W Polsce wszyscy jesteśmy imigrantami

IMG_20180209_172424Skończyłem właśnie czytać „Wielką historię Polski. Tom 1. Najdawniejsze dzieje ziem polskich(do VII w). Dzieje Polski piastowskiej (VIII w. 1370)” Piotra Kaczanowskiego, Janusza Krzysztofa Kozłowskiego i Jerzego Wyrozumskiego, wydaną przez Świat Książki w 2003. Kupiłem kiedyś i stała na półce. Czekała. Napisana przez humanistów ale bez błędów w nazwach gatunkowych (Homo sapiens, Homo ececrus itd. pisane właściwie). Czyli można. I to lektura tej książki skłoniła mnie do refleksji migracyjnych. Opowieść historyczna zaczyna się od ewolucji człowieka i antropogenezy (nie licząc wyjaśnienia czym jest prehistoria, protohistoria i archeologia). Z oczywistych względów autorzy nie wspominają o Denisowianach (bo wtedy, gdy książka powstawała, jeszcze o ich istnieniu nauka nie wiedziała). Człowiek to istota bardzo wędrowna. Zaczęło się od człowieka wyprostowanego (Homo erectus). Żył na Ziemi znacznie dłużej od nas, a z Afryki do Europy dotarł już ponad milion lat temu. To był pierwszy człowiek (bo rodzaj Homo) Europy i terenów, obecnie zajmowanych przez Polskę. Homo erectus zamieszkiwał Europę dłużej niż my, z Neandertalczykiem włącznie. W każdym razie Homo erectus też by l imigrantem (afrykańskim).

Potem w Europie pojawił się Homo heidelbergensis, też przywędrował z Afryki. Ale już Neandertalczyk (Homo neanderthalensis) najpewniej powstał w Europie (właśnie z Homo heidelbergensis). Można więc powiedzieć, że jest w pełni pierwszym 100% Europejczykiem. Najbardziej tutejszy. W Afryce potomkiem Homo heidelbergensis był człowiek myślący (Homo sapiens). Jakkolwiek na Bliskim Wschodzie pojawił się w swojej migracji już jakieś 150-120 tys. lat temu, to w Europie pojawił się około 40 tysięcy lat temu. Od miejsca znalezienia tych pierwszym ludzi współczesnych nazywamy Kromaniończykami. Bez wątpienia byli imigrantami. I zastali w Europie Neandertalczyka. Te dwa gatunki żyły razem może i kilka tysięcy lat. Sadząc po genach musiały się krzyżować. I tak Europejczycy mają w swoim genomie jakieś 2-4% genów po Neandertalczykach – pierwszych Europejczykach z ewolucyjnej krwi i kości .

Wędrowny Homo sapiens zasiedlił wszystkie dostępne kontynenty. Dotarł dalej niż Homo erectus. Mało wiemy co się działo z człowiekiem w Europie przez kilkadziesiąt tysięcy lat. Na pewno też się populacje przemieszczały i migrowały. Niedawno Brytyjczycy zrekonstruowali pierwszego (znalezionego) mieszkańca Wysp Brytyjskich. Dzięki badaniom DNA odtworzyli nie tylko jego wygląd fizyczny ale także kolor oczu, skóry i włosów. Jeśli interpretacja genów jest poprawna to ów pierwszy Brytyjczyk był ciemnoskóry, miał niebieskie oczy i ciemne, kręcone włosy. Podobni ludzie zamieszkiwali wtedy całą Europę. To dopiero późniejsza migracja ludności rolniczej z Bliskiego Wschodu przyniosła… znacznie jaśniejszy, jasny kolor skóry.

Od rewolucji neolitycznej i powstania osiadłych społeczności łatwiej było archeologom śledzić wędrówki ludzi, bo pozostawało znacznie więcej wytworów kultury materialnej. I tylko na obszarze współczesnej Polski przez tysiące lat obserwować można ślady, które wskazują na liczne wędrówki i coraz to nowych imigrantów. Najpierw na tereny obecnej Polski przywędrowali rolnicy, najpewniej z terenów delty Dunaju. Praindoeuropejczycy też nie mieli swojej ojczyzny w „Polsce”, a wypierając starszą ludność Europy zasiedlili niemalże cały kontynent. U nas byli kolejnymi imigrantami.

Nie wiemy kim byli mieszkańcy Biskupina i kultury Łużyckiej. Znamy tylko ich kulturę. Jeszcze przed naszą erą na tereny współczesnej Polski dotarły plemiona celtyckie a potem germańskie (kultura przeworska, kultura wielbarska). Docierały także najazdy koczowników ze stepów Azji. Zostawiali geny i kulturę. 

Nowi przybysze mieszali się z wcześniejszymi osadnikami. Słowianie dotarli gdzieś w V wieku (ślady archeologiczne znane od VI w.). Nie licząc północno-wschodniej Polski, gdzie zamieszkiwały kultury identyfikowane z Prusami. Nowi mieszkańcy w całości nie wymieniali ludności wcześniejszej. Widać zmiany kultury ale sądząc po genach duży odsetek pierwotnej ludności zawsze zostawał. I trwał.

Czyli przez ostatnie około tysiąc lat było już całkowicie swojsko? Słowiańsko-polsko? Nic z tych rzeczy. Cały czas docierali do nas nowi migranci, czasem pokojowo, czasem w formie najazdów. Dotarli Żydzi, Cyganie (ci ostatni aż z Indii) i wielu osadników z każdego krańca Europy. My także nie siedzieliśmy w miejscu. Ślady te można zobaczyć w genach, cechach fizycznych jak i genealogii.

Można powiedzieć, że jestem 100% przykładem obywatela Rzeczypospolitej, po ojcu z Korony, po mamie z Litwy. Płynie we mnie więc krew mazowiecka (polska), litewska, tatarska, białoruska (tak w uproszczeniu – jakbym bardziej poszperał to się jeszcze więcej znajdzie). Biologia i archeologia jednoznacznie dowodzi, że wszyscy w Polsce jesteśmy imigrantami. To cecha typowa dla gatunku Homo sapiens, niezwykle ruchliwego i wędrownego. Każda kultura, w tym i „polskość”, powstawała na skutek mieszania się różnych fragmentów kulturowych, zapożyczeń, integracji. Ta różnorodność jest bogactwem. Zmienia się kultura, zmienia się język jak i poczucie tożsamości. Współczesna polskość to… wytwór w zasadzie dziewiętnastowieczny. Odwołujemy się co prawda w historii do Piastów i Jagiellonów ale to tylko malutki fragment naszej wielokulturowej tożsamości.

Warto znać swoją historię. Dogłębnie a nie po łebkach w stadionowym wydaniu. Wtedy można lepiej rozumieć nie tylko świat, ale i własną tożsamość i własną kulturę.

Do elementów biologicznych, archeologiczny i historycznych dorzucę jeszcze jeden ważny dla mnie aspekt. Jestem katolikiem i mocno przemawiają do mnie słowa papieża Franciszka: „Powiedziałem też zdanie, które dzieci migrantów nosiły potem na koszulkach: „Nie jestem niebezpieczny, jestem w niebezpieczeństwie”. Nasza teologia jest teologią uchodźców. Wszyscy bowiem nimi jesteśmy, od chwili powołania Abrahama poprzez wszystkie migracje ludu Izraela. Sam Jezus był uchodźcą, imigrantem. Poza tym egzystencjalnie, poprzez wiarę, jesteśmy migrantami. Godność ludzka niesie ze sobą konieczne wezwanie do „bycia w drodze”. Gdy mężczyzna lub kobieta nie jest „w drodze”, jest mumią. Muzealnym eksponatem. Ktoś taki nie jest żywą osobą. Chodzi nie tylko o to, by być w drodze, lecz by także iść drogą. Drogą się podąża. W pewnym hiszpańskim wierszu czytamy: „Podążamy drogą, idąc”. A iść to komunikować się z innymi. Idąc, spotykamy innych. Podążanie drogą leży być może u podstaw kultury spotkania. (…) Mówię to, ponieważ nie należy odpychać osób, które są w drodze. Byłoby to bowiem odpychanie od siebie komunikacji.”

 

Czytaj także:

Powstawanie gatunków na drodze krzyżówek międzygatunkowych – wyłom w darwinizmie?

porosty Informacja o powstaniu nowego gatunku zięb Darwina na archipelagu Galapagos, opublikowana przez małżeństwo Grantów i współpracowników, wywoła duże zainteresowanie i swoistą sensację w wielu mediach. Oto zaobserwowano bardzo szybkie powstanie nowego gatunku (w ciągu dwóch pokoleń tych ptaków) w wyniku krzyżówki międzygatunkowej. Szybkość i sposób nie mieści się w klasycznym modelu darwinowskiej ewolucji. Cóż to oznacza?

W podręcznikach do biologii ewolucję darwinowską opisuje się jako proces powolny, pojawiania się drobnych zmian genetycznych (np. mutacji), które w wyniki doboru naturalnego prowadzą do powstania nowego gatunku. Czasem w formie rozchodzenia się (dywergencji) gatunków podobnych. A więc powolny proces i prowadzący do dywergencji, rozdzielania się nowych gatunków. A tu zupełnie inaczej: nowy gatunek w wyniki połączenia (mieszaniec międzygatunkowy).

W udokumentowanym przez Grantów przypadku jeden samiec obcego gatunku przyleciał na jedną z wysp i skrzyżował się z samicą innego gatunku. I tak powstała populacja, która jest osobnym gatunkiem. Podobnych danych od wielu lat jest dużo więcej. Dlaczego więc dopiero teraz wywołują sensację? Być może dopiero teraz dojrzewamy do zmiany paradygmatu.

Ale najpierw kilka wyjaśnień. Teoria Darwina dotyczy powstawania gatunków drogą doboru naturalnego. I w tym sensie wymieniony wyżej przykład niczego nie obala. Prawo doboru naturalnego jak najbardziej jest w mocy i nie zostało podważone. Co więc zostało podważone lub co nowego wnoszą takie obserwacje? Nowość dotyczy źródła zmienności, która dalej poddawana jest doborowi naturalnemu. Do tej pory w teorii ewolucji podawane były przykłady zmienności, powstającej w wyniki mutacji w obrębie osobnika (gatunku). Krzyżówki międzygatunkowe wskazują na jeszcze jedną przyczynę zmienności: hybrydyzację międzygatunkową. Nie dwa (gatunki potomne) z jednego ale jeden z dwóch. Dotyczyć to może gatunków spokrewnionych, gdy w szczególnych przypadkach przełamana zostaje bariera rozrodcza.

Od wielu lat dowodów na takim proces jest wiele. Na przykład nasze żubry powstały jako krzyżówka międzygatunkowa. Badania genetyczne wykazały, że współczesny Homo sapiens ma w sobie część genów po Neandertalczyku i Homo erectus. Musiało więc dochodzić w przeszłości do krzyżówek międzygatunkowych. Przy okazji kolejny raz podważany jest dogmat biologii, że gatunki nie krzyżują się, a jeśli już to nie wydają płodnego potomstwa (przykładem był muł). Przypomnę, że możliwości mieszania się gatunków jest znacznie więcej i znamy to od dawna, tylko nie zostały te fakty włączone do spójnej teorii. Teraz być może nastąpi zmiana paradygmatu. Nie będzie to jednak obalenie darwinizmu a jedynie rozszerzenie, dopełnienie tej teorii.

Od lat znamy na przykład hybrydyzację u żab zielonych czy tworzenie się poliploidów u ryb oraz u roślin. Na koniec nawiążę do załączonej wyżej ilustracji – porostów. Porost to organizm, powstały po integracji dwóch zupełnie odmiennych gatunków: grzyba i glonu. A więc gatunków wcale nie blisko spokrewnionych. W wyniku powolnego procesu powstał zupełnie nowy poziom organizacji, nowy gatunek i samodzielny byt biologiczny. Nie klasyczne ”rozdzielanie” a sumowanie i powiększanie. Nie podważa to teorii doboru naturalnego lecz wskazuje na jeszcze inny mechanizm powstawania różnorodności (która też podlega selekcji naturalnej). W drzewach filogenetycznych trzeba będzie wprowadzić zmiany: już nie tylko rozgałęzianie się linii rozwojowych (tak jak gałęzie i konary w drzewie ), ale i zrastanie się w jedno różnych takich linii. No cóż, czasem i na prawdziwym drzewie dochodzi do zrośnięcia się gałęzi…

Takie zjawiska widzimy od dawna… ale ich nie dostrzegamy. Do tego ostatniego potrzeba nowa teoria, nowy paradygmat.

Czy mózg społeczny dalej ewoluuje? Rzecz o znajomych z portali społecznościowych.

Znajomi_na_facebookuDo działania sprowokowały mnie dwie informacje z dwóch różnych książek. A może nawet kilku. W każdym razie skłoniły mnie nie tylko do rozważań, jak wpływają współczesne nowe media na funkcjonowanie mózgu (co w nim zmieniają?), ale i do szybkiego eksperymentu.

A zaczęło się od tego, iż naukowcy już dawno zauważali pewien paradoks. Przez lata uważaliśmy powiększający się mózg za skorelowany z rosnącą inteligencją. Uważaliśmy, że większy mózg to większa inteligencja (dlatego jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważaliśmy, że mężczyźni są inteligentniejsi od kobiet bo mają większe mózgu, średnio-statystycznie – teraz wiemy, że to nie jest prawda), zatem w ewolucji powiększający się mózg hominidów (człowiekowatych) świadczył o selekcji na coraz większą inteligencję. Mądrzejsi i inteligentniejsi wygrywali z mniej inteligentnymi. Wydawało się proste i oczywiste…

Wielkość mózgu łatwo można sprawdzić po skamieniałych czaszkach naszych przodków. Ale jak zmierzyć inteligencję? Szukano dowodów pośrednich, na przykład takich jak sztuka czy narzędzia. I to pojawił się problem. Narzędzia kamienne wytwarzali już nasi przodkowie, najpewniej nawet australopiteki, na pewno Homo habilis i Homo erectus. Na przestrzeni dziejów widać jak narzędzia stawały się coraz bardziej złożone. Możliwe, że były jeszcze inne wytwory i narzędzia, ale te wykonane z części organicznych się nie zachowały. Przynajmniej te najdawniejsze. Pozostaje więc tylko analiza kamieni łupanych. I tu rzecz zaskakująca. Przez ponad milion lat pięściaki były identyczne, o takim samym poziomie złożoności… gdy w tym czasie mózg szybko rósł. Jak wytłumaczyć ten paradoks? Mózg ewolucyjnie rósł a nie było widać przyrostu inteligencji?

Dobór naturalny nie działa tak, że cecha może się przydać dopiero za ileś tam pokoleń. Przydatna musi być tu i teraz i musi zwiększać przeżycie. Jedną z ciekawszych koncepcji jest hipoteza polskich uczonych (Konrad Fijałkowski, Tadeusz Bielecki – o książce Homo przypadkiem sapiens napiszę niebawem). Duży mózg był preadaptacją, rozwijał się jako zabezpieczenie przed udarem cieplnym u gatunku polującego „na zmęczenie” zwierzyny (polowanie na zagonienie). Selekcja naturalna na coraz większy mózg dotyczyła więc innej adaptacji, a wynikła z tego inteligencja pojawiła się niejako przypadkiem.

Drugą ciekawą interpretację zaproponował Robin Dunbar w postaci teorii mózgu społecznego. Otóż uczony ten twierdził (i poparł to badaniami oraz licznymi sensownymi argumentami), że ewolucyjny wzrost mózgu u przodków człowieka i rodzaju Homo związany był z życiem społecznym i utrzymywaniem kontaktów w grupie. Większy mózg to możliwość nawiązania liczniejszych relacji i kontaktu, a tym samym umożliwienie funkcjonowania większej grupie. Liczniejsza horda to lepsza obrona przed drapieżnikami i łatwiejsze zdobywanie pokarmu. Dunbar w kilku książkach przedstawił różnorodne dowody na kształtowanie się społecznego mózgu. Wskazał, że nasze społeczne umiejętności ukształtowały się dziesiątki tysięcy lat temu, w grupach do 150 osobników. Tyle znajomych „pomieści” nasz mózg. Także i teraz, w wielu XXI.

W „Potędze mózgu” (czytaj więcej ). Znalazłem takie zdanie „większość kont użytkowników Facebooka zawiera listę znajomych liczącą 100-250 osób, jak niedawno wykazały badania przeprowadzone na grupie 1 miliona osób.” Dalej autor pisze, że regularni użytkownicy Facebooka nie posiadali większych sieci społecznych niż przypadkowi użytkownicy Facebooka. „Dwa inne badania przeprowadzone online, w ramach których analizowano wiadomości wymieniane za pomącą e-maili oraz Twittera, także wykazały, że typowo grupy osiągały rozmiary od 100 do 250 osobników.” Dunbar tłumaczy to tym, że mózg ukształtowany został tysiące lat temu w innych warunkach i teraz nie ma dodatkowych mocy przerobowych do obsłużenia większej liczby kontaktów  (”ograniczona przestrzeń w naszych umysłach przeznaczona na przyjaciół”).

Niemniej czytając o ewolucji mózgu społecznego nasunęła mi się na myśl, że w zasadzie portale społecznościowe są tak popularne bo dobrze zaspokajają nasze odwieczne potrzeby kontaktu społecznego, nawet na odległość i czasem tylko w myśli. Tak było już dawniej, a teraz mamy dodatkowe narzędzia.

I tu pojawił się drugi impuls. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” („Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha ). Skoro telefon z fotografiami i kontaktami jest swoistą „protezą pamięci”, to czy smartfonowo-komputerowa pamięć zewnętrzna (pozamózgowa) nie zmienia i nie rozszerza naszych możliwości w kontaktowaniu się i tworzeniu większych niż kiedyś sieci społecznych? Już nie tylko za pomocą neuronów w mózgu ale z wykorzystaniem „neuronów” sztucznych i pozamózgowych?

Po pierwsze chciałem sprawdzić czy spostrzeżenie Dunbara o 100-250 znajomych na Facebooku znajduje potwierdzenie. Nauka ma to do siebie, że wszystko można sprawdzić (jest weryfikowalne). Można zweryfikować własnym eksperymentem lub w publikacjach (czyli to, co zrobili inni). Jeśli eksperyment jest złożony, to szybciej dotrzemy do publikacji innych (np. istnienie Ameryki szybciej sprawdzimy wyszukując publikacje i zdjęcia niż samodzielną podróżą.)

Nie mam na razie szansy na eksperyment na próbie miliona użytkowników. Ale zapytałem znajomych w grupie Facebookowej Superbelfrzy (153 członków, w tym 17 moich wirtualnych znajomych). W ciągu kilku dni odpowiedziało blisko 50 osób, a więc jedna trzecia. Jedna z osób pomogła mi i założyła ankietę na googlu (mogłem się więc czegoś przy okazji nauczyć). Odpowiedziały także osoby, których nie znam ani z widzenia, ani najpewniej nie zauważyłem w tej grupie. Zupełnie nieznajomi. A mimo to możemy współdziałać i współpracować. Współpracować tak jak znajomi w grupie społecznej czy zawodowej.

Pierwsza ważna uwaga. Próba jest mała i nie wiem czy można uznać za reprezentatywną. W każdym razie znacznie mniej niż 1 milion. Zatem do uzyskanych wyników podchodzę bardzo ostrożnie. Chcę tylko pokazać, że można samemu sprawdzać, eksperymentować, analizować (w tym sensie każdy od zaraz może być naukowcem). Wtedy pojawia się pole do dyskusji i lepszego rozumienia danego zagadnienia. Po takim eksperymentowaniu chętniej szuka się dodatkowej literatury i publikacji.

W rupie 48 Superbelfrów sytuacja okazała się złożona (zobacz górny wykres kołowy) i niezbyt podobna do opisywanej przez Dunbara. Na pewno osoby w tej grupie miały znacznie więcej znajomych na Facebooku. W przedziale 100-250 zaledwie 6 osób (na 48). W przedziale 250-400 znajomych było 10 osób, a na przykład w przedziale powyżej 500 – aż 17 osób. Inną kwestią jest to, co oznacza „znajomy” na Facebooku. Łatwo zauważyć różne style i różne podejście: jedni ograniczają inni są bardziej otwarci i zależy im na dużej licznie znajomych. Po prostu portale społecznościowe pełnią różną funkcję, nie tylko towarzyską ale i medialno-upowszechnieniową, są swoistą grupą kontaktu, także zawodowego. Nauczyciele mają grupy z uczniami, istnieją także grupy typowo zawodowo-biznesowe. Media społecznościowe tworzą nową rzeczywistość i wymykają się dawnym schematom. Różne cele, różne style. Ale na pewno jest to komunikacja jakiej nie doświadczali nasi przodkowie (w skali i sposobie). Nasza osobista, mózgowa, pamięć wspomagana jest pamięcią komputera i smarfronu. Tak, jak dla ludzi z amnezją smarfony są protezą uszkodzonego mózgu, tak dla ludzi „normalnych”… są wzmocnieniem funkcji społecznych. Dlatego możemy tworzyć znacznie szersze sieci społeczne. Podobnie tak jak pięściak, włócznia czy łuk znacznie wydłużyły ramię Homo sapiens. Mógł dotrzeć z uderzeniem tam, gdzie jego krótkie ramię nie sięgało.

Zastanawiało mnie także to, w ilu grupach funkcjonują ankietowani Superbelrzy. Tu również było duże zróżnicowanie, od kilku grup, przez kilkanaście do powyżej 20 (dolny wykres kołowy). Liczebność w grupach (udało się przeanalizować 111 grup): najwięcej było grup małych (do 50 osób) oraz bardzo dużych, powyżej 500 osób. Tu chyba wyraźnie widać różne funkcje i cele. W małych grupach wszyscy się znają, w dużej mierze także w realu, duże to bardziej media społecznościowe, swoiste „gazety tematyczne” niż grupy społeczne sensu stricte.

Zaciekawiony tymi rezultatami poszukałem w sieci innych opracowań o zbliżonej tematyce. I tak przy okazji dotarłem do innych jeszcze badań Dunbara i jego zespołu. Ale to już opowieść na inną okazję.

liczebnoc_w_grupie

Potęga mózgu… i plotkowania w czasach Facebooka

27657443_10213882420928041_685146990205505375_nEwolucja człowieka i naszego mózgu intryguje od lat. Mimo wielu badań i wielu nowych faktów ciągle zostaje sporo niewiadomego. „Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” trojga autorów” Clive Gamble, John Gowlett, Robin Dunbar, wydana w Krakowie w 2017 roku, jest popularyzatorskim pokłosiem dużego projektu badawczego (psychologia, socjologia i archeologia). Przedstawia dokładnie teorię (hipotezę) mózgu społecznego, mówiącą, że to życie towarzyskie (w tym plotki) odpowiedzialne było za ewolucyjny wzrost mózgu. Jedna, zintegrowana opowieść o ewolucji człowieka. Wszystkiego nie ma (wielu innych, konkurencyjnych hipotez-opowieści nie zawarto), ale jest bardzo dużo aktualnych informacji i spójnej wiedzy. Jest to zajmująca opowieść o tym, „jak w toku ewolucji nasze mózgi społeczne wytworzyły zdolność myślenia globalnego”. Główna teza: „odwieczny związek między naszymi mózgami (…) a wielkością, podstawowych jednostek społecznych, w jakich żyjemy”. Mózg społeczny umożliwia tworzenie i utrzymanie relacji z większą liczbą współplemieńców. Liczba Dunbara wynosi 150 osób. Te zależności ukształtowały się wiele tysięcy lat temu. A teraz istniejemy w znacznie większych społecznościach. I jak sobie radzimy?

Autorzy bardzo dokładne przedstawiają różnorodne dowody. Czasem jest zbyt dużo powtórzeń w kolejnych rozdziałach (ale dla osób po raz pierwszych wkraczających w te tematykę i tę hipotezę społecznego mózgu to dobry zabieg). Komentują wiarygodność swoich dowodów i przedstawiają historię badań nad ewolucją człowieka i jego rosnącego mózgu.

Nawet w dużej aglomeracji, jak twierdza autorzy, „świat (…) osób, które faktycznie znamy – składa się zazwyczaj z niewielkiej liczby około 150 osób.” To górna granica liczby ludzi, z którymi możemy utrzymywać relacje. Tak przynajmniej było przez kilkadziesiąt tysięcy lat. W toku ewolucji u hominidów mózg pozwalał na coraz większą liczbę relacji i kontaktów, co skutkowało coraz większymi grupami, a to ułatwiało zarówno obronę przed drapieżnikami jak i zdobywanie pożywienia. W przeszłości rozrastał się mózg, a w zasadzie jedna jego cześć. A czy teraz, gdy dysponujemy pismem i elektroniką, swoistą pamięcią zewnętrzną, funkcjonalnie nie utrzymujemy szerszych kontaktów i relacji? Jeśli tak, to ewolucja kulturowa byłaby przedłużeniem ewolucji biologicznej. Już nie rozrasta nam się mózg a przybywa pamięci zewnętrznej. Na przykład w postaci smarfonu.

Autorzy piszą, że „liczba twarzy, jakie potrafimy zidentyfikować, wynosi maksymalnie 1500-2000” a przecież to wziąć dużo mniej niż liczba mieszkańców, naszej miejscowości. Od kilku lat ponad połowa ludzkości mieszka w miastach a nie małych wioskach. Narzekamy na Facebooka i smartfony, ale one w rzeczywistości zaspokajają naszą odwieczną potrzebę kontaktów międzyludzkich. Może to dobry sposób na utrzymanie więzi w globalnym świecie? Tego oczywiście nie ma w książce, ale na podstawie lektury takie rodzą się pytania.

„Świat społeczny zdominowany jest przez przyjaciół i znajomych z pracy”. A ja bym dodał, że także w coraz większym stopniu przez „znajomych” z Facebooka. Internet nie tyle pozwala nam zawierać nowe znajomości co przede wszystkim podtrzymywać kontakty zawarte w realu. Wiele grup Facebookowych dobrze funkcjonuje dlatego, że od czasu do czasu ich członkowie spotykają się w bliskim kontakcie.

„Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” to fascynująca lektura i dobra opowieść. Nie wymaga specjalistycznego, wcześniejszego przygotowania. Każdy może przeczytać i zrozumieć. „Liczba 150 wyznacza granice naszej zdolności poznawczej do pamiętania, przywoływania i reagowania w sposób uporządkowany i społecznie produktywny.” Tak. Tak na pewno było, gdy jedyną pamięcią był nasz mózg. Ale w czasach, gdy zaczęliśmy zapisywać na papierze a potem na dyskach komputerów, serwerów i telefonów, nasza pamięć dostała znakomite rozszerzenie i wzmocnienia. To, co się nie zmieści w neuronach, zmieści się w „krzemie”. Być może współcześnie, gdy jesteśmy narażeni na zalew informacji i kontaktów (mnóstwo ludzkich twarzy), to szczególnego znaczenia nabiera wybiórczość i… korzystanie z pamięci zewnętrznej. Na przykład w smartfomie. Tak jak jest z pamięcią krótkotrwałą i pamięcią długotrwałą. Nie można i nie warto wszystkiego pamiętać. Ale trzeba mieć dostęp do tego, co potencjalnie się przyda.

Opowieść o ewolucji hominidów, pięściakach, narzędziach, kulturze i archeologii. Dobrze się czyta. Nasza rozszerzona komunikacja zaczęła się od iskania. Potem był śmiech, pieśni aż powstał język. A jego pierwszą funkcją było… plotkowanie i w ten sposób utrzymywanie więzi. „Średnio spędzamy dwie godziny dziennie na interakcjach socjalnych” (pomijając te zawodowe). Skoro we współczesnym świecie bardzo dużo czasy spędzamy w pracy (albo szkole)… to może dlatego Facebook jest takim wentylem, umożliwiającym utrzymywanie więzi społecznych (przekraczając czas i odległość)?

Język i Facebook to przede wszystkim budowanie więzi. Autorzy „Potęgi mózgu” piszą, że większość kont użytkowników na Facebooku posiada 100-250 znajomych a przeciętne grupy liczą 100-200 osób. Zaciekawiło mnie to. Warto to sprawdzić.

„Facebook czy Twitter, opierają swój sukces na ludzkim pragnieniu utrzymywania kontaktów społecznych.” Może więc nie są takie złe? Może warto je „oswoić” i dobrze wykorzystać w życiu codziennym jak i … szkole.

Jeszcze jeden ciekawy wątek. Świat cyfrowy ponad 7 miliardów ludzi, w dużym stopniu pozostających w relacjach w skali nigdy wcześniej nieznanej ludzkości, tworzy zupełnie nowe zjawiska. Może dopiero w tej skali mocniej uwidacznia się konektywizm (naszej wiedzy, tworzonej w relacjach, w sieci i w formie rozproszonej). Na przykład w 1950 roku liczba słów w języku angielskim wynosiła około pół miliona. W roku 2000 Google wskazuje, że jest już ich jeden miliom (przybywało średnio 8 tysięcy słów rocznie). Giną języki, ale i powstają nowe słowa. Ciekawe ile słów jest współcześnie w języku polskim. I czy ich przybywa. Podkreślić trzeba, że ten milion słów istnieje jedynie w sieci powiązań. Przecież pojedynczy człowiek nie zna tylu. Regularnie wykorzystuje i rozumie zaledwie do 60 tysięcy. Zatem globalna wiedza rozproszona umiejscowiona jest w sieci. Kiedyś była to sieć komunikujących się ludzi i ich wspólna pamięć. Teraz jest podobnie, tyle tylko, że tworzymy znacznie liczniejsze grupy…. Mimo, że nasz mózg się nie powiększył. Bo moim zdaniem ewolucję biologiczną zastąpiła ewolucja kulturowa i wytworzenie „pamięci zewnętrznej” . Na przykład w zwykłym telefonie.

Komputery, które umożliwiły lot ludzi na Księżyc miały mniejszą moc obliczeniową niż nasze telefony komórkowe. Ale w pewnym sensie te smarfony także zabierają nas w podróż zupełnie niebywałą. Podróż do noosfery (postulowanej przez Teilharda de Chardin).

Czytaj także:

Eksperyment – o historii nauki na przykładzie mózgu

26904637_10213758477349529_6946229260562871822_nStulecie badań nad ludzkim mózgiem. Ale w rzeczywistości coś znacznie więcej. Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się (rozważać) wystarczająco długo, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami.

„Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha to książka niezwykła (wydana w Krakowie w wydawnictwie Znak), wielowątkowa i wielowymiarowa, jakkolwiek poświęcona jest jedynie jednej osobie, jednemu początkowo niezamierzonemu eksperymentowi. Ale autor umiał zbudować znakomitą opowieść, niczym detektywistyczny kryminał. Z licznymi wątkami osobistymi, co zwiększa emocjonalny odbiór tej wypowiedzi. Umie trzymać w napięciu i ciągle do akcji wprowadzać dodatkowe elementy. Dlatego poznajemy nie tylko kilkadziesiąt lat badań nad ludzkim mózgiem. Książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń.

Lektura jest trudna (emocjonalnie), czasem wstrząsająca, ale gorąco polecam, zarówno czynnym naukowcom (dowolnej specjalności) jak i zwykłym czytaczom, poszukujących niebanalnych doznań czytelniczych. Jest napisana przez dziennikarza a nie naukowca, stąd więcej ciekawie prowadzonych opowieści niż uporządkowanej podręcznikowo wiedzy akademickiej.

Bardzo dobra książka. Trochę wstrząsająca, bo pokazująca także brzydszą stronę nauki i naukowców. Ale pokazuje również postęp w badaniach, etyce i metodologii. Pokazuje dojrzewanie metody naukowej (jeśli oczywiście ktoś zwróci na to uwagę). A wszystko wokół mózgu.

Kwintesencję znajdziemy na końcu (jak w dobrym kryminale): „niektóre historie są takie, że im dłużej się im przyglądać, tym szersza staje się perspektywa i zaczynają obejmować coraz więcej części świata.” Luke Dittrich opowiada o medycynie, o nauce, o naturze ludzkiej, o własnej rodzinie. Przeczytałem w kontekście innych, niedawnych lektur o ewolucji Homo sapiens, ewolucji mózgu, kulturze i języku. Być może dlatego dostrzegałem inne fragmenty w tej wielowątkowej opowieści. Zaskoczyła mnie długa historia potyczek nauki z myśleniem magicznym. Wydawało mi się, że myślenie racjonalne i nowożytna nauka eksperymentalna zaczęła się w Renesansie, gdy uczeni odeszli od ksiąg by sprawdzić doświadczalnie w terenie przeróżne fakty i hipotezy. Nie byli pierwsi. Zaskoczył mnie wątek z Hipokratesem (przecież to starożytność!). Ten grecki lekarz zasłynął tym, że „w medycynie nie ma miejsca dla bogów”. Hipokrates „odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników [w odniesieniu do diagnozowania i leczenia chorób, co znakomicie koresponduje z epilepsją, jednym z głównych wątków tej książki]. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.” Już 2,5 tysiąca lat temu Hipokrates skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię. A jeszcze wcześniej, w starożytnym Egipcie, 3600 lat temu w papirusach o tematyce medycznej, znaleźć można porady dla lekarzy, oparte na doświadczeniu (inne znane papirusy egipskiej medycyny ograniczały swoje zalecenia do zaklęć i dziwnych mikstur). Zatem już wtedy powstawała nowoczesna medycyna, jaką znamy obecnie, oparta na empirii.

Gdzieś w tle widzimy jak zmieniał się nasz stosunek do ludzi chorych, zwłaszcza umysłowo chorych, jak rodziły się etyczne zasady prowadzenia badań naukowych. Współczesne standardy nie istniały od zawsze, okupione zostały wieloma cierpieniami. Zmieniał się i zmienia stosunek do zwierząt, używanych w eksperymentach. Można powiedzieć, że jako ludzkość dojrzewaliśmy i dojrzewamy. W medycynie od zawsze ścierały się dwa podejścia „po pierwsze nie szkodzić” i „lepiej zrobić coś niż nic.” I jest to znakomity punkt wyjścia dla różnorodnych rozmyślań, nie tylko medycznych.

Zaskakujące może być stwierdzenie, że „w pewnych okolicznościach człowiek, mając mniej mózgu, może rozumować jaśniej i wydajniej.” Tym łatwiej możemy zrozumieć fakt, że w porównaniu do naszych przodków z paleolitu mamy mniejsze mózgi…

W medycynie przez wiele dziesiątków lat „umarli uczyli żywych” oraz „upośledzeni oświecali nieupośledzonych”. Teraz dzięki nowoczesnej aparaturze możemy badać mózg przyżyciowo i (chyba) bez szkody dla badanych. A i tak mózg ludzki dla nas jest nieustającą zagadką. Tym samym kultura.

Jak bardzo zmienia się nasza etyka widzimy na przykładach dawnych, naszych ludzkich przekonań. W latach 40. XX wieku prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego twierdził, że „ludzi, którzy cierpią na niedorozwój umysłowy, powinno się zabijać” (eutanazja „kompletnie, beznadziejnie niedorozwiniętych; pomyłek natury”). To klimat epoki i wielu innych poglądów, jakie wtedy w naszych społeczeństwach funkcjonowały. Dzięki lekturze Eksperymentu łatwo dostrzec jak się zmieniamy jako społeczeństwo.

Jak to się stało, że w obozach koncentracyjnych zbrodniczych eksperymentów dokonywali wykształceni lekarze a nawet wybitni naukowcy? Przyczyną jest cale społeczeństwo jako takie. Bo to „zasady przewodnie obowiązujące w państwie nazistowskim spowodowały moralne upodlenie narodu niemieckiego, a to moralne upodlenie doprowadziło do fizycznego upodlenia innych istot ludzkich”. Zbrodnie nazistowskich lekarzy „były nieuniknioną konsekwencją złowieszczych doktryn, za którymi się opowiedzieli.” Niech będzie to dla nas przestrogą na teraz i w przyszłości. Im dłużej będziemy wpatrywali się w przeszłość, tym łatwiej zrozumiemy zagrożenia teraźniejszości.

Miejscami mroczność Eksperymentu wynika z faktu, że dostrzegamy samych siebie. Tego, jak patrzymy na innych ludzi, chorych, imigrantów, obcych…

Być może jednym ze źródeł antynaukowych ruchów (takich jak ruch antyszczepionkowych) jest utrata zaufania, które pojawiło się w wyniku wcześniejszych procedur i eksperymentów.

Mnie najbardziej zaintrygował wątek rozwoju nauki i samej metodologii. Na czym polega nauka? „Każde kolejne pokolenie bierze szkice stworzone przez ludzi, którzy byli przed nim, i poprawia je, czasem wprowadzając niewielkie ulepszenia, dodając przecinki lub opuszczając zdania, a czasami dokonując bardziej drastycznych zmian, usuwając całe rozdziały albo pisząc zupełnie nowe. Wszyscy oni są redaktorami i wszyscy, a przynajmniej co najlepsi, muszą z pasją podchodzić do zmiany cudzego szkicu, jeśli w ogóle mają doprowadzić do jakiegoś postępu.” Nauka ma nie tylko kumulatywny charakter, ale tak jak mózg musi zapominać, by normalnie funkcjonować. Tak, nawet uczenie się polega także na zapominaniu. Czasem zdarzają się rewolucje naukowe (zmiana paradygmatu). I nauka ma zawsze charakter zespołowy. To, co w najnowszych trendach filozofii nauki nazywa się konektywizmem. Jak w mózgu. Zatem nauka jest jak mózg. Próbując zrozumieć funkcjonowanie naszego mózgu zrozumiemy funkcjonowanie całego świata. W tym, na przykład nauki.

Dopatrzyłem się także elementów trzeciej rewolucji technologicznej, np. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” A dla nas rozszerzeniem mózgu, pamięcią zewnętrzną. Z całą pewnością zmienia to nie tylko funkcjonowania naszego osobistego mózgu ale i całej ludzkości.

Prawie 500 stron… ale warto przeczytać. To wciągająca lektura, czasem wstrząsająca. Na pewno pouczająca.

Ps. W czytanej książce zauważyłem dwa, irytujące mnie błędy w pisowni nazwy gatunkowej człowieka (Homo sapiens). Na stronach 108 i 289 pojawia się „homo sapiens”. Czytałem egzemplarz „przed ostatnią korektą”. Mam więc nadzieję, że korekta te błędy wyłapała. Czytelniku, możesz zabawić się w naukowca i samemu sprawdzić w swojej książce.  Jeśli te błędy zostały… to świadczą o stanie wiedzy przyrodniczej wśród „humanistów” (tłumaczy, literaturoznawców, korektorów itd.). Jeśli te błędy nie zostały usunięte w tak dobrym wydawnictwie, to znaczy, że trzeba głośniej bić na alarm. Wszak dotyczy to człowieka .

Warmiobook, czyli studencki projekt uwalniania książek

23844531_2025733111007122_4932595216587654527_n1Na wykładach można mówić, przedstawiać fakty, liczby, przykłady. Jednakże metoda podająca jest niewystarczająca. Kiedy się czegoś doświadcza, to łatwiej zrozumieć i zapamiętać. Wiedzę można stopniować: wiem, rozumiem, działam. Żeby zrozumieć, to trzeba najpierw wiedzieć. Ale samo „wiedzenie” nie oznacza jeszcze zrozumienia. Żeby działać, to trzeba wiedzieć i rozumieć. Ale można wiedzieć i rozumieć a nie potrafić działać czyli zastosować w praktyce swojej wiedzy, wyniesionej ze szkoły czy uniwersytetu.

Ochrona środowiska (w tym rozwój zrównoważony) dotyczy każdego z nas. Czy jednak wiedza o przyczynach degradacji środowiska przekłada się na rozumienie współzależnych zjawisk i procesów oraz podejmowanych działań? Ostatnio dużo mówi się o smogu. Ale czy wiemy skąd się bierze i co można zrobić, by zapobiegać tym nieprzyjemnym skutkom?

Z powyższych powodów staram się możliwie często realizować ze studentami różne projekty, wpisane w program zajęć. Jest to także okazja by uczyć się pracy w zespole. Przykładem jest projekt uruchomienia półek bookcrossingowych (Warmiobook), zrealizowany wspólnie ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Semestr się skończył, zajęcia także. Teraz projekt będzie żył swoim życiem. Okaże się, na ile udało się go „pchnąć” by toczył się dalej. Czy i jaki wywarł wpływ na samych studentów oraz inne osoby, które włączyły się do działań lub tylko o nich usłyszały?

I jeszcze jeden motyw. Biblioteki to nie tylko magazyn książek, to także miejsce spotkań. Wartością istniejących bibliotek jest nie tylko zgromadzony księgozbiór, ale także bliskość tych miejsc. Czyli możliwość dotarcia. Z żalem można obserwować likwidowanie bibliotek osiedlowych czy wiejskich (podobno ze względów finansowych i tego, że wiedza dostępna jest już w internecie). Jednym z motywów studenckiej akcji bookcrossingowej był… brak biblioteki na osiedlu. Skoro nie ma biblioteki, to niech będzie choćby półka z uwolnionymi książkami, na przykład w piekarni, restauracji czy innym obiekcie. Chyba z podobnych przyczyn powstają półki bookcrossingowe w wielu małych miejscownikach. Tych inicjatyw jest na prawdę dużo.

Żyjemy w społeczeństwie bogatym i konsumpcyjnym. Dużo zużywamy i dużo wyrzucamy. Książki są tylko przykładem jak można wykorzystać rzeczy już „niepotrzebne”. Oraz jak można  się dzielić wiedzą i zasobami z innymi. Nie musimy mieć wszystkiego na własność by się tym cieszyć.  Owszem, jeszcze z niektórych półek książki i czasopisma szybko znikają. Zapewne przywłaszczane przez „czyścicieli”. Ale osób potrafiących się dzielić systematycznie przybywa. Moim zdaniem świadczy to o rosnącej dojrzałości obywatelskiej (współodpowiedzialności za przestrzeń i przyrodę wokół nas). I powolnej zmianie patrzenia na świat wokół nas – umiejętność dzielenia się, ograniczania zużycia surowców przez wspólne korzystanie z dóbr.

Mija drugi miesiąc studenckiej akcji Warmiobook pod hasłem „Nie samym chlebem człowiek żyje”. Jakie są dotychczasowe rezultaty akcji? Po pierwsze odwiedziliśmy i opisaliśmy kilka istniejących już półek bookcrossingowych, dołączyły do nas inne osoby, które zaangażowały się w zbiórkę książek i opiekę nad powstałymi półkami. Uruchomiliśmy nowe półki bookcrossingowe w następujących miejscach: Restauracja i Pensjonat „Złoty Strug” w Pluskach, Restauracja Cudne Manowce w Olsztynie, Federacja Organizacji Socjalnych w Olsztynie, Bar Przy Ratuszu w Barczewie, Pub Nowy Andergrand w Olsztynie, Bar CoRazTo (Olsztyn ul. Burskiego 18). A  jutro odbędzie się uroczyste otwarcie kolejnej półki w siedzibie Radia Olsztyn (ul Radiowa).

Naszymi książkami zasililiśmy istniejące już wcześniej półki: Biblioteka Uniwersytecka UWM w Olsztynie, Półka „pod Sambą”, ul. Gałczyńskiego 1, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie (Stary Ratusz). Biblioteka w Lidzbarku Welskim. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy naszego bloga odwiedziło łącznie 4854 razy. Na blogu opublikowaliśmy 81 tekstów. Nasz facebookowy fanpage polubiło 263 osoby. O naszej akcji mówiono już w Radiu Olsztyn, Radiu UWM FM, pisano w Gazecie Wyborczej, Gazecie Olsztyńskiej. W naszym katalogu regionalnych półek bookcrossingowych przybyło kilka nowych pozycji. Zdobyliśmy też sponsorów naszej akcji – to Wydział Biologii i Biotechnologii oraz Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, którzy przekazali fundusze na promocję naszej akcji w postaci plakatów, wklejek i zakładek do książek oraz dyplomów. Naszym największym sukcesem jest zebranie blisko 600 książek, którymi już dzielimy się z „głodnymi książki” czytelnikami, które już są na naszych półkach. Powstają nowe półki, będziemy o nich pisać.

Cały projekt to zaledwie kilka osób. Na początek.

Zajęcia się skończyły, oceny wystawione, wpis do USOSa dokonany. Ale projekt trwa. Pozostała wiedza i doświadczenie. Ale może zostanie jeszcze coś więcej.

Biblioteki w czasach trzeciej rewolucji technologicznej – czy wyginą jak dinozaury?

dachowki_molaruszGdy środowisko się zmienia to zmieniają się i ekosystemy: jedne gatunki wymierają (czasem masowo), inne na drodze ewolucji powstają. Podobnie chyba dzieje się w kulturze: gdy zachodzą duże zmiany to dotykają one wielu aspektów życia ludzkiego, w tym różnorodnych instytucji i stylów życia. Mezozoiczne wymieranie dinozaurów związane było z dużymi zmianami środowiska w skali całej biosfery. Można mówić o masowym wymieraniu. Wśród przyczyn wymienia się zmiany klimatu i uderzenie asteroidy.

Bez wątpienia jesteśmy świadkami ogromnych zmian cywilizacyjnych, związanych z trzecią rewolucją technologiczną. Coraz częściej sięgamy do smartfonów i tabletów, coraz rzadziej do papierowych książek i czasopism. Wraz z tą zmianą stylu życia swoiste „trzęsienie ziemi” dociera do różnych instytucji, od dawna istniejących, w tym do bibliotek. Wymieranie dinozaurów w potocznym znaczeniu używane jest dla wskazania jakiegoś „przeżytku”, archaizmu, który zanika. Dinozaury są wykorzystywane jako przykład przedstawicieli starego świata, który przeminął (lub właśnie przemija). Tu dochodzimy do tytułowego pytania: czy biblioteki zanikną, tak jak wyginęły dinozaury?

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym biologicznym porównaniu. Otóż biolodzy często przypominają , że dinozaury nie wyginęły! Widujemy je na co dzień. To ptaki. Bo ptaki są grupą bardzo spokrewnioną z wymarłymi dinozaurami. Zatem duże zmiany prowadzą nie tylko do masowego wymierania, ale i do ewolucji. Tak więc w odniesieniu do bibliotek z całą pewnością możemy powiedzieć, że w czasach trzeciej rewolucji technologicznej nie tyle „wymrą” co zmienią się. Te zmiany w zasadzie już widać. O tym właśnie, jak i dlaczego przekształcają się biblioteki, powiem 25 stycznia 2018, na spotkaniu olsztyńskiego Koła Miejskiego Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich. I mam nadzieję, że podyskutuję, czyli dowiem się więcej.

Moim zdaniem tym, co pozostanie niezmienne, to biblioteka jako miejsce spotkań ludzi i wymieniania się opowieściami. Zmienią się tylko w części formy spotkań i komunikacji. Opowiem o ewolucji człowieka, rosnącym mózgu (ewolucyjnie) budowaniu więzi w grupie, języku jako formie budowania i utrzymywania spoistości grupy oraz o zewnętrznej (pozamózgowej) pamięci w postaci malowideł naskalnych, pisma, druku (biblioteka jako magazyn książek do poczytania), świata cyfrowego.

Inspiruje mnie porównywanie zjawisk biologicznych i zjawisk kulturowych, w kontekście ogólnej teorii systemów. Próbuję szukać podobieństw i różnic między ewolucją biologiczną i kulturową. Liczę na ciekawą dyskusję z bibliotekarzami i na poznanie ich doświadczeń, z „samego środka” tej ciekawej instytucji. Pójdę do biblioteki … by się spotkać i porozmawiać. Przy okazji zaniosę kilka książek do znajdującej się tam półki bookrossingowej.

Ilustracja zamieszczona wyżej to zdjęcie z malowania dachówek na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej w ubiegłorocznym Tygodniu Bibliotek. To było nie tylko spotkanie, opowieści i dyskusje wokół bioróżnorodności i szeroko rozumianego problemu moli książkowych. Ten dachowo-dachówkowy plener zaowocował stałą wystawą dachówek przed Biblioteką Uniwersytecką jak i opracowaniem edukacyjnej gry terenowej, zrealizowanej w czasie Europejskiej Nocy Naukowców jak i ogólnopolskiej Nocy Biologów.

Po co przychodzić do biblioteki jeśli czasopismo specjalistyczne czy książkę można pobrać i przeczytać na swoim komputerze czy nawet smartfonie? Jest kilka takich powodów.

Ubrania w szafie czyli o tym, jak nauczyliśmy się dobroczynności

szfla_z_ubraniamiZ perspektywy blisko już 30 lat postkomunistycznej transformacji widać duże zmiany w mentalności społecznej Polaków, zwłaszcza w oddolnych działaniach i umiejętności dzielenia się z innymi (to co nazywamy dobroczynnością). To nie tylko Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy ale i mnóstwo drobnych akcji.

Kilka dni temu pod olsztyńskim ratuszem zobaczyłem uliczną szafę na ubrania (za zdjęciu). Niecały miesiąc temu, gdy byłem w Płocku, widziałem podobną na ulicy Tumskiej. O takich akcjach słyszałem już wcześniej, „w internecie”. Gdzieś w szerokim świecie. Patrzyłem z zazdrością i inspiracją. Nie przypuszczałem, że tak szybko ten pomysł się zmaterializuje w naszych polskich warunkach. A przecież to tylko jedna z bardzo wielu różnych mniejszych czy większych społecznych akcji.

Umiejętność dzielenia się nie wynika z zamożności lecz z charakteru i sposobu patrzenia na świat. Wymaga także umiejętności zorganizowania się i działania w przestrzeni publicznej. Zatem dwie kompetencje systematycznie się rozwijają: umiejętność oddolnego, społecznego działania jak i gotowość do dzielenia się. Na zupełnie różne sposoby, czy to książkami (np. studencka akcja Warmiobook), czy jedzeniem, czy ubraniami.

Pomagamy sobie, pomagamy ludziom za granicą. Wyrastamy z mentalności parobka-chłopa pańszczyźnianego, który uważa, że jest biedny, skrzywdzony i jemu się pomoc należy. Niechętnie, a nawet wrogo, patrzy na wszelkie inicjatywy, mobilizujące go do dzielenia się z innymi. My Polacy coraz chętniej i mądrzej się dzielimy. Dojrzewamy społecznie, w powolnym procesie. W większej perspektywy lepiej to widać.

Czy wiedza z Wikipedii jest wiarygodna?

wikipediaW ostatnich latach sporo energii poświęcam na zajęciach ze studentami na rozważania czym jest nauka i czym jest metoda naukowa, jak powstaje wiedza. Ostatnio w jednej z prac zaliczeniowych znalazłem takie zdanie, które mnie sprowokowało do dłuższej wypowiedzi: „eseje zawierały definicję (….) w oparciu o artykuł z Wikipedii – to nie jest źródło wiarygodnej wiedzy, jest to strona, którą każdy z nas bez problemu może edytować w swoim domu!”

Studenci, tak jak wielu innych, korzystają z Wikipedii codziennie. Dlaczego ta wiedza miałaby być niewiarygodna? Czy dlatego, że „każdy z nas (a więc student czy nawet licealista też) bez problemu może edytować w swoim domu”? Czyli wiarygodne jest tylko to, co tworzone jest przez wybrane autorytety? Student nie ma prawa współtworzyć wiedzy (encyklopedii), zwłaszcza jeśli mógłby to robić u siebie w domu?

Czy w ogóle naukowcy mogą posługiwać się informacjami z Wikipedii? Wszystko zależy od kontekstu. Ostatnio w wielu różnych podręcznikach widzę definicje czy proste informacje zaczerpnięte m.in. z Wikipedii (bo łatwy jest dostęp do encyklopedii elektronicznej). Nic w tym złego. W encyklopediach i słownikach zazwyczaj są informacje podstawowe. I są wtórne. Bo oryginalne dane, koncepcje, teorie pojawiają się najpierw w publikacjach i książkach. Dopiero z takich źródeł po jakimś czasie trafiają do encyklopedii. Warto przy tej okazji podkreślić, że żadne źródło nie jest w 100 % wiarygodne (także i czas robi swoje, to co wczoraj było wiarygodne, dzisiaj może być przestarzałe i nieaktualne). Jeśli coś jest dla nas ważne i istotne, jeśli chcemy zgłębić temat, to musimy sięgnąć do kilku źródeł, aby wyrobić sobie w miarę obiektywne zdanie na dowolny temat.

W esejach, do których odnosi się krytyczna uwaga studenta, wspomniana Wikipediowa definicja nie była istotą wywodów. Co więcej, sprawdziłem w Wikipedii rzeczone hasło. Było całkiem przyzwoicie opracowane. Nie wnoszę uwag. Zajrzałem, bo Wikipedia jest „nierówna”, gdyż ciągle powstaje i się rozwija. Niektóre hasła są bardzo dobrze opracowane inne słabiej, są dopiero zalążkiem. Kontekst i konkret wiele zmienia.

Skąd zatem przekonanie, że w Wikipedii wiedza jest niewiarygodna jako taka? Bo każdy ją może tworzyć? Tu dochodzimy do istoty wiedzy naukowej i źródeł faktów naukowych: one zawsze powstają w dyskusji między wieloma naukowcami-osobami. Dokładnie tak samo powstają hasła na Wikipedii. Można napisać cokolwiek…. ale inni będą do tego się odnosić, potwierdzać lub usuwać jako niewiarygodne, dopisywać inne pomysły, inne fakty. Napisać można ale czy się utrzyma i przetrwa próbę czasu? W wiedzy naukowej także pojawiają się różne teorie, hipotezy, fakty by szybko zniknąć z „dyskursu”. Trzeba więc umieć nie tylko edytować Wikipedię (to na szczęście jest proste) ale wskazywać źródła swoich dopisywanych informacji (fragmentów ) i trzeba umieć uzasadniać, gdy pojawią się odmienne zdania czy kontrowersje. Trzeba więc umieć dyskutować i przekonywać. Zupełnie tak samo jak w nauce „prawdziwej”. Bo tak powstaje wiedza – w dyskusji, przekonywaniach, ponawianych eksperymentach, w dialogu. I na dodatek ta wiedza jest dynamiczna, ciągle się zmienia. Bo pojawiają się nowe odkrycia, nowe przemyślenia, nowe eksperymenty, nowe fakty. W nauce nie ma nic ostatecznego. Tak jak w hasłach na Wikipedii.

Pisanie, że hasła na Wikipedii są niewiarygodne (a jest to pogląd wyrażany przez wiele osób w wielu miejscach), wynika z niezrozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty naukowe (skąd i jak się biorą treści w podręcznikach i encyklopediach). Wynika także z niezrozumienia jak funkcjonuje dyskusja w nauce i… na Wikipedii. W nauce nie powinno być autorytetów a jedynie argumenty. Metoda naukowa do tego dąży. Nie ważne kto mówi, ważne jak uzasadnia. Zatem i student może tworzyć wiedzę, np. na Wikipedii, jeśli dobrze stosuje metodę obiektywizmu naukowego, potrafi powoływać się na źródła i dobrze uzasadniać swoje wywody, pomysły, sformułowania. Dlatego w nadchodzącym semestrze wspólnie ze studentami stworzę, poprawię lub uzupełnię kilka haseł. Bo wikipediowanie to dobra metoda by uczyć rozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty w podręcznikach. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. Wikipedia podobnie. I jest znakomitym przykładem na konektywizm. A więc kolejny powód by mówić o filozofii nauki.

Otwarte zasoby wiedzy, czyli 17. urodziny Wikipedii

wiki2007plakatCzasami oglądając się wstecz można więcej zobaczyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o procesy. Dzisiaj obchodzimy siedemnaste urodziny Wikipedii i możemy wyraźniej zobaczyć skutki trzeciej rewolucji technologicznej. Teraz, gdy mamy w zasięgu mobilny internet. W każdej chwili możemy zajrzeć do przepastnych zasobów internetowych, w tym do największej i ciągle rozwijającej się encyklopedii – Wikipedii. Prekursora otwartych zasobów.

15 stycznia powstała Wikipedia (angielskojęzyczna) a już we wrześniu, 17 lat temu, uruchomiona została polska Wikipedia (polskojęzyczny fragment). 12 lat temu i ja dołączyłem do grona wikipedystów. Doświadczyłem, poznałem także i od środka.

Co jest fascynującego w Wikipedii? Po pierwsze to, że jest to efekt międzynarodowej współpracy ludzi, którzy się nie znali. Globalna współpraca wolontariatu. Dojrzewanie standardów redagowania Wikipedii przypomina mi dojrzewania metodologii naukowej. Największą wartością jest możliwość uczestnictwa i tworzenia treści a nie tylko korzystanie z wolnych zasobów. Spróbuj, Ty też możesz. I jesteś w stanie. Uczyć się dyskutowania, przekonywania, pisania obiektywnie, uwzględniania faktów. Bardzo budująca nauka.

Wikipedia przetarła szlaki. Teraz w środowisku naukowych coraz częściej i głośniej mówi się o wolnym dostępie do wiedzy i wolnych zasobach. Powstają coraz liczniejsze otwarte repozytoria publikacji naukowych. Efekty trzeciej rewolucji technologicznej stają się coraz bardziej widoczne i mocno zmieniają uniwersytety.

W zbliżającym się semestrze po raz kolejny (po kilku latach przerwy) spróbuję ze studentami w ramach zajęć zrealizować „wikiprojekt”, efektem którego będzie uzupełnienie lub napisanie kilkudziesięciu haseł.I bardziej chodzi o proces i edukację niż przyrost treści. Błędy (np. w Wikipedii) są po to, by je poprawiać. Celem jest wzrastanie do globalnego współuczestnictwa i upowszechnianie wiedzy.

Wikipedia jest dobrym przykładem konektywizmu, wiedzy rozproszonej, wspólnie tworzonej. Znalazła licznych naśladowców w postaci różnorodnych, mniejszych, specjalistycznych projektów.

Ilustracją tekstu jest plakat z 2007 roku. Ciągle aktualny, A tu link to relacji z obchodów 6. urodzin Wikipedii w Olsztynie: https://pl.wikimedia.org/wiki/6._urodziny_polskiej_Wikipedii#Olsztyn