Uniwersytecki duch otwartego poszukiwania prawdy

W wieku XIX pojawił się w naszym społeczeństwie zawód naukowca. Zawód taki sam jak inny, jak szewc, krawiec, kowal, piekarz, bednarz. Jedni są mistrzami, inni tylko prostymi rzemieślnikami lub partaczami. W swej masie tworzą wartość. Jedne zawody zanikają, inne powstają. Możliwe, że i zawód naukowca nie jest wieczny. Bo naukowiec to nie to samo co mędrzec. Ten drugi cechuje się autorytetem wiedzy. Nie każdy naukowiec jest mędrcem, nie każdy mędrzec jest naukowcem. Nie zawsze więc naukowiec jest liderem i nie wyznacza kierunków życia dla wielu ludzi.

Naukowiec to zawód a nie lider.

A cechy idealnego naukowca (mędrca?) jakie powinny być? Otwartość i ciekawość, poszukiwanie prawdy (Prawdy) a nie siebie. Gotowość na zmianę swoich poglądów, informacji, wizji. To słuchanie ludzi i prawdy zapisanej w przyrodzie. Poszukiwanie Prawdy to życzliwe otwarcie na świat i drugiego człowieka, to słuchanie a nie objawianie, objaśnianie, komunikowanie, to brak bufonady, egoizmu i egocentryzmu.

Nastawienie na poznanie a nie na siebie.

Można zastanawiać się nad cechami idealnego kowala, szewca, kołodzieja oraz naukowca. Ideał opisuje cechy najbardziej pożądane w danym zawodzie, aby jak najlepiej i najefektywniej wykonywać swoją "misję", swoją społeczną funkcję. To tylko wzór do naśladowania, punkt odniesienia w kształceniu (samokształceniu) kolejnych adeptów. A na codzień zawodowe czynności wykonują ułomni ludzie. Mimo to mamy buty, ubrania… i badania naukowe. Jedne lepsze inne gorsze. 

W każdym człowieku jest coś z naukowca, choćby tylko maleńka cząstka. Bo nauka to specjalizacja w poznawaniu. Poznawanie od zawsze towarzyszyło ludzkości i indywidualnemu człowiekowi (od urodzenia). Coraz większa specjalizacja jest znakiem naszych czasów społeczeństwa wysoko rozwiniętego. Poznawanie świata będziemy realizowali samodzielnie albo w mniejszej lub większej części cedowali na innych specjalistów. Tak samo jak naprawę kranu powierzymy hydraulikowi, a gotowanie obiadu kucharce.

W szybko zmieniającym się wieku XXI chyba jedną z najważniejszych cech (kompetencji) jest umiejętność szybkiego uczenia się. Przybywa więc nam naukowców :). Ale bardziej jako naukowców-amatorów czyli utrzymujących się z innego zawodu, a umiejętności naukowego rozpoznawania rzeczywistości niezbędne są do wykonywania swojego zawodu. Ale chyba zawsze tak było. Tylko kiedyś trzeba było się nauczyć rozpoznawania śladów zwierząt a teraz obsługi coraz to nowych urządzeń technicznych, służących do poznawania coraz to nowych aspektów rzeczywistości.

Odkłamać Kortowiadę, czyli poeci potrzebni od zaraz

W obiegowej opinii Kortowiada to menelska, pijacka impreza, demoralizująca młodych ludzi. Tam tylko wrzaski, piski i dzikie swawole. Z daleka (z miasta) czasem słychać głośnie koncerty z kortowskiej górki a między blokami szwendające się pijane podrostki. I to ma być przyszła elita, "te studenty"?

W ubiegłym roku zacząłem bliżej poznawać Kortowiadę. W tym roku, jeszcze z nieśmiałością, kontynuowałem obalanie streotypu (przede wszystkim dla samego siebie). Z bliska wygląda to wszystko zupełnie inaczej.

A i owszem, piwa dużo się przelewa, puszki się walają (krótko), muzyka głośna… Ale znacznie więcej ciekawego i wartościowego się tam dzieje. Wielka szkoda, że media zazwyczaj urzędowo pokażą prezydenta przekazującego klucz władzy do miasta, kilka wzmianek o jakichś koncertach, jeszcze ujęcie z parady wydziałów i… najwyżej jakieś doniesienia o pijackich burdach (rzeczywistych lub domniemanych).

Jak się od znajomej (pracownik UWM, corocznie bywa na koncertach na kortowskiej górce) dowiedziałem w tym roku na wieczorno-nocnych koncertach bywało ponad 50 tysięcy ludzi! A kolejne 12 tys. oglądało te koncerty za pośrednictwem internetu. Organizatorzy podali, że w tegorocznej Kortowiadzie wzięło udział ponad 130 tys. osób. Jest to więc masowa impreza, organizowana przez samorząd studencki. I chyba lepiej organizacyjnie Kortowiada jest przygotowana niż zloty na polach grunwaldzkich (tam ponoć patriotycznie) czy zdecydowanie lepiej i bezpieczniej niż mecze piłki nożnej (sport to zdrowie?). Działacze piłkarscy i samorządy mogliby się uczyć od studentów logistyki :).

Liczby pokazują, że studenci robią imprezę masową, bezpłatną, w dużej mierze nie dla studentów. Przy okazji sami się bawią. Poza dużymi koncertami muzyki, której nie lubię (i nie znam) okazuje się że odbywają się całkiem ambitne kabaretony czy koncerty poezji śpiewanej (wejście na koszulkę kortowiadową).

Ale studenci nie są tylko biernymi konsumentami-oglądaczami. Sami (ta najbardziej aktywna i elitarna mniejszość) już na półtora miesiąca przed Kortowiadą intensywnie pracują twórczo nad przygotowanie mis wenus oraz boju wydziałów. Weterynarze, rolnicy, biotechnolodzy, informatycy, teolodzy itd. amatorsko angażują się w całość tych artystycznych przedsięwzięć. Sam jestem zaskoczony jak wiele ciekawych scenek realizują. Przy okazji uczą się trudnej sztuki współpracy. Sami wymyślają program, tworzą dekoracje, przygotowują stroje, znajdują sponsorów na zakup materiałów. Kolejny studenci – już indywidualnie – wymyślają dla siebie oryginalne, jednorazowe stroje, wymyślają różne ludyczne  zawody czy atrakcje. W tym roku pobili rekord Guinessa w budowaniu łódki z pustych butelek plastikowych. Nie tylko zabawa ale i głębszy podtekst edukacyjny.

Niektórzy rodzice z Olsztyna przychodzą ze swoimi dziećmi w wieku gimnazjalnym na koncerty… Chcą pod swoim okiem pokazać i mądrze nauczyć udziału w imprezach masowych. Bo z takimi prędzej czy później ich dzieci się zetkną. I w tym kilkudziesięciotysięcznym tłumie, gdzie wielu polega na trawie ze zmęczenia i wypicia, gdzie na pewno i narkotyki się pojawiają, nikt nikogo nie zadeptuje. A teraz wyobraźmy sobie taki tłum kibiców piłkarskich… Ilu potrzeba byłoby policjantów i jakie byłyby zniszczenia? A studenci sami sponsorów na swoją Kortowiadę znajdują, i opłacają służby porządkowe. Robią więc wielką imprezę masową, rozpoznawalną w Polsce, dają pracę dla wielu innych… i sami się uczą przez działanie.

Ale o tym wszystkim wiedzą tylko uczestnicy. A czasem sami studenci nie do końca od razu uświadamiają sobie edukacyjne zyski z Kortowiady. Oby ci doświadczeni w organizacji imprez masowych zostali u nas w regionie!

Stereotypy odstraszają część studentów – ci wyjeżdżają do domu. Z daleka dla mieszkańców Kortowiada także wydaje się hałaśliwą, pijacką imprezą. Owszem, piwo jest. Jedni piją z głową, inni nie (mylą z dorosłością). Ale tam ponad połowa do przyjezdni. Studenci, licealiści, nawet gimnazjaliści. Łatwo sięgnąć po alkohol. Ale czy w swoich rodzinnych domach na imieninach alkohol się nie przelewa? Nawet na pierwszej komunii. Kogo więc winić za smarkaczostwo i nie znalezienie miary?

W odkłamywaniu stereotypów "poeci" byliby najlepsi. Fenomen Kortowiady (ze wszystkimi mankamentami) jest dopiero do odkrycia i opowiedzenia. Jedynie sami studenci, uczestnicy mogą to zrobić. Bo dziennikarze jeszcze tego reportażowego tematu nie bardzo dostrzegli. Pokazać w Kortowiadze to, co najwartościowsze i najpiękniejsze. I do rozwoju tych fragmentów zachęcić i innych.

W przyszłym roku z większą odwagą i w znacznie większym zakresie wezmę udział w Kortowiadzie. Jako pracownik uniwersytetu.

Zjedzony chruścik, czyli nawet w domku nie jest bezpiecznie

Chruściki (Trichoptera) w stadium larwalnym budują domki. Jedną w z funkcji takiego domku jest kamuflaż i ochrona przed drapieżnikami. O ile nie wszytskie gatunki w stadium larwalnym budują domki (są i chruściki bezdomkowe), o tyle wszystkie budują takie domkowe schronienia dla przepoczwarczenia (metamorfozy). Tam, wydawałoby się w zaciszu, spokoju i osłonie, larwa może bezpiecznie się zmieniż w poczwarkę, a ta z kolei w imago.

Na zdjęciu domek chróścika obecnie zwanego chruścikiem. Nazwa łacińska to Phryganea. Domek poczwarkowy, przyczepiony do liścia osoki aloesowatej. Widać wyraźnie wygryzioną dziurkę, przez którą jakiś drapieżnik-bezkręgowiec dobrał się do bezbronnej poczwarki. Może jakiś chrząscz wodny może jakaś żyrytwa?

W życiu nic bezpiecznego i pewnego. Ułudą są nasze pieniądze, mieszkania, bogactwo i kraty w oknie. Wiele lat trzeba samemu doświadczać, aby zrozumieć co jest prawdziwym kamieniem wegielnym skałą, a co jest ułudą. Do trumny nie zabierzemy naszych pieniędzy, prestiżu i stanowisk…

Nieufność i podejrzliwość – rzecz o chłopach

"Nieufność i podejrzliwość to cecha plebejusza"

(cyt. z „Siedliska”)

Plebs jest zawistny, zawzięty, nieufny. Dasz mu sztabę złota to będzie narzekał, że ciężka :).  Rejmont to dobrze opisał w Chłopach.

Arcydzieło tym się charakteryzuje, że ma przekaz uniwersalny i ponadczasowy. Lektury warto czytać w wieku … pozaszkolnym. Jeszcze raz. A wtedy inaczej odbiera się te same niby treści. Po prostu widzi się więcej, bo przez pryzmat doświadczeń a nie starań o ocenę i chęć udzielenia "własciwej oceny".

Plebejska nieufność i podejrzliwość jakżesz widoczna w czasach integracji z Unią Europejską. Tyle tylko, że plebejskość nie wiąże się z miejscem zamieszkania :).

A propos Krajowych Ram Kwalifikacji, czyli o drugiej reformie w szkolnictwie wyższym

Uczestniczę w reformowaniu szkolnictwa wyższego od początku swojej pracy. Już jako student nie mogłem pogodzić się (obojętnie przejść) obok różnych bezsensownych zjawisk, widzianych oczami studenta, potem z perspektywy pracownika. Ale czy coś się udało zdziałać, oprócz wylanej żółci na wątrobie i poczucia bezsilności? Indywidualnie na pewno, poprzez zgłębianie istoty sam zmieniam swój sposób prowadzenia wykładów, ćwiczeń czy koncepcji samego kształcenia uniwersyteckiego. Wielokrotnie się wypowiadałem, nawet publiczni i pisemnie. Wiele razy po dłuższym czasie przyznawano mi rację. Ale nie mam żadnej satysfakcji z tego „a nie mówiłem”… bo byłem nieskuteczny, bo nie udało mi się przekonać przed szkodą. Jedynie utwierdza mnie w sensie takich a nie innych działań, skoro po latach przychodzi dodatkowe potwierdzenie. Jak u niewiernego Tomasza.

Fachowcy to nie to samo co ludzie wszechstronnie wykształceni. Do pełnego uczestnictwa w szeroko rozumianej kulturze (w tym kulturze technicznej) oraz życiu społecznym potrzeba być wszechstronnie wykształconym. Lub aby tacy byli w bliskim otoczeniu. Jako swoiści przewodnicy, „tłumacze” rzeczywistości. Inaczej rośnie wyobcowanie, niezrozumienia, zagubienie, poczucie marginalizacji.

Obecnie dyplom uczelni wyższej nie potwierdza przynależności do elitarnej warstwy ludzi wykształconych (wszechstronnie wykształconych). Są inne kryteria, np. nazwa uczelni. Sam dyplom jest zbyt powszechny, bo już co młody drugi Polak studiuje. O elitarność trzeba więc starać się w inny sposób. To zadanie nie tylko dla studentów, ale i uczelni. Przecież uniwersytety chcą kształcić elity.

Profesorowie – skąd wiecie, że nauczyliście? I mam na myśli wiedzę wartościową i wszechstronną. Skąd wiecie, że kształcicie elitę a nie tylko surogaty? Skoro podatnik łoży na uczelnie, to chce wiedzieć jakie przynosi to efekty. Zatem jak ocenić efekty pracy uniwersytetu? Pytanie zasadne dla samych ludzi uniwersytety jak i całego społeczeństwa. Dotychczasowe metody oceny pracy są już nieadekwatne. Liczba studentów czy odsetek studiujących nie są już wystarczającym wskaźnikiem.

Trzeba nauczyć studenta uczyć się. To jest najważniejsze. Chyba łatwo sprawdzić ile student wie. Wystarczy go odpytać, nawet zwykłym testem Ale jak sprawdzić czy się umie uczyć?
Profesor potrzebuje informacji czy jego student robi postępy i czy rozumie. Ale jak uzyskać te informacje? Najłatwiej z bezpośredniego kontaktu. Tylko trzeba chcieć pogłębionego, zindywidualizowanego kontaktu i dialogu. To coś innego niż monolog w obecności studentów. Trzeba wiedzieć czego się chce i umieć patrzeć. Najzwyczajniejsza w świecie ewaluacja… jak patrzenie w lustro. Wymaga od kadr takich kompetencji w postaci szeroko rozumianej empatii oraz świadomego wypracowania i akceptowania celów kształcenia.

Potrzeba większej indywidualizacji kształcenia, bo studenci w swych predyspozycjach nie są jednakowi i mają różne aspiracje. Nie ma co mnożyć kierunków i specjalizacji. Wystarczy tylko dać większa swobodę wybory i możliwość układania własnej ścieżki studiów (ograniczonych pewnymi minimami i standardami). To nie jest wymyślanie ponownie koła, bo już tak na świecie od dawna funkcjonuje. Uczmy się od innych.

W zasadzie mówię publicznie o tym od dawna i nie jestem w tym jakiś oryginalny. Sam tego nie wymyśliłem. Na fali zmian edukacyjnych po roku 1990 taka dyskusja była obecna w wielu środowiskach. Reforma szkolnictwa nie wzięła się z kosmosu. Mówiłem o tym w czasie tworzenie olsztyńskiego uniwersytetu. Niewiele z tego wyszło z różnych przyczyn. Chyba najbardziej z powodów społecznych i dużej destrukcji spowodowanej przez czasy Polski Ludowej. Teraz wdrażany jest kolejny etap zmian w szkolnictwie wyższym, pod nazwą Krajowe Ramy Kwalifikacji. Nie można stać obojętnie, bo proponowane zmiany sa sensowne. Przed nami długi czas przekonywania nieprzekonanych. Paradoksalnie sprzyjająca okolicznością jest niż demograficzny. Jeśli chcemy mieć studentów, to musimy podnosić jakość rzeczywistą, a nie tylko formalna, fasadową. Nie liczba kierunków, nie liczna studentów ale jakość absolwentów jest tu ważna. W ogólnokrajowej i europejskiej konkurencji w kształceniu uniwersyteckim studenci zadecydują nogami.

Ideowe spoiwo nie tylko uniwersytetu

„Choćby ludzie najbardziej różni, jeśli będą mieli ten sam ideał, to samo pragnienie miłości, jaka przekształca dusze, będą tworzyli jedność. Niejednakowi mamy stanowić jedno.”

Ks. Jan Twardowski („Myśli na każdy dzień”)

To samo odnieść można do uniwersytetu. Różni ludzie o różnych zdolnościach, talentach, specjalizacji naukowych mogą stanowić jedność w różnorodności. Ale muszą mieć wspólny cel i wspólne ideały. Potrzebna solidarna współpraca a nie eliminacyjna rywalizacja. Coraz bardziej wątpię, aby było to ideowe spoiwo było obficie obecne na uczelniach wyższych, w tym na moim UWM. Zbyt dużo rytuałów i pustej formy, bez świadomego starania się o ten sam ideał…

Ale może nie mam racji. I bardzo bym chciał nie mieć racji…

Pokolenie stracone w transformacji oraz prostowanie ścieżek

Pokolenie budowania III RP w jakimś sensie jest pokoleniem straconym, w części przegranym. Duży wysiłek w budowaniu nowej rzeczywistości, w transformacji, a jednocześnie zepchnięte na margines, w jakimś sensie to pokolenie jest przegrane. Należę do tego pokolenia… ale nie żałuję :).

W wielu aspektach awansu zawodowego urodziłem się za późno (syndrom pokolenia przegranego), stare i łatwe ścieżki awansu zniknęły. W innym wymiarze urodziłem się za wcześnie… bo już za stary jestem na młodość i zaczęcie od nowa. Nowe ścieżki awansu są niedostęne ze względu na zaniedbania przeszłości. Pewnych braków nie daje się nadrobić. Z tego bierze się jakaś frustracja, poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, zapomnienia, zmarginalizowania. Ten wątek odnajduję w wielu publikacjach, książkach, wspomnieniach, dyskusjach. Jest to więc jakiś znak pokolenia. To nie tylko moje wewnętrzne zmagamnia, rozmyślania i refleksje. Czytając, wypytując, poszukuję odczuć całego pokolenia i tego, jak sobie z tym radzą… Szukam w literaturze i publicystyce diagnozy i sensownej odpowiedzi na pytanie, jak sobie z tym poradzić, jak się sensownie odnaleźć.

Sam już wielu rzeczy nie osiągnę, wielu szczytów nie zdobędę, mimo, że o tym marzyłem. Ale można przynajmniej prostrować ścieżki innym, ułatwiać start młodym. Przecież ogromny wysiłek transformacji III RP nie był dla siebie. Wynikał z nie pogodzenia się z koślawą rzeczywistością. Nie wynikało to z egoizmu i zagarniania pod siebie, lecz chęci naprawy świata. W tym sensie pokolenie przegrane jest zwycięskim! Mimo, że nie spija śmietanki…

Ogromnie cieszę się z sukcesów moich studentów, ze stwarzania im sytuacji, w których mogą zdobyć małe i duże szczyty. Sam jestem już "za stary", ale przecież można się cieszyć sukcesami innych i te sukcesy generować. Wspomagać w rzeczywistych doświadczeniach, udziale w autenttycznych badaniach naukowych, publikacjach, udziale w konferencjach naukowych (tak jak na zdjęciu wyżej, zdjęcie autorstwa P. Buczyńskiego). Nie traktować studentów jak parobków, nie traktować jak przedmiotów do własnego sukcesu (rzeczywistego lub urojonego). Dla mnie to nie wiele (np. publikacja, wygłoszenie referatu itd.), dla studentów to pierwsze kroki czyli bardzo wiele. Dostrzec w studencie człowieka a nie przedmiot zarobkowy… łatwiej, gdy się wie/czuje, że "nagroda" czeka gdzie indziej :). Łatwiej gdzy poczucie sensu i wartości czerpie się nie ze indywidualnego splendoru ale z poczucia uczestnictwa w czyms ważnym i wartościowym.

Pokolenie transformacji intensywnie pracowało. Teraz są… za starzy na studia i za młodzi na uniwersytet trzeciego wieku. Zarobione pieniądze przeznaczają na studia swoich dzieci (znowu usuwają się w cień, przepuszczają przodem). A sami… Dla nich nic. Studia tylko do 26 roku (te bezpłatne, państwowe). Są już za starzy, młodość przepracowali wyciagając Polskę z biedy i zacofania. W latach 80 moja pełnoetatowa pensja wynosiła 16 USD… W ciągu tych 20 lat dokonało się niezmiernie dużo. Zbyt często narzekaniem na drobnostki zapominamy o tym. Ale przegrane pokolenie transformacji jest jeszcze za młode na uniwersytety trzeciego wieku. O nich system edukacji zapomniał. Ponoszą największą ofiarę (do tego zakompleksieni, spóźnieni rewolucjoniści, którzy deprecjonują sukces i wysiłek tegoż pokolenia). Aż się prosi o uniwersytety wieku dojrzałego jako formę kształcenia ustawicznego. W jakimś (małym) sensie organizowane przeze mnie kameralne spotkania z nauką i kawiarnia naukowa mają wypełniać tę lukę. Ale to zbyt mało.

Z racji zaległości PRLowskiej edukacji, dawnej biedy i wysiłku w budowanie III RP, jestem już za stary zdobycie wielu szczytów. Rodzi to poczucie przegranej…  Ale może największym zwycięstwem będzie prostowanie ścieżek innym, aby oni dalej i wyżej zaszli. Pokolenie stracone, zapomniane nie musi być pokoleniem sfrustrowanym. Wydobyć się trzeba tylko z własnego materialistycznego egoizmu, splendorowego narcyzmu. Cieszyć się tworzeniem i rzeczywistym wpływem a nie poklaskiem stanowisk. Z czego innego wynikać może poczucie wartości i ważności. W bogatym i nowoczesnym świecie przesłanie chrześcijaństwa staje się czymś bardzo aktualnym i sensowną odpowiedzią na egzystencjalne wyzwania teraźniejszości. To właśnie u filozofów, pisarzy, myślicieli tego "pomysłu na człowieka i świat" odnajduję najwięcej odpowiedzi i wartościowego balsamu na pokoleniowe rozterki i frustracje.

Nie ma sytuacji przegranych. W każdej sytuacji można spożytkować swoje talenty. Trzeba tylko je rozpoznać w kontekście sytuacji tu i teraz. Tego poszukuję w filozofii, literaturze i publicystyce. Gdzieniegdzie znajduję.

Empatia w planowaniu przestrzennym ale i nie tylko

Czy studia powinny być nastawione tylko na uczenie zawodu? Bo potrzeba nam inżynierów i innej maści fachowców? Zatem konkrety, konkrety, konkrety a nie żadne tam ogólne "bzdety" humanistyczne i przyrodnicze? Co do tego niby jest zgoda, ale problemem są umiejętności, przydatne na rynku pracy w wieku XXI. Jakie to umiejętności?

Czy uczyć empatii inżynierów? Przecież nie jest to im potrzebne do obliczeń, kreślenia urządzeń czy planowania przestrzennego. Empatia czyli zdolność rozpoznawania uczyć innych, zdolność słuchania i odczytywania potrzeb innych jest potrzebna każdemu (rozpoznawania uczyć, odczuć innych).  Dobry fachowiec, niezależnie od specjalności studiów, musi umieć rozpoznawać potrzeby odbiorców, musi wyobrazić sobie swój "produkt" w czasie użytkowania, w kontekście. Nie sama więc konstrukcja ale i niewidoczny (ale wyobrażalny) w trakcie projektowania użytkownik.

Na przykład plac w Olsztynie… bez ławek. A potem jak ławki dostawią, to w pełnym słońcu. Niby wszystko się zgadza ze sztuką budowlaną i architektoniczną… ale zabrakło empatii i odczytania kontekstu miejsca. Na ławce siada się, żeby odpocząć, w cieniu. Taki drobny szczegół. Albo nowoczesny budynek na UWM, solidnie zaprojektowany, z fotokomórkami w WC i nawet jest toaleta dla niepełnosprawnych. Wszystko jest jak trzeba, ale.. do tej toalety dla niepełnosprawnych prowadza… schody. Czyli jest, ale nie może wypełniać swojej funkcji (forma bez treści). W tym samym budynku są i filary na salach wykładowych. Kosntrukcja dobra ale niefunkcjonalna. Dobra do laboratorium lub hali produkcyjnej, ale nie do prowadzenia zajęć dydaktycznych i spotkań akademickich. Była należyta wiedza inżynierska, ale zabrakło wyobraźni i empatii. W innym budynku, też nowoczesnym że och i ach,  zabrakło doprowadzenia mediów (woda, prąd) i wiele powierzchi nie może być wykorzystanych dla potrzeb społeczności akademickiej. Martwy budynek, nienaprawialny… Znowu zabrakło empatii i umiejętności dostosowania budynku do funkcji. Czy inżynier budowlany ma się znać na funkcjach uniwersyteckich? Nie musi, ale powinien mieć zdolność wyobrażenia sobie poytrzeb użytkowników.

Inny przykład. Referat ustny lub wykład lub przemówienie jakich wiele nie tylko na uczelni ale i urzędach. Mówcy odczytujący, mówiący w obecności słuchaczy a nie do nich. Brak wyobrażenia sobie słuchaczy, tego co wiedzą, tego co ich interesuje, brak kontaktu i komunikacji. Jest tylko jakiś komiczny rytuał "mówienia", jakże częsty wśród polityków, ważnych urzędników, dostojnych profesorów, i … humanistów. Przecież nie można im odmówić wiedzy w różnych dziedzinach. Brakuje im tylko umiejętności miękkich, takich jak empatia. Albo pisarze, literaci, którzy na spotkaniach swoje referaty… odczytują. Rytuał a nie komunikacja, bo czym innym jest czytać książę lub artykuł, czym innym słuchać wypowiedzi ustnej.

"Cokolwiek czynisz patrz końca." Także w kształceniu uniwersyteckim. Najważniejsze to nauczyć studenta uczenia się, poznawania świata. Samoodzielnego poznawania świata, empatycznego wsłuchiwania się w otoczenie, odszukiwania sensu, tak aby była i treść a nie sama forma. Uniwersalna umiejętność, potrzebna lekarzom, rolnikom, architektom, inżynierom, pisarzom, dziennikarzom, pedagogom, biologom itd., w ciągle i szybko zmieniającym się świecie.

"Trzeba młodych ludzi uczyć, żeby byli elastyczni, a nie konserwatywni w myśleniu. Żeby zadawali pytania, a nie zapamiętywali odpowiedzi".

 

taki chyba u nas nie pracuje

"Panie profesorze,

(…)jestem studentką II roku dziennikarstwa UWM. Pańskie namiary znalazłam na blogu wydziału biologii. Razem z koleżanką przygotowuję krótką audycję radiową na zaliczenie przedmiotu ‚wstęp do dziennikarstwa radiowego’. Będzie to audycja o niebezpieczeństwach, na jakie wiosną i latem narażone są (…). Wiem, że temat jest nieco przedawniony, bo skończył się okres migracji, ale byłabym wdzięczna, gdyby mógł pan powiedzieć o tym problemie kilka słów. (…)


Próbowałam znaleźć pana wczoraj w kilku jednostkach wydziału biologii i, co ciekawe, słyszeli o panu studenci, ale pracownicy informacji niekoniecznie. Wszyscy, łącznie z panią w rektoracie, mówili: "taki chyba u nas nie pracuje". 🙂

Uprzejmie proszę o odpowiedź,

Aleksandra B."

Czyżby mnie zwolnili? Ale może studenci szukali nie tam gdzie trzeba? Uczelnia duża, w rektoracie wszystkich nie znają… Ale mają chyba "Skład Osobowy". Jak widać, z informacją u nas nie najlepiej. Całe szczęście jest internet :). No i studenci!

Olsztyn kocham czyli dwa różne prowincjonalizmy

„Prowincjonalizm jako forma życia i sposób myślenia przestał być bezkarny. To, co prowincjonalne, skazuje dziś na izolację, na skansen, na pozostawanie w tyle, na materialnie i kulturowo niższy i uboższy wariant życia.”

Ryszard Kapuściński

Współczesny prowincjonalizm to jakość życia i spowolniony tryb – wolny dosłownie i w przenośni. Bez pospiechu i bez wyścigu szczurów, z większą uwagą na jakość życia niż stopę życiową czy pomnażanie zysku. Ale ten prowincjonalizm możliwy jest dzięki internetowi i innym środkom dalekiej komunikacji i podróżowania. Zamieszkanie w małym miasteczku – jeśli się chce – wcale nie izoluje. Izoluje zaściankowość myślenia i brak otwartości na nowe kontakty. Izoluje zakompleksienie, niskie poczucie własnej wartości. A wtedy inny jest wrogiem. Zasklepiamy się w dworskich koteriach i szwagierstwie. Taki „prowincjonalizm” mi doskwiera, nawet na uniwersytecie. Kumoterstwo, klakierstwo, nepotyzm, szwagierstwo… wynika z kompleksów i egoizmu. Preferować „swoich” bo to miałkie poczucie plemienne.

W prowincjonalizmie otwartym, jaki kocham, prowincjonalne jest tylko miejsce zamieszkania. Umysł jest otwarty, a poczucie „plemienne” dotyczy całego kontynentu czy świata, a nie koterii lokalnej.

„Wielkie miasto niszczy piękno wsi, niszczy urok ziemi, degraduje pejzaż.”

Ryszard Kapuściński

No właśnie. Ten nowoczesny, industrialny „prowincjonalizm”… Chociaż ja słowo prowincjonalizm zarezerwowałbym dla miejsca zamieszkania a nie stanu umysłu. To drugie nazywajmy ksenofobią, kumoterstwem, kompleksami i strachem plemiennym przed światem.