Ogórkowo-bakteryjna panika w globalnej cywilizacji

bagieniec_mol_ksiazkowy_1Wyśmiewamy się z zacofania dawnych wieków i tego, że zabobonni ludzie palili „czarownice” na stosach. Niby byli zacofani przez religię. Teraz w świecie naukowym (postępowym) czynimy podobne błędy. Z paniki wywołanej niedomówieniami i współczesnymi zabobonami, doprowadzamy do milionowych strat i osądzamy niewinnych (nawet wywołujemy wojny). Mamy szkiełka i oczy… ale w niczym nie jesteśmy lepsi od średniowiecznych przodków.

„Żyjemy w pierwszej naprawdę globalnej cywilizacji. To znaczy, że cokolwiek się gdzieś zrodzi, może bardzo szybko i łatwo opanować cały świat.”

Vaclav Havel

Znakomitym przykładem jest ostatnia medialno-polityczna panika, wywołana zakażeniami bakteriami Escherichia coli typu 0104. Metoda naukowa ma to do siebie, że stawiane są hipotezy i te są testowane, sprawdzane. Następnie stawiane są kolejne hipotezy. Po śmiertelnych zarażeniach w Niemczech lekarze szukali przyczyny. Pierwszym pomysłem była rzeczona bakteria, i przypuszczenie, że znalazła się na ogórkach z Hiszpanii. Dla zweryfikowania tej hipotezy wysłano ekspertów z przyrządami do sprawdzenia na miejscu. W tak zwanym międzyczasie – bo winny kozioł ofiarny musi być od zaraz – władze z Hamburga wskazały winnego: ogórki z Hiszpanii. Pociągnęło to lawinę ekonomicznych następstw, np. Rosja wstrzymała import żywności z Europy. Straty nie tylko hiszpańskich rolników są ogromne. A cała panika oparta na plotce i przedwczesnych wyrokach. Zdawałoby się, że społeczeństwo nowoczesne XXI w. będzie podejmowało racjonalne decyzje w oparciu o naukowe zweryfikowane fakty.

Po kilku dniach, gdy sprawdzono pierwsze hipotezy, okazało się, że hiszpańskie ogórki nie były skażone. Dalsze badania wykazały, że przyczyną epidemii i śmiertelnych zakażeń jest zupełnie nowy typ bakterii – szczep oznaczony jako 0104:H4. „Według WHO, wstępne sekwencjonowanie genetyczne wykazało, że szczep jest mutacją dwóch różnych bakterii Escherichia coli zawierającą śmiercionośne geny. (…) jest to unikalny szczep, którego nigdy wcześniej nie wyizolowano u pacjentów. (…). i ma różne cechy, które czynią go bardziej złośliwym i toksynogennym”. Naukowe poszukiwania trwają, stawiane są kolejne hipotezy i te są następnie sprawdzane. Łatwych i szybkich odpowiedzi nie ma :). Jest proces dochodzenia do prawdy, dochodzenia do wiedzy i do podejmowania właściwych decyzji.

Ale zanim pojawią się pełniejsze wyjaśnienia skąd się takie bakterie biorą i skąd bierze się problem bakterii lekoopornych, co to są owe „śmiercionośne geny”, poprzez media szybko w świat pójdą różne zdawkowe, niepełne informacje. A lud XXI w. w panice znajdzie sobie zawsze jakiegoś kozła ofiarnego, jakąś czarownicę do „spalenia na stosie”. I spali z naukową frazeologią i nowymi fetyszami. Zamiast szatana i czarów będą geny, bakterie, patogeny i inne „magiczne-uczone” słowa, których nie tylko czytelnik nie rozumie (bo mu media nie objaśniają), ale i często dziennikarze.

W pośpiechu przygotowywania newsów wielu dziennikarzy nie sprawdza i nie uzupełnia swoich informacji. Kopiuje bezmyślnie skróty. Stąd bakteria E. coli (wypowiadane jako bakteria ekoli). Bo w tekstach naukowych jest zwyczaj aby przy pierwszym wymienianiu gatunku w tekście podać pełną nazwę, w tym przypadku Escherichia coli (pałeczka okrężnicy), a dopiero nieco dalej w oszczędnej formie E. coli. Podawanie jedynej nazwy jako E. coli jest błędem i uniemożliwia czytelnikowi zidentyfikowanie gatunku. Bo skąd ma wiedzieć od czego jest skrót „E.” Dziennikarze (ale nie wszyscy) w pośpiechu piszą newsy nie do końca rozumiejąc ich treść. Plotka nabiera rumieńców. I to w świecie powszechnej nauki, mnóstwa specjalistów itd., rodzą się globalne zabobony. Ale winnym jest zbytni pośpiech, aby ubiec w newsie konkurencję. Bo na przykład „śmiercionośne geny” to tylko skrót myślowy – w cytowanym tekście zupełnie nie objaśniony.

Nie tylko w sezonie ogórkowym lubimy się straszyć i ekscytować różnymi „czarownicami”. Czy to końcem świata, zabójczymi ogórkami, plagą komarów, GMO, i czym tam jeszcze.

Aż się prosi teraz o więcej informacji popularnonaukowych objaśniających problem dogłębnie. Bardziej jednak wolimy w mediach ekscytować się serialami, skandalikami celebrytów czy innymi ploteczkami i wypadkami drogowymi.

Lubimy się ekscytować rzeczywistymi lub urojonymi sensacyjkami a nie próbujemy rozumieć świata? W czym więc jesteśmy „lepsi”, bardziej postępowi czy racjonalni od naszych starożytnych czy średniowiecznych antenatów?

PS. „mutacją dwóch różnych bakterii” – gwoli ścisłości, mutują geny a nie bakterie. Chyba chodzi o „wymieszanie” genów dwóch różnych szczepów bakterii, np. przez plazmidy. Podobnie nie ma „śmiercionośnych genów” – zapewne chodzi o chorobotwórcze (śmiercionośne) cechy nowego szczepu bakterii, nowej dla populacji ludzkiej kombinacji genów i wynikającej z tego właściwości  bakterii i/lub nowych toksyn. Śmiercionośne dla człowieka bo nowe. Podobnie jest z gatunkami obcymi, inwazyjnymi w skali ekosystemów. Aż się prosi o wyjaśnienie sytuacji w mediach, dotyczących roli bakterii, procesom transferu poziomego materiału genetycznego, powstawania szczepów lekoopornych, gatunków obcych itd. Znakomita okazja do kształcenia ustawicznego, po to żeby objaśniać współczesne zjawiska. Żeby ludzie rozumieli to, co dzieje się wokół a nie żeby się panicznie bali. Żeby politycy jako reprezentanci społeczeństwa podejmowali racjonalne decyzje. A tak z głupoty i współczesnych, „postępowych” zabobonów bankrutują kolejne przedsiębiorstwa przemysłu spożywczego i rolnego.

Uniwersytet liderów i rewolucjonistów społecznych

Proponowane najnowsze zmiany, znane pod nazwą krajowych ram kwalifikacji zmuszają nas, ludzi uniwersytetu, aby dostosować efekty dydaktyczne do potrzeb studentów, a nie studentów do zainteresowań wykładowców!

Umasowienie kształcenia wyższego przebiega szybciej niż transformacja gospodarki z industrialnej w postindustrialną (społeczeństwo informatyczne). Scholaryzacja daleko wyprzedziła zmiany w gospodarce. Stąd chyba duże bezrobocie ludzi wykształconych i ich rozczarowanie. Potrzeba szybszych zmian w samym społeczeństwie i gospodarce. To może zrobić kapitał ludzki. Ale do tej pory kształciliśmy głównie pracowników a nie „rewolucjonistów”. Potrzebni są nie tylko pracownicy (niczym żołnierze) ale i liderzy głębokich zmian (niczym w wojsku generałowie). Trzeba nam zacząć kształcić liderów, z silną motywacją, jasną wizją niezbędnych zmian w gospodarce i społeczeństwie, potrafiących zarządzać zasobami ludzkimi, motywować, porywać, organizować i współpracować.

Wykształceni bezrobotni są efektem tego, że umiejętności i postawy nabyte w toku edukacji są czasem nieadekwatne do oczekiwania pracodawców. Umieją, ale nie to, co jest najbardziej potrzebne. W czasie organizowania Kortowiady być może część studentów nauczy się ważniejszych kompetencji niż przesiadując cały semestr w sali wykładowej i nad książką. Czytać o zupie ogórkowej to nie to samo co ją ugotować.

Jakich umiejętności i jakich postaw oczekuje rynek pracy? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie uniwersytet. Społeczność uniwersytecka musi rozumieć zmiany w otaczającym nas świecie. Brak rozumienia powoduje zagubienie, niepewność, a to z kolei rodzi postawy roszczeniowe i myślenie w kategoriach teorii spiskowych.

Krajowe Ramy Kwalifikacji są wspólna inicjatywa europejską, którą zapoczątkował w 2007 r. parlament europejski. Celem tego procesu jest międzynarodowa rozpoznawalność kwalifikacji oraz promowanie stałego rozwoju zawodowego. Możemy być współtwórcami tego europejskiego ambitnego celu lub tylko biernymi malkontentami, ze po co, ze na co, a dawniej to było lepiej….

W wyniku tej rewolucji w kształceniu na poziomie wyższym można spodziewać się, że powstaną nowe kierunki i interdyscyplinarne ścieżki kształcenia. Dodatkowym motywatorem do zmian jest demografia i nasze polskie (i europejskie) otwarcie na świat.

Uniwersytet to nie jest półprywatne królestwo uczonych w wieży z kości słoniowej. Obecnie widzimy przykład upadku greckich uniwersytetów. Nas to również może spotkać. Chyba że zaczniemy zmieniać nasze szkoły wyższe, a nie tylko pozorować zmiany, „żeby w papierach było ładnie”. Już dziś decydujemy czy za lat 10 Olsztyn będzie zapyziałą edukacyjna prowincją, zaściankiem, czy też współudziałowcem i współbeneficjentem obecnej rewolucji społecznej i edukacyjnej. Od nas zależy czy będziemy kształcić liderów czy tylko petentów pomocy społecznej.

Ortografia to nie przeżytek czyli o systemowej strukturze języka i wiedzy

trzmielbodziszek2W trudach szkolnego życia, licznych dyktand i klasówek, wydawałoby się skomplikowanej polskiej ortografii, jak również w kłopotach ze znalezieniem polskich czcionek w różnych urządzeniach elektroniczno-piszących (telefon komórkowy, komputer za granicą itd.), rodzą się pomysły zreformowania i uproszczenia polskiej ortografii. Tak, żeby pisać tak jak się słyszy, a nie jak kiedyś się pisało. Jako dyslektyk (dysortografik ściślej rzecz ujmując) bardzo często robiący błędy, teoretycznie powinienem przyklasnąć takim eksperymentom. Bynajmniej, nie jestem zwolennikiem takich reform. A to z powodu prostego faktu, że język, tak jak i nasza wiedza, nie jest zbiorem luźnych informacji, ale jest całościowym systemem. Ten pozornie prostszy zapis wcale nie ułatwiałby nam życia ani nie byłby łatwiejszy do zapamiętania. Zapis fonetyczny stosuje się tylko w szczególnych przypadkach i wcale nie byłoby bardziej komunikatywny.

Język jest zjawiskiem żywym, ciągle się zmienia. Pismo i zasady ortograficzne są konserwatywne i nie nadążają za zmianami językowymi. A zmiany są tak duże, że współcześnie mielibyśmy duże kłopoty ze zrozumieniem języka staropolskiego. Jeśli sięgniemy do dawnych pism, to zauważymy nie tylko inne słowa, ale i inną, czasem nieustabilizowaną, ortografię.

Jeszcze do 1945 r. moje ulubione owady nosiły nazwę chróściki, od pół wieku pisane są jako chruściki. Pierwotna nazwa związana jest z etymologią nazwy tych owadów, wywodzących się od chrustu, więc wraz ze zmianą jednego słowa, zmieniło się i drugie. Już nie pójdziemy do malinowego chrośniaku. Wedle nowych, chyba eksperymantatorsko dowcipnych propozycji, pisałyby się jako hruściki. Kiedyś w języku słyszało się różnice między głoską ch i h, obecnie jeszcze słyszalne na kresach. Skoro głoski się dziś nie różnią, to po co dwa różne znaki na to samo w zapisie? Znamienne, że nazwa „chróścik” przetrwała współcześnie jako nazwa gatunkowa… ale porostu. Dywergencja utrwaliła się w nazwie, tak więc od razu współcześnie można poznać, że chruścik to owad wodny, a chróścik to porost.

Jako ekolog i biolog często poszukuję analogii między układami żywymi a kulturą, w tym przypadku językiem. Widać nie tylko podobieństwa w ewolucji, ale i funkcjonowaniu. Przynajmniej ja te podobieństwa dostrzegam. Na przykład polski trzmiel pisze się inaczej niż czeski czmiel (c z daszkiem). Tak samo się wymawia, ale historycznie ortografia jest inna (a przecież kiedyś język czeski i polski były niemalże identyczne). Te drobne zmiany znakują historię nie tylko języka, tak jak filogenetycznie znaczące mutacje w układach biologicznych.

Ale słowo jest elementem całościowego systemu. W pełni je rozumiemy tylko w kontekście całości, relacji z innymi elementami oraz z uwzględnieniem przeszłości. Tak jak w biologii: „wszystko ze wszystkim, wszystko ze wszystkiego„. Regionalną nazwą chruscików są „kłódki”, o z kreską bo od kłody pochodzi. W znaku ó dostrzegamy więc znacznie więcej relacji niż z głoski i znaku u. Zapis fonetyczny byłby niepełny, pozbawiony wielu istotnych informacji, ukazujących związek słowa z innymi obiektami językowymi oraz przeszłością ewolucji języka.

Mimo pozornej prostoty zapisu Juzef Gurniewicz, taki zapis się nie przyjmie. Być może jedynie na Litwie, jako zapis polskich imion i nazwisk (mam w Wilnie kuzyna Juzefa). Ale i wtedy wiadomym będzie kontekst historyczny, wynikający z zapisu Juzef i Józef (dawniej Jozef czy Jakob, Jakób). Tak jak w każdym systemie ze zrozumienia całości więcej można odczytać niż tylko ze znajomości części.  W tym przypadku forma zapisu informować może o zawiłościach relacji polsko-litewskich i kłopotach polskiej mniejszości tam mieszkającej.

Na dodatek czytamy przede wszystkim wzrokiem. Osoby sprawnie czytające (nie literujące, dukające) odczytują słowo (wyraz) po ogólnym kształcie oraz z kontekstu całego zdania. Dlatego potrafimy odczytać pismo odręczne lub słowa z literówkami w piśmie drukowanym-komputerowym.

Faktem jest jednak, że w dobie globalizacji i używania tych samych klawiatur i oprogramowania, wydaje się, że z języka znikać będą narodowe znaki specjalne. Najszybciej dostrzec można to w sms-ach. Jak zapisać w komórce „język” gdy ę nie ma? Jezyk czy jenzyk. To pierwsze oznaczać może przecież i jeżyk.

Tak jak instrumenty muzyczne zmieniały muzykę ludową (nowe instrumenty o ograniczonej możliwości tonalnej zmieniały sposób śpiewu i melodię), tak obecna technika zmieniać będzie sposób zapisu naszego języka. Tym bardziej, że coraz bardziej dominuje słowo pisane a spada znaczenie słowa mówionego-słuchanego. Przekaz dźwiękowy przekazujemy w formie pliku dźwiękowego lub filmowego, bez konieczności gimnastykowania się z zapisem fonetycznym i systemami transliteracji.

Ewolucja biologiczna dokonuje się na naszych oczach, np. szczególnie wyraźnie w urbicenozach. Podobnie jesteśmy świadkami ewolucji różnych języków. Jest więc znakomita okazja do badań porównawczych i prób uogólniania, w poszukiwaniu zrozumienia całości, w dziejących się procesach globalizacji.

Podlinkowane przykłady pochodzą z Wikipedii, a w zasadzie jej ortograficzno-eksperymentatorskiej wersji. Ale i tej oficjalnej, „normalnej” Wikipedii nie można traktować bezkrytycznie, bo nie jest systemem wiedzy, ale luźnym zbiorem niepowiązanych i niespójnych haseł, pomijając ich różną jakość merytoryczną. Z myślenia nic nie zwalnia, nawet elektronika i przepastne bazy danych. A w pisaniu automatyczne poprawianie w niektórych edytorach tekstu.

Ogórki, Escherichia coli i … ocieplenie klimatu

Śmiertelne przypadki zatrucia enterokrowtocznym szczepem bakteri Escherichia coli wywołały panikę ogórkową w Europie i wielkie straty dla gospodarki Hiszpanii. W jaki sposób bakterie żyjące w ludzkim przewodzie pokarmowym mogły się znaleźć na ogórkach? O ile rzeczywiście zakażania pochodzą z ogórków i pomidorów.

Obecność tej chorobotwórczej bakterii na warzywach nie jest normalna. Rośliny musiałyby mieć kontakt z fekaliami. Albo chore osoby pakowały zieleninę, albo uprawy nawadniane były skażoną wodą. Albo… do nawodnień wykorzystywano odzyskiwaną z kanalizacji wodę i zawiodły systemy oczyszczania ścieków.

W wielu regionach Hiszpanii po prostu brakuje już wody. Wodę się oszczędza na wszelkie sposoby. Do podlewania wykorzystuje się wodę, uzyskiwaną z oczyszczanych ścieków bytowych. I tu dochodzimy do ocieplenia klimatu. Od jakiegoś czasu w niektórych środowiskach lansuje się pogląd, że z tym ociepleniem klimatu do bujda klimatologów i spisek ekologów. I że jakiekolwiek przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu to tylko niszczenie gospodarki. Ale jeśli wziąć pod uwagę coraz silniejsze tormada i związane z nimi zniszczenia, oraz susze i powodzie w innych regionach, to  chyba taniej jest przeciwdziałać ociepleniu klimatu niż naprawiać skutki tych zmian klimatycznych.

Związek zakażonych ogórków z odzyskiwaną wodą ze ścieków i ociepleniem klimatu jest w tej chwili tylko moim przypuszczeniem, nie zweryfikowaną hipotezą. Naukowe młyny wolno mielą, ale dojdą do prawdy. Pomimo medialnego szumu i "ogórkowej paniki".

Chciałoby się tylko mieć nadzieję, że wyciągniemy właściwe wnioski, i nie poddamy się medialnej panice. Warto jednocześnie zaznaczyć, że w Polsce mamy bardzo mało wody zdatnej do użycia. Już dzisiaj warto myśleć o oszczędzaniu i sensownym gospodarowaniu zasobami przyrodniczymi, a nie wtedy, gdy będzie już za późno. Wyobraźnia i odpowiedzialność ważniejsza od taniego populizmu.

ps. Nie wszystkie szczepy bakterii Escherichia coli są dla nas groźne. W każdym z nas mieszka od 1,5 do 3 kilogramów różnych bakterii, w tym E. coli. Bez bakterii jelitowych marme byłoby nasze życie. W doniesieniach medialnych stanowczo brakuje mi wypowiedzi mikrobiologów.

Jedwab w błocie czyli słów kilka (i obrazek) o dostrzeganiu wartości

Plectrocnemia

Małych strumieni i niewielkich zbiorników wodnych w Krainie Tysiąca Jezior jest bardzo dużo. Ich liczbę szacować możemy w dziesiątkach tysięcy. Jednocześnie – jako obiekty małe  – są najczęściej dewastowane, zasypywane śmieciami, niwelowane. Schowane między drzewami, śródpolnymi zakrzaczeniami, zarośnięte pokrzywami… cóż skrywają oprócz nagminnie wyrzucanych ukradkiem śmieci i gruzu? Nie cenimy i nie chronimy, bo nie znamy ich wartości?

W niewielkich przyźródłowych strumieniach spotkać można chruściki (Insecta: Trichoptera) z rodziny Polycentropodidae, np. gatunek Plectrocnemia conspersa. Niepozorne, nawet nie mają polskiej nazwy. Te drapieżne chruściki budują jedwabne sieci łowne – wlot do tych podwodnych, jedwabnych konstrukcji uwidoczniony na powyższym zdjęciu strzałkami. Inżynierskie zdolności chruścików interesują chemików i inżynierów, którzy próbują rozgryźć w jaki sposób te małe owady potrafią pod wodą sklejać różne przedmioty, nawet teflonowe. Jeśli się uda rozgryźć tę zagadkę, to przemysł otrzyma rewelacyjny klej do stosowania pod wodą.

Ale mnie interesują te drapieżne chruściki z zupełnie innego powodu. Tak niewiele wody, ledwie ciut więcej niż wilgotne „błoto”, a one potrafią przeżyć. I to w strumieniu okresowym o długości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Bowiem strumień zanika, nie wpada do większej rzeczki, tylko po prostu wsiąka w polu. Na dodatek siedlisko jest izolowane od podobnych, niczym wyspa na „oceanie” agrocenoz. Czy populacja utrzymuje się w tych niekorzystnych warunkach? A może w tym roku ten mały strumień został skolonizowany (po śnieżnej zimie trochę więcej wody)? Jak dorosłe odszukały i rozpoznały dogodne siedlisko?

Jedwab w błocie? Czyli coś cennego wyrzucone i niezauważone. Nie tylko nie wszystko złoto co się świeci, ale i nie każde złoto się świeci, skryte pod zwyczajnym nalotem. Trzeba dostrzec, wypolerować, aby i inni wartość dostrzegli.

Naukowcy są jak poszukiwacze i czyściciele: wyszukują, polerują i ukazują innym cenne znaleziska, leżące „w błocie”. Ich oczami dostrzegamy to, co wokół nas bezwartościowym się wydaje.

Opinia entymologa i homo sapiens czyli rzecz o humanizmie

Czym jest prawdziwy humanizm uświadomiłem sobie dopiero niedawno, w czasie lektury kilku książek, w tym dotyczących historii nauk o środowisku (w uproszczeniu ekologią zwanych). Humanizm to nie tylko analiza ludzkiej twórczości ale zainteresowanie człowiekiem i jego miejscem w świecie. Stąd dawni humaniści byli dobrze wykształconymi przyrodnikami. Poznawali materialną przyrodę, poprzez fizykę, matematykę, historię naturalną, technikę, aby zrozumieć człowieka i świat go otaczający. Ta oświeceniowa wszechstronność ułatwiała dyskusję filozoficzną opartą na mocnych fundamentach. Gdyby nie dzisiejsze zawężenie humanizmu do analizy literackiej, przyrodnicy nie musieliby na nowo upominać się o głos w formie trzeciej kultury.

Humaniści tacy jak Leonadro da Vinci byli wszechstronni i zajmowali się naukami przyrodniczymi oraz twórczością: malowaniem, poezją, dramatem itd. Dziś „humanizm” zredukowany jest do literatury, językoznawstwa, teatru. Braki w wykształceniu  przyrodniczym tak rozumianych humanistów są jaskrawe.

W tytule niniejszego wpisu blogowego są dwa rzeczowe (merytoryczne0 błędy, choć wyglądają na zwykłe literówki. Błędy, które mnie ostatnio zirytowały. Wcale nie dlatego, że to pomyłka w pisowni. Błędy te ilustrują tylko ignorancję tak zwanych humanistów w odniesieniu do wiedzy przyrodniczej.

Niedawno otrzymałem z urzędu pismo, w którym ważny urzędnik (a więc nie zwykły człowiek z ulicy) zwraca się do „entymologa” o opinię-ekspertyzę, ważną z gospodarczego punktu widzenia. Ale i w pewnym serialu telewizyjnym mylony był entomolog z etymologiem. Jest to więc pomyłka znacznie powszechniejsza. Entomolog do specjalista zajmujący się owadami (od entomologia – nauka o owadach). Z kolei etymolog zajmuje się językiem (od etymologia). Jedna literka a sens i znaczenie zasadniczo różne. „Entymologa” w ogóle nie ma. Najpewniej zwykły błąd literowy. Oddaje on jednak lekceważenie ekologii i entomologii. Takie tam żuczki i motylki co przeszkadzają inwestycjom, kto by to poważnie traktował. Nawydziwiali z tymi żabkami, chrząszczami nie wiadomo po co. Tych ekologów oszołomów (choć i tacy są) to pogonić kijami, bo postępowi przeszkadzają.

Drugi błąd to pisownia homo sapiens. Ostatnio w takiej formie widziałem w gazecie (wywiad z naukowcem – ale może wywiad przez telefon?) Ale i w poważnych, „humanistycznych” książkach taki zapis wielokrotnie widziałem, więc już po korekcie. Chodzi oczywiście o Homo sapiens czyli nazwę gatunkową a nie homo sapiens jako określenie człowieka takie jak homo faber, homo sovieticus. Jedna literka a zupełnie inne znaczenie, mimo że określenia w języku łacińskim.

Czy współcześni humaniści są świadomi swoich braków w wykształceniu przyrodniczym a więc i humanistycznym sensu stricte? Trzecia kultura jest sprzeciwem przyrodników. Przyrodników, którzy też wielokrotnie są ignorantami w recepcji zjawisk kultury. Ale humanizm to zajmowanie się poznawianiem świata, a nie tylko pisaniem komentarzy do komentarzy, recenzji do recenzji itd. To nie tylko zajmowanie się językiem i literaturą. Tak czasem odnoszę wrażenie, że literatura jest zajmowaniem się słowem i estetyką, formą, wyobraźnią. W zupełnym oderwaniu od przyrodniczego świata. Świata, w którym i człowiek jest obiektem przyrodniczym.

Kiedy przyrodnik popełnia błędy językowe, to podnosi się larum: kto mu maturę dał, nieukowi jednemu. Kiedy „humaniści” popełniają błędy rzeczowe, dostają pełne rozgrzeszenie, kwitowane uśmieszkiem, że ta matematyka, fizyka, biologia to nie są w życiu ani ważne ani potrzebne. Wielu przyrodników czuje swoje braki w literaturze i sztuce. W taki czy inny sposób wstydzą się swoich niedostatków. Do niezwykłej rzadkości należy tzw. humanista, który jest świadom swoich braków w wiedzy przyrodniczej i wstydzi się swoich tych niedostatków.

Być może wszystkiemu winna jest ogromna specjalizacja naukowców i ogromny zasób wiedzy współczesnej ludzkości. Wszystkiego samemu się nie posiądzie. Jedynym rozwiązaniem jest mądra i empatyczna współpraca specjalistów z różnych dziedzin. Muszą się jedynie chcieć ze sobą komunikować. Wymaga to przestrzeni i woli. Teoretycznie na uniwersytecie nie powinno być z tym problemu…

Dwubój flisacki czyli trakt niborski w wersji rozszerzonej

Akcja "Olsztyn aktywnie" wydawała mi się pomysłem trudnym do realizacji i trochę sztucznym. Ale konsekwencja i duża oferta robi chyba swoje. Ułatwia ludziom odkrywać okolice Olsztyna i sam Olsztyn. I to odkrywać aktywnie. W grupie znacznie łatwiej wybrać się z domu, tym bardziej gdy ktoś podsuwa pomysły aktywności pieszej, rowerowej, kajakowej.

A ponieważ niestrudzony pan Andrzej Małyszko z Rusi, szperając w historii najbliższego otoczenia znowu coś wymyślił, nie sposób było nie spróbować. Wcześniej odszukał stary szlak, zwany niborskim. Teraz przywraca pamięci dawny szlak flisacki. Tratwy płynęły z Rusi do Olsztyna, do tartaku, lub jeszcze dalej do Królewca. Najpierw flisacy wracali pieszo. Potem, gdy technika poczyniła postępy, zabierali na swe tratwy rowery i wracali rowerami.

28 maja 2011 r., ku pamięci dawnego flisaczenia, odbył się pierwszy Dwubój Flisacki Ruś Olsztyn. Kajakami popłynęliśmy (40 osób) z Rusi do Olsztyna. A z Olsztyna rowerami traktem niborskim do Rusi, tam czekało ognisko z atrakcjami. Potem czekała mnie rowerowa podróż powrotna… Dzisiaj czuję to "w kościach" a raczej w mięśniach.

Pomysłów niecodziennych jest wiele. Przy okazji widać jak bardzo nasza rzeka jest zaśmiecona i zaniedbana. Z utęsknieniem – tak jak wiele innych osób – czekam na Park Centralny. I na stojaki rowerowe. Dwubój zaczął się pod zamkiem… ale blisko 20 rowerów musieli przez kilka godzin pilnować strażnicy miejscy. Przydałoby się więcej ładnych stojaków rowerowych. Bo jakże może być w mieście, "Olsztyn-aktywnie"?

Co robi ekolog wiosną?

Co robi ekolog w maju, kiedy przyroda kolorami, komarami i zapachami rozkwita? Pracuje. Szuka w jeziorze chruścików, żab w trawie, owadów w lesie. Liczy, mierzy, obserwuje. Przy okazji mimowolnie dokarmia komary, meszki, kuczmany, ślepaki, kleszcze a jak się trafi to i pijawkę lekarską.

A gdy deszcz pada? To wtedy kurtkę zakłada i dalej swoje zwierzątka liczy, fotografuje, kontroluje. Jedni ekolody (biolodzy środowiskowi) pracują w dzień, inni w nocy (za nietoperzami się po polach uganiają).

A gdy gorące lato nastanie? To dalej zazwyczaj pracuje, gdzieś między badaniami terenowymi wykradając kilka dni na urlop z rodziną. Szkiełkiem i okiem próbując zrozumieć jak działa otaczająca nas przyroda.