Lewicowy ekolog z katedry pogaństwa

Edukacja to tworzenie swojego, spójnego obrazu świata. Indywidualna wiedzę nie jest zbiorem luźnych informacji, lecz systemem powiązanych ze sobą pojęć i relacji. Prawie jak organizm, gdzie wszystko ze sobą funkcjonalnie i strukturalnie jest powiązane.

Przeglądają przepastne zasoby internetu znaleźć można różne rzeczy, między innymi przedziwne zestawienia informacji, dziwaczne obrazu świata i jego opisywanie. Dzisiaj szukając "dnia chruścika" znalazłem i taki fragment, który mocno mnie rozbawił:

"Dzień Chruścika, takiego owada, to dzień wymyślony przez ekologa lewicowego z Katedry Ekologii i Ochrony środowiska w Olsztynie, a właściwie Katedry Ochrony Pogaństwa w Olsztynie, razem z panem Arturem Orzechem z Programu III PR. Artur Orzech ogłosił konkurs na zagospodarowanie w kalendarzu postępowca jednego dnia.. No i udało się! Mamy Dzień Chruścika- w tym dniu organizowane są seminaria naukowe, dyskusje.. NA temat owadów."
Wiele wyjaśnia początek tego tekstu: "Zanim ona nastąpi, po całkowitej likwidacji państwa polskiego, bo sprawy jakby przyspieszają przy pomocy tubylczego rządu Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, przy poparciu Sojuszu Lewicy Demokratycznej i osobiście pana Leszka Millera, PiS – jak zwykle udaje, że całą rzeczą się przejmuje , a pan Kaczyński jest pełen troski, przygotowując się do Marszu 13 grudnia- przeanalizujmy grudzień, w ostatnim miesiącu kalendarza postępowca.
" (źródło)
Skąd takie pomieszanie z poplątaniem w odniesieniu do ekologa, którzy musi koniecznie być lewicowy :), chruścików i jednoski organizacyjnej uniwersytetu? Samo w sobie jest głupotą, ale widać musi pasowac do jakiegoś tam obrazu świata i jest tylko objaśnianiem rzeczywistości (opisywanie spójnego wroga, jednego zagrożenia). Bo nawinęło się przypadkiem…. ale musi być wyjaśnione zgodnie z jedną hipotezą, jednym obrazem świata. I tak Dzień Chruścika znalazł się w elemencie "całkowitej likwidacji państwa polskiego" :).
Głupota nie bierze się znikąd. Jest elementem większej całości. Sama głupota, w oderwaniu od całości, może wydawać się absurdalna. Tak jednak nie jest. Nie pasujące do całości elementy i informacje, muszą być jakoś upchnięte, dopasowane, objaśnione, wyprowadzone "logicznym" uzasadnieniem, pasującym do całości.
Natomiast ogłaszanie i publikowanie swoich wizji świata jest niezwykle łatwe w dobie internetu. Znaleźć i zacytować można chyba dowolną tezę.
Niezwykle ważną współczesnie kompetencją jest umiejętność wyszukiwania informacji, weryfikowania wiarygodności, oceniania i samodzielnego wyciągania wniosków na bazie różnych źródeł. Bez tej umiejętności współczesny człowiek będzie jak zagubiony w wielkiej puszczy: jak odnaleźć drogę pośród mnóstwa drzew?

Media publiczne, prosumpcja i tworzyciele

Znakiem czasu jest wybuchowy rozkwit aktywności twórczej, grafomańskiej, niejako powszechnej i ludowej w nowym znaczeniu. Ludowej – bo powszechnej, nieprofesjonalnej a nie dlatego, że tworzonej w autarkicznej społeczności wiejskiej. Jednym z przejawów jest wysyp różnorodnych mediów publicznych, zwłaszcza w internecie.

Media obywatelskie obarczone są jednak pewną słabością. Tym wewnętrznym zagrożeniem jest groźba zamykania się we własnym getcie, gdzie obieg informacji odbywa się tylko wśród swoich, w wąskim kręgu. Gdzie nie ma recenzowania, polemiki a w większości jest potakiwanie. W zbyt małym kręgu i przy własnym tworzeniu czasami brakuje warsztatu (rzemiosła pisarskiego). Ale media społeczne i dziennikarstwo obywatelskie niosą dużą wartość. Tą wartością jest wolność i niezależność. Niczym nie skrępowana możliwość tworzenia.

Dziennikarstwo obywatelskie jest znakiem czasu i renesansu szeroko rozumianego rękodzieła, a więc pracy własnej, oryginalnej, niepowtarzalnej w swojej niedoskonałości. Taki swoisty nikiforyzm. Nie tylko modne stało się samodzielne malowanie, wyszywanie, decoupage, domowe warzenie piwa, wyrób wędlin. Modne staje się tworzenie i duża aktywność w odbiorze treści kulturowych. Dawny podział na producentów i konsumentów zastępowany jest tworzeniem się nowego bytu – prosumpcji. Szczególnie wyraźne jest to w zakresie twórczości wszelakiej. Zamiast podziału na twórców i odbiorców-konsumentów pojawiają się tworzyciele. Tworzyciele – jako mniej profesjonalni twórcy – widoczni są w medialabach, we wszelakich komentarzach, przeróbkach, uzupełnieniach. Tak musiała się skończyć egalitarność wykształcenia – wielu umie pisać, tworzyć. Ci wykształceni ludzie chcą zabierać głos, chcą być aktywni.

W każdym z nas tkwi twórca. Łatwość publikowania i wypowiedzi w nowych mediach sprzyja wysypowi niedoskonałej warsztatowo dziennikarskiej amatorszczyzny. Nie oceniam tego negatywnie, bo jest to sposób aktywnego uczenia się. Uczenia się przez działanie i w dialogu z innymi.

Amatorzy – dlatego, że nie utrzymują się z dziennikarstwa. Piszą, bo chcą, bo czują potrzebę. Tacy dziennikarze obywatelscy, po części domorośli badacze świata, biorą czynny udział w zbieraniu informacji, piszą krótkie relacje, obserwacje, robią zdjęcia, kręcą filmiki. Są tani – bo większości robią za darmo, jedynie dla „sławy” i satysfakcji. Są w wielu miejscach. Jakość materiału nadrabiają ilością i obecnością w każdym miejscu (media profesjonalne próbują wykorzystywać tę aktywność. Być może w dużej części z powodów oszczędnościowych). Biorą udział w relacjonowaniu, analizowaniu, upowszechnianiu różnorodnych informacji i … plotek, mitów, nowinek, ciekawostek. W jakimś sensie dziennikarstwo obywatelskie jest odpowiedzią na tabloidyzację mediów, w których dominuje kronika wypadków i plotki ze świata celebrytów. Dziennikarstwo obywatelskie wraz z blogami naukowymi to swoista próba mówienia (nawet nieudolnego warsztatowo) na interesujące, czasem niszowe, tematy. To objaw fragmentacji, decentralizacji i lokalności współczesnego świata. Nie jesteśmy już zdani na medialny wybór kilku stacji… goniących za widzem przeciętnym, statystycznym, wystandaryzowanym.

Zawsze dyskutowaliśmy, plotkowaliśmy w pralni, w maglu, w kolejce, na przystanku, na podwórkowej ławce. Teraz technika umożliwia nam plotkowanie globalne. I tak jak wcześniej dominują informacje miałkie, lokalne, mało ważne, spiskowe, plotkarskie, często mało wiarygodne. Ale w tym szumie możemy wyszukać i „niszowe” ale ciekawe tematy naukowe, hobbystyczne. Można z tego gwaru wyłowić, wybrać coś interesującego dla siebie. Tak jak na ulicy czy podwórku.

Narrowcasting (rozgłaszanie niszowe) – to kolejne trudne (bo nowe) słowo, próbujące nazwać zupełnie nową rzeczywistość. Dziennikarstwo obywatelskie może popadać w bezużyteczność, bo odbierane jest przez bardzo wąski krąg odbiorców potencjalnie zainteresowanych, tak jak wąska grupka sąsiadów czy stojących w kolejce lub na przystanku. Ten obywatelski narrowcasting charakteryzuje niszowość i… dziwność. Bo są tam plotki, teorie spiskowe, miejskie legendy typu „czarna wołga”. Ale są i blogi naukowe. Media obywatelskie często odznaczają się umiarkowaną wiarygodnością – bo sami dziennikarze obywatelscy nie weryfikują publikowanych treści, nie sprawdzają – najczęściej z powodów braków warsztatowej rzetelności. Ale przecież współczesne szkolnictwo może nauczyć tej rzetelności, obiektywizmu i warsztatu. Lub inaczej, w aktywnym uczeniu się poprzez uprawianie dziennikarstwa obywatelskiego możemy tej rzetelności się nauczyć… Poprzez liczne błędy i wprawki na portalach społecznościowych, blogach, serwisach informacyjnych itd. Na pewno powinno się tego rzetelnego dziennikartswa uczyć na wszystkich uczelniach wyższych jako kompetencji XXI w. Bo to jest element sprawności w komunikowaniu się społecznym. Kompetencja i umiejętność przydatna każdemu obywatelowi współczesnego świata i każdemu pracownikowi XXI przemysłu i usług.

W dziennikarstwie obywatelskim odbiorca jest jednocześnie nadawcą. Jednocześnie twórcą i konsumentem, takim prosumentem lub tworzycielem. Tak jak plotkujący w kolejce czy maglu: nie tylko słucha ale i komentuje a potem przenosi dalej, jest słuchaczem i nadawcą jednocześnie. Internet ułatwił powrót do pierwotnej postaci komunikacji – aktywnej i dialogowej a nie tylko biernej.

Dawniej kontakt redakcji z czytelnikami, słuchaczami, widzami był ograniczony: listy do redakcji, telefony, później e-maile, smsy mmsy, fora internetowe. Teraz ten kontakt się poszerza i przyspiesza. Narzekamy, że Polacy mało czytają. Ale chyba jeszcze nigdy tak wiele osób nie pisało tak dużo i często! Młodzi ludzie ciągle stukają w klawiatury telefonów komórkowych, smartfonów, klawiatury laptopów. Że styl nie taki, że błędy i skróty? To zupełnie inny sposób przekazu łączący tekst, grafikę i film, przekaz tworzący zupełnie nowe stadnardy.

Ja dostrzegam ciągły niedosyt działów naukowych i dziennikarstwa naukowego. Na przykład w Gazecie Olsztyńskiej brak jest działu naukowego. Nauka jest niesamowicie newsogenerowalna. Na dodatek ciekawa i wiarygodna. Czy w gazecie ma być głównie kronika wypadków? Bo łatwo i prosto takie informacje zebrać? W Olsztynie jest dużo studentów, w tym na kierunku „dziennikarstwo”. Tacy dziennikarze obywatelscy mogliby opisywać i objaśniać rzeczywistość i świat wokół nas, lokalny oraz globalny. Sami by na tym skorzystali.

Potrzebny jest długofalowy wysiłek i współpraca z UWM. Rolą UWM byłoby nauczenie pisania, komunikowania z wykorzystaniem różnych form literackich i form graficznych. Rolą uniwersytetu byłoby nauczyć rzetelności przekazu. Żeby dziennikarstwo obywatelskie nie było źródłem plotek, ale żeby informacje były zweryfikowane, użyteczne (a nie bezużyteczne). To ściśle wiąże się z naukowym rzemiosłem. Tego uczyć powinna każda praca licencjacka czy magisterska. Warsztaty wiarygodnego i użytecznego tworzenia nowej wiedzy, nowych informacji. Nauczyć pisać z naukowym stylem myślenia czyli rzetelnością zbierania danych i rzetelnością analizowania i wyciągania wniosków. Wiedza użyteczna, wiarygodna i obiektywna.

Dziennikarstwo uczestniczące w życiu i tworzeniu na pewno będzie się rozwijało. Blog jest formą dziennikarstwa obywatelskiego. Taka osobiście tworzona „prasa” multimedialna, tuba, podest w Hyde Parku, ambona.

Ewaluacja pospotkaniowa, czyli o pisaniu i promocji Olsztyna

13925281_1594408320859492_7424008191371446158_n

Wczoraj wieczorem odbyło się spotkanie kameralne z nauką i naukowcami (czytaj więcej o spotkaniu, i jeszcze tu ), a dzisiaj rano już ukazała się relacja w gazecie internetowej (czytaj relację). Dziennikarstwo codzienne ma znacznie szybsze tempo publikacji niż czasopisma naukowe. Taka specyfika, wynikająca z potrzeby i gatunku literackiego.

W opublikowanej relacji znalazłem jednak kilka nieścisłości. Oczywiście te drobne przeinaczenia są marginalne dla całego tekstu i całej relacji (możliwe, że tylko specjaliści je dostrzegą). Z czego wynikają? Przede wszystkim z różnego języka i różnego świata: naukowców i życia potocznego. Mówimy swoimi, często hermetycznymi językami, używamy słów żargonowych i specjalistycznych, które każdemu (własnemu) środowisku wydają się oczywiste. A tak przecież nie jest. Dla naukowców impact factor jest czymś oczywistym i znanym, bo wspominają o tym mierniku codziennie. Dla kogoś, kto pierwszy raz słyszy to słowo, może niezbyt dokładnie je zapamiętać (bo z niczym się nie kojarzy). Bo przecież nigdy przekaz informacji nie jest w 100% skuteczny. Staramy się zapamiętać przede wszystkim rzeczy najważniejsze.

Te nieścisłości w relacji dziennikarskiej są swoistą ewaluacją (dla mnie). W dialogu ważne jest, by sprawdzać czy zostaliśmy dobrze zrozumiani. Jeśli nie, powtarzamy, dopowiadamy, uzupełniamy, prostujemy. Bo tak to zostało zrozumiane, czyli są rozbieżności między intencjami mówiącego a realizacją i odbiorem. Dobre porozumienie jest wtedy, gdy cały czas utrzymywany jest kontakt i otrzymujemy informacje zwrotne. Chciejmy więc słuchać a nie tylko komunikować. Zarówno na wykładach ze studentami jak i w kontaktach z dziennikarzami.

Bynajmniej nie mam pretensji do dziennikarki, że zrozumiała tak jak zrozumiała. Kwestie o promocji Olsztyna przez  udział w konferencjach i czasopismach zostały wypowiedziane na marginesie. Jak widać niezbyt precyzyjnie lub zbyt skrótowo. Dlatego warto je uzupełnić.

Kiedy naukowiec jedzie na konferencję gdzieś daleko, najczęściej wygłasza referat lub pokazuje „poster” (do tych odległych miejsc reklamy o Olsztynie na pewno nie dotrą). Tak czy siak wspominana jest afiliacja, czyli w tym przypadku wymieniany jest Olsztyn. I w taki sposób naukowcy są mimowolnie ambasadorami miasta, rozsławiającymi lub tylko informującymi na wszystkich kontynentach, że jest takie miasto Olsztyn (i jest tam uniwersytet, instytut naukowy itd.). Podobnie z czasopismem naukowym Reproductive Biology. Ponieważ ma siedzibę i adres olsztyński, wielu publikujących w tym czasopiśmie lub tylko czytających artykuły, mimowolnie dowiaduje się o Olsztynie. A przecież o to chodzi w promocji.

Być może więc celowym byłoby uwzględnienie w strategii promocyjnej miasta wykorzystanie naukowców i ich aktywności. A na pewno warto podkreślać fakt, że w Olsztynie wydawane są międzynarodowe czasopisma naukowe. Olsztyn miasto nauki i kultury? Jak najbardziej tak.

I jeszcze o zdjęciu zamieszczonym wyżej. Spotkanie odbyło się w nowootwartej po remoncie Kawiarni Literackiej i Filmowej, a u progu stała ta właśnie stara maszyna do pisania. Na spotkaniu i w kuluarach rozmawialiśmy o tym, jak bardzo zmieniło się tempo pisania publikacji za sprawą komputerów i internetu. Dyskutowaliśmy również o tym, w jakim kierunku pójdzie rozwój czasopism naukowych: od listów pisanych ręcznie, do papierowych czasopism, od maszynopisów wystukiwanych na maszynie do pisania – do wersji elektronicznej, od papierowych i czarnobiałych publikacji do… kolorowych i z klipami filmowymi publikacji elektronicznych. Sposób pisania artykułów naukowych niesamowicie się zmienia. I ich forma także.

Powinność uniwersyteckiego profesora (i nie tylko)

Powinnością „profesora uniwersyteckiego” wobec studentów jest pomóc im zrozumieć świat, a nie ustawiać ich do wyścigu szczurów. Pojęcie „profesor” użyłem w sensie nauczyciela. Zatem dotyczy to i magistrów, i doktorów i doktorów habilitowanych. Jest to pytanie o sens studiowania i misję uniwersytetu.

Informacja jest jak miłość, jest dobrem, którego nie ubywa, gdy się je dzieli (nim dzieli). Nie wszystko można i nie wszystko warto wyceniać finansowo. Są dobra publiczne, które w swobodnej formie dostępne są dla wszystkich. I tylko wtedy przynoszą obfite owoce. Przemysł fonograficzny i filmowy, dbając o swoje interesy, rykoszetem uderza w ideały nauki. Finansjalizacja życia jest groźna dla bytu całych społeczeństw. Chyba przeżywamy globalną refleksję nad tym co i jak można objąć licencjami. A młode pokolenie ma szansę zrobić coś ważnego. Znak pokolenia. Oby ta „rewolucja”, ta wiosna młodego pokolenia, nie zdefraudowała się w bezsensownych pyskówkach i ambicjach. Ktoś musi objaśniać młodym (i starym) świat, pomóc zrozumieć. A oni mają wolna wolę i podejmą swoje decyzje…

Próba zagarnięcia dóbr publicznych i ich „sprywatyzowania” (objęcia licencją), w tym dóbr kultury i wiedzy, rozgrywa się na naszych oczach. Protesty przeciw ACTA to tylko fragment globalnej dyskusji o dobrach publicznych, wykorzystywanych w kulturze i nauce. To także dyskusja o znaczeniu przestrzeni publicznej – a taka od wielu miesięcy toczy się w Olsztynie.

Tak, żyjemy w społeczeństwie wiedzy i gospodarce opartej na wiedzy. Wydawać by się więc mogło, że wiedza i informacja są towarem wyłącznie handlowym (tak jak przestrzeń w mieście). Prosta ekonomia jest jednak złudna. Tak jak z miłością – gdy się nią dzielić, to jej przybywa. Im więcej wolnej wiedzy, tym efektywniej pracuje społeczeństwo. Wolny dostęp do kultury ułatwia jej mnożenie. W nowej sytuacji ludzkość na nowo musi przemyśleć prawa własności i wolność. Przecież twórcy też czerpią od innych i od wcześniejszych pokoleń. Protesty anty ACTA mocno uzmysławiają nam, że jesteśmy prosumentami a nie konsumentami lub producentami.

A my w Olsztynie przemyśleć musimy przestrzeń publiczną – czy cała może być skomercjalizowana? Czy też na przykład na Starówce powinno zostać dużo przestrzeni publicznej, niekomercyjnej, dla wszystkich.

Wczoraj byłem w olsztyńskiej restauracji. Z radością dostrzegłem półkę z książkami. Czy właściciel nie łamie praw autorskich i wydawniczych, udostępniając książki, które kupił? Wszędzie kasy fiskalne i opłata za dotknięcie woluminu? To byłby absurd i paranoja. Ze stratą dla społeczeństwa.

A może tak, ktoś posadzi las i zacznie licencjonować tlen w powietrzu? Przecież zrobił inwestycję, a ludzie oddychają, należy mu się więc zysk z inwestycji?

Czeka nas długa publiczna debata, nie tylko o dostępie informacji w internecie. Ale także o tym, czy można zasoby wody prywatyzować. I o tym jaka ma być przestrzeń publiczna w Olsztynie: z ławkami, trawnikami i drzewami czy tylko z polbrukowymi parkingami…

Koniec, co końcem nie jest?

bialowieza1Koniec jest początkiem. Koniec nie jest końcem (przynajmniej nie zawsze), a w zasadzie jest zmianą, jest początkiem czegoś nowego. Taki wniosek wysnuć można z obserwacji życia biologicznego. Bo nic w przyrodzie nie ginie a jedynie się zmienia, transformuje, przekształca. Wszystko zależy oczywiście od punktu widzenia i perspektywy. Śmierć organizmu, na przykład w czasie mroźnej zimy, dla zainteresowanego jest końcem ostatecznym. Ale jest i szansą dla innych organizmów, konkurujących o zasoby. Śmierć jelenia jest posiłkiem dla wilka, jest więc dla niego przetrwaniem.

Na początku istnienia biosfery na Ziemi, kiedy mikroorganizmy rozmnażały się wyłącznie przez podział, nie było naturalnej śmierci ze starości. Dopiero płciowość przyniosła śmierć (ze starości), już nie podział i wieczne trwanie czy nieustany wzrost ale zaprogramowany koniec życia osobnika. Chyba że śmierć od następstw nieszczęśliwych wypadków, w „szponach i kłach drapieżnika” (bo przecież małe mikroorganizmy nie maja kłów czy pazurów) czy z głodu. Rozmnażanie płciowe to przede wszystkim rekombinacja i tworzenie nowego od początku. Przeorganizowanie w obliczu niesprzyjających warunków środowiska. W tym sensie zaprogramowana śmierć ze starości jest biologicznym postępem, umożliwiającym szybkie dostosowanie się do zmian. Koniec jako biologiczna innowacyjność.

Nie wyda ziarno plonu, póki samo nie obumrze. Odradzanie się od nowa, bez bagażu błędów, bez nieustannego naprawiania zepsutych fragmentów. Ciągłość poprzez śmierć i narodziny, koniec i początek. W zwartym lesie trudno jest młodym siewkom wyrosnąć: dostęp do życiodajnego światła zasłonięty jest przez duże drzewa. Nie ma miejsca na wzrost i rozwój. Siewki umierają za młodu, nie dojrzewając i nie udowadniając światu swoim możliwości i swojej wartości. Gdy przewraca się drzewo-olbrzym, spróchniały ze starości lub rażony piorunem lub wywrócony wichurą, tworzy się luka leśna. Upadający olbrzym zwalnia innym małym drzewkom miejsce do wzrostu. Nie zasłania światła, nie zabiera soków odżywczych. Pozwala innym się okazale rozwinąć. Śmierć starzejącego się olbrzyma to szansa na rozwój innych. A więc zwolnić miejsce innym, dać im szansę. Umieć wyczuć ten właściwy czas…

Na kanwie rozważań biologicznych doszedłem do refleksji o swojej, publicystycznej obecności na łamach Wiadomości Uniwersyteckich. Najpierw, od 2005 roku, pisałem felietony do Gazety Uniwersyteckiej. Później, od grudnia 2007 r., do Wiadomości Uniwersyteckich, od czerwca 2008 pod nazwą „z Kłobukowej dziupli”. W sumie w ciągu kilku lat powstały 82 krótkie teksty. Ja się sporo nauczyłem, przede wszystkim zwięzłych wypowiedzi. Przecież 3000 znaków to tak niewiele! Prawie jak abstrakt lub streszczenie w publikacji naukowej. Ciągle bolała ta niemożność pełnego i obfitego gadulstwa. To była dobra dla mnie szkoła. Pora zrobić miejsce innym. Lepiej odejść w dobrej pamięci niż zanudzić i uprzykrzyć się zbyt długą obecnością. Pora dać szansę innym na ciekawe wypowiedzi i uniwersyteckie rozważania. Przecież tak wielu na uniwersytecie a tak mało stron w Wiadomościach!

Poza tym, mam takie wrażenie, że ostatnio za dużo mnie w mediach. Pora dać innym odpocząć od siebie (w Wiadomościach Uniwersyteckich). Przynajmniej ograniczyć swoją aktywność. Żeby nie mówić dla samego mówienia, ale tylko wtedy, gdy ma się coś sensownego do powiedzenia.

Koniec dla jednego, to początek dla innego. Nie ma ludzi nie zastąpionych. A gdy się nie wie, kiedy skończyć w porę, to odchodzi się ze znacznie mniejszym fasonem. Sztuką jest jednak rozpoznać właściwy moment, nie za wcześnie i nie za późno. Łudzę się, że mnie się to uda…

Wszystkie podobieństwa do innych osób czy zdarzeń są przypadkowe, ale zamierzone. Bo tylko wtedy uogólnienie ma jakąś wartość, gdy da się zastosować do nieznanego wcześniej przypadku szczegółowego.

(rozszerzona nieco wersja felietonu, wysłanego do lutowego numeru Wiadomości Uniwersyteckich).

Eksperyment z reklamami na blogu

Od młodych ludzi, od uczniów czy studentów, też wiele można się nauczyć. Tak jak od każdego innego człowieka. Ale żeby coś studentom polecać na zajęciach wcześniej sprawdzam na sobie. Po prostu nie wpuszczam swoich studentów w "niesprawdzone maliny", nie są dla mnie "mięsem armatnim", czy jak w Armii Czerwonej nie prowdzę rozpoznania walką (wysyłanie żołnierzy na bunkier, aby sprawdzić co tam jest). Jeśli już to razem z nimi uczetniczę w eksperymentach.

W dydaktyce często wykorzystuję metodę projektu i nauki przez działanie. Czasami są to prośrodowiskowe projekty. Ponad rok temu, w czasie jednej z akcji zbierania elektrośmieci, studenci na swoim blogu (założony na potrzeby akcji) włączyli funkcję reklamy. Pomyślałem, że to może dobry pomysł, aby kolejnym rocznikom podpowiadać już pomysły przynoszące jakieś wsparcie finansowe realizowanych projektów. Postanowiłem sprawdzić, jak to działa i włączyłęm funkcje reklan na niniejszym blogu.

Po rocznym egzystowaniu reklam, zarobiłem 8 zł i 54 grosze :). Biorąc pod uwagę, że wypłaty następują od kwoty 10 zł, nie zarobiłem nic. A mój blog ma stosunkowo dużą oglądalność. Skoro tak, to nie będę łudził studentów, że mogą w ten sposób zarabiać. Można oczywiście prosić innych o klikanie na reklamy (np. ty kliknij u mnie, a ja u ciebie), ale będzie to pozorowana i udawana działność "biznesowa". Substytut.

Przecież i tak najczęściej reklam w ogóle nie czytamy. Traktujemy jako spam, nawet wtedy, gdy jako wredne okienka wyskakujące przesłaniają czytaną treść. Nie reagujemy (tak jak kiedyś) na reklamy telewizyjne, radiowe, prasowe, internetowe, czy papierowe ulotki znajdowane w skrzynce listowej. Bez czytania wyrzucamy na śmieci (w sumie to marnowanie zasobów środowiska). Po co taka bezproduktywna i nieskuteczna reklama? Masa pieniędzy idzie na produkcję beznadziejnych i tandetnych filmików reklamowych, zdjęć itd. Biznes wspiera kulturę? Nie, wspiera tandetny spam. To są paradoksy komercji i konsumpcji, życia w iluzji, że tak trzeba bo i inni się "reklamują". Lecz w zalewie informacji "sponsorowanych", szczególnie młode, sieciowe i anty-ACTA pokolenie odporne jast na taka spamową reklamę. Jednocześnie w mediach brakuje popularyzacji wiedzy. Zamiast teatrów telewizji, czy zamiast dobranocek dla dzieci, mamy potok ogłupiających reklam… w gruncie rzeczy nie oglądanych – to szum i spam kulturowy. Jakże wspaniały byłby świat medialny, gdyby chociaż w połowie czasu reklamowego pojawiły się programy objaśniające świat z treściami popularyzującymi wiedzę…

Przez dłuższy czas traktowałem te kolorowe reklamowe kwadraciki jako ozdobnik graficzny. Ale poszukam innego sposobu uatrakcyjnienie wyglądu niniejszego bloga.

Nawet nieudany eksperyment ma wartość, bo pomaga zrozumieć funkcjonowanie rzeczywistości wokół nas. W badaniach naukowych także wiele eksperymentów jest "nieudanych". Ale trzeba wykonać wiele prób, aby odkryć różnorodne prawidłowości. Najważniejszym przyrządem badawczym w nauce zawsze będzie… rozum i logiczne myślenie.

A Dominika potrafi przewrócić się na boczek

Studenci, którzy rozchodzą się po całym świecie, kontynuują naukę w innych miastach i krajach, wyjeżdżają za pracą lub na staże, przesyłają pozdrowienia i informacje. Miło jest z nimi utrzymywać kontakt. To najlepsza nagroda, bo widzi się sens swojej pracy.

A co z Dominiką?  Dominika to córeczka studentki, która po dalsze nauki wyruszyła w świat:

(…) dopiero dziś składam aplikację na studia, ponieważ wcześniej zostałam szczęśliwą mamą.
5 Listopada na świat przyszła Dominika, ważąc 2700 g. Dziś już gaworzy, uśmiecha się na nasz widok i położona na brzuszku potrafi przewrócić się na boczek.
A.K."

Dzięki takim kontaktom łatwiej zrozumieć co tak na prawdę liczy się w wykształceniu, jaka wiedza, jakie umiejętności, jakie kompetencje społeczne. W jakiej rzeczywistości przyjdzie funkcjonować naszym absolwentom? Ciągła ewaluacja.

W wieku kształcenia ustawicznego nie warto życia rodzinnego zostawiać na później, "po szkole". I tak będziemy się uczyli całe życie. Dobrze jest więc po maturze trochę popracować. Wtedy bardziej się wie czego się uczyć i co jest potrzebne. Dobrze zrobić przerwę po licencjacie i dopiero za jakiś czas wrócić po magistra.

A na uniwersytecie uczą się nie tylko studenci – kadra także ciągle musi się doksztacać. Bo kto się nie rozwija, ten sie cofa. A na dodatek aktywni umysłowo ludzie żyją dłużej.

Bez paniki, z tym ACTA, czyli o gadżecie z Warszawy

Oprócz statuetki dostałem w Warszawie mały elektroniczny gadżecik – czytnik e-booków. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad kupnem czegoś takiego, z myślą o m-learningu (mobilnej edukacji). Zaskoczył mnie jednak nie sam elektroniczny gadżecik, ale jego zawartość. Dołączona była płyta DVD z 460 lekturami szkolnymi (szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum), przygotowanymi przez wolnelektury.pl (Fundacja Nowoczesna Polska). Z logo, ideą tego projektu oraz pracami zapoznawałem się w internecie. Wydawał mi się znakomity, ale jakiś taki odległy. A tu masz, w zasięgu ręki biblioteczka szkolna, mieszcząca się w kieszeni! Wolna wiedza na wyciągnięcie kciuka. Nie tylko więc nowoczesna technologia ale i uwalnianie treści (wiedzy) i udostępnianie szerokiego dostępu do kultury i wiedzy. Bo nie wszystko jest na płatnej licencji. Misja publiczna dla wielu nie jest czczym gadaniem. ACTA nie takie straszne :).

Gdyby w społeczeństwie bardziej upowszechnić wiedzę prawniczą, informacje o prawach autorskich czy o dozwolonym użytku indywidualnym…. wtedy znacznie mniej byłoby niepokojów. Jeśli rozumiemy świat to się go nie boimy. W tym sensie populartyzacja wiedzy jest upowszechnianiem wiedzy i jednocześnie edukacją ustawiczną oraz kształceniem pozaformalnym i nieformalnym. W moim odczuciu znakomicie mieści się to w misji uniwersytetu. Będę więc dalej eksperymentował, na sobie i na studentach. Kolejny semestr już niebawem :).
Mały gadżecik nie tylko mnie cieszy, ale i inspiruje. Cóż bym jednak zrobił bez pomocy syna. Młode pokolenie znacznie lepiej porusza się w tej mocno cyfrowej i technicznej rzeczywistości. Podobnie jest z uczniami i studentami. Wystarczy im zaufać i uznać, że w niektórych sprawach wiedzą od nas więcej, wiecęj potrafią. Do m-learningu potrzebna jest współpraca, mądra współpraca. I uznanie, że jesteśmy nauczycielami "ignorantami", że razem się uczymy, gdzie wiódł kulawy ślepego (ale nie odwrotnie).

Gratulacje i podziękowania czyli o pięknej statuetce

Wczoraj z Warszawy wróciłem z piękną statuetką, jako laureat VII Konkursu Serwisu Nauka w Polsce PAP "Popolaryzator Nauki 2011" (czytaj więcej oraz jeszcze więcej). Cieszę się tym zewnętrznym (poza lokalnym) uznaniem za upowszechnianie wiedzy, w tym na "łamach" ninijeszego bloga.*

Dużym i miłym zaskoczeniem są liczne gratulacje, jakie już spłynęły telefonicznie, osobiście, mailowo czy "facebookowo". Niektóre były kompletnym zaskoczeniem, bo od osób, których nie znam, np:

"Szanowny Panie,
przed chwilą przeczytałam informację o laureatach konkursu Popularyzator Nauki.Gratuluję Panu bardzo zasłużonego sukcesu. Od pewnego czasu śledzę Pana blog, czerpiąc z niego inspiracje do mojej pracy. Uczę biologii w liceum i na lokalną skalę upowszechniam osiągnięcia nauk przyrodniczych współorganizując Festiwal Nauki i Sztuki w Chełmie.
Z wyrazami szacunku
L.K.
Chełm"

Nawet nie przypuszczałem, że ten blog cieszy się poczytnością. Przecież statystyki wejść o niczym nie mówią. Przecież to zwykłe i czasem przypadkowe kliknięcia. Ale okazuje sie, że blog jest czytany i to uważnie. Z jednej strony mnie to tremuję, z drugiej mobilizuje. Bo warto robić to, co jest przydatne.

Na sali wykładowej od razu widać czy jest się suchanym. Kontakt wzrokowy jest szybką ewaluacją. Znacznie trudniej z pisaniem… Tak, żeby nie pisać tylko dla siebie, żeby nie mówić tylko do siebie. Na blogu nie widać reakcji czytelników. Dopiero poprzez nagrody, maile, komentarze, przedruki, dyskuję, krytykę itd.

Ogromnym dla mnie zaszczytem było stanąć obok młodych ludzi (na wczorajszej, warszawskiej gali). Popularyzacja nauki nie jest już wstydliwa i garną się do niej młodzi, ambitni ludzie. Tak wyrasta trzecia kultura, czyli opowiadanie o naukach przyrodniczych przez samych autorów.

Refleksji po wczorajszej wizycie w Warszawie jest sporo. Trzeba trochę czasu, aby te myśli uporządkować i jakoś zgrabnie opisać. To za jakiś czas…

Teraz wszystkim nadsyłającym gratulacje serdecznie dziękuję. To miłe nie być samemu w dobrym i w złym.

* Lakalnie już wcześniej moje popularyzatorskie działania zostały dostrzeżone  m.in. przez olsztyńską redakcję Gazety Wyborczej oraz Gazetę Olsztyńską.

Kreatywność w nowoczesnym laboratorium

Ten patyczek, leżący obok nowoczesnej aparatury badawczej może dziwić. Jak to, tu najnowocześniejszy sprzęt naukowy za miliony, najnowocześniejsze laboratorium, a obok jakiś siermiężny, wystrugany patycznek, jak z Konopielki?

Bynajmniej nie jest to przykład zacofania. To przykład zdrowych ludzkich odruchów i drzemiącej w głowie kreatywności. Ten patyczek to po prostu narzędzie badawcze, samodzielnie wykonana eza. Oczywiście, można taką kupić… ale lepiej zrobić samemu (drucika platynowego do ezy już samemu się nie zrobi tak łatwo). Bo to dowód, że się rozumie czym w nauce są narzędzia. I to, że najważniejszą aparaturą badawczą jest rozum

Dla mnie to dowód, iż to laboratorium żyje… ludźmi ciekawymi świata. Ludźmi, dla których ważne są problemy naukowe, do rozwiązania których wyszukują lub sami tworzą narzędzia. Ludzi, dla których aparatura nie jest fetyszem stojącym w kącie i służąca jedynie do "podnoszenia prestiżu".

Eza z kawałka patyczka… Ślad odrobiny naukowego ciepła i autentyczności.