Właśnie powstał, we współpracy, mój pierwszy e-book. Pierwsza próba, e-book w formie pliku pdf. Na blogu Profesorskie Gadanie w ciągu wielu lat nagromadziło się sporo różnych przyrodniczych opowieści. Od jakiegoś czasu myślę, czy nie dobrze byłyby zebrać opowieści w jedną książkę, wydaną w zwartej formie e-booka. Plany te ciągle są niezmaterializowane. Brakuje mi umiejętności edytorskich. Szukać wydawnictwa, czy samemu spróbować?
Zebrałem na próbę kilka opowieści o owadach i oddałem w ręce fachowcowi. Jak mógłby wyglądać e-book? Może właśnie tak, złożony w Canvie. Niniejsza pozycja jest zajawkową próbą, zwiastunem. Jeśli się uda, to może warto będzie spróbować w taki sposób opracować i inne przyrodnicze opowieści, które od kilkunastu lat pojawiają się na blogu. Może w formie książki papierowej lub profesjonalnych e-booków?
Gdy serwis Blox zakończył swą działalność, przeniosłem wpisy z tamtego bloga na Word Press i tak powstał niniejszy, archiwizacyjny blog. Teksty udało się uratować lecz bez powiązania z ilustracjami. Część ilustracji ręcznie pododawałem. Niestety nie było to wierne odtworzenie wyglądu poprzednich wpisów. Sporej części ilustracji jeszcze nie dodałem. Ciągle brakuje czasu i trudno ustalić które były przy którym wpisie. Dlatego niektóre są ilustracyjnie osierocone. Taka nieco odtworzona archiwizacja jest jak po powodzi w bibliotece – mimo wysuszenia książek całość nie jest taka jak dawniej.
Nie zamierzałem już dodawać nowych wpisów, za wyjątkiem nielicznych, kierujących na nowy blog Profesorskie Gadanie. Moim zdziwieniem jest to, że ten stary blog, choć pod nowym adresem, ciągle jest odwiedzany. U góry statystyka z trzech ostatnich lat. Widać wzrastającą liczbę odwiedzin i to mimo braku nowych wpisów i braku działań promocyjnych. Tak jak ze starymi książkami – nie ma nowych wydań lecz stare są ciągle czytane. Na nowej odsłownie blog odnotował już pół miliona odwiedzin (Pół miliona odwiedzin czyli co się kryje za liczbą i kamieniem milowym). Na tym jest już blisko 17 tysięcy odwiedzin, w tym ponad 13 tys. odwiedzających. Nie wiem skąd i dlaczego. Wymagałoby to dokładniejszej analizy.
Link do mojej odpowiedzi zamieściłem w komentarzach na blogu p. Raczyńskiego, pod odpowiednim artykule. Szybko pojawiła się odpowiedź:
(Robert Raczyński:) „Odpowiedź na co? Odpowiedź, którą chciał Pan usłyszeć (powtórzoną zresztą po raz kolejny)? No cóż, niektórzy tak mają, że rozumieją tylko odpowiedzi, których sami sobie udzielą. Co można wyczytać z tej? Zaklinanie rzeczywistości, niechęć uznania, że istnieją inne punkty odniesienia lub inna wrażliwość, ucieczkę do przodu i rewolucyjny zelotyzm. Przyklejanie łatek, wygodną dla siebie, stronniczą interpretację cudzych wypowiedzi i typowe dla „obudzonych” środowisk okołoszkolnych „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Na dodatek, totalny brak dystansu do swojej własnej aktywności, traktowanie wszystkiego jako ataku na wyznawane wartości i ego, wygodnie utożsamione i wpasowane w dominujący paradygmat. Skłonność do zerojedynkowego albo albo. Belferskie gadanie o rzeczach oczywistych, rzekomo niezrozumiałych dla tych, którzy o oczywistościach nie zwykli dyskutować. I wreszcie udawanie, że przesłanie, z którym się zawzięcie „dyskutuje” jest niejasne i niezrozumiałe, mimo własnego zainteresowania w postaci własnych przykładów i odnalezionego linku do wypowiedzi na ten sam temat. Wnioski? Bardzo wielu ludziom, nieraz autentycznie zaangażowanym w rozwój oświaty, doskwiera „kompleks” niespełnienia. Nie są w stanie zrozumieć, dlaczego ich słuszna „rewolucja” jeszcze nie doprowadziła do „ostatecznego zwycięstwa”. Oczekują, że cały świat, w uznaniu ich nadzwyczajnej przenikliwości i dobroci, uklęknie i złoży im hołd dziękczynny. Nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że jakiekolwiek podejście pedagogiczne nigdy nie jest jedynym i ostatecznym (mody przychodzą i odchodzą, skuteczność cały czas taka sama, a może nawet maleje). Że każde ma swoje wady i zalety, jak wszystko na tym świecie. W reakcji na ten kompleks, poszukują potwierdzenia swoich koncepcji nie w klasie, czy sali wykładowej, ale w internetowym sporze, sparringu z „przeciwnikiem”, któremu wreszcie można dołożyć za wszystkie, najczęściej urojone, krzywdy. Powodzenia Profesorze, być może taka terapia Panu służy. A teraz, dla pełnej jasności, przyznam, że wszelka działalność publicystyczna z jakiegoś „kompleksu” wynika. Moja pewnie też. Czy będziemy sobie udowadniać, czyje kompleksy są większe? Nawet jeśli moje, to ja z pewnością nie będę: wszczynał sporu, tam, gdzie go nie ma, udawał, że polemizuję z kimś, a nie z wizją, która mi po prostu organicznie i bez kontrargumentów nie pasuje, przekonywał, że istnieje tylko jeden zrozumiały rodzaj narracji i nie rozumiem po polsku, oczekiwał eksplanacji kwestii w danym środowisku ogólnie znanych i wkładał własnych interpretacji w usta dyskutanta.”
A ponieważ tam pewnie byłaby niewidoczna to równolegle z zamieszczonym komentarzem umieszczam swoją odpowiedź i tu (z małym uzupełnieniem na końcu).
„Odpowiedź na co?” Na zadane pytania i postawione wątpliwości czy istnieje rzeczywiście edukacja „bez pamięci”. I tej odpowiedzi ad rem nie uzyskałem mimo kilku pytań i ponagleń. Można więc z dużą pewnością sądzić, że nie ma żadnej edukacji bez pamięci z którą Robert Raczyński tak namiętnie walczy. Niezmiernie dziwi pytanie „Odpowiedź na co?”, gdy wcześniej Autor napisał osobny, długi, adresowany personalnie z nazwiska i imienia tekst, nazwany polemiką. A więc zwraca się do mnie imiennie i tytuł wskazuje na dyskusję. Skąd zatem zdziwienie odpowiedzią? Słowo „polemika” to tylko kolejny zabieg retoryczny dla własnego monologu? Autor pozoruje polemikę i nie życzy sobie odpowiedzi?
Koń jaki jest każdy widzi (wystarczy przeczytać jego i moje wypowiedzi w rzeczonej sprawie). Kolejne 360 słów (2573 znaki ze spacjami) a niewiele (jeśli w ogóle) treści z odpowiedzią merytoryczną (w zakresie edukacji bez pamięci, o które pytałem i o których próbuję dyskutować), za to wiele dużo epitetów i ocen. Dużo słów by zakryć pustkę merytoryczną i zwykłe kłamstwo.
Wykazałem, iż Robert Raczyński polemizuje z nieistniejącym bytem, wymyślonym, istniejącym tylko w jego wyobraźni. A skoro wykorzystany został do dyskusji to jest to zwykłe kłamstwo. Mądrzej było przeprosić za wymyślony byt niż ciągnąć to kłamstwo, ubierając w wielkie słowa. Z Jego wypowiedzi w tym temacie wyłania się obraz apodyktycznego i autorytarnego nauczyciela, nie znoszącego sprzeciwu. Uczeń czy czytelnik ma się słuchać i nie dyskutować. Bo jak nie to spotka się z dużą liczbą poniżających i deprecjonujących określeń (ruki po szwam, ma być widać kto tu rządzi i kto ma prawo głosu a kto jak ryba głosu nie ma). Nauczyciel podający jeden sposób myślenia i interpretowania, a kto nie zaakceptuje to się go zmiesza z błotem. Dowali jeśli trzeba. Nic dziwnego, że ma problemy z dokonaniem zmian w edukacji.
W edukacji sporo się dzieje. Nie wszystkie nowinki są sensowne, nie wszystkie opierają się na zweryfikowanych modelach czy rozwiązaniach. Tym bardziej warto dyskutować i analizować każdą propozycję czy praktykę. Dlatego dopytywałem o to (iluzoryczne) nauczanie „bez pamięci”. Zamiast konkretów merytorycznych otrzymałem emocjonalne wodolejstwo.
Nie dało się emocjonalnie zaszantażować i epitetami przestraszyć adwersarza, jedynki nie da się wstawić, to już tylko kasowanie pozostało?
Nie mam nic przeciw rozważaniom, nawet oryginalnemu poglądowi na świat. Na swoim blogu może Pan Raczyński pisać to, co się mu podoba i jak się podoba. I nie zabierałbym głosu, gdyby nie zamieszczenie na portalu Edu News i w ten sposób włączenie do dyskusji publicznej. Wobec kłamstw/manipulacji/zmysleń/konfabulacji (niepotrzebne skreślić) trudno milczeć, a przynajmniej od czasu do czasu warto głośno wyrazić sprzeciw. Za dużo mamy tego w przestrzeni publicznej.
Tak więc i ja publicznie zabieram głos, wskazując, że to zwykłe zmyślanie i dyskutowanie z nieistniejącymi bytami. Zanim to kategorycznie sformułowałem, najpierw się dopytywałem, bo może coś nie zostało jeszcze dopowiedziane, bo piszący może nie wie, że jego myśli nie są właściwie odbierana.
Robert Raczyński napisał „Protestuję przeciw niczym nieusprawiedliwionemu wprowadzaniu środków i technik edukacyjnych, których jedynym uzasadnieniem jest ich odmienność i „nowoczesność”, pięćdziesięcioprocentowa szansa na zadziałanie, a weryfikacją, widzimisię prowadzącego zajęcia.” Tyle tylko, że jak z dotychczasowej wymiany zdań wynika, żadnego „BEZ-pamięci” w edukacji nie ma. Ani w proponowanych pomysłach przez teoretyków ani indywidualnych działań nauczycielskich w szkole. Zaskoczył mnie tak dziwaczny pomysł, wielu rzeczy dziejących się w edukacji nie znam, dlatego dopytywałem. Lecz zgodnie z moim cichym przypuszczeniem okazało się to zwykłą fantazją. Powiem wprost – zwykłym kłamstwem.
Ponieważ Blox zamyka serwis i usuwa blogi, próbuję przenieść starego bloga. Przeniosłem wpisy. Zdjęć nie udało się automatycznie załadować. Musiałbym do blisko dwóch tysięcy wpisów ponownie, ręcznie dodawać. Może kiedyś to zrobię. Ale szybciej zbiorę te wpisy w książkę i wydam :).