Zapytaj astronautę czyli jak spełniają się marzenia

Zapytaj_astronaute_okadka Jako kilkunastoletni chłopiec zaczytywałem się w książkach science-fiction i zafascynowany byłem perspektywą lotów w kosmos. Marzyłem by samemu polecieć, np. z misją kolonizacyjną Marsa. Interesowałem się już wtedy biologią i myślałem, że biolog na pewno się przyda. Ale jednocześnie czułem, że moje marzenia są jakieś nierealne. Podbój kosmosu był za razem blisko i bardzo daleko. Wydawało się, że już zaczniemy latać a ciągle się proces wydłużał. Może po prostu za słabo chciałem? Bo Tin Peake marzył i poleciał. I teraz przeczytałem jego książkę pt. „Zapytaj astronautę” (Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie), w tłumaczeniu Zbigniewa Kościuka, a wydaną przez Wydawnictwo Kobiece (Białystok, marzec 2018).

Lektura książki zbiegła się z widowiskowym wysłaniem rakiety z samochodem przez Munka. Na nowo kosmos stał się bliski i realny. Może więc znowu zacząć marzyć o wielkich podróżach, wyzwaniach i nieziemskich przygodach?

„Nie pozwólcie nikomu, aby powiedział wam, że nie możecie czegoś osiągnąć” – te słowa Tima Peake’a odnieść można nie tylko do podróży w kosmos. Książkę czyta się świetnie i poza ciekawostkami z życia astronauty dowiedzieć się można wielu ogólnych rzeczy. Znowu poczułem się jak chłopiec, który marzy o przygodach.

Rozczytywałem się w książkach Stanisława Lema. Ale Tim Peake znacznie bardziej realnie i namacalnie przedstawił codzienne życie astronauty: od przygotowań i treningów, po życie codzienne na stacji kosmicznej i trudach lądowania oraz powtórnej aklimatyzacji do życia na Ziemi. Autor przedstawił to tak obrazowo, że poczułem się jakbym sam poleciał na misję do międzynarodowej stacji kosmicznej. Opowieść o życiu astronauty ułożona jest w formie pytań i odpowiedzi. Powstawała z pytań… zadawanych za pośrednictwem Facebooka i Twittera – portali społecznościowych. Bardzo współczesna forma i niecodzienny sposób tworzenia treści. Ale może tak będzie już coraz częściej?

Tim Peake to pierwszy Brytyjczyk, który dotarł na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Spędził tam blisko pół roku na badaniach i eksperymentach w stanie nieważkości. My też mamy swojego kosmonautę – Mirosława Hermaszewskiego. Ale zabrakło chyba takiego medialnego podejścia w promocji misji kosmicznych. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna to przede wszystkim niezwykłe laboratorium badawcze. Nauka to proces zespołowy, nic więc dziwnego, że badania prowadzą duże zespoły międzynarodowe.

Nie jest łatwo zostać astronautą. „Ścieżka prowadząca w kosmos jest usiana wieloma poniżającymi sytuacjami w rodzaju wziernikowania esicy, endoskopii, lewatywy oraz niekończącego się poszturchiwania i opukiwania.” Ale nie trzeba być prymusem w szkole. O wiele ważniejsze są marzenia i wytrwałość w dążeniu do celu. Z tego samego chyba powodu podobały mi się „Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisław Lema.

Współcześnie naukowiec i pilot mają równe szanse by zostać astronautą. W 2009 roku z dwudziestu kandydatów na astronautę połowa nie miała doświadczenia pilota wojskowego. Zatem można marzyć i w laboratorium naukowym o lotach kosmicznych. Byleby zadbać o zdrowie i kondycję.

Astronautą może zostać nauczyciel, inżynier, lekarz medycyny lub osoba wykonująca inny zawód.(…) Przede wszystkim, niezależnie od tego, co studiowałeś, powinieneś być w tym naprawdę dobry. Jest to zalecenie o charakterze ogólnym i nie odnosi się tylko do lotów kosmicznych. Bo jak pisze Peake „wykształcenie akademickie lub lotnicze mogą doprowadzić was do rozmowy kwalifikacyjnej, ale robotę astronauty dostaniecie dzięki zapałowi i entuzjazmowi, charakterowi i odpowiedzialności.

Mocno w pamięci utkwił mi fragment o tym, dlaczego na stacji kosmicznej trzeba wolno i ostrożnie zdejmować skarpetki. Po prostu złuszcza się naskórek (pięty stają się bardzo delikatne) i może unosić się jako kłopotliwy pył i kurz dość długo w warunkach mikrograwitacji. Niespodziewany kłopot. W warunkach ziemskich na takie drobiazgi nie zwracamy uwagi. A jak załatwiać naturalne potrzeby fizjologiczne w warunkach nieważkości? Tego też można się dowiedzieć ze wspomnianej książki. Jak w kosmosie pierze się ubrania? Czy jedzenie smakuje tak samo? Jak pachnie kosmos i próżnia? Co dzieje się z naszym organizmem? I czy można wziąć udział w londyńskim maratonie będąc w … kosmosie. Tego wszystkiego doświadczają astronauci a bardzo duże zespoły na Ziemi starają się to technicznie i koncepcyjnie rozwiązać.

Bliski jest podbój kosmosu. To będzie nasza wielka przygoda. Gramy w wielkiej, międzynarodowej drużynie, która tego dokona. A na razie można wziąć do ręki książkę Tima Peake’a i poznać życie na stacji kosmicznej. Codzienne życie astronauty.

A co jeszcze z omawianej lektury warto zasygnalizować? Na przykład to, że posiadanie szerokich doświadczeń, np. pracy w międzynarodowym środowisku, zawsze będzie dużą zaletą, podobnie jak zdolności językowe. A także tak zwane kompetencje miękkie: praca w grupie, umiejętność podejmowania decyzji, zdolności przywódcze, umiejętność pracy w warunkach stresowych itd. Przydadzą się każdemu, nie tylko w kosmosie.

Czytaj także:

Jak zmienił się styl pisania prac dyplomowych, plusy i minusy. (Relacja z Wrocławia, cz. 8.)

WiedmuchyI w końcu, w czasie dyskusji panelowej na Politechnice Wrocławskiej, padło to pytanie, dotyczące pisania pracy dyplomowej. Co się zmieniło, gdy zwiększyła się liczba studentów i wprowadzono system boloński a także Krajowe Ramy Kwalifikacji? W części zmiany te wynikały z prób dostosowania i ujednolicenia standardów kształcenia w Europie. Od lat słyszeć można różne głosy o obniżeniu jakości kształcenia, bo studentów jest „za dużo”. Więcej osób studiuje to i więcej jest przeciętniaków. Arytmetyczny efekt masowego kształcenie na poziomie wyższym. Więcej jest wszystkich studiujących to i więcej słabych i przeciętnych. Ale więcej także zdolnych i wybitnych. Jak więc oceniać jakość edukacji?

System boloński wprowadził studia dwustopniowe: licencjat i „magisterka” (oraz studia trzeciego stopnia, doktoranckie). W rezultacie studenci muszą pisać dwie prace dyplomowe zamiast jednaj (tak jak było w systemie jednolitych studiów magisterskich). Dwa razy to samo? I tak, i nie. Dwa razy praca dyplomowa to większa wprawa i większe umiejętności. Często praca licencjacka jest potem rozwijana. Owszem, narzekają czasem pracownicy, twierdząc, że przez 5 lat można było solidniej nauczyć, że teraz są czasem powtórzenia. Liczba lat studiów się nie zmieniła a różne trudności wynikają z niedopracowania programów kształcenia. Jednym się udaje lepiej, innym gorzej.

System boloński to większa mobilności i więcej wyboru dla studenta. Może po trzech latach zmienić swój profil kształcenia niczego nie tracąc. Łatwiej ponadto zmieniać uczelnie. Moim zdanie to duży zysk i poprawa jakości.

Co do jakości pracy dyplomowej: inne czasy inne możliwości. Nie wynikają one ze zmiany systemu kształcenia. Kilkakrotnie o tym pisałem. Współczesne prace dyplomowe wymagają od studentów większych umiejętności. Kiedyś napisać pracę oznaczało wykonać badania i skomponować treść. Potem oddać do przepisania na maszynie. Dzisiaj to: maszynopisanie (na komputerze), edycja i skład (łamanie tekstu, ilustracje), napisanie streszczenia w języku angielskim. Na egzaminie dodatkowo prezentacja multimedialna z kwintesencją pracy. A więc więcej umiejętność.

Obecne studiowanie jest bardziej egalitarnie – nie wyłania elity. Ale z powodów ilościowych a nie jakościowych. Współczesne społeczeństwo i gospodarka potrzebują osób wykształconych. Więcej wysiłku to trzeba się dostosować (uczelnia, promotor). Przemyśleć formę i dostosować do nowych warunków, w tym także samą koncepcję pracy dyplomowej. Dwie prace dyplomowe to także potencjalnie lepsze upowszechnienie metody naukowej i umiejętności pisania raportu. Prace projektowe i aplikacyjne obecne są na kierunkach inżynierskich. Zmieniły się także nieco formy komunikacji społecznej. Dlatego i samo seminarium z konieczności powinno wyglądać nieco inaczej. Myślę, że powinno uwzględniać formy internetowe (w tym webinarium), bo takich umiejętności będzie od absolwentów wymagał rynek pracy i społeczne życie. Jest to oczywiście pewien kłopot dla kadry akademickiej, bo musi uczyć się nowych umiejętności i zmienionego funkcjonowania społeczeństwa. A nie jest to łatwe, gdy zmiany zachodzą tak szybko.

Uczestnicy trzech części dyskusji panelowej:

  • prof. dr hab. inż. Arkadiusz Wójs – dziekan Wydziału Podstawowych Problemów Techniki;
  • dr hab. Stanisław Czachorowski – biolog, ekolog i entomolog, autor bloga Profesorskie Gadanie;
  • dr hab. inż. Izabela Sówka – Zakład Inżynierii i Ochrony Atmosfery;
  • dr Mateusz Kotowski – Kierownik Zespołu Filozofii i Socjologii Wiedzy SNHiS PWr.
  • mgr Jędrzej Leśniewski – zastępca dyrektora CWiNT ds. Bibliotek.
  • Aleksandra i Piotr Stanisławscy – autorzy najpopularniejszego w Polsce bloga popularnonaukowego Crazy Nauka;
  • Łukasz Remisiewicz – autor bloga Neurosocjologia – mózgi na społecznej smyczy;
  • Wojciech Kazanecki – przedstawiciel firmy McKinsey&Company.

 

Zamieszczone wyżej zdjęcie nie pochodzi z dyskusji panelowej a z Nocy Biologów 2018 w Olsztynie

c.d.n.

Czytaj także:

Empatia i odkrycie neuronów lustrzanych – w sam raz na stulecie i tydzień mózgu

EmpatiaWłaśnie rozpoczął się Tydzień Mózgu (12-18 marca 2018 r.). A jednocześnie obchodzimy stulecie badań nad ludzkim mózgiem. Fascynująca przygoda z odkrywaniem największej tajemnicy budowy i funkcjonowania ludzkiego mózgu. I ciągle jest wiele do odkrycia. Niedawno zakończyłem czytanie kolejnej, „mózgowej” książki: „Empatia. Jak odkrycie neuronów lustrzanych zmienia nasze rozumienie ludzkiej natury” Christiana Keysersa, wydaną w Krakowie w 2017 przez Wydawnictwo Copernicus Center Press, w tłumaczeniu Łukasza Kwiatka. Jest znakomitym dopełnieniem innej książki, która niedawno przeczytałem: „Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha  O ile Eksperyment dotyczył wcześniejszego poznawania mózgu z wykorzystaniem kontrowersyjnych dzisiaj metod ingerencji chirurgicznej, to opowieść Keysersa dotyczy późniejszego okresu i poznawania mózgu metodami nieinwazyjnymi. Ale także z wykorzystywanie osób z różnymi ułomnościami (oczywiście badano także osoby jak najbardziej normalne). Druga połowa XIX wieku to początek nowożytnej nauki o mózgu. Trudne to były początki. Teraz wiemy znacznie więcej a wiedza ta jest coraz bardziej fascynująca. Wiemy już dlaczego łatwo zrozumiemy innych ludzi a super komputery nie są w stanie tego zrobić. Z drugiej strony komputery bez porównania łatwiej radzą sobie z rachunkiem różniczkowym… w przeciwieństwie do przeciętnego człowieka. A przecież zaczynamy żyć w czasach, w których porozumiewanie się ze sztuczną inteligencją staje się naszą codziennością: od wypłaty pieniędzy w bankomacie, przez zakup biletów tramwajowych aż do nadania bagażu na lotnisku. Coraz więcej kontaktów z maszynami….

„Empatia” jest wspaniała opowieścią o badaniach i odkryciu neuronów lustrzanych oraz neuronów podzielanych. Jest sporo odniesień do autyzmu i prób wyjaśnienia jego przyczyn na poziomie funkcjonowania neuronów w mózgu. Zrozumienie pozwala dobrać lepszą terapię. Mnie intrygowały wszystkie wątki, które w jakimś stopniu odnosiły się do powstania języka. A to za sprawą rozważań nad ewolucją kulturową człowieka i koncepcji społecznego mózgu Dunbara.

„Empatia” i neurony lustrzane (oraz podzielane) pozwala zrozumieć, jak emocje innych ludzi mogą stać się częścią nas. Lepsze poznanie mózgu pozwala zrozumień procesy uspołeczniania. Ja poszukiwałem jakichś elementów o odniesieniu ewolucyjnym. „Neurony lustrzane prowadzą do tworzenia więzi z innymi ludźmi, dysfunkcje tych neuronów mogą prowadzić do „emocjonalnego rozłączenia” z nimi.” Autor miał na myśli autyzm. W omawianej książce sporo jest fascynującej historii o sukcesywnie dokonywanych odkryciach. Nie jest to podręcznik akademicki ale dobrze napisana opowieść z zakresu literatury faktu. Myślę, że z przyjemnością przeczyta ją zarówno biolog jak i przeciętny zjadacz chleba.

Postrzeganie świata nie jest tym samym co jego rozumienie. Ale jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się wystarczająco długo, to można zobaczyć (i zrozumieć) cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami. Ludzie bardzo łatwo orientują się w tym, co dzieje się w umysłach innych osób. Jedni naukowcy nazywają to intencjonalnością, inni inteligencją społeczną. Jest ona równie ważna co przez lata wychwalana inteligencja, mierzona ilorazem inteligencji (testy IQ).

Nie będę omawiał szczegółowo „Empatii”. Podkreślę tylko, że dobrze opisuje strukturę i funkcjonowanie mózgu (jak na pozycję popularnonaukową) i można poznać podstawy wcześniej obserwowanych przez psychologów i pedagogów różnych prawidłowości. Teraz o wiele lepiej wiemy czym jest intuicja i za sprawa jakich neuronów intuicja się pojawia. Rozumiemy innych ludzi nie tylko dzięki logice ale i intuicji. Teraz mamy naukowe podstawy do rozumienie obu tych procesów. Jeszcze do niedawna dominowało przekonanie, że ludzki mózg rozumie świat tak, jak naukowiec. Czyli dzięki zbieraniu dowodów i w oparciu o dane empiryczne budowaniu racjonalnej teorii funkcjonowania tego świata. Filozofowie nauki dowiedli, że nauka rozwija się także inaczej. A teraz neurobiolodzy udowodnili, że i mózg inaczej funkcjonuje. A jego „irracjonalność” w niektórych działaniach jest jak najbardziej prawidłowa. Czyli wracamy do punktu wyjścia: dalej możemy porównywać mózg i naukę.

Także  i ta książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń. Czytając, ołówkiem pozaznaczałem wiele fragmentów i zrobiłem dużo dopisków. Sukcesywnie będę do nich sięgał, by sobie przypominać i by rozmyślać. Jest tam sporo uwag, które można wykorzystać w edukacji. Nie tylko dostrzec pewne zjawiska (tak jak to robili pedagodzy w czasie minionych dziesięcioleci) ale i zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego nie wystarczy do studentów mówić ale trzeba także stworzyć im dobre środowisko edukacyjne, którym mogą działać, manipulować i dyskutować. To samo można odnieść do uczniów, nauczycieli i szkoły.

Czytaj też:

Jak prezentować w inny niż pisany sposób? (relacja z Wrocławia cz. 7.)

babeczki_z_polonistyki Popularyzacja nauki to jeszcze jedna forma komunikacji w ramach literatury faktu. Literatury rozumianej oczywiście w bardzo szerokim sensie, bo jeśli jest to film czy webinarium to przecież nie składa się z liter i pisma jako takiego. Możliwości współczesnej techniki umożliwiają nam opowieści i komunikację na zupełnie nowe i stare, przedliteraturowe sposoby. Z jednej strony jest o poszerzanie wiedzy o świecie, budowanie indywidualnego paradygmatu (modelu świata), ale z drugiej strony jest to także budowanie relacji i więzi między ludźmi.

Podzielam pogląd, że nauka jest elementem kultury. Przywykliśmy do pisanej formy prezentowania treści edukacyjnych i naukowych (czyli także kulturowych). Ale jest to nie tylko nie jedyna, ale i nie najstarsza forma komunikacji międzyludzkiej. Tak zwana popularyzacja nauki (wiedzy) to z jednej strony element kultury współczesnego, wyedukowanego społeczeństwa, a z drugiej coraz mocniej rozwijająca się forma edukacji pozaformalnej. Bo w czasach trzeciej rewolucji technologicznej zmieniają się nam szkoły i uniwersytety. Wymyślamy je na nowo, dostosowując do potrzeb i środowiska kulturowego.

Tytułowe pytanie pochodzi z panelu dyskusyjnego, który odbył się w listopadzie 2017 roku na Politechnice Wrocławskiej (zobacz program debaty). Jak prezentować w inny niż tradycyjny, pisany sposób? A chociażby na Facebooku, na uczelnianych fan page i innych, coraz to nowych, portalach społecznościowych, na których przekaz może odbywać się w formie pisanej ale zbliżonej do kultury słowa mówionego (niczym plotki z kolokwializmami) ale i przez filmy, obrazy, schematy. Nowe, hybrydowe formy, których się dopiero uczymy.

Pojechałem do Wrocławia by podzielić się swoimi przemyśleniami na temat opowieści o tematyce popularnonaukowej (literatura faktu) i zaprezentować punkt widzenia biologa ewolucjonisty. Chciałem podkreślić, że człowiek to istota społeczna, której społeczny mózg kształtował się na długo przed wynalezieniem pisma i literatury. Chciałem także zaznaczyć aspekt dydaktyczny – punkt widzenia promotora (i wykładowcy), bowiem prowadzę seminarium dyplomowe już od kilkunastu lat i z częścią problemów, poruszonych na spotkaniu, borykam się na co dzień, w czasie zajęć ze studentami. Chciałem przekazać swoją wiedzę i czegoś się nauczyć. A teraz w odcinkach spisuję uporządkowaną relację z dyskusji panelowej w Bibliotechu Politechniki Wrocławskiej.

Sporo czasu w dyskusji poświęcono uproszczeniom na blogach. Czy w podążaniu za atrakcyjnością i komunikatywnością stawiać bardziej na uproszczenia czy jednak na ścisłość? Czy można to pogodzić? Da się, ale to wymaga wysiłku. Kto za to zapłaci? Czyli czy liczyć na misję pracowników akademickich czy też zdać się na blogi i portale, utrzymujące się z reklam (a więc w pełni aktywność pozaakademicka)? Niezależnie od tej drugiej możliwości wydaje mi się, że w ramach trzeciej, społecznej misji uniwersytetu pracownicy powinni upowszechniać naukę a nie tylko „gonić” za publikacyjnymi punktami. Przecież utrzymujemy się (pensje i pieniądze na badania) z podatków obywateli. Niech coś do nich w przystępnej formie wraca. Mamy taki moralny i obywatelski obowiązek.

W jaki sposób prezentować w inny niż pisany? I to w sytuacji niedosytu a jednocześnie nadmiaru informacji. Żyjemy w pośpiechu i nadmiarze dopływających bodźców i informacji. Oczekujemy więc, że ktoś za nas przefiltruje z tego szumu rzeczy najlepsze i najważniejsze. Z oczywistych względów kierujemy się ku autorytetom. Tylko jak je znaleźć? Stąd być może społeczne oczekiwanie, że naukowcy będą do nas częściej i przystępniej mówić, pisać, objaśniać. W czasie dyskusji padło pytanie i propozycja zarazem, żeby instytucje naukowe zabierały zdanie w sprawach ważnych społecznie i aktualnie „wałkowanych” w mediach. Tego w zasadzie do tej pory nie było.

Tytułowe pytanie odnosi się także to prezentacji na wykładach, z wykorzystaniem rzutnika multimedialnego i… pokazywania słów na ekranie. W takim kontekście pojawia się pytanie czy prezentacja w Power Poincie to skuteczna droga czy już przeżytek? Niewątpliwie prezentacja multimedialna jest bardzo wygodna (dla wykładającego), bo łatwo ją przygotować, przenieść i zaprezentować (czasem niestety odczytać). Kiedyś wzbudzała zainteresowanie, jako nowość. Ale przez lata spowszedniała. Warto na marginesie przypomnieć, że Power Point to nie jest Power Text…

Na wykładzie z prezentacją (jak i na blogu czy fanpage), trzeba po prostu opowiedzieć ciekawą historię z zakresu literatury faktu, w zależności od sytuacji i kontekstu (do kogo i w jakich warunkach mówimy/piszemy). Z wykorzystaniem mowy, pisma, filmu czy nawet teatru. Czytanie z ekranu jest nudne. Opowiedz, napisz, narysuj, zagraj. Byle ciekawie i z sensem.

A czy pozwalać studentom w czasie zajęć i na wykładach korzystać z telefonów komórkowych? Czy telefony komórkowe przeszkadzają? Wykładowcom i studentom. To może być ich sposób notowania, np. robienie zdjęć ważniejszych treści wyświetlanych na ekranie. Albo poszukiwanie niezrozumiałych słów lub terminów specjalistycznych? Tego nie wiemy. Zakładamy raczej, że nie uważają, że lekceważą i w tym czasie plotkują na „Facebookach” lub za pomocą esemesów. A przecież nie musi to być trafna diagnoza.

W nawiązaniu do nagminnego korzystania z telefonów warto przypomnieć, że studenci teraz mniej czytają. To jednak niezbyt precyzyjna odpowiedź. Mniej czytają w tradycyjnych książkach, ale więcej w nośnikach elektronicznych, w krótkich formach i z dużą liczbą ilustracji. Czyli czytają ale trochę inaczej. Co więcej, teraz więcej osób pisze, nawet przeciętniacy. I dobrze. Ćwiczą się w wypowiedziach. Nie bójmy się tego przesytu. W treningu przeciętniacy stają się wybitni i sprawni. A piszą w innych formach, bardzo krótkich (esemesy, tweety itd.) i z dużą interaktywnością.

Mam do komunikacji międzyludzkiej i tej na wykładach podejście ewolucyjne i rozpatruję w długiej osi zmian w rozwoju Homo sapiens. Najpierw nasi przodkowie przez dziesiątki tysięcy lat żyli tylko w kulturze słowa. Teraz też korzystamy z tej formy, ale znacznie w mniejszym zakresie i nie tylko jako jedynej i wyłącznej. W kulturze mówionej, gdzie informacje zapisywane były jedynie w mózgach poszczególnych osób, niezwykle ważne było zapamiętywanie. Słuchając opowieści lub będąc uczestnikiem wydarzenia pojawia się problem: jak zapamiętać. By za jakiś czas komuś innemu tę zapamiętaną treść otworzyć, przekazać. Z przyczyn li tylko mnemotechnicznych w kulturze słowa pojawił się rym i rytm w poezji, melodia w pieśni, taniec i teatr (ruch i relacje międzyludzkie). A być może malowidła naskalne w jaskini były pierwszy „power pointem” – obrazami, służącymi zapamiętaniu i zilustrowaniu opowieści czy przekazu wiedzy lub opowieści z obrazem otaczającego świata.

Logikę i dramaturgię opowieści wykorzystujemy w części lub całości w referatach, wykładach, panelach dyskusyjnych, dyskusjach. Ale nasi słuchacze mają dodatkowe umiejętności i pamięć zewnętrzną (mogą zanotować, nagrać itd.). Tyle się zmieniło i pewne dawniej ważne i logiczne elementy straciły swój sens. Wiersze straciły rym i rytm bo nie są już niezbędne do zapamiętania treści. Przecież można zapisać…. I do otworzenia wykorzystać pamięć zewnętrzną. Trzeba tylko umieć zakodować a potem odkodować. A notować można przecież nawet rysunkiem…. Albo telefonem komórkowym.

Nie tak dawno w historii ludzkości, ale dawno w stosunku do naszego życia, pojawiło się pismo a potem druk (ułatwienie powielania i rozsyłania zapisanych treści). Początkowo pismo naśladowało wytwory kultury słowa (rym i rytm), z czasem wytworzyło własne, specyficzne i unikalne formy. Mimo ograniczeń w formie komunikacji przywykliśmy i w pełni zaakceptowaliśmy formy pisane w przestrzeni akademickiej z biblioteką w centralnym miejscu uniwersytetu. Publikacja, książka, skrypt, list, publikacja. Słowa układają się linearnie, czasem tylko przerywane ilustracjami. Niekoniecznie ludzki mózg tak pracuje…

Kolejnym krokiem w tej ewolucji kulturowej komunikacji było wynalezienie przekazu na dalekie odległości. Telegraf po raz pierwszy umożliwił przekaz informacji szybszy niż poruszający się człowiek (z informacją ustną czy pisemną). Potem pojawił się telefon, radio, telewizja. Te ostatnie to przekaz masowy z filmem i audycją radiową. Mimo, że te technologie mają już kilkadziesiąt lat to nie weszły jeszcze na trwałe w akademicką edukację (a małymi wyjątkami). A teraz mamy jeszcze nowoczesne technologie z globalnym inetrnetem: kolejna eksplozja zupełnie nowych form… umożliwiających częściowy powrót do dawnych, przedpiśmiennych tradycji: formy hybrydowe, webinarium, czat, wideotransmisja.

I jak w tym nowym świecie ma się znaleźć wykład z prezentacją multimedialną (np. w Power Poincie)? Efekt nowości już minął a czytanie z ekranu do osób piśmiennych i z dostępem do źródeł mija się z celem. Wykładowcy umieszczają tekst na slajdach bo łatwiej im zapamiętać to, co chcieliby przekazać. Wygodne. Ale nie dla słuchacza. Przydałby się jakiś komponent interaktywny, albo „stary” z kultury słowa mówionego, albo nowoczesny z multimediami i interaktywnym internetem. Przecież słuchacze zazwyczaj mają telefony z dostępem do internetu. Prezentacja z komputera jest… czasem tylko elementem rytuały: należy wyjść i coś na ekranie pokazać. Bo tak się robi i robiło. Jeśli jednak wykładowca pomyśli o odbiorcy to bez trudu dobierze odpowiednie formy komunikacji. Oczywiście jeśli ma coś do przekazania… W sumie każdy ma, jeśli tylko zechce nad tym się zastanowić nieco głębiej.

Po co słuchacz ma słuchać? Jak go zmotywować? Otrzyma nowe, oryginalne informacje? Wykładowca występuje w roli strażnik tajemnicy, A może usłyszy nowe interpretacje, nowe hipotezy. A może spotka człowieka z pasją naukową i emocjami?

Jak zachęcić do słuchania nie tylko słowem pisanym? Ucz się, to jest ważne, będzie na kolokwium lub egzaminie? Zaufaj profesorowi/autorytetowi, że to jest ważne i przydatne. Ale studenci nie mają zaufania bo zbyt dużo przypadkowości i niskiego poziomu. Ludzie potrzebują sensu, trzeba go im pokazać. Na samym początku. Mam wiedzę i emituję ją nie patrząc czy i jak dociera? Oprócz prawdziwej wiedzy są i podróbki (zawsze były!), nie ma na 100% sprawności w doborze kadry akademickiej.

Na koniec mała dygresja, odnosząca się do przebiegu debaty. Prowadzący studenci-moderatorzy nie za bardzo pilnowali czasu i paneliści mówili za dużo i z długo. I tu pojawia się dylemat moderatora – dbać o dyscyplinę czasową i w ten sposób zapewnić realizację wcześniej przygotowanego scenariusza, czy pozwolić toczyć się własnym nurtem i godzić się na niezrealizowanie pewnych punktów programu (bo zabraknie czasu)? Dyskusja jest czymś żywym i nie do końca zaplanowanym. Nie zawsze trzymanie się sztywno scenariusza jest dobrym rozwiązaniem. Sam czasami mam takie dylematy, gdy występuję w roli moderatora czy przewodniczącego zebrania. Decyzja jest trudna i na pewno uzależniona od sytuacji.

c.d.n.

Upowszechnianie wiedzy: kolokwializmy (relacja z Wrocławia cz. 6.)

DSCN6768Kolokwializmy używane w tekstach popularnonaukowych (na przykład na blogach i portalach społecznościowych) rażą oczytanych, innych nie. Podobnie jak specjalistyczny język (żargon naukowy). Nie ma jednego wzorca czytelnika, zatem nie ma i uniwersalnego przekazu dla wszystkich.

Inaczej jest w mowie potocznej, w której nie zwracamy uwagi na kolokwializmy i niedokładną formę. Mamy kontakt wzrokowy ze słuchaczem i widzimy jego reakcję. Możliwa jest szybka informacja zwrotna i korygowanie przekazu. Zupełnie inaczej jest w publikacji: nie widać odbiorcy i jego reakcji. Nie widzimy czy i ile zrozumiał z naszego przekazu i intencji.

Blog internetowy formą pośrednią, a zwłaszcza portale społecznościowe – komentarze pojawiają się szybko. Co prawda są napisane, ale pojawiają się szybko, co trochę przypomina komunikację bezpośrednią. Jednak widzimy pismo i nastawiamy się odruchowo na dopracowany przekaz słowny. Te wymieszane, hybrydowe style wprowadzają nas w zakłopotania. Są nowe cywilizacyjnie. Na przykład na Facebooku komunikacja przypomina mowę potoczną – piszemy tak jak mówimy a czytamy jako pismo. Stąd dysonanse. Standardy i poprawność stylu komunikacji w tej formie przekazu dopiero się rodzi.

Na dodatek styl naukowy rządzi się swoją logiką. Przekaz naukowy powinien być precyzyjny i obiektywny. Dlatego w publikacjach przestrzega się z zasady precyzji języka nauki: precyzja ponad estetyką. Obiektywizm ponad pięknem sformułowań i barwnością opowieści. Jednak coraz bardziej komunikacja naukowa i popularnonaukowa wkracza w obszary komunikacji popularnej.

W popularyzacji nauki ważny jest kontekst sytuacji (tak jak w każdej komunikacji międzyludzkiej): np. liczba odbiorców, miejsce i sytuacja. Najprostszą i najstarszą cywilizacyjnie formą jest rozmowa i dyskusja. Kolejną jest referat konferencyjny czy wykład. Tutaj kolokwializmy mogą dużo bardziej razić a język żargonu naukowego (specjalności) wręcz bywa pożądany. Jest w jakimś stopniu wyznacznikiem elitarnej wspólnoty. Jeszcze inną formą jest publikacja naukowa, relacjonująca możliwie zwięźle i obiektywnie wyniki badań. Jest w swej treści wyrywkowa, wycinkowa. Znacznie bardziej rozbudowany przekaz przybiera formę książki: wypowiedź zaplanowana, uporządkowana, zamknięta.

Blog to nowa forma i dopiero jest „oswajana” przez środowisko akademickie. A jednocześnie jest jedną z popularniejszych form upowszechniania wiedzy. Trzecia rewolucja technologiczna znacznie wzbogaciła różnorodność tekstów naukowych i popularnonaukowych: artykuł, raport, artykuł przeglądowy, esej, publicystyka, polemika, recenzja, felieton, vlog itd. Dodatkową różnorodność wprowadza cel publikacji: cel edukacyjny lub poznawczy (badawczy). Rzetelność i obiektywizm powinny być takie same ale różni się odbiorca. W przypadku publikacji są to inni specjaliści, w przypadku celu edukacyjnego (czy upowszechniani wiedzy) odbiorca nie ma już tak wąskiej, specjalistycznego wiedzy.

I przed tymi wszystkimi dylematami staje zarówno dziennikarz jak i naukowiec czy nauczyciel akademicki. Wystarczy jednak odrobina empatii i wyobraźni a także chęć dotarcia do odbiorcy, by z tymi meandrami sobie dobrze poradzić. Byle by był tylko czas na odpowiednie przygotowanie się. A wprawa? Ta się pojawi w trakcie kolejnych prób i ćwiczeń. W życzliwym i otwartym środowisku edukacyjnym łatwiej ćwiczyć i popełniać błędy. Bo odbiorcy są nastawieni na komunikację a nie etykietę formy.

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja: blogi i uproszczenia (relacja z Wrocławia cz. 5.)

15380411_1198370920243378_7566912759558642931_nBlogi to nowa forma upowszechniania wiedzy, zarówno w sensie dziennikarskim jak i formy komunikacji akademickiej (uzupełnienie konsultacji i wykładów). Czy w krótkiej formie można ustrzec się zbytnich uproszczeń i strywializowania? Na dodatek pisać może każdy. Zatem pojawiają się obawy, że w blogowym upowszechnianiu wiedzy zbyt są duże uproszczenia, czasem wieje nudą i monotonią. Trudnością w pisaniu jest i to, że nie widać odbiorcy i jego reakcji. Zatem czy w blogowych opowieściach literatury faktu uda się uniknąć zbytnich uproszczeń a z drugiej strony nudy? Potrzebny jest złoty środek, ale wymaga wysiłku i czasu (lub pieniędzy).

Blog przez swą częstotliwość i otwartą formułę jest jak serial z niezaplanowaną fabułą. Jeśli się trzymać jednego, wąskiego tematu, to może stać się nudny i skierowany do wąskiego grona odbiorców. Z drugiej strony duża różnorodność może być grochem z kapustą, o wszystkim po trochu.

Blog jest jak serial, tematyczny felieton, lub książka w tworzeniu. Szeroko lub wąsko tematyczny (jednotematyczny). Mój ma już prawie 13 lat, zmienia się jego koncepcja i możliwości techniczne. W tej chwili jest już opublikowanych ponad 1900 wpisów o różnej wielkości, temacie i jakości. Czytelnik widzi tylko fragment i wycinek (pojedyncze wpisy), nie zna całości i historii (chyba, że wierny i stały czytelnik, albo zmotywowany, by krok po kroku przeczytać wszystkie lub wiele wpisów). Książkę całościowo zaplanowaną trzeba przeczytać w całości, by zrozumieć o co w niej chodzi. Blogi i seriale czytamy/oglądamy wyrywkowo. Czasem tylko pojedyncze wpisy. Czy nowy czytelnik przegląda wszystkie wpisy? Trudno się po blogu poruszać – jest jak przewijanie papirusu. Tak jak każda forma i blog jest ułomny.

Koncepcją mojego bloga jest to, by był jako uzupełniająca forma kontaktu i komunikacji. Jest dla studentów (w szerokim słowa tego znaczeniu) uzupełniającym repozytorium z materiałami pomocniczymi. Zacząłem z myślą o swoich studentach, potem pomysł rozszerzył się znacznie w kierunku edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Jest także sposobem na głośne, otwarte myślenie i porządkowanie pomysłów.

Drugim celem mojego blogowania było pokazanie codziennego życie naukowca z całą różnorodnością i wielowymiarowością. Stąd różnorodne wtręty z życia codziennego i pozaakademickiego. One też wpływają na jakość pracy, czasem są inspiracją. W ciągu tych kilkunastu lat można zobaczyć zmiany, jakie dokonują się w szkolnictwie wyższym i roli uniwersytetów.

Blog charakteryzuje się częstością wypowiedzi, systematycznością ale i wyrywkowością. W pewnym sensie jest jak karczma – te dobre są stale odwiedzane, cytowane, „przedrukowywane” (udostępniane). Na przykład już od dłuższego czasu przedruki z tego bloga pojawiają się na portalu Lumen, niektóre, dotyczące edukacji, na portalu edunews.pl, wcześniej przyrodnicze na portalu przyrodniczym Gazety Olsztyńskiej (tematyka dotycząca różnorodności biologicznej naszego regionu). To tylko przykłady, gdyż publikowanie na wolnej licencji (creative commons) ułatwia upowszechnianie wiedzy.

Inną nową formą upowszechniania nauki są filmy, także te amatorskie, zamieszczane nie tylko na statycznych stronach www ale i na portalach społecznościowych (np. Facebook) czy kanale YouTybe. Możliwości komunikacji jest coraz więcej i stopniowo ich się uczymy jako społeczność akademicka. Nie bez potknięć i zagmatwanych poszukiwań. Uczymy się obsługi technicznej sprzętu i oprogramowania jak i dostosowania do poziomu odbiorcy.

Z kolei książka – ta najbardziej zasłużona dla upowszechniania wiedzy forma – to długa opowieść, zwarta, zamknięta, zaplanowana, jednorazowa. Możemy ją zobaczyć dopiero w zakończonej formie. Poza tradycyjnymi papierowymi jest coraz więcej e-booków i innych wersji elektronicznych. Zmniejszone koszty i łatwość techniczna powoduje, że są coraz powszechniejsze.

A czy w różnorodnych formach upowszechniania wiedzy szukamy informacji czy inspiracji, pytań czy gotowych odpowiedzi?

Fot. Ewa Krawczyk (Cold Spring Harbor Laboratory)

Czytaj także:

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja (relacja z Wrocławia cz. 4.)

mostGdy jechałem na dyskusję panelową do Wrocławia, to starannie przygotowałem swoje wypowiedzi (znałem tematykę i pytania wprowadzające) ale i tak dyskusja potoczyła się inaczej. Trzeba być gotowym na improwizację i modyfikację. Dyskusja ma swoją niepowtarzalną i nieprzewidywalną do końca dynamikę. A teraz przepisuję notatki i nadaję im kolejną wersję, bogatszą o przemyślenia. Słowo pisane ma swoją logikę i wymusza inne ułożenie treści. Dopowiedzenie, doprecyzowanie.

Druga część dyskusji panelowej zatytułowana była „Sposoby prezentacji informacji”. Jakie jest postrzeganie informacji z perspektywy promotora, dziennikarza, naukowca i przeciętnego użytkownika? Kontekst sytuacji sporo zmienia. Ale pewna zasadnicza część pozostaje niezmienna i identyczna. Istotne wartości dla każdej z wymienionych grup odbiorców są zapewne różne. Odbiorca oczekuje przejrzystego i czytelnego przekazywania informacji. Zatem pojawia się kolejne pytanie o jakość informacji. Po co nam ta informacja: dziennikarzom, promotorowi, wykładowcy? Punkt widzenia prezentującego i odbiorcy może być różny.

Niezależnie od tego, czy jest to wykładowca czy dziennikarz, należy mówić i pisać do ludzi, a nie do siebie, gdy ewentualnie publiczność jest tylko tłem – to jest to po prostu głośne myślenie ze statystami. Jeśli przekaz mówiony czy pisany adresowany jest do odbiorcy, to ważne jest wyobrażenie sobie lub poznanie kontekstu sytuacji i okoliczności, w których ten przekaz zaistnieje. To można sobie wyobrazi, przemyśleć. I nie ważne, że realizacja może się w jakimś stopniu rozminąć z planami. Dialog jest zawsze nieprzewidywalny w jakimś przynajmniej stopniu. W dialogu tworzy się nowa wartość, tworzona przez obie strony. Wtedy wykład czy artykuł nie będzie tylko rytuałem ale i komunikacją międzyludzką w pełnym tego słowa znaczeniu.

Czy można sobie wyobrazić co wiedzą i czego chcą (kontekst sytuacji) słuchacze/czytelnicy? Im poprawniej odpowiemy sobie na to pytanie, tym trafniej dobierzemy treść i formę. W przypadku promotora na seminarium jest jeszcze aspekt dydaktyczny. Bo można chcieć wywołać efekt zadziwienia problemem czy nawet stresu. W dydaktyce przecież nie chodzi tylko o przekaz informacji ale i o stworzenie sytuacji edukacyjnej (tworzenie środowiska edukacyjnego).

Przygotowując referat czy artykuł warto przemyśleć dostępność informacji, którą chcemy przekazać. I odróżnić elementy ważne i mniej ważne, w tym dokładność podawanych informacji. Zatem kolejny raz trzeba zastanowić się co już wie słuchacz/czytelnik. Bo przecież staramy się mówić do ludzi a nie tylko do siebie samego. Tutaj pojawia się kwestia wyobraźni i empatii.

Słuchaczowi/czytelnikowi pozostaje podążanie za informacją i jej weryfikowanie. Po co jest odbiorcy konkretna informacja? Precyzyjna, prawdziwa, wiarygodna. Jakie jest źródło jej uwiarygodnienia, które zechcemy pokazać świadomie lub nieświadomie? Czyli co chce wykładowca, dziennikarz czyli nadawca przekazywać i jakiej spodziewa się reakcji.

Kiedy już wiemy (przemyślimy) co chcemy przekazać, wtedy pozostanie tylko dostosowanie formy by przekazać treść w prosty sposób ale nie uproszczony. To wielka sztuka. Więc trzeba ćwiczy, ćwiczyć po wielokroć. Uczymy się całe życie. Temu służą także seminaria na uniwersytetach. A i studenci sami tworzą sobie dogodne sytuacje i środowisko edukacyjne, czego przykładem jest dyskusja panelowa, zorganizowana przez studentów Politechniki Wrocławskiej.

W roli nadawcy, czy to w postaci referatu na seminarium czy konferencji lub artykułu w mediach występują także studenci. To przede wszystkim z myślą o nich spisuję tę relację i uporządkowane „porady”. Treść można ułożyć na kilka różnych sposób (różne pomysły i scenariusze): od ogółu do szczegółu, można zacząć od abstraktu: główny przekaz na początku, albo dopiero na zakończenie, jak rozwiązanie zagadki w kryminale, albo od planu wypowiedzi. Można i od szczegółu do ogółu (pokazać tok myślenia i dochodzenia do wniosków). Albo od decyzji końcowej a w trakcie pokazać jak do tego doszliśmy. To nie wyczerpuje wszystkich możliwych scenariuszy i pomysłów.

Bardzo dobrze jest znać temat i rozumieć przekazywane treści by przekazać to zwięźle, krótko precyzyjnie i wiarygodnie. W trakcie przygotować przy okazji dogłębniej poznajemy zagadnienie. A jak w czasie realizacji zorientujemy się, że nie bardzo rozumiemy… to też jest zyskiem. Jest jeszcze czas by poznać dokładniej problem i jeszcze kilka razy go przemyśleć. W tym przedyskutować. Bo dyskusja jest zbiorowym myśleniem. Także dyskusja panelowa. A jeśli rozumiemy i znamy referowane zagadnienie to znacznie łatwiej można dostosować przekaz do sytuacji, poziomu słuchaczy i ich oczekiwań. Nie odczytujemy jak kserokopiarka lecz budujemy opowieść od nowa, dostosowaną do okoliczności i publiczności.

Trening jest podstawa. Od tego są przecież studia i przestrzeń uniwersytecka by się ciągle uczyć: mówienia i pisania. Przydatną formą są krótkie prezentacje typu elevator speech (prezentacja w windzie). Mamy na zaprezentowanie swojego pomysłu kilkadziesiąt sekund, góra 2-3 minuty. I to bez komputera z rzutnikiem multimedialnym. Jeśli uda nam się zainteresować słuchacza (w tym przypadku kogoś ważnego, decyzyjnego, może szefa) to w efekcie możemy usłyszeć potwierdzanie, i akceptację „tak, zrób to”. Albo zaproszenie do dalszej rozmowy „tak, podaj mi szczegóły”, „tak opowiedz mi w szczegółach.”

To samo można opowiedzieć słowem, pismem, obrazem, scenką i to na różne sposoby. Warto poćwiczyć. Jeśli nie teraz, to kiedy? Korzystaj wiec z okazji by występować i ustnie przedstawiać swoje relacje, pomysły, dokonania oraz w formie pisanej (tradycyjna prasa lub internetowe blogi i fanpejdże. Studiowanie to nie tylko uczęszczanie na zajęcia obowiązkowe i „odrabianie lekcji”, to także samodzielne wyszukiwanie nieobowiązkowych możliwość współtworzenie gazet studenckich.

Na ilustracji most z Wrocławia. Most jako symbol łączenia, komunikacji i inżynierskiego osiągnięcia. Wszak byłem u studentów z politechniki.

Sposoby pozyskiwania rzetelnej informacji (relacja z Wrocławia cz. 3.)

WP_20171109_10_47_27_ProJechałem daleko, przez całą Polskę, by dyskutować, dzielić się swoją wiedzą ale i po inspirację (dialog zawsze inspiruje i ubogaca). Długa podróż to taka swoista wymuszona pustelnia, oderwanie od zabieganej codzienności i możliwość spokojnego przemyślenia… na zadany temat. A tematem dyskusji panelowej, na którą jechałam na zaproszenie studentów z Politechniki Wrocławskiej, było „Przekazywanie informacji naukowej i nie tylko naukowej”. Dwukrotnie porządkowałem swoje myśli: przed, gdy przygotowywałem się do dyskusji na znany temat oraz po, gdy znałem już wypowiedzi innych panelistów oraz zaistniałą dyskusję. Pisanie ułatwia porządkowanie myśli i samo myślenie. A teraz przepisuję notatki z pociągu i… trzeci raz nad tym zagadnieniem się zastanawiam i precyzuję niektóre sformułowania. Takie życie po życiu… dyskusji. Jeszcze raz (już tylko wirtualnie, w głowie i myślach) dyskutować i formułować wypowiedzi, notować w głowie i na papierze. Podróż jest dla mnie nieodłącznym elementem każdej konferencji naukowej. Jest elementem uporządkowanie myśli. Taka swoista, temporalna i mobilna pustelnia w podróży.

Gotowość do samokrytyki i weryfikacji oraz otwartość na błędy, to wszystko jest potrzebne na początek by pozyskiwać rzetelne informacje.

Najprostszą i najstarszą formą pozyskiwania rzetelnych informacji jest po prostu zapytanie innej osoby. W formie bezpośredniej lub listem czy przez internet. Technika nas zbliża i ułatwia kontakty. Dawniej, dotarcie do eksperta było trudniejsze, bo żyliśmy w małych społecznościach. Teraz, w społeczeństwie globalnym i w epoce trzeciej rewolucji technologicznej, jest znacznie łatwiej. Odszukać i zapytać. Zatem najprościej po prostu zapytać. I tu potrzebne tak zwane miękkie kompetencje społeczne (o tym jeszcze niżej).

A skoro jest pytanie to jest i dyskusja bezpośrednia lub na odległość (opóźnienie). W dyskusji pojawiają się pomysły i wnioski, które nie istniały w głowie żadnego dyskutanta osobno. Dlatego wspominałem o konektywizmie: wiedzy powstającej w relacji, wiedzy rozproszonej w sieci mózgów (dojrzewającej i ujawniającej się w dialogu. Ludwik Fleck nazywał ten proces kolektywami myślowymi (początek XX wieku).

Zapytać. Niby takie proste, ale trzeba umieć i się odważyć. Kiedyś dotyczyło to umiejętności zapytania drugiego człowieka. Zatem potrzeba odrobiny śmiałości i umiejętności interpersonalnych. W nauce także przydatna jest znajomość języków obcych lub międzynarodowego języka nauki (kiedyś była to łacina, teraz angielski). To także znajomość terminologii specjalistycznej i żargonu naukowego. Ale dzisiaj ta umiejętność dotyczy także… umiejętności zapytania „maszyny” i poradzenia sobie z nowymi technologiami. Obsłużyć pocztę elektroniczną, wyszukiwarkę, programy do wideokonferencji czy czaty itd. Inteligencja społeczna pozwala nam prowadzić rozmowy z ludźmi. Teraz dodatkowo uczymy się zupełnie czegoś nowego – rozmów ze sztuczną inteligencją. Umieść zapytać człowieka a teraz maszynę to rozumieć procesy interpersonalne, języki obce a także język maszyny i sposób działania algorytmów.

Drugim sposobem pozyskiwania rzetelnych informacji jest sięgnięcie do źródeł i przeczytanie. A więc zapoznać się z uporządkowanymi, dopracowanymi wypowiedziami innych, spisanymi i wydrukowanymi. Zatem sprowadza się do umiejętności nie tylko czytania (w przypadku starodruków i rękopisów nie jest to takie proste jakby się zdawało – to konieczność czytania archaicznych języków i innych krojów pisma). Szukanie w bibliotece i w książkach czy czasopismach to poznawanie tego, do czego inni wcześniej doszli. To także umiejętność korzystania z zasobów w bibliotekach, zasobów elektronicznych czy szeroko pojętego internetu. W gąszczu informacji wszelakich nie tak łatwo się poruszać. A na dodatek trzeba wybrać te wiarygodne i przydatne.

I w końcu eksperyment. Nauka nowożytna zaczęła się w momencie, gdy uczeni odeszli od ksiąg i zaczęli szukać np. roślin w terenie. Zobaczyć jakimi są a nie tylko zapoznawać się z tym, co inni kiedyś o nich napisali. I spierać się, który starożytny autor prawdziwiej o danej roślinie napisał. Specyfiką nauk przyrodniczych (empirycznych) jest szukanie odpowiedzi także w „dialogu z przyrodą” czyli obserwowanie i eksperymentowanie.

Wybieranie między pytaniem specjalisty, czytaniem w mądrych księgach a eksperymentem to wybór między tym co szybsze i dostępniejsze. Czasem szybciej i łatwiej zapytać (gdy specjalista blisko i „pod ręką”), czasem łatwiej i szybciej przeczytać, gdy odpowiednie źródła są w pobliskiej bibliotece lub dostępnych zasobach internetowych. A czasem łatwiej wykonać eksperyment by szybko zweryfikować lub czegoś nowego się dowiedzieć.

Jak ocenić wiarygodność? To pytanie jest bardzo zasadne. Dotyczy zarówno pytania i rozmówcy jak i czytanych treści w książce czy publikacjach jak i interpretacji eksperymentu. To wszystko wymaga różnych umiejętności i kompetencji. Warto się ich nauczyć by nie być roznosicielem faktoidów i samemu nie dać się omamić (nie chorować i nie być roznosicielem choroby czyli fałszywych sądów i informacji).

Nieprawdziwe, błędne lub nie do końca rzetelne informacje mogą wynikać z kilku przyczyn. Na przykład z niedokładności (czy to odczytu aparatury badawczej czy zapamiętania i przekazania zasłyszanej informacji, niedokładności kopiowania itp.). Mogą wynikać ze świadomego oszustwa i chęci wprowadzenia w błąd. Wszystko to znane jest ludzkości od bardzo dawna.

Metodologia naukowa wypracowała swoje własne standardy i procedury, które ułatwiają wyszukanie informacji wiarygodnych. Wyrosły one z myślenia zdroworozsądkowego i kompetencji społecznych, znanych ludzkości od dawna. Po pierwsze trzeba korzystać z wielu źródeł. Na przykład zapytać kilku specjalistów, kilka różnych osób (świadków). Lub w przypadku publikacji i treści internetowych poszukać kilku różnych i niezależnych źródeł (publikacji, autorów, wydawnictw). Każde źródło można weryfikować w kontekście jego powstania. I trzeba być otwartym na błąd, zarówno autora jak i swój własny.

Wiarygodność w kulturze słowa (dawne wieki, gdy jedynym lub głównym kanałem komunikacji był język mówiony) i w małych społecznościach wynikała ze znajomości rozmówcy i rozumienia języka ciała. Znam kogoś (lub opinię o nim) od dawna i z różnych sytuacji. Wiem więc czy mu w danej sprawie zaufać czy nie. Ponadto język ciała to dodatkowe sygnały niewerbalne, które czasem potrafimy odczytać (inteligencja emocjonalna) i szybko ocenić wiarygodność rozmówcy.

W kulturze pisma, gdy krąg osób pozostających w kontakcie znacznie się rozszerzył, najczęściej autora informacji nie znamy. Jak więc osobiście ocenić jego wiarygodność lub wiarygodność tekstu i przekazu? Tego też ludzkość się nauczyła. W przypadku prac naukowych zwracamy uwagę na datę publikacji (w szybko rozwijającej nauce niektóre dane i hipotezy szybko ulegają dezaktualizacji), wydawnictwo lub czasopismo i kontekst. Potrzeba więc rozumieć procesy społeczne a nie tylko posiadać umiejętność czytania. Zwracamy uwagę na spójność przekazu i tak jak w języku ciała wyszukujemy różnych elementów, które albo zwieszają albo zmniejszają wiarygodność. Podobnie jest w kulturze internetu, tej najnowszej i nam najbliższej. Na źródła internetowe najczęściej narzekamy. A przecież są tak samo wiarygodne/niewiarygodne jak przekaz ustny czy pisany. To tylko utrwalona forma komunikacji, sama jej istota nie uległa zmianie.

Nie wszystko można i warto weryfikować dokładnie. Bo nie mamy na to czasu. Na pewno warto zweryfikować informacje nowe lub istotne. Tak jak polegamy na opinii osób (ich autorytet, wiarygodność, solidność, rzetelność) tak wyrabiamy sobie opinię o konkretnych źródłach drukowanych czy elektronicznych. Ludzie od zawsze popełniali błędy lub świadomie i celowo oszukiwali. Czy warto poświęcać czas na weryfikację wszystkiego? Tylko tego, co ważne i istotne. Bo do weryfikacji trzeba uważności, czasu i energii.

c.d.n.

Metody i inspiracje w pozyskiwaniu informacji (relacja z Wrocławia cz. 2.)

panelowa_dyskusjaDyskusja i debata to jakaś forma głośnego myślenia… konektywnego (kolektywnego). Konektywizm nie narodził się dopiero w epoce internetu. Pojawił się w społeczności dyskutującej. Teraz tylko bardziej dostrzegamy te zależności bo są silniejsze i wyraźniejsze. Jako forma funkcjonowania wiedzy istniała od dawna, teraz tylko został dostrzeżony i zwerbalizowany.

Dyskusja panelowa jest stosunkowo nową formą komunikacji w nauce. Tylko kilku dyskutantów, zabierających głos w formie krótkich wystąpień (wypowiedzi), moderator nadaje ton i klimat (kieruje dyskusją, moderuje). Może pomagać albo usypiać. Podobnie zresztą z panelistami. Reszta sali słucha i ewentualnie zadaje pytania w wyznaczonym programem czasie.

Debata panelowa jest dobrą formą dyskusji w dużej grupie. Wszyscy nie mają szansy zabrać głosu. gdy na sali jest kilkadziesiąt lub kilkaset osób, a czasem pytania publiczności schodzą z tematu i tworzy się jarmarczna atmosfera. Co przy braku czasu nie jest korzystne. W mniejszej grupie wszyscy mogą zabierać głos, dla każdego starczy czasu i uwagi reszty słuchaczy. Ale w dużej grupie to jest praktycznie nieosiągalne. Skrajnym przykładem jest wykład: jeden mówi reszta słucha. Dyskusja panelowa jest formą kompromisową między tymi skrajnościami. W dyskusji panelowej kilka osób wypowiada się w formie miniprezentacji – zazwyczaj  bez wykorzystania rzutnika, tylko słowa. Dla mówców, przyzwyczajonych do posługiwania się rzutnikiem multimedialnym, jest to pewna trudność. Wymaga zmiany stylu wypowiedzi. Myślę, że technika szybkich (błyskawicznych) prezentacji jest dobrym treningiem do dyskusji panelowych (by były interesujące dla słuchaczy). Kilku mówców, czasem o różniących się poglądach na daną sprawę, dodaje dynamiki. Moderator dyskusji panelowej przyjmuje rolę wyraziciela „ludu z sali”. Czasem dyskusja panelowa organizowana jest na zakończenie sesji z referatami. Eksperci mówią, reszta słucha. Ale z prawem zadawania pytań. Inną formą organizowania dyskusji są tradycyjne referaty, po których następuje dyskusja.

Ja tymczasem wracam do spisywania refleksji po panelu dyskusyjnym pt. „Przekazywanie informacji – naukowej i nie tylko”, który odbył się 9 listopada 2017 r. na Politechnice Wrocławskiej, z inicjatywy studentów i ich miesięcznika „Żak”. Część pierwsza dyskusji dotyczyła metod i inspiracji w pozyskiwaniu informacji.

Źródła motywacji i inspiracji w badaniach naukowych to po pierwsze ciekawość naukowca, osoby poszukującej. Po drugie zanurzenie w tematyce badawczej: rozmowy z innymi specjalistami lub studentami (ogólnie zainteresowanymi podobną tematyką) oraz publikacje. Bo te drugie to także wypowiedzi, tyle że uporządkowane i dostosowane do „monologu” i dużych odległości (w czasie i przestrzeni). Zanurzenie w problematyce to różnorodne formy obcowania z tematem: obserwowanie i laboratoryjne eksperymentowanie, dyskutowanie, rozmyślanie. Jest jak szukanie grzybów w lesie: wiemy, że gdzieś tam mogą być. Ale trzeba je znaleźć i czasem przydatny jest łut szczęścia. Więc idziemy do lasu i się rozglądamy. Jeden znajdzie szybciej, drugi później, a trzeci wróci z niczym. Ale warto znowu iść do lasu i znowu szukać. W końcu się znajdzie, prędzej czy później. Czasem coś okazałego, czasem coś zwykłego i mizernego. A potem od jednego grzyba do kolejnego. To te poszukiwania i małe odkrycia tworzą niepowtarzalną ścieżkę po lesie w poszukiwaniu grzybów.

Zanurzenie w problematyce jest przebywaniem wśród poszukujących i wiedzących czy doświadczających (nie tylko w miejscu przebywania ale i z osobami odległymi, w czym obecnie znacząco ułatwia nam internet). Jak upiec chleb? Można przeczytać książkę o pieczeniu chleba. Znacznie lepiej jest jednak iść na praktykę do piekarza i obserwować, trenować, pytać a nawet eksperymentować. A najlepiej jedno i drugie: korzystać z wiedzy i doświadczać. W odniesieniu do studentów oznacza to uczestnictwo w seminariach i dyskusjach, sięganie do książek i publikacji naukowych, rozmowy z innymi studentami itd. I tak po nitce do kłębka dochodzić do odpowiedzi i własnego doświadczania.

Drugim wątkiem inspiracji jest… obowiązek i punktoza. W praktyce często naukowiec zastępuje uczonego. Wybór tematu uzależniony jest od możliwości uzyskania grantu, napisania punktowanej publikacji itd. Źródłem motywacji i „inspiracji” bardziej są administracyjne czynniki zewnętrzne niż wewnętrzna ciekawość i pasja badawcza.

Podsumowując, wybór tematu badań przez naukowca to splot ciekawości badacza i możliwości finansowej czy sprzętowej jakimi dysponuje on sam lub instytucja, w której pracuje. A także intensywność przebywania i aktywnego uczestnictwa w środowisku badawczym. Swoistego „zaburzenia” się w problematyce. Ważna jest więc jakość środowiska edukacyjnego i naukowego a nie tylko zdolności i predyspozycje naukowca. Na jałowiej glebie nawet najlepsze ziarno kiepsko się rozwija. Ale z drugiej strony i na żyznej glebie wybrakowane ziarno nie ma siły wykiełkować.

c.d.n.

Pozyskiwanie informacji nie tylko naukowej, (relacja z Wrocławia cz. 1.)

WP_20171108_21_46_54_ProCzy studenci mogą zrobić coś ważnego i wartościowego w nauce? Tak, oni też. Było to w listopadzie 2017 roku. Zaprosili mnie studenci z Politechniki Wrocławskiej. Daleko, nie chciało mi się jechać. Dwa dni trzeba przeznaczyć by przez kilkadziesiąt minut uczestniczyć w dyskusji. Ale jeśli zaprosili studenci, to trzeba jechać. Bo zapewne autentycznie są ciekawi i jak się okazało sami zorganizowali debatę panelową. Czy debata studencka jest mniej ważna od konferencji naukowej krajowej czy zagranicznej? Równie ważna, mimo że nie jest prestiżowa i do kariery się nie liczy. Nie wszystko warto przeliczać na osobisty zysk. Nawet nie wypada.

Wyszukali mnie na drugim końcu Polski i włożyli trud w zaproszenie i przekonanie. Chcieli podyskutować, zapoznać się z moją opinią. Nie wypada studentom odmawiać. W sumie jestem nauczycielem „globalnym” a nie tylko przywiązanym do jednego miejsca. Przecież podatnik płaci mi za kształcenie w szerokim sensie. Nie powinienem więc ograniczać się tylko do „swoich” studentów. Parafrazując stare powiedzenie: wszyscy studenci są nasi. Współczesna edukacja, dzięki technologiom, staje się coraz bardziej otwarta i nie przywiązana do jednego miejsca. Wymaga się od nas mobilności. Przecież z tego powodu obecny jestem „w sieci”. W sumie niniejszy blog także powstał z inspiracji studentów (wiele lat temu). I z potrzeby kontaktu (komunikacji) ze studentami. Dzielenie się wiedzą nie jedną ma formę…

Podróż była długa, na dodatek pociąg spóźnił się ponad 70 minut. Dobrze, że wybrałem się wcześniej, z noclegiem. Potem podróż powrotna przez całą noc by zdążyć na zajęcia w Olsztynie. Męcząca wizyta we Wrocławiu ale inspirująca. Nie żałuję. I teraz z dużym opóźnieniem przepisuję swoje notatki i wrażanie ze spotkania ze studentami z Politechniki Wrocławskiej.

Wszystko zaczęło się na początku października, gdy dostałem taki oto list „(…) jestem dziennikarzem Miesięcznika Studentów Politechniki Wrocławskiej „Żak”. Mam przyjemność zaprosić Pana do udziału w panelu dyskusyjnym pod tytułem „Pozyskiwanie informacji – nie tylko naukowej”. Wstępnie planujemy zorganizować wydarzenie 9 listopada 2017 w godzinach 11:15-17:45 na kampusie Politechniki Wrocławskiej.

W ramach dyskusji pragniemy poruszyć kwestie interesujące nie tylko pracowników naukowych i studentów, ale także zwykłych ludzi, którzy rozpoczynają dopiero swoją drogę z nauką. Całość wydarzenia planujemy podzielić na trzy części. W części pierwszej chcielibyśmy porozmawiać o tym, co nas inspiruje i jakie istnieją metody pozyskiwania informacji. W drugiej części poruszylibyśmy kwestię, jak przedstawić informacje w sposób interesujący dla czytelnika, promotora czy studenta. Z kolei w części trzeciej, dla początkujących, chcielibyśmy opowiedzieć o tym, jak odróżnić rzetelny, potwierdzony badaniami artykuł naukowy od sensacyjnych, chwytliwych treści pisanych pod publikę; w jaki sposób ludzie postrzegają informację za rzetelną.

Piszę do Pana, ponieważ jako twórca bloga o bardzo szerokiej tematyce (Profesorskie Gadanie), do której zalicza się również nauka, oraz jako nauczyciel, ma Pan duże doświadczenie w prezentacji takich treści w sposób przystępny dla zwykłego odbiorcy, używając przy tym jedynie sprawdzonych informacji. Mało tego, potrafi Pan zainteresować taką tematyką użytkownika internetu, który najczęściej szuka w nim rozrywki. Właśnie dlatego uważam, że jest Pan odpowiednią osobą do opowiedzenia nam czegoś w naszym panelu dyskusyjnym.” [wyróżnienia S.Cz.)

Kilka poruszonych kwestii było bardzo aktualnych i ważnych. Jak się potem okazało, miałem dobre przeczucie, że w dużym stopniu chodzi im przeciwdziałanie upowszechnianiu się nieprawdziwych, pseudonaukowych informacji. Zetknęli się z niepokojącymi zjawiskami i najwyraźniej nie chcieli być obojętni.

Po długiej podróży miałem przyjemność wieczorem spotkać się z Redakcją studenckiego miesięcznika (na zdjęciu u góry). Sami inżynierowie. Zapytałem, dlaczego przyszli inżynierowie angażują swój czas w takie „humanistyczne” przedsięwzięcie, jakim jest redagowanie i wydawanie niezależnego czasopisma studenckiego. Odpowiedzi były bardzo dojrzałe. Przecież inżynier to też człowiek i powinien mieć szerokie horyzonty. Czy studenci mogą zrobić coś ważnego i wartościowego w nauce? Tak, oni też. Wspominam swoje koło naukowe z czasów studenckich i naszą autentyczną ciekawość poznawczą, wybiegającą poza program studiów. I teraz takich studentów spotkałem. To budujące i motywujące. My, pełnoetatowi naukowcy, uganiamy się za punktami, awansami, a czasem zaniedbujemy autentyczne życie naukowe. Wielogodzinne obrady w czasie rad wydziałów dotyczą spraw administracyjnych a nie dyskusji, poszerzających horyzonty i inspirujących sporów. Za ile punktów opublikowałeś… a nie to, czego dotyczy twoje odkrycie, twoja publikacja… Sprawy administracyjne są ważne, ale w ich natłoku czasem gubi się coś niezwykle ważnego.

Spotkanie we Wrocławiu było dla nie inspirujące i ożywcze (mimo męczącej podróży). Miałem okazję nie tylko podzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą ale i samemu przemyśleć na nowo kilka kwestii i zapoznać się z bardzo wartościowymi wypowiedziami. A teraz chcę się swoimi refleksjami podzielić.

c.d.n.