Telewizja, książka i podglądanie przez dziurkę od klucza

„Telewizja pokazuje nam własną wersję wydarzeń, nawet własną wizję świata, polityki, historii. Problem w tym, że zaczyna to być jedyna wersja wydarzeń (i tym samym historii dziejącej się współcześnie) jaką zna tzw. człowiek z ulicy, anonimowy członek społeczeństwa masowego”

Ryszard Kapuściński

Telewizja (ale wcześniej książka i radio) daje poczucie uczestnictwa, ale bez odpowiedzialności. Jestem tam gdzie jest audycja (nawet w fabule) ale za nic nie odpowiadam. Jestem tylko biernym uczestnikiem. Mogę pokrzyczeć, komentować, ale nikt tego nie usłyszy i nie zareaguje.

Podobnie w Internecie, mogę stać się ważnym klakierem lub opluwaczem – ja przeciw komuś ważnemu (bohater ratujący cały świat, jak w bajce czy grze – zawsze można wcisnąć reset, bo ma się wiele "życ"). Ale to wszystko bez odpowiedzialności, bo niby jestem publicznie, ale mogę puszczać bąki (i tak nikt tego nie widzi), leżeć rozwalony na wersalce, za nic nie odpowiadam – uczestnictwo przez dziurkę od klucza to bardziej uczestnictwo podglądacza niż obywatela-uczestnika.

Być dziennikarzem i… blogerem

„Być dziennikarzem to przede wszystkim ciągle nad sobą pracować, kształcić się, zdobywać wiedzę, starać się zrozumieć świat.”

 Ryszard Kapuścićńki

Ale można to odnieść do każdego społecznego zawodu, do naukowca, nauczyciela, polityka, twórcy kultury, samorządowca. Poznawanie świata i rozumienie go jest stałym wyznacznikiem współczesnego świata. Bo szybko się zmienia. W każdym zawodzie więc trzeba kształcić się poznawać, rozumieć. W przeciwnym razie dochodzi do katastrof.

A że pisać publicznie dzisiaj łatwo, na przykład za sprawą blogów, to i amatorskie dziennikarstwo się upowszechniło. Amator jednak nie znaczy dyletant. Tylko tyle, że nie jest to praca zawodowa. A przecież zdecydowana większość blogerów nie żyje z piania blogów. Piszą nie z potrzeby finansowej, ale wewnętrznej chęci wypowiedzenia się. Dla siebie, czasem dla innych. A oznacza to – za słowami Kapuscińskiego – ciągłe pracę nad sobą i chęć zrozumienia świata.

Rób tyle, ile można. Tyle wystarczy

"Rób tyle, ile możesz a resztę zostaw Panu Bogu"

To niezbyt dokładny cytat z zasłyszanych-przeczytanych myśli. Jest w tym duża mądrość i pokora. Dodałbym tylko … i się nie szamocz :). Rób tyle ile możesz, w danej sytuacji, i rób to najlepiej jak potrafisz.

Współpraca buduje. Dobre owoce pojawiają się, gdy mądrze wybierzemy w(W)spółpracowników. I potrafimy rozpoznać miejsce, w którym jesteśmy. Bo czyż warto narzekać, gdy łódź nie płynie… a jesteśmy na pustyni? Na pustyni inne rzeczy wzniosłe, fascynujące, wartościowe możemy robić. O sobie decydujemy, mniej o miejscu, w którym się znaleźliśmy.

Cieszyć się z tego, co na misce nam podano, smakować, delektowac się. Bo czyż warto tracić czas na zaglądanie do cudzych misek (w tym czasie nasze danie wystygnie i straci smak)? Z cudzej miski tylko z daleka lepiej smakuje… Zamiast więc smucić, się, że nie jesteśmy tam gdzie inni, cieszmy się tym co wokół nas. Rozpoznać miejsce, sytuacje, zadanie, misje… jakie nam przypadły w udziale.

Każdy ma swoją prowincję, warto się więc w niej zakochać. Bo i ją stracić możemy w pogoni za ułudą.

ps. zdjęcie z pikniku archeologicznego w Gadach (taka mała, śliczna wioska) a rzeźba wykonana przez "ludowego" artystę spod Barczewa. Mnie w niej urzekł autentyzm.

Przyszkolne obserwatoria astronomiczne – szkoda, że nie w Olsztynie

Z tremą przygotowuję się do wykładu na Uniwersytecie Dzieci (będzie 12 lutego, o owadach, dinozaurach, o nauce latania i ewolucji). Odbiorca trudny i poprzeczka dydaktycznie wysoka. Dlatego mam dużą tremę i zastanawiam się nie tyle nad treścią co przystępną i komunikatywną formą. Jak powiedzieć na poziomie naukowym o problemach poznawiania świata i odkrywania jego tajemnic (czyli to samo co na konferencjach naukowych przed innymi specjalistami) a jednocześnie zrozumiale i ciekawie?

Pęd do wiedzy – zarówno dzieciaków jak i rodziców – jest ogromny. No, może jest trochę i snobizmu i swoistego wyścigu szczurów (zapewnić jak najlepszy start i "wybicie się" dla własnych latorośli). Ale mnie nurtuje pytanie, dlaczego taka naukowa edukacja odbywa się od wielkiego dzwonu? Dlaczego jest duży rozdźwięk między naturalną ciekawością poznawczą dzieciaków i młodzieży a praktyką i programem szkolnym?

Dlaczego małe szkoły są zamykane podobno z przyczyn ekonomicznych… A równocześnie w wielkim świecie, za duże pieniądze powstało Centrum Nauki Kopernik (Warszawa) – oblegane przez młodych i starych z całej Polski (bilety trzeba rezerwować z bardzo dużym wyprzedzeniem). W sąsiednim województwie kujawsko-pomorskim w 14 miasteczkach powstają przyszkolne obserwatoria astronomiczne (m.in. w Brodnicy, Rypinie, Gniewkowie, Radziejowie). Tam nauka będzie na prowincji! W tymże województwie w każdej klasie nauczania początkowego znajdzie się interaktywna tablica. Przecież to wszystko kosztuje!!! A jednak ktoś nie boi się inwestować tych pieniędzy.

A u nas szkoła przegrywa na wielu frontach. Co nauczyciel może pokazać? W wielu (większości) klas nie ma podstawowego sprzętu w postaci komputera i rzutnika multimedialnego. Zostaje kreda, tablica i pomoce wycięte z gazety lub malowane kredkami. Moja żona jest nauczycielką, na codzień widzę ile zajmuje jest przygotowanie, drukowanie i wycinanie najbardziej podstawowych pomocy do klas I-III. Podobno nauczyciele mają dużo wolnego czasu… Tylko dlaczego moja żona popołudniami za własne pieniądze przygotowuje pomoce na lekcje? I nie jest wyjątkiem. Spotykam się z wieloma nauczycielami, bywam z wykładami w różnych szkołach, w różnych klasach, wiedzy swojej o szkole nie czerpię z gazet… czy sprawozdań kuratoryjnych.

Dlaczego u nas na edukacji oszczędzamy? Dlaczego w każdej szkole nie doposażamy pracowni bilogicznych, chemicznych, fizycznych itd.? Wtedy nauczyciele robiliby często o siebie kółka poznawania naukowego. Dlaczego uczeń ma laptopa, internet w domu, kino domowe… a w szkole nauczyciel nie ma szansy pokazania filmu kilkuminutowego, wykorzystania na lekcji zasobów internetu? Do tego potrzebny komputer w sali z rzutnikiem multimedialnym. A to przecież nie jest luksus. A gdzie pomoce dydaktyczne, pozwalające na zaplanowanie i wykonanie ciekawych doświdczeń? Szkoła – w porównaniu z tym co uczeń ma w domu na codzień – przegrywa swoim zacofaniem.

To dobrze, że od święta jest Uniwersytet Dzieci. Ale bardziej ucieszyłbym się z codzienności w miejskiej i wiejskiej szkole…

W Olsztynie jest planetarium i obserwatorium astronomiczne, jest i Multicentrum, jest i Muzeum Przyrody i parę innych, małych placówek. Jak pokazuje przysłowiowe "życie" zapotrzebowanie na poznawanie świata jest znacznie większe. Zwłaszcza w miasteczkach powiatowych i na wsiach. Tam powiny być lokalne i przyszkolne centra naukowe, muzea interaktywne. Tam powinny być wspierane Uniwersytety Wieku Uniwwersalnego i temu podobne inicjatywy.

Po co nam znakomite drogi, którymi nasze dzieci wyjadą w daleki w świat, nie znajdując szansy na rozwój i poznawanie rzeczywistości u siebie? Może w planach strategicznych naszego regionu warto pomyśleć o szerokim i codzienhym wsparciu edukacji w szkołach i środowisku lokalnym.

I jest w tym duża rola Uniwersytetu Warminsko-Mazurskiego, nie tylko raz do roku z okazji Olsztyńskich Dni Nauki.

ps. zdjęcie powyższe, z wykładu na Uniwersytecie Dzieci, jest trochę symboliczne. Trzeba jednak dokładniej się przyjrzeć i zastanowić…

Literatura i nauka – dwa bieguny tego samego poznawania

Literatura i sztuka to formy prawdziwej opowieści o świecie. Są pokazywaniem "modelu" świata – tak jak konstruktor pokazuje plany narysowane na kalce technicznej czy papierze. Trzeba ukształtowenej wyobraźni, żeby z planu odczytać i "zobaczyć" projekt. Z dwuwymiarowych kresek zbudować-odtworzyć w głowie obiekt trójwymiarowy, rzeczywisty. Podobnie z literaturą czy sztuką – trzeba umieć odczytać rzeczywistą treść, specyficznie zakodowaną.

Odczytywania planów konstrukcyjnych, interpretowania symboli, znaczków itd. trzeba się uczyć. Tak jak uczymy się pisania i czytania w każdym języku. Bez przygotowania laik nic z tej plątaniny kresek nie zrozumie. Będą to tylko bazgroły. Podobnie z literaturą, podobnie ze sztuką. Trzeba się nauczyć odkodowywania, zawartych tam treści. Czyli wszystkiego tego, co w szkole robimy z "lekturami" – co autor-poeta miał na myśli :). Przekaz literatury i sztuki nie jest tak jednoznaczy jak przekaz naukowy. Może mniej "ostry" ale także oddający istotę sprawy. Mam wrażenie, że czasem bardziej niż przekaz naukowy dotyka istoty świata nas otaczającego.

Literatura to też jest poszukiwanie prawdy o świecie wokół nas. To tylko inna metodologia niż metodologia nauk przyrodniczych. Humaniści i artyści nie rozumieją często nauk przyrodniczych – bo nie potrafią odkodować zawartego w nich przekazu o świecie (nie potrafią dostrzec piękna w nauce). Podobnie naukowcy (science) często nie rozumieją literatury czy sztuki, uważając za bzdety, fantazję z której nic nie wynika (bo nie potrafią odczytać prawdy tam zawartej, informacji i wiedzy o świecie). Być może z tego właśnie bierze się pozorny konflikt między religią a nauką – niektórym wydają się odmiennymi, nieprzystawalnymi światami. Tak jak nieprzystawalne widają się: sztuka, literatura, fizyka, biologia, chemia.

Do rozumienia literatury fikcji potrzebny jest "klucz", swoisty szyfr. Czasem trzeba znać autora, czasem kontekst czasów. Dopiero wtedy można dostrzec zawartą tam prawdę o świecie. Prawdę pisaną nie wprost, lecz pisaną obrazami. Literatura czy sztuka w postaci muzyki, sztuk plastycznych czy jakiejkolwiek innej, jest wtedy wartrościowa, gdy taką prawdę w sobie zawiera. I gdy ta prawda o świecie może być przez innych odczytana.

Jest literatura (sztuka) byle jaka, marna i nieprawdziwa, jest i marna, błędna i nieprawdziwa nauka. To różnica jakości a nie istoty.

Wolę literaturę faktu… bo być możej lepiej ją rozumiem, bo metodologia zakodowanej tam informacji jest łatwiejsza dla mnie do odczytania. Ale i literaturę fikcji czytam z przyjemnością.

Ludzie często podkreślają, że lubią czytać "dobre" książki. A co to znaczy "dobra"? Być może znaczy to, że prawdziwa, z odczytywalną wiedzą o świecie. Czytamy nie tylko dla rozrywki ale i aby zrozumieć świat, aby odszukać sens życia.

Z naukami przyrodniczymi jest podobnie. Swoim językiem budujemy teorie, paradygmaty i… poszukujemy sensu, w małej i dużej skali. Budujemy modele świata, starając się, aby były coraz bardziej adekwatne do rzeczywistości.

Literatura, sztuka i nauka mówią różnymi językami. Żeby jednak nie były samotne pośród siebie, muszą uczyć się rozumieć i "dyskutować" ze sobą, a nie izolować, "ekskomunikować’, dyskredytować.

Ps. Zdjęcie u góry wykonane przez p. Zofię Wojciechowską, aparatem w telefonie. O jakości nie przesądza sprzęt lecz sposób patrzenia i dostrzegania piękna :). Nie aparat czyni fotografem a … mózg. Podobnie o prawdzie przesądza nie forma (literatura, nauka) a zawarta w niej treść.

A ta polityka, panie, to coś dobrego czy złego?

"Polityka to debata wolnych ludzi o tym jak powinni urządzić wspólne sprawy"

ks. Tomasz Jaklewicz

Kluczem są tu ludzie wolni. Wolni i odpowiedzialni. Niewolnicy, ludzie zniewoleni nie będą prowadzili debaty, bo nie czują się odpowiedzialni za swoje dobra i nie mają "swoich" spraw. Niewolnicy nic nie mają… swojego. Mogą tylko jazgotać roszczeniami i narzekać. Bo taka jest skuteczna strategia niewolnika, parobka, dziecka…

Podobnie nóż – w jednych rękach służy do krajania chleba i smarowania masła, w innych do ranienia czy grzebania w błocie. Kluczem nie jest istota noża, lecz tego, kto go trzyma.

A zatem to nie "polityka" jest czymś złym, brudnym, podłym. Jedynie ludzie ją uprawiający mogą tacy być.

Co zrobić, żeby nasza widoczna polityka, zarówno sceny regionalnej, krajowej, jak i tej pracowniczo-sąsiedzkiej była lepsza? Trzeba wychowywać i kształtować ludzi wolnych. Czynić ich wolnymi.

To jak prowadzimy debatę, opisuje jacy jesteśmy. Zgodnie ze starym powiedzeniem "każdy chory pokazuje, gdzie go boli". Najwidoczniej potrzeba nam wielu lekarzy duszy.

Pytanie jakie sobie często stawiam "jakich ludzi wychowujemy w naszym olsztyńskim uniwersytecie?". I jakie tworzyć warunki, by studenci dojrzewali do wolności, by czuli się coraz bardziej wolnymi. By opuszczali mury jako osoby dorosłe w pełnym słowa tego znaczeniu. W tym sensie studiowanie byłoby inicjacją do dojrzałego życia społecznego w wieku XXI.

Elektroniczny skrypt jest przydatny. Nawet nie przypuszczałem.

Kiedyś napisałem skrypt-zeszyt ćwiczeń dla moich magistrantów. Żeby ułatwić dostęp umieściłem go na swojej stronie. Po jakimś czasie okazało się, że korzysta z niego wiele różnych osób i to nie koniecznie z Olsztyna czy z kierunku biologia.

Wypadałoby go poprawić, uzupełnić i dostosować do obecnych realiów, rozbijając na część dla licencjatów i magisteriów. Ale ciągle brak czasu… Podobnie jak z poradami dotyczącymi plakatu naukowego. Informacja o tymczasowości… widnieje już parę lat.

O tym, że skrypt jest wykorzystywany, świadczą i takie listy z uwagami:

Witam serdecznie,

W prawdzie nie przeczytałam jeszcze całego tekstu jednak jedna rzecz zwróciła moją uwagę już na samym początku. Każdy wers, który kończy się "i", "a", "w" itp. powinien być umieszczony przy słowie do którego się odnosi, więc chodzi o to, aby używać tzw. twardej spacji (np. "przykłady zawarte w tekście" => "przykłady zawarte w(tu: ctrl+shift+spacja)), wtedy automatycznie nigdy nie będziemy mieli pojedynczych "i","w" itp. na końcu linijki. Praca na pewno będzie nie tylko ładniej wyglądała, ale i lepiej będzie się ją czytało :). Mam nadzieję, że moja uwaga będzie pomocna i jednocześnie dziękuję za zamieszczenie tej pomocy w internecie, na pewno z niej skorzystam przy pisaniu mojej pracy.
Anna

Uwagi bardzo słuszne i praktyczne dla piszących. Tymczasowo zamieszczam tutaj. I obiecuję, że jak tylko zabiorę się za nowszą wersję, to uzupełnię o te pomysły i praktyczne rady.

Moja stona jak i ten blog wymagają unowocześnienia, bo wyglądają już conieco archaicznie. Samo się nie zrobi a na douczanie się ciagle brak czasu. Ale to nie wszystko. Na moim wydziale wdrażany jest USOS. Zatem kolejny impuls do uczenia się zupełnie nowych rzeczy. No cóż, na uniwersytecie i kadra też musi się ciągle douczać. Niech będzie to na osłodę studentom  w czasie sesji – nam też nie jest lekko :).

Kupa na chodniku czyli facebookowy flash mob

Tytuł w pierwszej części jest dosadny, w drugiej niezrozumiały (obce słowa). Dosadny po to (naśladując media), aby zszokować, zbulwersować, zainteresować. A ta druga, niezrozumiała część tytułu do tego nawiązuje. Flash mob to określenie happeningu, dosłownie "błyskawiczny tłum". Co ma jedno do drugiego? Już wyjaśniam.

Ktoś zbulwersowany ciągłym epatowaniem katastrofy smoleńskiej założył "wydarzenie" na Facebooku pod nazwą "dzień bez Smoleńska", zaplanowany na 3 lutego. W ciągu kilku zaledwie dni inicjatywę poparło ponad 106 tysięcy użytkowników tego społecznościowego portalu. A dziś w nocy autor tego popularnego pomysłu, zlikwidował stronę. W międzyczasie pojawiło się wielu naśladowców i protestujących. Autor i ponad 100 tysięcy internautów przez chwilę zrobiło "tłum" i wyartykułowało protest i znudzenie epatowaniem skandalami, wrzaskiem, bijatyką. Przekaz czytelny, ale czy adresaci zrozumieją?

Teraz przejdźmy do niestrawionych resztek pokarmu, dosadnie zwanych kupą. Gdy mijamy takie coś na chodniku, to od razu zwracamy uwagę (bardziej na ludzką niż na psią, bo tych ostatnich zatrzęsienie). Widok odrażający, przykry, więc bulwersuje, zwraca naszą uwagę. Wywołuje komentarze.

W mediach podobnie: głównie kronika wypadków, zbrodnie, kto na kogo brzydko powiedział (im na kogoś ważniejszego tym lepiej), kto kogo znieważył publicznie, krew, mięso i zbrodnia. Bym zapomniał, jeszcze mnóstwo seksu. Bo to przecież "interesuje", zwraca uwagę… a media muszą być czytane, bo reklamodawcy itd. Niby prawda.

Ale jeśli na chodniku odchodów i ewentualnej padliny pojawia się dużo – żebyśmy stale przykuwali uwagę… to piesi wybierają inne trasy, chodzą innymi chodnikami (media są różne, więc możemy wybierać i tworzyć własne!). Co za dużo to niezdrowo i budzi odrazę. Taki był chyba cel i głos opisywanego "smoleńskiego", facebookowego flash moba. Bo wcale nie tylko o ten Smoleńsk chodziło… I zamęczanie nas ciagłymi niby interesującymi plotkami i "świętymi uburzeniami".

Kiedy ktoś jest świadkiem wypadku, zbrodni lub skandalu lub innej "medialnej sensacji" staje się celebrytą-bohaterem. Najczęściej gwiazdą jednego dnia. Tak dzieje się w społecznościach lokalnych, gdy opowiadamy o lokalnych "sensacjach", i tak dzieje się w ogólnopolskich mediach. Zachłyśnięci sławą efemeryczni celebryci eskalują swoje słowa, chcą być ciągle w centrum uwagi i "sławy". Zaczadzeni powiedzą każdą bzdurę, wymyślą każdy spisek, każde obraźliwe słowo, aby tylko być… dostrzeżonym. Smutne i żałosne. Po części wina to mediów…. i ich nieadekwatnego wyobrażenia o społeczeństwie. Czyli o nas.

Czy ten (nie jedyny przecież) facebookowy flash mob "anty-smoleński" będzie zrozumiały? Dobrze, że autor zamknął wydarzenie w krótkim, ale głośnym, przekazie. Każda kontynuacja trochę by wypaczała. Bo zaraz znajdują się zagospodarowujący, anty i cała rzesza innych.

A Facebook jest jakimś dobrym fenomenem, bo utrudnia ujawnianie złych emocji. Po pierwsze w dużym stopniu trudno o anonimowość. Po drugie jest przycisk "lubię to" a nie ma opcji negatywych (można wycofać tylko swoją aprobatę do stanu zero). Ułatwia więc w swoiej istocie wyrażanie pozytywnych głosów i emocji. W internecie – poprzez symetryczność – o wiele chętniej wywlekamy swoje złe emocje. Po pierwsze bo anonimowo (wszystkie fora), po drugie ze swej natury ludziom  znacznie łatwiej pisać źle o innych. Gdy musimy napisać coś dobrego… to wymaga to znacznie większego wysiłku.

Uczcie się od Facebooka 🙂

Żyj życiem spokojnym i nie szamocz się

"Żyj życiem, dając innym żyć. Spokojni są panami życia. Słyszą, widzą i milczą. Śpią dobrze, bo się nie szamoczą. Żyją długo, albowiem kultywują spokój wewnętrzny. Mają wszystko co trzeba, bo nie zabiegają o rzeczy zbędne lub cudze. Zachowują serce spokojne, bo nie przejmują się niczym. "

Baltasar Gracian y Morales

Wiele – jeśli nie wszystko – z tego, za czym biegamy, już mamy… w sobie. I odkrywamy dla siebie to, co inni już opowiedzieli. Odkrywamy dla siebie. Czytamy… bo potwierdzamy autorytetm innych, to co się w nas zrodziło. A z cudzej miski lepiej smakuje?

Chyba Gandi powiedział, że zasobów na Ziemi starczy dla wszystkich. Ale dla naszej chciwości i 3 Ziemi będzie za mało. Z pewnością miał rację. Po co zabiegać o rzeczy zbędne?