Co entomolog robi jesienią?

Co robi entomolog jesienią? To, co widać na zdjęciu, zrobionym przez Grzegorza Wadowskiego – siedzi przy lupie stereoskopowej i patrzy owadom w różne miejsca. Zwłaszcza te intymne. Ale wcale nie dlatego, że szuka owadzich, erotycznych uniesień. U chruścików główną cechą diagnostyczną przy identyfikacji gatunków są narządy kopulacyjne (napatrzę się niczym entomologiczny ginekolog … dla obu płci). Na dodatek jest to praca w oparach alkoholu etylowego. Bowiem próbki konserwowane są właśnie etanolem. A ponieważ używa się alkoholu skażanego różnymi substancjami (tańszy, bo nie do celów konsumpcyjnych), to po zapachu można rozpoznać próbki z różnych ośrodków naukowych. Jesienię to się entomolog i na patrzy, i nawącha :).

Zdawałoby się niezwykle interesująca praca – przy alkoholu patrzy w intymne części owadów :). Teraz jednak oznaczam głównie larwy, a więc osobniki młodociane. Co tabloidalnie mogłoby zabrzmieć jeszcze bardziej pikantnie… 

Czyli entomolog jesienią i zimą robi to, co kiedyś chłop w stodole. Ale nie, że erotycznie i alkoholowo: chłop cepem młócił, to co z pola zebrał. Po licznych wyprawach terenowych oraz dzięki szerokiej współpracy do oznaczenia mam ogromne liczby próbek (w drodze zapowiedziane próbki z Ukrainy). Praca mozolna ale ciekawa. Zwłaszcza gdy znajdzie się coś nowego, niezwykłego. W ciągu ostatnich tygodni ja również odkryłem sporo ciekawego. Na przykład zupełnie nowe stanowiska niprzyrówki rzecznej, co diametralnie zmieni dotychczasową naszą wiedzę o zasięgu występowania tego gatunku chruścika. Lub namacalny dowód na hybrydyzację dwu innych gatunków. Będzie o czym pisać… do czasopism naukowych, ale i tu, na blogu, coś w formie popularnej się znajdzie.

Zanim jednak będzie deser w postaci pisania, trzeba codziennej, żmudnej pracy jeszcze przez wiele jesiennych dni. A potem będzie zestawianie i statystyczne analizowanie. Bowiem statystyka to drugi przyrząd badawczy, który pozwoli zobaczyć to, co bardziej subtelne i mniej widoczne.

Uczelniana debata, czyli inwestycji przybywa, studentów ubywa

Pod koniec września, na stronie internetowej uwm, pośród różnych wiadomości, wyczytałem także i ten fragment relacji z posiedzenia senatu:

„Jaki zatem na podstawie tych wyrywkowych danych był miniony rok akademicki? Można zauważyć kilka wyraźnych tendencji: zmniejszanie się liczby kandydatów na studia, malejące zainteresowanie kierunkami humanistycznymi, młodzież nie chce studiować w ośrodkach zamiejscowych.
(…) Nożyce się otwierają. Z jednej strony mamy malejącą liczbę studentów, z drugiej – stałą liczbę pracowników dydaktycznych. Dotacja zaś jest tylko na studentów stacjonarnych. Nie będziemy zatrudniać nowych pracowników, ale też nie będziemy nikogo zwalniać – oświadczył rektor prof. Józef Górniewicz. Prof. Wojciech Maksymowicz dziekan Wydziału Nauk Medycznych poruszony danymi demograficznymi zaproponował pod koniec obrad Senatu, aby przeprowadzić uczelnianą debatę, jak zachować się wobec niżu demograficznego.” (źródło)

Diagnoza sytuacji chyba prawidłowa, propozycja debaty także jest jak najbardziej uzasadniona. Z całą pewnością wiele się zmienia i stajemy przed zupełnie nowymi problemami. Niż demograficzny jest tylko fragmentem tego zestawu zjawisk. Przychylam się do propozycji prof. W. Maksymowicza – debata jest potrzebna. Tylko gdzie i jak będzie się toczyć? Zebrania ciał kolegialnych, takich jak senat czy rady wydziału zdominowane są przez sprawy bieżące i administracyjne. Bardzo wątpliwe, aby znaleziono czas i ochotę na dyskusję o wizjach rozwoju (chociaż technologie mogą uwolnić nas od zbędnej administracji i biurokracji, a uzyskany w ten sposób czas moglibyśmy przeznaczyć na sensowne i ważne dyskusje). Gdzież więc dyskutować i kto z kim? Taka ogólnouczelniana debata świadczyłaby, że pracujemy zespołowo a nie tylko w grupie.

Teoretycznie możliwe byłoby dyskutowanie z wykorzystaniem społecznościowych sieci internetowych. Pracując w różnych miejscach nie mamy szansy być w jednym czasie i jednym miejscu, aby dyskutować tradycyjnie. Internet umożliwia przekraczanie barier czasowych i przestrzennych. Problem w tym, że nie ma takiej olsztyńskiej sieci ani płaszczyzny internetowej, takiego „uwuemowskiego Facebooka”. Należało by ją stworzyć. Wszystkie środki techniczne i koncepcyjne w zasadzie są dostępne, ale… po prostu nie ma. Albo nie potrafimy ze sobą dyskutować (debatować), albo nie potrafimy wykorzystać Internetu do tego celu. Możliwe, że mentalnie i nawykowo tkwimy jeszcze w poprzedniej epoce, a świat nas wyprzedza. Być może, w takiej debacie wypłynąłby e-learning, m-learning, kształcenie ustawiczne, kształcenie nieformalne, walidacja wiedzy, kształcenie kompetencji itd., czyli sposoby na pozyskanie studentów i spożytkowanie naszego, akademickiego potencjału. Ale jak chcielibyśmy te nowinki wdrażać, jeśli nie potrafimy wykorzystać sami dostępnych środków technologicznych? Budynki i komputery nie wystarczą. Kluczowy jest kapitał ludzki i kompetencje, np. umiejętność pracy zespołowej i planowania strategicznego.

Drugą możliwością jest prasa uczelniana. Mamy teoretycznie miesięcznik Wiadomości Uniwersyteckie, zarówno w wersji papierowej jak i elektronicznej. Cykl wydawniczy długi, możliwe więc jest spokojne, przemyślane i dopracowane tekstowo debatowanie. Ale w zasadzie takich strategicznych debat tam nie ma. Dlaczego? Czy nie chcemy otwarcie dyskutować? A może nie potrafimy pisemnie debatować? A może jeszcze inna przyczyna? Jaka?

Czyżby więc pozostawało lokalne i bardzo izolowane debatowanie w kuluarach, w bardzo nielicznych i nic o sobie nie wiedzących grupkach, przy biurku i kawie lub w rozproszeniu internetowym? Narzekanie w licznych grupkach a nie praca zespołowa nakierowana na cel… to mało efektywna i poniekąd iluzoryczna debata.

No to sobie trochę „podebatowałem” na swoim blogu. Czy coś z tego będzie wynikało w zakresie „jak zachować się wobec niżu demograficznego”? A może problemem wcale nie jest niż demograficzny tylko wizja naszego uniwersytetu i spojrzenie na edukację w ogóle? Skoro do tej pory nad wizją edukacji i misją uniwersytetu nie chcieliśmy/nie potrafiliśmy ze sobą debatować, to może kryzys i niż demograficzny nas do tego zmusi. Oby.

Z Einsteinem w Noc Naukowców

W ostatnich latach w Kortowie zaistniały dwie bardzo ciekawe inicjatywy edukacyjne. Mam na myśli projekt "Za rękę z Einsteinem" oraz "Uniwersytet Dzieci". Nie tylko znakomicie służą upowszechnianiu wiedzy w szerokich kręgach społeczności i nie tylko podnoszą jakość dydaktyki (pośrednio) na UWM (poprzez kształcenie kadry w formie projektu). Są sygnałem głębokich zmian, zachodzących w edukacji na wszystkich poziomach (od przedszkola do uniwersytetu trzeciego wieku). To zapowiedź coraz bardziej otwartego uniwersytetu, pełniącego swoją starą misję ale w nowej formie, dostosowanej do czasów i możliwości technicznych oraz organizacyjnych współczesnego świata. To zapowiedź rozwijającej się edukacji ustawicznej, pozaformalnej i nieformalnej.

Charakterystyczne jest to, że te inicjatywy rozwijają się jako projekty a nie administracyjne i odgórne "zlecenia". Dzięki grantom lepiej i pełniej wykorzystywany jest zarówno potencjał kadry (kapitał ludzki) jak i zasoby infrastruktury uniwersyteckiej. Samoorganizacja w XXI wieku okazuje się skuteczniejsza niż odgórne tworzenie instytucjonalne. To chyba cecha społeczeństwa wiedzy, społeczeństwa informatycznego coraz bardziej zdecentalizowanego. Społeczeństwa, w którym wolontariat i eksteriozyzacja wiedzy odgrywają coraz większa rolę.

Kredą na tablicy o … web 2.0 i internecie

Dzisiaj ze studentami biologii rozpocząłem wspólną naukę rozpoznawania i oswajania web 2.0 oraz konektywizmu w uniwersyteckiej edukacji. Dlatego powyższa fotka nawiązuje do sieci, łączy w sobie biologiczność sieci pajęczej i sieć powiązań społecznościowych w internecie.

Na samym początku pojawił się istotny kłopot. Bo w wielu salach UWM nie ma po prostu dostępu do internetu, co jest problemem i dla wykładowców i dla studetów. Internetu bezprzewodowego nie ma (ponoć gdzieś jest, ale nikt go nie widział), a gniazdka internetowe tylko w "gabinetach". Zmuszny byłem opowiadać o zasobach internetowych… pisząc kredą na tablicy (adresy, żeby sami, potem zajrzeli). Po co więc nam wielkie, kosztowne inwestycje, kiedy brakuje podstawowych rzeczy? Nic dziwnego, że ubywa nam studentów. Przecież to nie jest wina tylko niżu demograficznego…

Ale jakoś może sobie poradzimy. Może uda się doszukać tego mitycznego internetu bezprzewodowego, może przeciągnę kilkumetrowy kabel z innego pokoju, może studenci przyniosą swój internet bezprzewodowy (komercyjny). A może zaczniemy się spotykać w kawiarni – bo  wielu już jest bezpłatny dostęp do internetu. Na szczęście studenci mają dostęp do internetu u siebie w domu, akademiku czy na stancjach. Owszem, na UWM jest dostęp bezpłatny, ale w Bibliotece Głównej… Kortowo duże, wygoda z takiego udogodnienia żadna…. Mam wrażenie, że jesteśmy 100 lat za warmińskimi i mazurskimi wioskami.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie można było obrócić. Poćwiczymy własną kreatywność :). A to przyda się poźniejszym absowlentom, gdy zaczną szukać pracy. Przynajmniej będą mieli sensowne kompetencje, w tym bycia zatrudnialnym. O rezultachach naszych biologiczno-sieciowych poczynań poinfromuję, podsyłając linki do studenckich e-portfolio i efektów wspólnych prac i przemyśleń.

ps. Krajowe Ramy Kwalifikacji to nie tylko "odgórne zarzadzenie", ale i szansa na podniesienie jakości kształcenia, także tego, żeby nasi absolwenci szybko znajdowali pracę. Szkoda tylko, że takiej dyskusji w murach uniwersyteckich nie można spotkać. Może gdzieś się toczy? Z wykorzystaniem kredy i tablicy?

Światowy Dzień Drzewa ze studentami i przedszkolakami

mostkowo1

W Dniu Drzewa (10 października 2011), razem ze studentami socjologii (specjalność administracja publiczna i samorządowa) posadzę 12 drzewek w dwu olsztyńskich przedszkolach: Przedszkolu nr 13 ul. Wyspiańskiego 3 i Przedszkolu nr 37 ul. Pana Tadeusza 12a.
Bo studenci i przedszkolaki są przyszłością narodu, tak jak drzewa są przyszłością naszej planety. I naszej dobrej jakości życia. Po co robić samemu jeśli można zrobić to w dobrym towarzystwie? Człowiek jest istotą społeczną.

Dzień Drzewa wymyślił Amerykanin Juliusz Morton w 1872 roku. Tak więc już w wieku XIX J. Morton stwierdził: „inne święta służą jedynie przypomnieniu, Dzień Drzewa wskazuje zaś na przyszłość”. Jego pomysł spotkał się szerokim odzewem. Tylko w 1872 roku w USA posadzono ponad milion drzew. W 1951 roku święto Dzień Drzewa zawitało w Europie. Organizacja ds. Wyżywienia i Rolnictwa ONZ (FAO) postanowiła, że we wszystkich krajach członkowskich obchodzony będzie każdego roku Światowy Dzień Drzewa. Od kilku lat w dniu 10 października w Polsce obchodzony jest Dzień Drzewa. Dodatkowo rok 2011 obchodzony jest jako Międzynarodowy Rok Lasu.

Olsztyn nie gorszy, też swoje drzewa posadzimy. Razem można więcej.

A na zdjęciu przypomnienie innej akcji ze studentami w 2009 roku w Mostkowie. Poza zbieraniem śmieci w lesie posadziliśmy kilka drzewek przed szkołą. Według informacji rosną i mają się dobrze.

Miejsc do posadzenie jest wiele, dołącz do tej międzynarodowej akcji i Ty drogi czytelniku. A w Olsztynie, gdzie tyle drzew już wycięto, przydałoby się uzupełnić straty. Tym bardziej, że Olsztyn mieni się miastem-ogrodem.

Kasa fiskalna, liczydło i USOS, czyli o pozornych i rzeczywistych absurdach biurokracji

Chyba każdy przynajmniej od czasu do czasu spotyka się z sytuacjami, które można postrzegać jako absurdalne. Czasem jest to przerost biurokracji, gdy tracimy czas na czynności wydawałoby się zupełnie zbędne. Ale rodzi się pytanie czy te absurdalne rzeczy są w swej istocie absurdalne i zbędne, czy tylko takimi się wydają, bo je w absurdalny sposób stosujemy. Przed oczami mam widok, jaki kilka razy zapamiętałem z wizyt w krajach Europy Wschodniej: w sklepie stojąca elektroniczna kasa a obok niej drewniane liczydło. Ekspedientka nabija cenę na elektronicznym urządzeniu po czym sprawdza na staroświeckim liczydle (lub odwrotnie). Podwójna praca. Kasa fiskalna wydaje się być zbędnym absurdem, zabierającym czas i energię elektryczną. Przecież możnaby obyć się bez niej, tak jak przez lata (tak jak dawniej, było dobrze i po co to zmieniać)… A może ten czasochłonny absurd to tylko efekt złego wykorzystania kasy oraz brak należytego przeszkolenia kadry? Może pora zrezygnować z liczydła, zamiast narzekać na absurd elektroniczne „biurokracji”?

Takim ciężarem zbędnej biurokracji wydaje się elektroniczny dziennik zwany USOS, który od ponad roku jest na moim wydziale wdrażany. Dzisiaj zalogowałem się na swoje konto. Z informacji jakie widzę, wynika że nie mam żadnych zajęć… Co nie jest prawdą, bo mam. Dlaczego nie ma ich w systemie? Bo to zbędna biurokracja? Nie ma też podstawowych informacji, które byłyby użyteczne dla studenta, np. mój adres mailowy (o stronie www to nie mam odwagi pomarzyć), pokój w którym można mnie zastać i godziny konsultacji. To samo z informacjami dotyczącymi opisu przedmiotu (teoretycznie dobrze byłoby, gdyby student przed teoretycznym wyborem zapoznał się z treścią zajęć, czego się może dowiedzieć, czego nauczyć, jakie lektury przeczytać). Z tego punktu widzenia USOS do wzajemnej komunikacji jest w obecnej formie bezużyteczny (zabiera tylko dodatkowy czas, bo i tak wszystko trzeba robić „na papierze”, tradycyjnie). Studenci muszą tradycyjnymi metodami odszukiwać te informacje: na tablicy ściennej, metodą z ust-do-uszu itd.. A przecież już prawie rok temu wysłałem odpowiedzialnej osobie wspomniane dane do uzupełnienia (raptem 5 minut pracy przy klawiaturze). Sam nie mam uprawnień administracyjnych, aby uzupełnić.

Plan zajęć dla wszystkich układany jest ręcznie (tak jak do tej pory), a teraz – na początku semestru – studenci tradycyjnie przekładają zajęcia, aby dopasować sobie plan zajęć. W rezultacie do komunikacji i wykorzystywania metod e-learning korzystam zupełnie z innych narzędzi (np. ututi.com czy academiol.pl  oraz bloga na serwerach Google). Z tego punktu widzenia USOS wydaje się zbędnym i obciążającym dziennikiem elektronicznym (tylko dziennikiem).

Już kilka lat temu dowiedziałem się o USOSie na naszej uczelni, przy okazji szkolenia w zakresie e-learningu. Wiele uczelni w Polsce na tym systemie z powodzeniem pracuje, a my dopiero przed rokiem zdecydowaliśmy się na wdrażanie (bo już dłużej się nie dało czekać?). Ale i tak plan zajęć układany jest ręcznie a studenci nie mają wielkiego wyboru, ani terminu zajęć (nie mogą wybrać sobie odpowiedniej grupy), ani osoby prowadzącej. USOS służy tylko do wpisywania ocen. W sumie więc jest jak te liczydła przy kasie w krajach byłego ZSRR…

Żeby USOS mógł być w pełni wykorzystany, to potrzeba nie tylko uruchomienia systemu, ale także zrozumienia jego „filozofii” i szybkiego przeszkolenia kadry. I zrozumienia po co i do czego narzędzie to zostało stworzone. Bo po co kupować nowoczesny samochód, kiedy się jeździ na pierwszym biegu… narzekając, że to bubel, bo wolno jeździ i mocno warczy… Skoro się nie chce jeździć autem tylko chodzić pieszo, to może nie warto kupować własnego samochodu? Tylko po to, żeby inni wiedzieli, że też nas stać?

Nawet nie mogę dobrze sprawdzić możliwości USOSa, bo praktycznie nie działa, tak jak powinien. Tak więc i w tym roku do elektronicznej komunikacji ze studentami oraz wdrażania metod e-learningu oraz m-learningu zmuszony będę wykorzystywać zupełnie inne, społeczne i pozauczelniane narzędzia… Przecież nie można biernie czekać, gdy inni się rozwijają i tworzą zupełnie nowe jakości w kształceniu społeczeństwa informartycznego i społeczeństwa wiedzy. Kreda i rzutnik pisma (folii) już nie wystarczą, aby mieć studentów. Nie wystarczy także rzutnik multimedialny i Power Point…

Mam wrażenie, że z wielkim trudem wdrażamy system który jest już koncepcyjnie i edukacyjnie przestarzały. Brakuje w nim wielu możliwości do rozwoju metod e-learningowych jak i m-learningowych. Być może można w tym kierunku system ten modyfikować – ale trzeba go poznać i wiedzieć czego się chce w zakresie nowoczesnych metod dydaktyki. Mamy więc na uniwersytecie znakomite budynki, znakomity sprzęt i urządzenia, ale czy korzystamy z ich możliwości w codziennej pracy? Czy jest dostęp do bezprzewodowego internetu na terenie całego miasteczka uniwersyteckiego (lub tylko na salach wykładowych)?

Czasem spotykam się ze stwierdzeniami, że u nas system boloński i licencjat się nie sprawdził… Ale to już temat na zupełnie inną opowieść o kolejnych liczydłach przy kasie.

O Nauce, sztuce i harmonii świata

 „Artysta, który jest w każdym z nas, czerpie natchnienie z wielu miejsc – na zewnątrz i wewnątrz siebie – i przyznaje zwykle, że jednym z naszych największych nauczycieli, jest przyroda. Niezmienne prawa, które rządzą powstawaniem życia, są równie niezwykłe w swojej prostocie, jak i w złożonych subtelnościach. Jesteśmy z nimi blisko związani. W wietrze i piasku, w płynącej wodzie i zmieniających się barwach o świcie i zmierzchu, wszędzie tam są prawa natury, dostępne dla wszystkich.”

Priya Hemenway

Zachwyt nad światem jest doświadczeniem i naukowca i arytysty. Łączy ich również poszukiwanie sensu i ukrytych praw. Czytam właśnie wspaniałą książkę pt. „Sekretny kod. Tajemnicza formuła, która rządzi sztuką przyrodą i nauką” autorstwa Priya Hemenway (nawet nie wiem jak odmieniać, czy to kobieta, czy mężczyzna). W renesansie wielcy artyści zajmowali się naukowym poznawaniem świata, poszukiwaniem harmonii, proporcji itd. A może to naukowcy parali się sztuką? Oddzielić nie można jednego od drugiego. A dzisiaj, w dobie specjalizacji, na siłę dzielimy… I przez to jesteśmy samotni: naukowcy pośród naukowców bez piękna sztuki, artyści pośród artystów bez próby zrozumienia świata przyrodniczego.

Cud natury mamy, więc o niego dbamy

Wczoraj miałem dużą przyjemność uczestniczyć wraz ze studentami ekonomii WSIiE TWP w Olsztynie w dość nietypowym rozpoczęciu roku akademickiego. W lesie i nad jeziorem zbieraliśmy śmieci. Proste czynności ale z głębokim sensem.
Każdy zapewne zetknął się z kampanią promocyjną "Mazury cud natury". Ale żeby nasza warmińsko-mazurska przyroda była rzeczywiście cudem natury, przyciągającym turystów (a więc aby uzyskać rzeczywisty efekt ekonomiczny), musimy o nią dbać codziennie. A nie tylko akcyjnie przed komputerem. Codziennego trudu sprzątania nie widać, ale widać, gdy nie jest sprzątane.
Głównym celem studenckiej akcji w Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej i nad Jeziorem Bartążek było zwrócenie uwagi na codzienne czynności, codzienną konsumpcję i codzienny styl życia. Który może skutkować górami śmieci w lesie i nad jeziorem lub… czystą i atrakcyjną turystycznie przyrodą. Od nas zależy jak świat wokół nas wygląda. Ale same słowa nie wystarczą, potrzebne codzienne, proste ale konsekwentne działenia. Dlatego studenci pierwszego paździenika zebrali się całym rokiem, aby o poranku posprzątać kawałek warmińskiej ziemi. Niektórzy zabrali ze sobą swoje rodziny. Inni przyjechali z daleka, i żeby o osmej rano stawić się na miejscu zbióki, musieli wstać o 5-6.
Zbieraliśmy nie tylko śmieci w lesie. Każdy przywiózł ze sobą zbierane wcześniej nakrętki. To taki drobny recykling. Te małe, plastykowe częsci na ogół uciekają naszej uwadze. Zebrane razem stanowią już liczący się surowiec wtórny. Był w tym cel charytatywny, bowem webrane nakrętki przeznaczone są na leczenie ciężko chorego dziecka. Pomagając ludziom pomagamy przyrodzie, pomagając przyrodzie, pomagamy ludziom. Razem można znacznie więcej zdziałać. I jest przyjemniej, bo człowiek jest istotą społeczną.
Co zostanie w naszych głowach po akcji? Doświadczenie, naoczne stwierdzenie ilości śmiecu zostawianych przy drogach leśnych i nad jeziorami. Krasnoludki tego tam nie przynoszą. Ale studenci nie ograniczyli się tylko do narzekania i szukania winnych, sami zrobili pierwszy krok ku poprawie, bez oglądania się i wskazywania palcem, kto naśmiecił.
Codzienny styl życia, styl naszej konsumpcji, wybory towarów i opakowań w sklepie, styl zachowań na spaczerze w lesie i wypoczynku nad jeziorem, ten styl przesądza czy "Mazury to cud natury", czy też puste hasło opiewające brudy.
Wspólny spacer po lesie a potem wspólny posiłek nad Jeziorem Kielarskim były okazją do licznych refleksji i kuluarowych rozmów. Przyroda oraz wspólne, sensowne działanie to dobra przestrzeń publiczna.
i filmik:

Butelki, owady i wyśmiewanie się z naukowców

18198487_10211479713061846_2675394095773558507_nMyślenie skrótami, powierzchowne i pośpieszne prowadzi na manowce. Postawa kpiącego z boku prześmiewcy jest dość często spotykana, zwłaszcza w mediach (a na internetowych forach wręcz masowo!). Jak się wyśmiewam, kpię, wręcz wyszydzam, to jestem ten mądrzejszy – patrzcie jaką głupotę wyśledziłem! Jaki jestem bystrzacha.

Taki „bystrzacha” daje sygnał dla chóru kolejnych wyszydzaczy. Jest kozioł ofiarny do obrzucania szyderstwami… a uczestnicy takiej zabawy poprawiają swój nastój – bo są wśród tych, z boku, tych mądrych, kpiących. Tworzą grupę „zwycięzców”. Ale z kogo się śmiejecie – chciałoby się zapytać.

Sprowokował mnie wpis z gazety, donoszący o Ig-Noblach:

„Biologia. Whisky, moja żono, tyś najlepszą z dam. Wyróżniono australijskich entomologów za odkrycie, że pewien gatunek chrząszczy z rodziny bogatkowatych notorycznie myli swoje partnerki i próbuje kopulować z butelkami pewnego gatunku australijskiego piwa. Badacze stwierdzają w konkluzji, że wyrzucanie butelek nie tylko zaśmieca środowisko, ale też grozi poważnymi konsekwencjami dla populacji chrząszczy.”

(więcej tu)

Przy tak podanej informacji typu „jacy ci naukowcy głupi”, nic dziwnego, że pojawiają się komentarze „na co idzie nasza kasa?!”. Na jakieś głupoty? Tyle ważnych spraw, a ci (niektórzy?) naukowcy zajmują się jakimiś bzdetami o seksie chrząszczy z butelkami!

Problem w tym, że nie są to wbrew pozorom bzdety. Trzeba tylko poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z tematem i zrozumieć o co tam może chodzić. Nauka w swej istocie to przede wszystkim badania podstawowe, poznawanie świata. Dopiero później można zastanawiać się, do czego nam to się może przydać (nauka stosowana).

W Ig-noblowskiej wzmiance o australijskich entomologach kryją się dwie ważne kwestie. Pierwsza to niszczące bioróżnorodność zaśmiecenie środowiska. Butelki i puszki spotkać możemy także w naszych lasach. To nie tylko uszczerbek na estetyce oraz „ktoś może się skaleczyć”. Takie puszki i butelki są śmiercionośnymi pułapkami, co widać dokładnie na zdjęciu wyżej. Łatwo owadowi wejść a trudniej wyjść. Podobnie jest z butelkami, znajdującymi się w naszych jeziorach. Dumni jesteśmy z nowego, siódmego cudu świata… ale, te zalegające butelki bezsensownie zabijają owady i zagrażają naszej różnorodności biologicznej. Owady zwabiane są zapachem, przypominającym soki owocowe, czyli naturalny pokarm tych zwierząt. Są po prostu oszukiwane. Kolejne zwabiane są zapachem padliny… i też giną. Zagrożenie bioróżnorodności nie jest problemem banalnym ani nic nie znaczącym.

Drugą kwestią jest zanieczyszczenie środowiska związkami biologicznie czynnymi. Nawet niewielkie ilości takich substancji zmieniają zachowania zwierząt i ludzi. W przypadku puszek po piwie są to różnego typu atraktanty. Ale do środowiska wprowadzamy bardzo dużo antybiotyków i hormonów, ze skutkami czasem tragicznymi. Niedawno UE zakazała dodawania do plastikowych gryzaków i buteleczek dla dzieci ftalanów (zmiękczacze plastiku). Związki te podobne są do ludzkich hormonów. Trafiając – nawet w niewielkiej, niemalże niewykrywalnej ilości – do ciała ciężarnej matki powodują zmianę płci u dzieci: osobniki genetycznie męskie rodziły się z narządami żeńskimi lub z uszkodzonymi. To tylko jeden z wielu przykładów. Wykrycie i identyfikacja takich związków biologicznie czynnych jest niezwykle ważne dla przyrody i człowieka, po to, żebyśmy ograniczali negatywny wpływ na środowisko. Czy dalej tego typu badania będziemy uważali za śmieszne i nie warte finansowania? Odnośnie australijskich chrząszczy – myli je kształt i odblask butelek, bowiem bogatkowate są metalicznie kolorowe. Nie chodzi więc o typowy związek biologicznie czynny natury chemicznej, ale o inne zakłócenia antropogenicznej natury. Bo jeśli samce zwabiane są do butelek, to gatunek jest zagrożony, bowiem samice mogą zostać niezapłodnione. Inne owady, np. ważki, próbują składać jaja na rozgrzanym asfalcie, bo odbłyski mylnie interpretują jako taflę wody. Z kolei chruściki i motyle nocne zwabiane są w nocy do licznych świateł naszej cywilizacji. Zanieczyszczenie środowiska, zagrażające ważnej dla nas różnorodności biologicznej, nie jedno ma imię.

Na pierwszy rzut oka badania australijskich entomologów są śmieszne. Jeśli się jednak zastanowić głębiej, okażą się ważne w wielu aspektach. Taka jest być może rola nagród Ig-Nobla, zwabić sensacyjną śmiesznością i skłonić do zapoznania się z tekstem… oraz skłonić do refleksji.

Jest więc Ig-Nobel tak jak te resztki piwa w wyrzuconej butelce, a internetowi prześmiewcy… jak te nieszczęsne chrząszcze, próbujące kopulować z butelką. Powtórzę pytanie „z kogo tak na prawdę się śmiejecie?”

ps. Pokrętne bywają drogi popularyzacji wiedzy :). A sama nauka ciekawsza i bardziej „sensacyjna” niż telewizyjne seriale i celebryckie newsy z kolorowej prasy.

Nakrętki i cud natury, czyli o tym jak małe sumuje się w coś wielkiego

Do wielkich rzeczy dochodzi się wytrwałością i małymi kroczkami. Łatwo jest klikać w głosowaniu na mazurskie (i warmińskie) jeziora jako światowy cud natury. Trudniej o codzieną dbałość o ten nasz cud. Jeszcze trudniej o systematyczną promocję zdrowych nawyków. Zapominamy, że małe może być wielkie…

Ot na przykład taki recykling. Czy zbieralibyśmy drobne nakrętki? Przecież to takie małe. Ale, jeśli przy okazji możemy komuś pomóc? Wtedy już chętniej. A z tych drobnych, plastikowych "odpadów", może urosnąć albo góra smieci nad jeziorem, albo … coś wartościowego (pomoc finansowa konkretnej osobie).

Najłatwiej pouczać jest innych co i jak powini zrobić. Łatwo jest narzekać, że brudno, źle itd. Znacznie trudniej samemu coś zrobić i dać dobry przykład bez oglądania sie na innych.

Ale niektórzy mają odwagę iść zbierać śmieci w lesie. Najdziwniejsze jest to, że są to ludzie dorośli i na dodatek studenci ekonomii. Bo w gruncie rzeczy ekonomia nie jest wrogiem ekologii. Jeśli namówimy mieszkańców i turystów, aby swojej śmieci zabrali ze sobą a nie zostawiali w lesie, to będzie to także zysk ekonomiczny w wymiarze lokalnym i globalnym. To się wszystkim opłaca.

I ja do tej akcji ze studentami z wielką przyjemnością się przyłączam. Trochę nakrętek już zgromadziłem, a i w lesie coś się znajdzie. Przeznaczę też kilka swoich malowanych butelek i słoiczków, jako podziękowanie dla najbardziej zasłużonych w zaistnienie tej akcji. Niech "wyrzucone" w nowej formie wróci do użytkowania. To będzie bardzo niekonwencjonalna inauguracja roku akademickiego: ekorozwojowo, czynnie i interdyscyplinarnie.

Więcej o akcji