, boabrunica (бабрпнъ, бабрунька, бобруниця), serdeńko (серденько), soneczko (сонечко) (i tu słoneczko się pojawia?), po bułgarsku: bożata kravica, kalinka, po litewsku: barbuške, barbutke, putpalake, dievo buke, dievo maryte, dievo karvute. W litewskich również pojawia się określenie sugerujące bóstwo. Zatem jakiś związek z bogiem/bóstwem ta łaciata „krówka” dawniej rzeczywiście miała, co w jakiś sposób pozostało etnograficznie w dziecięcym wierszyku o locie do nieba i przyniesieniu chleba.

Z wikipedii dowiedzieć się można, że po angielsku biedronki to ladybirds, ladybird beetles lub lady beetles – czyli jakaś panienka, pani, ptasia panienka. I tylko w USA to ladybugs. Wcześniejsze określenia angielskie to: god’s cow, ladycock, lady cow, lady fly. Widzimy, że i tu zachowała się jakaś dawna forma bożej krówki. Zatem związek z wierzeniami musiał być wspólny dla Germanów, Słowian i Prusów (łącznie z Litwinami, a więc Bałtów). Po niemiecku biedronka to Marienkäfer. I jeszcze dla porównania z innych wikipediowych języków: litewskie: Mārīšu dzimta, Divpunktu mārīte, rosyjskie: Божьи коровки, serbsko-horvackie: Бубамаре, Bubamare czyli božje ovčice, ukraińskie: Со́нечка або Кокцінелі́ди, białoruskie: Багоўкі, зязюлькі (powtarza się motywm kukułki-zazuli), bułgarskie: Калинките , kalinka, słoweńskie i słowackie: polonica, lienkovité.

Jak widać nie tylko nasz język się zmienia i nie tylko u nas lokalne, gwarowe określenia (często relikty etnograficzne) ulegają zapomnieniu.
Wspólny jest wniosek, aby chronić i owady (przyrodę) i język z jego bogactwem archaizmów i regionalizmów.

Na moment wróćmy jeszcze do E. Majewskiego, który wymienił: biedrzeniec, biedrzyniec jako nazwę rośliny z rodzaju Pimpinella oraz biedrzycznik – Cnidium. Obie rośliny w sumie do siebie podobne, bo z rodziny baldaszkowatych. A jakiż one mają związek z biodrem? Może coś od plamistości? Bo i szczwół plamisty jest w nazwie plamisty (roślina trująca). Może szamańsko-lecznicze ziela też coś z krowami lub łaciatością i demonicznością mają (leczą lub trują)?

W końcu u E. Majewskiego jest i biedrzyga jako nazwa rośliny Podophyllum – czyli stepowiec tarczowany z rodziny berberysowatych, pochodzący z Ameryki Północnej. Jak widać musiał dotrzeć do Europy i Polski jeszcze przed wiekiem XVIII, skoro był znany i miał polską nazwę biedrzyga. Roślina hodowana w parkach i na rabatach, o właściwościach przeczyszczających. Ale skąd nazwa? Od biedra również?

Jak starałem się wykazać, pomocne w odkrywaniu i zachowaniu zrozumienia bogactwa i różnorodności języka ojczystego pomocna może być entomologia i botanika. W taki oto sposób bioróżnorodność idzie w parze z historycznym bogactwem języka ojczystego. A entomologia z etymologią.

Na zdjęciu biedronka azjatycka, która zupełnie u nas niedawno się pojawiła. Akurat nie miałem zdjęcia naszej uroczej biedronki siedmiokropki. Zapomniałem dokumentować, tego co ważne, myślą, że z pospolitymi gatunkami zawsze się zdąży… I teraz zabrakło.

Mrówka co śledziennice zapyla

mrowkasledzienica

Wiosenne wyjazdy terenowe ekologa to nie tylko praca ale i przyjemność. Na przykład zobaczenia wiosny w jej naturalnym siedlisku. Przy okazji zawsze czegoś nowego się można nauczyć.

Od jakiegoś czasu gremia naukowe a nawet ONZ alarmują o ginięciu pszczół. Trwają poszukiwania „dlaczego” oraz „jak temu zaradzić”. Problem poważny, bo jak nie będzie owadów do zapylania, to i żywności będzie za mało. Nawet jak Chińczycy wezmą w swoje liczne dłonie pędzelki, to i oni nie poradzą wielkiemu zadaniu zapylania.

Na zdjęciu załączyłem moją zaskakującą obserwację. Otóż przyłapałem mrówki (chyba rudnice?) jak uwijały się na kwitnących śledziennicach skrętolistnych (Chrysosplenium alternifolium L.). To niezwykła, mała roślina z rodziny skalnicowatych (Saxifragaceae). Nazwa myląca, bo nie występuje na skałach ani w górach, tylko na terenach podmokłych, przy nizinnych źródliskach, w olsach, nad podmokłymi rzeczkami. Dla mnie nieodmiennie kojarzy się ze źródłami rzeki Łyny, gdzie jako student po raz pierwszy poznałem tę roślinkę.

Śledziennica należy do jednych z pierwszych, wiosennie kwitnących roślin. Zakwita już od marca. I nic nie jest takie, jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Bo to co uważamy za kwiaty śledziennicy, w sensie botanicznym kwiatem nie jest! Rolę okwiatu pełnią wyłącznie działki kielicha, a płatków korony nie ma. Te prawdziwe kwiaty są żółte, kielich jest 4-działkowy a pręcików jest osiem. Kwiaty otoczone są złocistożółtymi liśćmi przykwiatowymi, pełniącymi rolę powabni.

Śledziennica bywa samopylna – jakby zawczasu chciała sobie poradzić z brakiem pszczół. Ale ta cecha to efekt wczesnego zakwitania, gdy z racji chłodu brakuje owadów. Niezwykłą cechą tej rośliny jest to, że jest zapylana przez ślimaki (także i przez owady, ale to wcale nie jest zaskakujące). Ale dzisiaj na śledziennicy zobaczyłem uwijające się mrówki (mrówki w roli zapylaczy?). Byłem ciut zaskoczony, a mrówki chyba też, co widać po ich bojowej postawie, gdy zbliżyłem aparat fotograficzny. Na przednówku nie ma co jeść. Więc zapewne chciałby mrówki bronić swojego znaleziska. Kwitnie niewiele roślin. Ciekaw jestem co zjadają rzeczone mrówki.

Dlaczego śledziennica? Bo dawniej używano jej do leczenia chorej śledziony, tudzież wątroby (też chorej). Czyli jest to ziele od śledziony (ale nie od śledzia czy śledzenia). Ale także od ran i wyprysków i jak się można dowiedzieć, związkami czynnymi (leczniczo) są: fitosterole, kwas kawowy, kwercetyna, chryzosplenole (glikozydy), penduletyna, olejek eteryczny, kwas elagowy, glikozydy fenolowe arbutynowe. Nie wiem czy o tym wszystkim mrówki wiedzą. No i czy biegają po kwitnących śledziennicach w celach konsumpcyjnych czy leczniczych. Śledziony mrówki nie mają co prawda, ale może mrówki inne zastosowanie znalazły?

Wiosną kwitną leszczyny, wierzby, podbiały, zawilce, przylaszczki czy przebiśniegi. Ale o tym wszyscy wiedzą, więc po co pisać. Znacznie ciekawsza jest mrówka na śledziennicy.

Ławeczka pod blokiem czyli zrozumieć człowieka aby lepiej planować przestrzeń

Pod moim blokiem nie ma takich ławeczek. Zdjęcie nie pochodzi z Olsztyna. Ja pod swoim domem nie mam gdzie przysiąść (nawet trawnik zasłany psimi odchodami). W części trochę się czuje jak w więzieniu. W planowaniu przestrzennym ktoś nie dostrzega moich potrzeb. Nie rozumie behawioru Homo sapiens, mieszkającego w mieście (a niebawem 75% populacji całej Ziemi mieszkać będzie w miastach). Telewizor i internet nie zastąpią relacji międzyludzkich. Człowiek jest istotą społeczną… Potrzebuje autentyzmu kontaktów międzyludzkich a nie surogatu. A my, żyjąc obok siebie, w większości nie znamy nawet imiom swoich sąsiadów…

W pogoni za "coraz więcej i szybciej" zapominany o rzeczach podstawowych. Do planowania przestrzeni w mieście potrzebna jest interdyscyplinarna wiedza, także ta, odnosząca się do biologii i ekologii człowieka.

Choroba niedoczasu może być symptomem głębszego, egzystencjalnego bólu. W ostatnich stadiach poprzedzających wypalenie [zawodowe – S.Cz.]  ludzie często przyspieszają, aby zapomnieć, że są nieszczęsliwi.”

Carl Honoré („Pochwała powolności”)

Podobno szybkość pozwala odciąć się od pustki tego świata. Ale świat nie jest „pusty” i płytki, to tylko my w pośpiechu nie zauważamy jego głębi – tak jak oglądanie świata zza szyby szybko jadącego samochodu, nie czuć zapachu, dotyku, nie widać nic poza ogólnym planem migających plam.
Żeby poznać świat lepiej, trzeba zwolnić, przysiąść na ławeczce i trochę się ponudzić. Wtedy widać więcej.
I ja chciałbym poznawać świat siedząc na ławeczce pod blokiem, abym miał blisko z domu… Czy muszę chodzić na Starówkę i zamawiać coś, aby posiedzieć z przyjaciółmi przy stoliku? Może być i na pniu drzewa lub na murku…

"Skomercjalizowany świat próżni komercjalnej nie znosi. Niczemu nie odpuści.

Rzeczy, które nigdy nie były przedmiotem wymiany finansowej, są przechwytywane przez rynek. Chodzi nie tylko o dobra, które można posiąść, ale też i o komercjalizację sposobów zaspokajania podstawowych ludzkich potrzeb.

Proszę wziąć miłość. Jak się kogoś naprawdę kocha, to chce się jego dobra. Jeżeli to jest dziecko, czujemy, że powinniśmy spędzać z nim dużo czasu, wsłuchiwać się w jego dziecinne kłopoty w szkole czy przedszkolu, udzielać rad, pomóc w odrabianiu lekcji. Ale cholera jasna, nie ma na to czasu, bo człowiek zajęty, trzeba robić karierę, pojawiają się więc skrupuły moralne, brudne sumienie, wyrzuty. Tak samo w przypadku partnera. Żony. Męża.

Specjaliści od marketingu to wywąchali. Znaleźli ziemię dziewiczą: wejdź do naszego sklepu, w ciągu dziesięciu minut wybierzesz samochodzik, pierścionek, najnowszą komórkę czy modne trzewiki i skrupułów się pozbędziesz, winę odkupisz. Dosłownie.

Boże Narodzenie i I Komunia Święta to już dziś święta nie tyle religijne co konsumpcyjne. Bo wypatrując Mikołaja, któż by o stajence betlejemskiej pamiętał?"

Prof. Zygmunt Bauman

Nawet ludzie w mieście, nawet ci zaganiami, chcą spędzać ze sobą dużo czasu. Trzeba im tylko to umożliwić, odpowiednio dostosowując przestrzeń miejską do potrzeb człowieka. Nie samochodu, lecz człowieka. A tak niewiele trzeba, wystarczy skwer i ławeczka.

Wiedza ma to do siebie, że jej nie widać… a zmienia niezmiernie dużo. Tak jak program w komputerze.

Idzie zielona rewolucja, w Olsztynie „rwą” już bruk!

Zrywanie ulicznego bruku kojarzy mi się z rewolucjami i barykadami, stawianymi na ulicy. Powyższe zdjęcie, zrobione wczoraj na olsztyńskim Zatorzu, dobrze ilustruje wyluwającą się zieloną "rewolucję". Coraz częstsze i głośniejsze protesty mieszkańców przy wycince drzew w miejście, coraz głośniejsze domaganie się parków i zieleni, czy nawet "anarchistyczne" sadzenie drzew i krzewów przez mieszkanców, są zwiastunami nadchodzących, głębokich zmian w społecznościach nie tylko Olsztyna.

Dbałość o stan środowiska i jakość życia w mieście jest zjawiskiem już globalnym. Nie jesteśmy w Olsztynie ani pierwsi ani osamotnieni. Niedawno lokalna społeczność Szwajcarii odrzuciła w referendum możliwość wybudowania kopalnii złota i corocznego otrzymywania z tego tytułu milionów dolarów w podatkach. Szwajcarzy wybrali jakość życia a nie stopę życiową. Wybrali przyrodę i przestrzeń, ułatwiającą kontakty międzyludzkie. I w swoich poczynaniach nie są osamotnieni.

Na powyższym zdjęciu widać, jak ktoś zerwał fragment bruku, by posadzić trochę zieleni. Zdjęcie symbolicznie pokazuje, co dla ludzi jest ważne. To nie jest wyraz "zacofania" czy jakiegoś zaściankowego prowincjonalizmu. Przekonuje np. o tym książka Carle Honore pt. "Pochwała powolności", która niedawno ukazała się w księgarniach. Citta słow czy slow food to przejawy coraz większej potrzeby naprawiania kontaktów międzykludzkich. W mieście  dla ich zaspokajania potrzeba na nowo zbudować przestrzeń, m.in  z ławkami, parkami, zielonymi skwerami. Bo miasto jest dla ludzi a nie parkingiem dla samochodów.

Być może to na razie jest "zielona" mniejszość, ale pozwolę sobie zacytować słowa prof. Z. Baumana (socjologa):

„Każdy stuletni dąb, powtarzam z uporem maniaka, zaczyna od żołędzia, a każda większość zaczyna od tego, że była mniejszością. (…) Wszystkie przemożne później ruchy społeczne zaczynały od tego, że były pomysłami grupki szaleńców. Odważnych szaleńców, którzy ośmielili się popłynąć przeciw nurtowi.”

Z całą pewnością i w Olsztynie dzieje się coś społecznie ważnego, związanego nie tylko z planowaniem przestrzenym ale i filozofią życia.

Mnie interesuje to zjawisko jako ekologa: tego co dzieje się w ekosystemie miasta. Zarówno w aspekcie czystej nauki (obserwowania i poznawania) jak i nauki stosowanej – kształtowania środowiska.

Studiowanie jest wielkim umartwianiem się…

„Studiowanie jest wielki umartwieniem, dla mnie okazało się prawdziwą gehenną, bo nie cierpiałem bezmyślnego wkuwania. Ma ono oczywiście swoje złe, ale i dobre strony, bo poznawanie pojęć musi prowadzić do prawdy, choć pojęcia same w sobie nie są prawdą, niekiedy mogą nawet ja przesłaniać.”

Joachim Badeni OP

Mnie również bezmyślne wkuwanie denerwowało i irytowało. A przecież ludzie potrzebują sensu a nie powierzania wykonania poleceń. Chcą być uczestnikami, wartościowymi uczestnikami a nie narzędziami bezmyślnie wykonującymi polecenia. Bez względu czy chodzi o polecenie „wykucia na pamięć” w czasie nauki szkolnej czy uniwersyteckiej, czy też wykonywania poleceń w pracy zawodowej. Nie należy wymagać posłuszeństwa, jeśli się wcześniej nie pokazało celu! Przekonywać i pokazywać sens. Także wtedy, gdy czegoś trzeba się nauczyć na pamięć – bo i taka umiejętność jest czasem potrzebna.

Tak jak ostrzenie piły – przypominanie o celu i sensie: marnuje się niby czas na przerwanie piłowania, aby naostrzyć piłę, ale potem piłowanie idzie szybciej i sprawniej. Chodzi o sens a nie rytuał. Za mało czasu na przekonywanie, uzasadnianie? To tak, jak piłować tempą piłą…

Studia powinny być poszukiwaniem sensu a nie odtwarzaniem rytuału.

 

DNA, encyklopedia życia i sadzenie lasu

Wraz z wiosną studenci Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie mocno się uaktywnili. Najpierw studenci biologii uczestniczyli w szkolnym festiwalu nauki w Purdzie. Tak przywitali wiosnę. Teraz studenci biotechnologii przygotowują w ramach ogólnopolskiej akcji pokazy zatytułowane DNA – encyklopedia życia. Prawie w tym samym czasie i okolicach międzynarodowego Dnia Ziemi kolejni studenci biologii zamierzają uczestniczyć w sadzeniu lasu. Dzień później połączone siły biologów i biotechnologów (ale zupełnie innych studentów) chcą powtórzyć zeszłoroczną akcję i zorganizować seminarium na trawniku (czytaj zapowiedź i relację z poprzedniego roku).

Nauka przez działanie i przez "uczenie innych" (opowiadanie o podstawach biologicznego życia, pokazywanie przyrody uczniom i nie-biologom) to jedne z najefektywniejszych sposobów … uczenia się. Jednocześniej jest to konfrontowanie się z rzeczywistością a nie sztuczną i pozorowaną sytuacją "w klasie" czy sali wykładowej. We wszystkich tych akcjach będę brał udział. Przyjemnie jest patrzeć na sukcesy studentów i nabywanie przez nich doświadczenia. Nie wolno ich zostawiać "samym sobie" (jak się coś nie uda to będzie na nich). Traktuję to jako nauczanie poprzez aktywne wspieranie i współuczestnictwo. I mam na myśli różnorodne kompetenecje miękkie, jakże ważne na rynku pracy.

O szczegółach i całości, przykład rowerów w mieście. Czyli Olsztyn aktywnie.

"Cokolwiek czynisz patrz końca". Szczegóły są niezwykle ważne, bo ich zaniedbanie może zepsuć całość dzieła. Ale i odwrotnie, zbytnie skupienie się na szczegółach może być przyczyną utraty z pola widzenia (zainteresowania) całości.

Przykładem niech będzie komunikacja rowerowa w mieście. Nie wystarczą tylko ścieżki rowerowe i stojaki w centrum. Bo na osiedlach trzeba zadbać o miejsca, gdzie można zostawić rower. Na olsztyńskich osiedlach mieszka wielu studentów, w tym na stancjach. Młodzi ludzie mogliby wykorzystywać w większym stopniu komunikację rowerową. Pozostaje jednak problem, co zrobić z rowerem w domu. Na moim osiedlu nie dostrzegłem żadnego stojaka na rowery, a mieszka tu wielu studentów. Za stojak służy lampa i… schody do piwnicy. W dobrej wierze przejście jest zastawione. Rowery przypięte do poręczy nie dają się przestawić… i mam ogromne trudności z wyprowadzeniem swojego roweru z piwnicy. No ale, co mają ci biedacy zrobić? Trzymać u siebie na stancji? Bo i lampa jest tylko jedna…

Myślenie całościowe skupia się na analizie całego problemu, całości cyklu w transporcie zrównoważonym. Z kolei zapomnianym szczegółem są stojaki na osiedlach.

A jeszcze lepiej byłoby dla przyjezdnych studentów, aby były wypożyczalnie rowerów, lub system miejskiego roweru: wypożyczam w jednym miejscu, zostawiam w drugim. Takie rozwiązania już funkcjonują i na świecie, i w Europie i nawet Polsce. Rower zajmuje mniej miejsca na parkingu niż samochód. Piszę to w kontekście Starówki i terenów rekreacyjnych. Olsztyn aktywnie? Ależ jak najbardziej tak. Trzeba tylko przypominać o całości procesu jak i niezbędnych a zapomnianych szczegółach.

A co do stojaków rowerowych na osiedlach – tego problemu miasto nie może cedować tylko na spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe. Miasto jest funkcjonalną całością a nie przypadkowym rezultatem indywidualnych działań.

W poszukiwaniu wolności we współczesnym, konsumpcyjnym świecie

"Świat stoi na głowie, bo to, co mało cenne, stawia na szczycie wartości. A cóż jest najcenniejsze? Najcenniejsze jest ubóstwo. Gdzie jest ubóstwo, tam jest wolność"

Karol Wojtyła
Bo ubóstwo to nie jest nędza, to nie jest bieda. Ubóstwo jest wyborem. Z wyboru uwalniamy się od zbędnego i obciążającego pilnowania bogactwa. U-bóstwo, bo w Bogu (u Boga) pokładamy nadzieję, a nie we własnych pieniądzach. 

Żebrak to ten, co wszystko zbiera i gromadzi do swej żebraczej torby. Czasem wydziera innym żebrakom i ich kijem okłada. Siewca, to ten co wyrzuca ze swoje torby w pole. A z tego ziarna coś wyrośnie mimo, że jedno w osty wpadnie, inne ptaki wydziobią. Pod koniec życia siewca ma pusto w torbie… ale plony obfite!
Dobrze jest mieć wzory, które chce się naśladować. Nawet w rzeczach zwykłych i prostych. Tak jak Matka Teresa z Kalkuty. Niby robiła codziennie rzeczy proste i zwykłe…
W poszukiwaniu wolności próbuję i ja spowalniać życie (żyć wolniej, jak w Cittaslow). Tak jak post jest dobry i dla ciała (mimo, że czyniony dla duszy), tak i mniejsza konsumpcja dóbr przynosi dobre efekty w skali globalnej. W szybko jadącym pociągu czy samochodzie, z okien nie widać świata, bo szybko migają obrazy. A czy w szybkim życiu nie tracimy radości życia, prześlizgując się jak oczami po zaszybnym krajobrazie?

E-learningowe tworzenie więzi

"Rozwój e-learningu przekłada się nie tylko na większe zasoby informacyjne (dane), ale także zwiększa intensywność komunikacji pomiędzy uczniem a nauczycielem."

Marcin Polak

Z kilkuletniej praktyki próbowania e-learningu na uniwersytecie mogę tylko dorzucić, że słuszne jest to także w szkołach wyższych. Różnorodny kontakt internetowy ułatwia spotkanie się i komunikację, niezależnie od jedności miejsca i czasu, niezbędnej w tradycyjnym kształceniu. E-learning nie zastępuje osobistych kontaktów. On je tylko uzupełnia i intensyfikuje.

Na szczęście e-learning można rozwijać także w oparciu o zasoby open source. Nic więc nas nie jest w stanie zatrzymać, jeśli tylko zechcemy :). Zarówno studentów jak i wykładowców uniwersyteckich. Decentralizacja i dehierarchizacja staje się faktem w wielu wymiarach życia społecznego. Nic już nie będzie tak jak dawniej… Dla jednych to dobrze, dla innych źle.

Zmrocznik gładysz czyli co łączy inżyniera z biologiem oraz z regionalną literaturą?

gladyszOdpowiadając na tytułowe pytanie, pierwsze co przychodzi na myśl to bionika. Bionika to dziedzina wiedzy z pogranicza techniki i biologii, zajmująca się badaniem, modelowaniem i analizowaniem funkcjonowania organizmów biologicznych w celu wykorzystania uzyskiwanych wyników do konstruowania urządzeń technicznych o analogicznych funkcjach, a także w celach teoretyczno-poznawczych. Czyli bionika to takie inżynierskie podglądanie przyrody ożywionej, aby zastosować w człowieczej codzienności. Po raz pierwszy z bioniką spotkałem się w Niemczech, w czasie wyjazdu ze studentami na wspólne polsko-niemieckie zajęcia na Uniwersytecie w Rostocku.

Ale nie o bionice będzie dzisiejszy wpis (czy wpis na blogu można nazwać artykulikiem?). Technika ułatwia kontakty i wyszukanie odpowiedniego specjalisty. Mam na myśli współczesną technikę telekomunikacji za pośrednictwem internetu ale i.. „babskich” książek.

„Pozwalam sobie mieć do Pana prośbę o nazwanie owada pokazanego na załączonej fotografii. Jesteśmy znajomymi Katarzyny Enerlich i kiedyś Jej przesłałem tę fotografię z historią ocalenia przeze mnie na Mazurach, gdzie mieszkam część roku, tej oto „ćmy rudoskrzydłej”. Nie wiem, czy to ćma i co z niej wyrosło. Ta zupełnie błaha sprawa zaprząta mi moją akademicką głowę (niestety związaną z techniką) za sprawą (…) wiersza na temat tej „ćmy” (…), a mnie nęka myśl cóż to za owad. Znalazłem go na strychu garażu, delikatnie wyniosłem do ogrodu, zrobiłem serię zdjęć i dopilnowałem, żeby po wzmocnieniu się odleciał. I nie wiem „komu” uratowałem życie.” (Witold Jaszczuk, Politechnika Warszawska)

I jak biolog (na dodatek entomolog, z „prowincji pełnej słońca”) nie miałby pomóc „inżynierowi”? A przy okazji nie zainspirować mrągowskiej pisarki do napisania wiersza?

„Ćma rudoskrzydła” z zacytowanego fragmentu to sympatyczna aluzja do koloru włosów mrągowskiej pisarki, która słowem opowiada o prowincji pełnej różnych zjawisk i rzeczy. Zdjęcie (zamieszczone wyżej) wykonane zostało dobrze a i owad jest charakterystyczny, nie trudno było więc dopomóc w identyfikacji uratowanego, a wcześniej napojem wzmocnionego. Tego interdyscyplinarnego posłańca udało się szybko rozpoznać jako motyla z rodziny zawisaków (Sphingidae). A dokładnie jest to zmrocznik gładysz, zwany także zmierzchnikiem gładyszem lub zmrocznikiem gładyszkiem (Deilephia elpenor, opisany przez Linneusza już w 1758 r. – ciekawe co się wtedy działo na Mazurach w miejscu znalezienia tego motyla?). Starsza nazwa łacińska to Sphinx elepenor – równie wymowna.

Nazwa rodziny – zawisakowate – zdradza ciekawy sposób spijania nektaru. Niczym współcześni zabiegani pracoholicy także i zmrocznik gładysz w stadium owada dorosłego (na razie chyba dzieci nasze nie są pracoholikami?) nie przerywając swego lotu, zawisa nad kwiatem (teraz wiadomo czemu cała rodzina nazywana jest zawisakami) i spija nektar. Nie ma czasu spokojnie przysiąść, tylko konsumuje w „locie”, niczym wielkomiejscy warszawiacy z kubkiem kawy na chodniku. Ten zawisający lot upodabnia zawisaki do kolibrów. Sam byłem już kilkakrotnie alarmowany, że o to w Olsztynie czy okolicy ktoś widział kolibra. Tak więc zawisaki to takie nasze, warmińsko-mazurskie kolibry.

Na zdjęciu jest postać dorosła owada. Nic więc z niego już nie wyrośnie, bo postacie dorosłe (imago) owadów nie rosną. Przynajmniej dosłownie. Bo jako owad dorosły może zostawić po sobie liczne potomstwo. Czyli jednak coś z tego może „wyrosnąć”, nie zapominając o wspomnianym wierszu (czy wiersze mogą rosnąć?). Dorosłe owady (czy muszę pisać, że chodzi o samice?) jaja składają pojedynczo na spodniej stronie roślin żywicielskich (będzie o tym dalej).

Zmierzchnik i zmrocznik w nazwie trafnie oddaje nocne zwyczaje tegoż pięknego owada. Aktywny jest o zmroku i w nocy. Lata od późnego wieczora do późnej nocy. Niczym letnik na wakacjach na Mazurach, gdzieś na prowincji. Dorosły zmrocznik gładysz przylatuje do kwiatów bzu lilaku, wiciokrzewu, petunii, żmijowca (motyw żmii jeszcze się ponownie pojawi), mydlnicy lekarskiej i innych kwitnących roślin ze słodkim i energetycznym nektarem.

Pięknie ubarwiony owad dorosły (wielkość ciała 2,5-3,2 cm, rozpiętość skrzydeł 4,5-6 cm) spotykany jest od początku maja do początku lipca (w niektórych regionach nawet do początku sierpnia), a jeśli występuje drugie pokolenie, to także w sierpniu i wrześniu. Ciało i przednie i skrzydła ma koloru oliwkowo-zielonego z ukośnymi smugami barwy czerwonego wina, lub jak kto woli koloru rudego, albo różowego. Tylne skrzydła są ubarwione na czarno-czerwono lub czarno-różowo.

Spotkać gładysza można na polanach, wilgotnych śródleśnych łąkach, zaroślach nadrzecznych, przy drogach, w parkach i ogrodach. Jest to gatunek pospolity i stosunkowo liczny. Jakkolwiek łatwiej spotkać gąsienice niż owady dorosłe. Gąsienice, dorastające do 8 cm długości, mają z przodu ciała po bokach po dwie (z każdej strony), duże plamki przypominające oczy. Zaniepokojona gąsienica unosi przód ciała (niczym kobra), wciąga głowę i pierwszy segment tułowia, na skutek tego segmenty z niby-oczami ulegają powiększeniu (uwydatnieniu), a plamki przypominające oczy powiększają się. Strach ma rzeczywiście duże oczy! W wyniku tego zabiegu gąsienica przypomina małego węża lub żmiję z czterema oczami. Na końcu odwłoka znajduje się krótki wyrostek w kształcie rogu. Same gąsienice ubarwione są zazwyczaj na zielono lub brązowo. Spotkać je można od czerwca do października, żerujące między kwiatami lub nasionami przytulii (przytulia to taka roślina o łacińskiej nazwie rodzajowej Galium, nieprawdaż że sympatyczna nazwa?), wierzbownicy (Epilobium), na wierzbówce kiprzycy (Chaemaenerion angustufolium) i wiesiołku, w niektórych regionach Europy na wiciokrzewie, krwawnicy, mimozie. W ogrodach gąsienice żerują także na fuksjach. Starsze gąsienice za dnia przebywają ukryte przy ziemi a żerować na roślinach wychodzą w nocy. W czasie zimy larwa (gąsienica) przepoczwarcza się, schowana w jedwabnym oprzędzie, czasem zakopana płytko w glebie.

Co jeszcze można dodać? Że to gatunek o rozmieszczeniu palearktycznym. A i żeby ułatwić wzrost poetyckiej weny warto sięgnąć do dziewiętnastowiecznego „Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich”, gdzie pod nazwą gładysz kryje się zarówno kilka roślin (konwalia, przebiśnieg i in.) jak i różne owady: Musca polita, Staphylinus politus.

Tak oto motyl gładysz o nocnych zwyczajach, połączył biologia, naukowca z politechniki i mrągowską pisarkę. Co z tego „wyrośnie”?

Więcej o tytułowym motylu (wraz z ilustracjami)