Czy wiedza z Wikipedii jest wiarygodna?

wikipediaW ostatnich latach sporo energii poświęcam na zajęciach ze studentami na rozważania czym jest nauka i czym jest metoda naukowa, jak powstaje wiedza. Ostatnio w jednej z prac zaliczeniowych znalazłem takie zdanie, które mnie sprowokowało do dłuższej wypowiedzi: „eseje zawierały definicję (….) w oparciu o artykuł z Wikipedii – to nie jest źródło wiarygodnej wiedzy, jest to strona, którą każdy z nas bez problemu może edytować w swoim domu!”

Studenci, tak jak wielu innych, korzystają z Wikipedii codziennie. Dlaczego ta wiedza miałaby być niewiarygodna? Czy dlatego, że „każdy z nas (a więc student czy nawet licealista też) bez problemu może edytować w swoim domu”? Czyli wiarygodne jest tylko to, co tworzone jest przez wybrane autorytety? Student nie ma prawa współtworzyć wiedzy (encyklopedii), zwłaszcza jeśli mógłby to robić u siebie w domu?

Czy w ogóle naukowcy mogą posługiwać się informacjami z Wikipedii? Wszystko zależy od kontekstu. Ostatnio w wielu różnych podręcznikach widzę definicje czy proste informacje zaczerpnięte m.in. z Wikipedii (bo łatwy jest dostęp do encyklopedii elektronicznej). Nic w tym złego. W encyklopediach i słownikach zazwyczaj są informacje podstawowe. I są wtórne. Bo oryginalne dane, koncepcje, teorie pojawiają się najpierw w publikacjach i książkach. Dopiero z takich źródeł po jakimś czasie trafiają do encyklopedii. Warto przy tej okazji podkreślić, że żadne źródło nie jest w 100 % wiarygodne (także i czas robi swoje, to co wczoraj było wiarygodne, dzisiaj może być przestarzałe i nieaktualne). Jeśli coś jest dla nas ważne i istotne, jeśli chcemy zgłębić temat, to musimy sięgnąć do kilku źródeł, aby wyrobić sobie w miarę obiektywne zdanie na dowolny temat.

W esejach, do których odnosi się krytyczna uwaga studenta, wspomniana Wikipediowa definicja nie była istotą wywodów. Co więcej, sprawdziłem w Wikipedii rzeczone hasło. Było całkiem przyzwoicie opracowane. Nie wnoszę uwag. Zajrzałem, bo Wikipedia jest „nierówna”, gdyż ciągle powstaje i się rozwija. Niektóre hasła są bardzo dobrze opracowane inne słabiej, są dopiero zalążkiem. Kontekst i konkret wiele zmienia.

Skąd zatem przekonanie, że w Wikipedii wiedza jest niewiarygodna jako taka? Bo każdy ją może tworzyć? Tu dochodzimy do istoty wiedzy naukowej i źródeł faktów naukowych: one zawsze powstają w dyskusji między wieloma naukowcami-osobami. Dokładnie tak samo powstają hasła na Wikipedii. Można napisać cokolwiek…. ale inni będą do tego się odnosić, potwierdzać lub usuwać jako niewiarygodne, dopisywać inne pomysły, inne fakty. Napisać można ale czy się utrzyma i przetrwa próbę czasu? W wiedzy naukowej także pojawiają się różne teorie, hipotezy, fakty by szybko zniknąć z „dyskursu”. Trzeba więc umieć nie tylko edytować Wikipedię (to na szczęście jest proste) ale wskazywać źródła swoich dopisywanych informacji (fragmentów ) i trzeba umieć uzasadniać, gdy pojawią się odmienne zdania czy kontrowersje. Trzeba więc umieć dyskutować i przekonywać. Zupełnie tak samo jak w nauce „prawdziwej”. Bo tak powstaje wiedza – w dyskusji, przekonywaniach, ponawianych eksperymentach, w dialogu. I na dodatek ta wiedza jest dynamiczna, ciągle się zmienia. Bo pojawiają się nowe odkrycia, nowe przemyślenia, nowe eksperymenty, nowe fakty. W nauce nie ma nic ostatecznego. Tak jak w hasłach na Wikipedii.

Pisanie, że hasła na Wikipedii są niewiarygodne (a jest to pogląd wyrażany przez wiele osób w wielu miejscach), wynika z niezrozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty naukowe (skąd i jak się biorą treści w podręcznikach i encyklopediach). Wynika także z niezrozumienia jak funkcjonuje dyskusja w nauce i… na Wikipedii. W nauce nie powinno być autorytetów a jedynie argumenty. Metoda naukowa do tego dąży. Nie ważne kto mówi, ważne jak uzasadnia. Zatem i student może tworzyć wiedzę, np. na Wikipedii, jeśli dobrze stosuje metodę obiektywizmu naukowego, potrafi powoływać się na źródła i dobrze uzasadniać swoje wywody, pomysły, sformułowania. Dlatego w nadchodzącym semestrze wspólnie ze studentami stworzę, poprawię lub uzupełnię kilka haseł. Bo wikipediowanie to dobra metoda by uczyć rozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty w podręcznikach. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. Wikipedia podobnie. I jest znakomitym przykładem na konektywizm. A więc kolejny powód by mówić o filozofii nauki.

Otwarte zasoby wiedzy, czyli 17. urodziny Wikipedii

wiki2007plakatCzasami oglądając się wstecz można więcej zobaczyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o procesy. Dzisiaj obchodzimy siedemnaste urodziny Wikipedii i możemy wyraźniej zobaczyć skutki trzeciej rewolucji technologicznej. Teraz, gdy mamy w zasięgu mobilny internet. W każdej chwili możemy zajrzeć do przepastnych zasobów internetowych, w tym do największej i ciągle rozwijającej się encyklopedii – Wikipedii. Prekursora otwartych zasobów.

15 stycznia powstała Wikipedia (angielskojęzyczna) a już we wrześniu, 17 lat temu, uruchomiona została polska Wikipedia (polskojęzyczny fragment). 12 lat temu i ja dołączyłem do grona wikipedystów. Doświadczyłem, poznałem także i od środka.

Co jest fascynującego w Wikipedii? Po pierwsze to, że jest to efekt międzynarodowej współpracy ludzi, którzy się nie znali. Globalna współpraca wolontariatu. Dojrzewanie standardów redagowania Wikipedii przypomina mi dojrzewania metodologii naukowej. Największą wartością jest możliwość uczestnictwa i tworzenia treści a nie tylko korzystanie z wolnych zasobów. Spróbuj, Ty też możesz. I jesteś w stanie. Uczyć się dyskutowania, przekonywania, pisania obiektywnie, uwzględniania faktów. Bardzo budująca nauka.

Wikipedia przetarła szlaki. Teraz w środowisku naukowych coraz częściej i głośniej mówi się o wolnym dostępie do wiedzy i wolnych zasobach. Powstają coraz liczniejsze otwarte repozytoria publikacji naukowych. Efekty trzeciej rewolucji technologicznej stają się coraz bardziej widoczne i mocno zmieniają uniwersytety.

W zbliżającym się semestrze po raz kolejny (po kilku latach przerwy) spróbuję ze studentami w ramach zajęć zrealizować „wikiprojekt”, efektem którego będzie uzupełnienie lub napisanie kilkudziesięciu haseł.I bardziej chodzi o proces i edukację niż przyrost treści. Błędy (np. w Wikipedii) są po to, by je poprawiać. Celem jest wzrastanie do globalnego współuczestnictwa i upowszechnianie wiedzy.

Wikipedia jest dobrym przykładem konektywizmu, wiedzy rozproszonej, wspólnie tworzonej. Znalazła licznych naśladowców w postaci różnorodnych, mniejszych, specjalistycznych projektów.

Ilustracją tekstu jest plakat z 2007 roku. Ciągle aktualny, A tu link to relacji z obchodów 6. urodzin Wikipedii w Olsztynie: https://pl.wikimedia.org/wiki/6._urodziny_polskiej_Wikipedii#Olsztyn

Metodyka nauczania na każdym etapie edukacji (biologia, przyroda)

czachorowski_metodyka_nauczania_Warszawa_2017Najpierw eksperymentuję na sobie, potem o tym opowiadam, np. moim studentom sensu lato (bo w edukacji pozaformalnej i ustawicznej każdy może być studentem, np. czytelnik niniejszego bloga). Tak jest i teraz. Ten wpis jest przestrzenią pomocniczą do wykładu i panelu pt. Metodyka nauczania na każdym etapie edukacji, w czasie  I Ogólnopolskiego Kongresu Nauczycieli Biologii i Przyrody, w Warszawie (więcej o kongresie: http://www.kongresbiologiczny.pl/) już w przyszłym tygodniu. O innym eksperymentowaniu edukacyjnym piszę tu: Moja pierwsza błyskawiczna prezentacja.

Bardziej szczegółowe wyjaśnienie, po co ten wpis na blogu i co należy zrobić, przedstawię w trakcie wykładu we wtorek 3. października 2017 r. Mam nadzieję, że osoby postronne i mniej wtajemniczone także z tego krótkiego tekstu skorzystają.

Link do wydarzenia na Facebooku.

Główne zagadnienia wykładu:

Szkoła w czasach trzeciej rewolucji technologicznej – gdy nauczyciel też musi się uczyć funkcjonowania w nowej rzeczywistości: program nauczania czy środowisko edukacyjne? Uczeń XXI w. – jak wykorzystać w nauczaniu biologii smartfony, aplikacje, Wikipedię, lekcje multimedialne?

Nowoczesne podejście do nauki biologii i innych przedmiotów przyrodniczych – metodyka nauczania na każdym etapie edukacji (w największym stopniu dotyczy biologii i biotechnologii).

W klasie i w terenie – jak wykorzystać zajęcia laboratoryjne i terenowe, aby pomóc uczniom zrozumieć procesy i interakcje w świecie biologii i podnieść poziom nauczania.

Każdy może zostać odkrywcą – metoda naukowa i współpraca z podmiotami pozaszkolnymi (organizacje naukowe i przyrodnicze), współpraca z ośrodkami naukowymi w ciągu roku szkolnego.

Niżej dwa wybrane slajdy z wykładu, odnoszące się do pytania, czy postęp odbywa się za sprawą udoskonalania jednostki (superczłowiek, nadczłowiek, Homo sapientissimus itd.) czy relacji i organizacji grupy, społeczności.

homo_sapientissimus

konektywizm

Czytaj także:

Lumen czyli blog na wolnej licencji i dyspersja myśli

lumenblog

Przygoda z Wikipedia pozwoliła mi poznać i zrozumieć publikowanie treści na wolnej licencji (creative commons). Od dawna stosuję w praktyce, m.in. na swoim blogu. Od kilku tygodni na portalu Lumen (portal szkolnictwa wyższego) czytać można wybrane moje wpisy blogowe http://www.lumenportal.pl/content/blog/270. Pytali o pozwolenie (choć w zasadzie nie musieli), udzieliłem, wskazując na licencję CC-BY. Wybierają te wpisy, które w jakimś stopniu dotyczą szkolnictwa wyższego. To już kolejny portal, który wybiera tematycznie mu bliskie artykuliki i upowszechnia na swoich łamach. Poza tematami edukacyjnymi, przyrodniczymi i społecznymi teraz będą i te, dotyczące uniwersytetu i szkolnictwa wyższego.

Wolna licencja ma tę zaletę, że piszesz w jednym miejscu a w kilku się pojawia. Wolna licencja ułatwia realizację misji uniwersyteckiej. Ułatwia dyspersję i rozprzestrzenianie się myśli. W pewnym sensie jest elementem współczesnego środowiska edukacyjnego. Środowiska, które staram się odkryć (przynajmniej dla siebie) i wykorzystać w codziennej praktyce.

Istota uniwersytetu nie ulega zmianie. W zasadzie dojrzała w starożytnej Grecji (przynajmniej tam została odnotowana w kulturze i utrwalona w piśmiennictwie). Polega na dialogu i poszukiwaniu prawdy: w jednym miejscu spotyka się kilka osób. Jest jeden lub więcej nauczycieli i co najmniej kilku uczniów. Rozmawiają, czasem nauczyciel mówi dłużej, dzieli się swoim doświadczeniem i przemyśleniami. Czasem uczniowie mówią dłużej. Wspólnie poszukują, dociekają prawdy przez rozmowę i słuchanie swoich argumentów. Najpierw nazywało się to Akademią, Gimnazjum, potem Liceum, a dzisiaj mówimy o Uniwersytecie. Mimo różnych nazw i sposobu organizacji istota sprowadzała się dialogu i wspólnoty nauczających i nauczanych.

Dawniej były to tylko spotkania tu i teraz oraz przekaz słowny. Wiedza gromadziła się w głowach (pamięci). Dialog i częste rozmowy utrwalały zapis pamięci. Potem pojawiło się pismo, nie tylko ułatwiło „zapamiętanie” treści i uniezależnienie się od biologicznego mózgu śmiertelnego człowieka. Pismo umożliwiło poszerzenie kręgu odbiorców jak i kręgu „spotykających” się dyskutantów. Druk – czyli szybkie powielenie pisma – jeszcze bardziej rozszerzyło krąg dyskutujących i współpracujących w tym dialogu mózgów. Przekraczając czas biologiczny i pokonując daleka przestrzeń. Wraz z tymi wynalazkami zmienił się i sam uniwersytet. Coraz ważniejszą częścią stała się biblioteka (a nie tylko mózgi żywych nauczycieli).

A teraz jest internet i nowe możliwości zorganizowania przestrzeni edukacyjnej uniwersytetu. Daleko, szybko, w zupełnie nowy sposób. Tradycyjny rytuał uniwersytecki jeszcze nie nadąża za możliwościami trzeciej rewolucji technologicznej. Istota się nie zmienia, ale zmieniła się forma i zakres dialogu uczestniczących w nim ludzi.

Moje już ponad 10-letnie eksperymenty z blogiem są poszukiwaniem i odkrywaniem tych nowych możliwości i sposobu komunikacji. Mimo że w nazwach i stroju uniwersytet mocno nawiązuje do Średniowiecza (togi, birety, katedry), to nie wygłaszamy swoich myśli zza katedry. Raczej zza monitora laptopa. Albo za pomocą bloga. Zupełnie nowy rodzaj „pisarstwa” (komunikacji) edukacyjno-naukowej. Jeszcze nie jest uwzględniony w ocenie dorobku. Ale odkrywanie właśnie polega na tym, że robi się coś nierutynowego. I ryzykuje poszukując. Bo poszukiwanie i odkrywanie nieodłącznie wiąże się z błędami, pomyłkami i ślepymi drogami. Potrzeba odwagi.

Teraz myślę jak sprytnie i sensownie połączyć np. wpisy blogowe, myślenie wizualne i portale społecznościowe z wykładem (czytaj Ile czasu potrzeba by przygotować wykład?).

Na razie jest wirtualna kawiarnia z duża liczbą słuchaczy. Niektórzy nawet komentują.

Dziennikarstwo obywatelskie czyli być obiektem badawczym…

efektnudyNaukowiec bada świat… ale i czasem sam staje się obiektem badawczym. I ja tego doświadczam.. gdy jestem „przepytywany” jako obiekt badawczy. Nie pierwszy był to wywiad (w sensie naukowej ankiety i przepytywania) i nie pierwszy raz dotyczył pisania. Napisał do mnie pan Michał Kuś „(…)wraz z kolegami z kilku krajów europejskich realizuję obecnie badanie dotyczące dziennikarstwa obywatelskiego, w szczególności zaś doświadczeń i praktyki działania samych dziennikarzy obywatelskich. W związku z powyższym oraz faktem, że jest Pan zaangażowany w działalność serwisu olsztynska24.pl oraz własnych posiada Pan własne blogi byłbym bardzo zainteresowany przeprowadzeniem wywiadu z Panem jako osobą zaangażowaną w działalność w zakresie dziennikarstwa obywatelskiego. (…)”

Jak ktoś umie pisać, to niech pisze, i raczej nie po murach. Ale wróćmy do badania ankietowego. Było pytanie o źródła zainteresowania tematyką dziennikarstwa obywatelskiego. Niby proste pytanie, a tak trudno precyzyjnie na nie odpowiedzieć. To nie tylko kłopoty z pamięcią (nie robiłem przecież notatek, nie śledziłem swoich działań), to także złożoność zjawiska.. Bo jest wiele powodów i przyczyn, dojrzewających powoli i wielotorowo mojego spotkania z dziennikarstwem obywatelskim. Po pierwsze były potrzeby dydaktyczne, konieczność nauczenia studentów komunikacji w nauce i publicznych wypowiedzi. Preferuję naukę przez działanie i uczestnictwo. A żeby kogoś uczyć, trzeba samemu najpierw tego „spróbować”. Po drugie wynikało to z potrzeby komunikacji ze studentami w nowej rzeczywistości. Najpierw była to strona www, ale aktualizacja była kłopotliwa. Powstał więc blog, początkowo jako forma komunikacji i konsultacji on-line. Drugim ważnym powodem (przyczyną) było zetknięcie się z wolnymi licencjami, najpierw za sprawą Wikipedii, potem za sprawą innych zasobów, łącznie z tymi ściśle naukowymi. Chciałem ułatwiać upowszechnianie wiedzy, aktywnie w tym uczestnicząc i wychodząc poza sztywne licencje (wiedza powinna być szeroko dostępna bez względu na zamożność). Kolejną przyczyną były zmiany w mediach, związane z trzecią rewolucją technologiczną. Kiedyś wysyłałem materiały popularnonaukowe do redakcji w tradycyjnej formie (pisane na maszynie do pisania, potem już wydruk komputerowy). Gdy pojawiła się nowa, cyfrowa rzeczywistość, nie tylko czekałem na ofertę mediów, ale sam inicjowałem na portalach lokalnych działy związane z nauką. Różnie to wychodziło i ciągle brakowało piszących… Niby tak wielu ludzi potrafi pisać i tak wielu uczestniczy w badaniach naukowych i życiu uniwersytetu… a jednak tekstów ciągle brakuje.

Dziennikarstwo obywatelskie jest dla mnie obecnie formą edukacji pozaformalnej i upowszechnianiem wiedzy. Po drugie – w odniesieniu do innych osób, w tym studentów – jest formą samokształcenia. Można mobilizować do uczenia się poprzez egzaminy, sprawdziany, kolokwia. A można namawiać do publicznych wypowiedzi. Jeśli coś trzeba napisać, ubrać w słowa, to trzeba doczytać, przemyśleć i uporządkować własne myśli. Najwięcej z pisania korzysta więc… sam piszący.

Dziennikarzem obywatelskim może być każdy. Pisze wtedy, gdy coś ma do powiedzenia. Może ale nie musi. W rezultacie nie musi pisać na siłę (chyba, że sam narzuca sobie grafomańskie normy). W odniesieniu do siebie traktuję jako obowiązki pracownika uniwersytetu – upowszechnianie wiedzy w przystępnej, komunikatywnej formie. Najpierw były to tradycyjne próby w prasie papierowej (dzienniki lokalne, miesięczniki ogólnopolskiej, tematycznie związane z biologia i przyrodą). Obecnie są to głównie media elektroniczne, własny blog oraz blogi zawodowe i tematyczne czy związane z kierunkiem studiów (tam przede wszystkim stwarzam możliwości do pisania innym osobom).

Jestem ciekaw tych badań nad dziennikarstwem obywatelskim w Europie. To już nie będą jednostkowe wspominania ale analiza na dużej próbie. Ciekaw jestem wniosków. I tego, czy moje motywy są typowe.

O trzmielówce co do gniazda os się wkrada

trzmielowka_lesnaSezon na osy, i w przyrodzie i w mediach, trwa w najlepsze. Ukazują się sensacyjne materiały, jest strach i panika. O tej porze roku to normalka. A że przyrody nie rozumiemy, to jest i strach, co ma wielkie oczy. Jako dziecko też się bałem os, w szczególności szerszeni. Bo potrafią boleśnie użądlić. Wolałem popatrzeć z daleka, zwłaszcza na gniazda, co już puste były.

Niedawno syn nas odwiedził i stwierdził, „chyba macie przy oknie gniazdo os”. Za kilka dni nowy lokator przyglądał się naszemu oknu i powiedział, że jest gniazdo os i trzeba po straż zadzwonić, żeby usunęli. Najwidoczniej osy znalazły jakąś dziurkę i zrobiły sobie gniazdo albo nad daszkiem wejściowym, albo w miejscu styropianowej izolacji. Pomyślałem sobie, że raczej krzywdy nikomu nie zrobią, więc niech sobie żyją w spokoju. Będzie okazja do obserwacji.

Wlot do gniazda był tuż przy naszym oknie. Ale postanowiliśmy osy zostawić w spokoju. Niech sobie żyją. Przecież to owady drapieżne, będą łowić komary, muchy czy inne owady (zwłaszcza te uważana za szkodniki). Co prawda jesienią będą zlatywać się do owoców, ale najwyżej zamknie się okno. W ciągu kilku dni wpadły do domu ze dwa-trzy razy. To je gazetą za okno wyrzuciliśmy. Gniazdo na razie się chyba rozrasta, bo os jakby więcej. Ale niebawem – zgodnie z cyklem rozwojowym – zniknie, robotnice jako „bezdomne” szwendać będą się po okolicy, gniazdo opustoszeje a samice poszukają kryjówki na zimę. Niech więc sobie kątem u nas mieszkają, w drogę sobie wchodzić nie będziemy. Spółdzielnia pewnie dodatkowego czynszu nie naliczy za nietypowych sublokatorów.

Jedząc śniadanie mogłem sobie obserwować życie os. Niedawno przyleciała jakaś muchówka. I całkiem odważnie zbliżała się do otworu wlotowego gniazda os. Odważna, myślę sobie. Nie boi się os, i tego, że ją mogą upolować. Muchówka wydała mi się znajoma. Szybko sprawdziłem, tak to trzmielówka leśna, wielokrotnie przeze mnie widywana na przydrożnych kwiatach. Gdzieś w głębi pamięci kołatała się myśl, że może ten owad jakoś pasożytuje na osach. Zacząłem sprawdzać. Swoją drogą to jest ciekawe, dlaczego osy na taką nie polują? Mimikra? Może jakiś zapach? Może poznanie tajemnic trzmielówki leśnej pozwoliłoby opracować jakiś środek „przeciw osom”, to znaczy by być bezpiecznym i by ludzi nie żądliły, gdy czasem wejdziemy sobie w drogę.

Odpowiedniego hasła na Wikipedii nie było (o trzmielówce leśnej, o innych były). Więc sięgnąłem do źródeł papierowych (niektóre internetowe zawierały błędy) i szybko hasło na Wikipedii uzupełniłem. W cyfrowym świecie wiedza kolektywna taką ma właśnie postać – już nie opowieści w zimowy wieczór ale właśnie w cyfrowym, wspólnym i wolnym repozytorium. Ostatnio naczytałem się o inteligencji zbiorowej, kolektywnej, to i poczułem się w obowiązku uzupełniać zbiorową wiedzę. Gdybym wezwał straż i gdyby osy wypleniono, to bym nie mógł prowadzić obserwacji i nie miałbym okazji zobaczyć trzmielówki leśnej w akcji.

Trzmielówka leśna (Volucella pellucens) jest owadem z rzędu muchówek, należy do rodziny bzygowatych (Syrphidae). Długość ciała dorosłego owada waha się w granicach od 12 do 16 mm. Ciało czarno-granatowe z żółtym pasem. W odróżnieniu od trzmielówki łąkowej (Volucella bombylans), na obwodzie tarczki widoczny jest rząd ciemnych włosków. Trzemielówka łąkowa jest bardziej trzmielówkowata bo owłosiona i przypomina trzmiela. Trzmielówka leśna jest znacznie mniej owłosiona i mniej trzmielopodobna. I wbrew nazwie związana jest z osami a nie trzmielami (znalazłem gdzieś w internecie informacje, że trzmielówka leśna nęka trzmiele, ale jest to informacja niepewna i niepotwierdzona, być może błędna). Obecność i swoista „odwaga” trzmielówki leśnej za moim oknem nie były przypadkowe. Owady dorosłe (imagines) trzmielówki leśnej spotykana na kwiatach, na polanach, porębach, leśnych drogach i na skrajach lasów, od kwietnia do października choć najłatwiej spotkać je od maja do sierpnia. I tylko okazjonalnie w pobliżu gniazda os.

Larwy przechodzą swój rozwój w gniazdach os: osa pospolita (Paravespula vulgarus), osa dachowa (Paravespula germanica). Samica trzmielówki leśnej dostaje się do gniazda os i składa tam jaja na powierzchni plastra. Teraz jest już jasna obecność tego owada za moim oknem. Osy nie mieszkają samotnie. Życie biologiczne jest niezwykle ciekawe. Wystarczy trochę poobserwować. A że nie miałem sposobności osobiście do rzeczonego gniazda os zajrzeć, to polegam na informacja wcześniej zebranych i w różnych miejscach opublikowanych. Wylęgające się larwy trzmielówki dostają się do komórek z larwami os i żyją jako ektopasożyty (pasożyty zewnętrzne) ma ciele larw os. Później przegryzają się przez ścianę komórki na zewnątrz gniazda i na dnie gniazda żywią się martwymi osami i resztkami organicznymi (resztkami z „pańskiego stołu”). Na zimę przedostają się do gleby (ciekawe jak te to zrobią, gdy osie gniazdo w murze i na wysokości pierwszego piętra). Przepoczwarczenie odbywa się na wiosnę. Gatunek pospolity w Polsce, rozprzestrzeniony w Palearktyce: Europa, Syberia, Japonia.

A osy? Dalej nie wiem jaki to gatunek. Najpewniej to osa dachowa (Paravespula germanica). Ale czekam aż któraś wleci do domu i będę mógł jej przyjrzeć się dokładniej. Wtedy napiszę znowu, tym razem o osach. Osa dachowa to najczęstszy naprzykrzacz późnoletni w sklepach ze słodkimi bułkami i owocami. Gniazda ma ukryte, więc najczęściej obrywają inne, niewinne gatunki os, których gniazda są widoczne. Ale o tym później napisze, tymczasem czekam aż jakaś wleci mi do domu (od dwóch dni żadna nie chce…).

Bibliografia (czyli skąd czerpałem wiedzę o trzmielówkach)

  • Jiri Zahradnik Przewodnik Owady. Wyd. Multico, Warszawa 1996 r., ISBN 83-7073-132-5
  • Heiko Bellmann Owady. Spotkania z Przyrodą. Wyd. Multico, Warszawa 2007, ISBN 978-83-7073-218-3

E-encyklopedia Warmii i Mazur – bubel za publiczne, unijne pieniądze?

encyklopediastronaglownaW środowisku akademickim (a także i poza) dość często spotykałem się z krytycznymi uwagami na temat poziomu merytorycznego Wikipedii, nawet z sugestiami, żeby zabronić korzystania studentom z Wikipedii, „No bo co mądrego jacyś amatorzy, licealiści i kto tam jeszcze mądrego może napisać”. Owszem wiarygodność jest różna poszczególnych haseł, ale to dotyczy każdego źródła i sprowadza się do umiejętności korzystania z wielu niezależnych źródeł.

Można się zastanowić co przesądza o jakości dzieła, ludzie (specjaliści) czy procedura (system, sposób tworzenia treści). Nauka jako sposób poznawania świata odniosła niewątpliwy sukces. I chyba najważniejszym elementem jest permanentna dyskusja, wzajemne recenzowanie prac, ciągłe i niezależne weryfikowanie. Nie autorytety a weryfikacja i nieskrępowana dyskusja ma pierwszorzędne znaczenie.

Niedawno powstała Encyklopedia Warmii i Mazur (E-encyklopedia Warmii i Mazur), już jakiś czas temu publicznie ogłoszono jej oficjalne uruchomienie. Na realizację przedsięwzięcia pozyskano całkiem spore pieniądze, wykonawcami byli naukowcy, studenci, współpracowały różne instytucje i urzędy. Czyli wszystko co potrzeba, a powstało coś dużo gorszego od Wikipedii rozwijanej przez wolontariuszy. Dlaczego mimo, iż byli naukowcy i było dużo pieniędzy, powstał bubel? Przecież projekt skazany był na sukces, a mimo to powstał koszmarek, już wcześniej krytykowany przez regionalnych pasjonatów lokalnej historii. Pojawiały się także zarzuty nieuprawnionego korzystania z różnych źródeł.

Zanim przejdę do sprawy najważniejszej, czyli rozważań „dlaczego”, może warto przez chwilę zatrzymać się nad wykazaniem dlaczego ową encyklopedię uważam za bubel. Encyklopedia z logo ważnych instytucji samorządowych i europejskich chyba w intencji autorów miałaby być wizytówką regionu. I rzeczywiście stroną startową, otwierającą tę encyklopedię, jest hasło o województwie warmińsko-mazurskim . Można powiedzieć, że jest to hasło flagowe całej Encyklopedii. Całość niestety wygląda marnie graficznie (oparte na oprogramowaniu wiki, ale znacznie mniej atrakcyjnie zrobione niż na Wikipedii). Dużo gorzej prezentuje się treść i poziom merytoryczny tegoż hasła. Już wcześniej wytykałem błędy merytoryczne m.in. informacje o topografii, wskazując, że zapomniano o szkolnej niemalże informacji o depresji w naszym regionie. Częściowo zostało to poprawione, ale dalej wygląda bardzo niezgrabnie.

Sekcja „Topografia, „Ukształtowanie powierzchni w województwie ma charakter nizinny. Najwyższym wzniesieniem jest Góra Dylewska (312 m n.p.m.). Brzeg Zalewu Wiślanego znajduje się na poziomie 0 m n.p.m. Najniższy punkt województwa znajduje się w miejscowości Raczki Elbląskie (-1,8 m n. p. m.).” Uzupełniono już informacje o depresji ale zostało głupawe zdanie o brzegu zalewu, który znajduje się na 0 m n.p.m. A na jakiej wysokości ma się znajdować, gdy wysokość mierzy się od poziomu morza? I właśnie poziom morza przyjmuje się za 0 m. A co znaczy skrót n. p. m. jak nie metry nad poziom morza? Zalew ma szerokie połączenie z Bałtykiem, dziwnym byłoby, gdyby było inaczej. A jeśli ta wysokość jest nietypowa, to powinno się znaleźć jakieś wyjaśnienie. To wiedza raczej szkolna i zdradza dużą ignorancję lub ogromną redakcyjną niechlujność przypadkowego zestawiania różnych danych. W zestawieniu z licznymi naukowcami (o profesorach nie tylko z Olsztyna w telewizji wspominał prof. Gancewski, a na stronach Encyklopedii wymienieni są naukowcy, merytorycznie odpowiedzialni za poszczególne działy), biorącymi udział w tworzeniu treści wygląda to zabawnie…. i wstydliwie.

Czytajmy dalej, co w haśle o naszym województwie w tejże Encyklopedii jest napisane. W sekcji „Przyroda” – „Charakterystyczne dla przyrody regionu są tereny leśne oraz jeziora. Do głównych kompleksów leśnych zaliczyć należy Puszczę Borecką, Napiwodzko-Ramucką, Piską, Nidzicką, Romincką oraz Lasy Iławskie. Połowa z dziesięciu największych jezior w Polsce znajduje się na terenie województwa warmińsko-mazurskiego, w tym dwa największe – Śniardwy i Mamry. Bogactwo środowiska naturalnego idzie w parze z wysokim poziomem czystości powietrza. Niemal całe województwo wchodzi w skład programu „Zielone Płuca Polski”.” Synteza i kwintesencja przyrody regionu… Nie ma jednak nic o jakże typowym i charakterystycznym dla regionu krajobrazie pojeziernym, młodoglacjalnym. Tylko stwierdzenie, że są lasy i jeziora. Notabene są inne regionu Polski bardziej zalesione. Są i regionu z licznymi jeziorami. Gdyby nie nazwa konkretnych kompleksów leśnych czy dwu jezior, równie dobrze można byłoby to umieścić jako charakterystyka innych województwa Polski. Mazury cud natury, lasy i jeziora…. Poziom mocno rozczarowujący. I to w haśle będących wizytówką całej encyklopedii. O przyrodzie praktycznie nic sensownego dowiedzieć się nie można, same banały i to na dodatek niezbyt trafnie dobrane.

Ale Encyklopedię w największym stopniu tworzyli historycy. Więc może w historii jest przynajmniej sensownie i wartościowo, oryginalnie i niepowtarzalnie? Podrozdział „historia” omawianego hasła otwiera zdanie: „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r. po półtorawiecznej przerwie.” Jedno zdanie i kilka błędów, wręcz głupot. W dalszej części tekstu jest już lepiej wyjaśnione ale wewnętrzna sprzeczność tekstu jest rażąca (wskazuje na brak sensownej redakcji opracowania). Jakby każde zdanie pisała inna osoba, zupełnie niezależnie a potem ktoś niewprawny powiązał to „sznurkiem”. Co to znaczy „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r.” Czy ta mniejsza część województwa (notabene wtedy przecież nie było woj. warmińsko-mazurskiego!) była poza granicami Polski? Czyli wnioskować można, że część obecnego województwa znajdowała się poza granicami Polski. Ciekawe, ale nigdzie dalej nie jest to wyjaśnione. I druga część zdania „po półtorawiecznej przerwie”. O ile można byłoby coś takiego pisać w odniesieniu do Warmii, to na pewno nie do reszty obecnego województwa. Przecież były w granicach Prus . Żadnej przerwy więc nie było. Bardziej wygląda to na tekst z jakieś partyjnej (PZPR) broszury z minionych czasów niż materiałów historycznych, napisanych przez naukowców (historyków).

Na szczęście kolejne zdanie wyjaśnia problem. Ale dlaczego dwa sąsiadujące zdania zawierają wzajemne sprzeczności? „Po wojnie duże fragmenty Prus Wschodnich i Prus Zachodnich zostały włączone do Polski i podobnie jak inne ziemie spoza granic przedwojennych w początkowym okresie funkcjonowały jako okręg (Mazurski, oznaczony numerem IV)”. Zatem najpierw był Okręg a nie województwo warmińsko-mazurskie potem też były inne twory. Notabene „spoza granic przedwojennych” były także na Pomorzu i na zachodzie kraju i nie należały w żadnym momencie do Okręgu Mazurskiego. Wystarczy sprawdzić na Wikipedii hasło „Prusy Zachodnie”, albo w innym, papierowym źródle, dostępnym w bibliotece. Może być i podręcznik szkolny do historii. „W czerwcu 1946 r. okręg został przekształcony w województwo olsztyńskie, jednak część jego dotychczasowego terytorium przeszła do województwa gdańskiego i białostockiego.” W sumie to nie wiadomo o czym autorzy piszą, czy o województwie warmińsko-mazurskim (to istnieje dopiero od 1999 r., a więc wcześniej można pisać o historii regionu lub terenów wchodzących obecnie w skład województwa), czy o regionie i historii zmian administracyjnych. Taki sposób pisanie niczego nie wyjaśnia i robi edukacyjny mętlik. Jak czytelnik nie wie, to i tak się nie dowie.

„Kluczowe zmiany granic nastąpiły wraz z reformą administracyjną na przełomie 1998 r. i 1999 r., kiedy powstało województwo warmińsko-mazurskie jako jedno z 16 województw, obejmując poza terenem dotychczasowego województwa olsztyńskiego także obszerne części województw elbląskiego i suwalskiego oraz fragmenty województw toruńskiego, ostrołęckiego i ciechanowskiego.” Więc dopiero od 1999 roku istnieje nasze województwo, w tych granicach i tej nazwie. Jak to się ma do zdania na początku: „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r.”. Ewidentne błędy stylistyczne powodują tekst mocno jednoznacznym i trudno wyjaśnić „co autor miał na myśli”. A to ma być przecież Encyklopedia – źródło pierwszego kontaktu z zagadnieniem, prosto i jasno wyjaśniające. Kto wie, to nie musi tam zaglądać. Kto nie wie podstawowych faktów, to raczej się nie dowie i nie zrozumie.

Mylenie różnych podmiotów administracyjnych wyraźnie widać w liście „wojewodów”, lista chronologiczna wskazuje na ciągłość. A przecież tak nie było. Ciągłość administracji państwowej nie oznacza ciągłości województwa (zmieniała się przecież nie tylko nazwa ale i terytorium, zmieniały się też nazwy urzędów). Widoczna ewidentna nieporadność pisania tekstów objaśniających historię. Jeśli już tak umieszczone to wymaga to wyjaśnienia, i komentarza. W obecnej wersji znajduję poziom licealistów nie uniwersyteckich profesorów.

Bylejakość opracowania widać w fałszywym wykazie źródeł, np. wymieniona jest pozycja: „Achremczyk Stanisław, Historia Warmii i Mazur, tom I: Pradzieje – 1772, Olsztyn 2010”. W haśle opisywanej encyklopedii nie ma nic z prehistorii i historii do 1772. Historia ogranicza się do okresu od 1945 r. Jedynie ogólnikowa wzmianka o powrocie do Polski po „półtorawiecznej przerwie” w jakiś sposób odnosiłaby się do rozbiorów. Ale to są fakty ze szkoły podstawowej i nie ma uzasadnienia do podawania tej pozycji. A może z opracowania prof. Achremczyka wzięto coś o położeniu geograficznym lub przyrodzie? Najwyraźniej wpisano pozycję prof. Achremczykja by dodać wiarygodności, że niby czerpano ze źródeł. Pozory naukowości, ale tak grubymi nićmi szyte, że nie trudno to wyłapać.

Ewidentne błędy i nieprawidłowości były wytykane przez różne osoby już od dłuższego czasu. Trudno jednak naprawić wadliwą konstrukcję. I chyba jest do „dzieło” nienaprawialne, bo nieudolne łatanie dziur, po publicznym ich wskazywaniu, niewiele pomoże całości.

Wróćmy do problemu zasadniczego, dlaczego mimo udziału naukowców, licznych „wyrobników” w postaci studentów i doktorantów i dużych funduszy powstał bubel? W trakcie pisania haseł było kilka progów weryfikacji: najpierw autor pisał hasło, potem sprawdzał redaktor, potem recenzent naukowy, potem super recenzent w osobie pana M. Kapłona. Na każdym etapie hasło mogło być kierowane do autora, celem poprawek i uzupełnień. Tyle kontroli jakości a powstaje opracowanie z licznymi wadami? Iście bizantyjska hierarchia a mimo to (a może właśnie dlatego!) powstanie niereformowalny bubel. Pozory naukowości.

A dlaczego w nauce się udaje ciągle podnosić jakość? Bo w prawdziwej nauce każdy jest autorem i jednocześnie recenzentem dla innych, nie ma takiej bizantyjskiej hierarchii „zatwierdzania”. Wikipedia w swojej koncepcji naśladuje proces naukowy – każdy może być autorem, współautorem treści w hasłach i każdy może krytycznie odnosić się do pracy innych. Liczą się argumenty i weryfikowalne źródła. Ważniejsza jest więc procedura, system, bo mimo że Wikipedię tworzą teoretycznie słabiej utytułowani autorzy, to powstaje znacznie efekt lepszy merytorycznie i za dużo mniejsze pieniądze.

Dlaczego E-encyklopedia jest tak słaba? Ośmielę się twierdzić, że nie są winne pieniądze z UE, nie są wini naukowcy (są specjalistami w swych dziedzinach), nie są winni nawet studenci i doktoranci piszący hasła, po prostu zła była i jest koncepcja, złe zarządzanie projektem. I być może zawiniła u niektórych osób pazerność na pozornie łatwą kasę. „Studenci napiszą a my klepniemy jako eksperci i będzie gites”. Nie jest gites, jest wstyd… dla całego środowiska akademickiego, bo rykoszetem wszyscy naukowcy obrywają za marną jakość, firmowaną niby przez wybitnych naukowców.

Twórcy encyklopedii publicznie mówią, że tu chodziło o proces, że chodziło o uruchomienie a teraz wolontariusze będą uzupełniać i rozbudowywać. Ale pan M. Kapłon publicznie w mediach obrażał potencjalnych współtwórców-wolontariuszy. Czy jest to skuteczny sposób motywowania do włączenia się do pracy? Wątpię. Tym bardziej, że istnieje w internecie więcej podobnych projektów, chociażby sama Wikipedia lub kilka innych regionalnych, komercyjnych encyklopedii o różnym terytorialnie zasięgu.

W rezultacie nie powstało ani coś kompletnego (za te pieniądze to przynajmniej można było jakiś dział zrobić kompletnie i całościowo), ani nie powstał projekt z możliwością rozwoju. Będzie się kurzył na serwerach i irytował swoimi błędami, lukami, niezgrabnością.

Dlaczego w ogóle zabieram głos w tej sprawie? Bo projekt powstał za nasze, podatników z Unii Europejskiej pieniądze. Mam więc prawo sprawdzać jak wydawane są publiczne fundusze. Niech grant z Unii Europejskiej nie będę synonimem, tandety i skoku na kasę. To za nasze pieniądze, więc pilnujmy jakości i inwestycji. Już niebawem to my będziemy więcej wnosić niż uzyskiwać z UE. Nauczmy się więc już teraz dbać o jakość projektów, realizowanych z funduszy europejskich.

Na stronie głównej takie można znaleźć informacje: „Encyklopedia nie jest dziełem naukowym. Jest jedynie narzędziem służącym nie tyle samemu gromadzeniu, co przede wszystkim doskonaleniu wiedzy o regionie Warmii i Mazur. Narzędziem darmowym i otwartym dla wszystkich.” Co to znaczy owo „doskonalenie wiedzy o regionie”? Może ma być to zeszyt ćwiczeń i konkurs kto znajdzie więcej błędów? Przewrotne byłoby to „doskonalenie”. Warto jedynie przypomnieć, że „Realizatorem Encyklopedii Warmii i Mazur jest Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie. Pomysłodawcą i koordynatorem tego projektu, podobnie jak i Leksykonu Kultury, jest zastępca dyrektora CEiIK-u Marcin Kapłon.”

encyklopediakwiecien

Zrzuty z ekranu z dnia 30 kwietnia 2015 r.

Wcześniej o Encyklopedii pisałem już

Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może

10687044_10205529265704381_2654434708872530704_nW pośpiechu i z nastawieniem na wiedzę pamięciową różne dziwne rzeczy powstają. Wyżej przykład z zeszytu do ćwiczeń, pierwsza klasa szkoły podstawowej, poważne wydawnictwo. Żona poprosiła o pomoc „może Ty, jako biolog. powiesz jaka jest poprawna odpowiedź?”. Spojrzałem i zbaraniałem. Uczciwie przyznaję, że nie wiem. A nauczyciel musi wiedzieć… lub udawać, że wie.

Wierszyk jakiś taki bez rytmu i rytmu. A o to by przecież chodziło, by ćwiczyć pamięć i kojarzenie (utrwalanie wyrazów, liter, boż to pierwsza klasa). Ale niech tam, jestem biologiem i co mi do wierszyków (tak pięknie językowo pisanych jak przez Tuwima czy Brzechwę). Z botanicznego punktu widzenie szpilki drzew iglastych to też liście. Ale niech tam, trzymajmy się popularnego podziału na liście i igły (szpilki). Zatem listki na sośnie nie powinny rosnąć. Błąd znaleźć łatwo. Nie pasuje sosna. To było proste. Ale teraz „podkreśl nazwę drzewa które pasuje do treści”. A tam albo nic nie pasuje albo jest wiele poprawnych odpowiedzi. Za to pojawiają się „mądre” zwroty, takiej jak „wers”. Nie za dużo na raz do biednej dziecięcej głowiny? Nie za szybko? Ten „wysoki poziom” jest raczej dyletanctwem.

Najbardziej pasowała by wierzba, bo to krzew i drzewo iście wiosenne, i bazie w wierszyku się pojawiają (może w oryginalnym, pierwotnym wierszyku tak i było). Ale wierzba nie może być z dydaktycznego punktu widzenia, bo ma w sobie literki, które jeszcze na tym etapie nie są znane uczniowi. Więc w zestawie wierzby nie ma. Odrzucamy jodłę i  świerk jako drzewa iglaste. Pozostaje 5 poprawnych odpowiedzi – 5 drzew liściastych, których liście mogą się zielenić. Polecenia nie rozumie nawet nauczyciel („co poeta miał na myśli”). Polecenie wskazuje, że ma być jedna prawidłowa odpowiedź. Może więc trzeba uwzględnić fenologię i zgadnąć, które drzewa pierwsze wypuszczają liście? Poprzeczka niezwykle wysoka (zadałem to zadanie do rozwiązania studentom, ciekawe jak sobie poradzą). O ile pamiętam to dęby dość późno liście wypuszczają. Więc można z dębu zrezygnować. Pozostają jeszcze 4 gatunki. Można sugerować się także rymem do „wiośnie”. Wtedy by wypadało, że „klonie” najbardziej pasuje. Ale ze względu na rym a nie sens przyrodniczy. Jedno polecenie w zeszycie do ćwiczeń a rozprawkę całą napisać można. Ambitne te nasze podręczniki do pierwszej klasy!

11130240_10205529265744382_90856046760512785_n

To było wczoraj. A dzisiaj żona pyta „rozpoznasz mi te motyle”. Bo nauczyciel musi sam wiedzieć by odpowiedzieć dzieciakom, gdy zapytają. A pytają, bo sa ciekawe świata i jeszcze nie wiedzą, że pytających się nie lubi w naszej szkole. Te podpisane ilustracje rozpoznawania nie wymagają. Tyle tylko, że w części to nie nasze motyle (nie występują w Polsce). Podobnie z tymi w dolnej części. Rozpoznać się da rusałkę osetnika (nasza ci ona). Obok zupełnie nie nasze (już lepiej z tymi, których się rozpoznać nie da, bo zawsze mogą robić za swojaka). Niektóre da się rozpoznać, bo północnoafrykańskie i czasem w południowej Europie można spotkać.

Moje pytanie brzmi – dlaczego nie ma gatunków rodzimych, takich które dziecko zobaczyć może na łące? Czy to jakiś zamysł autora podręcznika? Bo pawica atlas to chyba największy motyl na świecie a sułtanki żyją w krajach śródziemnomorskich, tam gdzie czasem dzieciaki z rodzicami na wakacjach bywają (te forsiaste). Jednak wątpię w jakiś zamysł autora (ów) tego zeszyty do ćwiczeń. Zagadkowość treści i ilustracji wynika raczej z pośpiechu i ignorancji. Motyl ma być kolorowy i tyle. Kto by się na nich znał… Sami autorzy przyrodę bardziej znają z telewizji (a tam dużo programów „zagranicznych” o Afryce i rafach koralowych) a nie z wycieczek po okolicy. A nawet jak widzą to i tak nie rozpoznają (robal, to robal). A gdzie konsultacje podręcznika? A kto by miał na to czas i ochotę. Bylejakość wkrada się wszędzie… Nie jest łatwe życie nauczyciela, co z takich podręczników i materiałów edukacyjnych, obowiązkowych korzysta.

Przykład z marcinkowską motylarnią i materiałami do projektu „w świecie motyli„. Na moje pytanie, dlaczego na plakacie jest egzotyczny motyl, a przecież edukacja poświęcona jest mazurskiej łące – otrzymałem odpowiedź „bo nie ma ładnych zdjęć z dzieckiem i krajowymi motylami”. Po prostu, nawet jak się chce, to wydawnictwa korzystają z tego co jest, a krajowych ilustracji nie ma. Autorka projektu obiecała, że wynajmie zawodowego fotografa, by samemu zrobić porządne zdjęcia z naszymi motylami. Będzie na drugi sezon. Więc jakieś światełko w tunelu.

No cóż, przyrodę coraz bardziej znamy z telewizji i internetu a nie spacerów po łące, lesie czy nad jeziorem. Ignorancja przyrodnicza więc rośnie i rośnie (nawet uniwersyteccy filozofowie piszą nazwy gatunkowe z zasadniczymi błędami). Potrzebne są dobre ilustracje, udostępniane na wolnej licencji. Wikipedystów nam po prostu potrzeba! Edukacja przyrodnicza potrzebuje wielu wolontariuszy i miłośników rodzimej przyrody. Bo nawet studenci Wydziału Biologii i Biotechnologii na swojej koszulce umieścili orła amerykańskiego… zamiast rodzimy gatunek. Zapewne łatwiej się googlają amerykańskie wzorce i materiały graficzne….

Czy rodzima bioróżnorodność ulegać ma zapomnieniu? I stanie się niebawem egzotyczna? Nie rezygnujmy! Do dzieła, pisać, fotografować, opowiadać. Nasza przyroda zasługuje na ocalenia od zapomnienia w powodzi ignorancji…

O tym jak nie sprostałem zadaniu z E-encyklopedią

encyklopediachruscikiNo i nie mogę uwolnić się od tej nieszczęsnej internetowej Encyklopedii Warmii i Mazur. Pan prof. J. Gancewski był raczył stwierdzić dzisiaj w telewizji, że po prostu nie podołałem zadaniu – chodzi o E-ncyklopedię Warmi i Mazur (bo zrezygnowałem). Możliwe, ale teraz nie muszę się wstydzić za treści, które ponoć sprawdzili liczni naukowcy uniwersyteccy nie tylko z Olsztyna.

Żeby nie być gołosłownym (choć jako osoba emocjonalnie związana kiedyś z tym przedsięwzięciem nie jestem chyba w pełni obiektywny, dlatego też odmówiłem wypowiedzi przed kamerami). Zajrzałem do hasła o moich ulubionych chruścikach (pierwsze jakie mi przyszło do głowy z zakresu przyrodniczego). Zamieszczone zdjęcie łamie prawa autorskie (ale może twórcy mają zgodę autora?). Zamieszczam wiele treści na wolnej licencji, także i na tym blogu, ale akurat zdjęcie pochodzi ze strony, gdzie nie ma wolnej licencji, a fotka nie jest moja. Jest sporo ilustracji na wolnej licencji, więc nie trudno zamienić, by nie było prawnych kłopotów.

Przejdźmy do treści (jednak stanowczo odradzam korzystać, chyba, że do szukania błędów). Pierwsze zdanie „Chruściki – rząd owadów o przeobrażeniu zupełnym przechodzących stadium larwalne.”. Otóż u wszystkich owadów są stadia larwalne, i u tych co przechodzą przeobrażenie zupełne i u tych co nie przechodzą. Zatem informacja o larwach jest niezrozumiała, bo albo zbędna, albo wprowadza zamieszanie. Istotą przeobrażenia jest poczwarka a nie larwa. Widać, że poprawiała to osoba niezbyt znająca się na biologii, w szczególności na entomologii. Zatwierdził to pewnie jakiś naukowiec (chyba nie biolog, albo nikt nie zatwierdzał – teraz pewnie nikt się nie przyzna). Kolejne zdanie „W formie dojrzałej chruścik przypomina motyla lub ćmę.” Otóż ćma to motyl (rząd Lepidoptera). Jeśli miało to być nieformalne rozróżnienie na motyle dzienne i motyle nocne (ćmy), to chruściki motyla dziennego nijak nie przypominają. „Ma przezroczyste skrzydełka i układa je w stanie spoczynku dachówkowato, a nie jak ćmy poziomo czy jak motyle – w pionie.” Jedno zdanie kilka błędów, po pierwsze terminem biologicznym są skrzydła a nie skrzydełka (bo by oznaczały coś innego), po drugie dachowato a nie dachówkowato (bo to co innego znaczy, złożone skrzydła przypominają dach dwuspadowy a nie dachówki). Ćmy składają skrzydła tak samo, dachowato a nie „poziomo”. Ciut dalej „Larwy chruścika prowadzą wodny tryb życia. Charakterystyczną cechą tego rzędu jest budowanie domków z przędzy jedwabnej, które służą chruścikom za schronienie bądź sieci łowne.” Kolejne pomieszanie z poplątaniem. Przenośne domki robią tylko niektóre gatunki chruścików. Takie domki zbudowane są z różnych kamyczków, patyczków, części rośliny, a od środka wyścielone są przędzą jedwabną. Domek nie jest siecią. Chruściki bezdomkowe przędą z nici jedwabnych sieci łowne. Albo błąd merytoryczny albo stylistyczny.

Kuriozalne jest „występowanie” –  „Najczęściej występujące na Warmii i Mazurach gatunki chruścika to: ….”„ i tu pojawia się lista, całkowicie błędna, ani pełna, ani poprawna. Są tam gatunki rzadkie, niektóre nawet bardzo, oraz są i pospolite. Trafiają się nawet błędy w nazwach gatunkowych.

Oryginalną i ciekawym fragmentem jest informacja o jubilerze i chruścikach. Ale już w bibliografii jest błąd. Dotyczy mojej osoby, więc tym bardziej mnie razi. Stanowczo odradzam korzystania z takich haseł. Dużo bezpieczniej skorzystać z Wikipedii (podobno robiona przez amatorów, studentów itd. – ale więcej tam rzetelności i stanowczo duuuuużo mniej błędów). Oczywiście takie proste błędy łatwo wyłapać i szybko poprawić. O ile komukolwiek będzie się chciało, bo pieniądze wydane, rozdysponowane, a teraz kto z dotychczasowych autorów chciałby to robić za darmo? I kto za darmo z ekspertów miałby sprawdzać, recenzować, korygować? Ale nie te błędy (poprawialne) są główną wadą omawianej internetowej encyklopedii. Zła jest koncepcja i całkowite zamknięcie na aktywność społeczną i budowanie zespołu wolontariuszy, którzy przez lata rozbudowywaliby i poprawiali taką encyklopedią. Nawet dobry Leksykon Kultury Warmii i Mazur jest praktycznie martwy po kilku latach od ukończenia. Praktycznie nic tam się nie dzieje, nie jest uzupełniane, rozbudowywane. W pogoni za hasłami zgubiono rzecz najważniejszą. A teraz ani hasła nie są kompletne, ani wyczerpujące, ani nie ma zbudowanej społeczności wokół encyklopedii.

Szczegółowo E-ncyklopedii nie przeglądałem (jakoś mnie nie korci). Na pewno jest tam sporo haseł dobrze zrobionych. Wątpię jednak, żeby ta encyklopedia miała szansę stać się żywą i uzupełnianą przez wolontariuszy. W tej mierze popełniono kardynalne błędy koncepcyjne. Nie wiem czy się to da naprawić.

U góry skan z hasła o chruścikach, stan z dnia 22 marca 2015 (mam nadzieję że szybko poprawią).

E-encyklopedia Warmii i Mazur z której muszę się tłumaczyć

gazeta_encyklopediaW sprawie E-encyklopedii Warmii i Mazur zostałem wywołany (wbrew swej woli) do tablicy. Ze współpracy w tym projekcie definitywnie zrezygnowałem na początku lutego 2014 roku, po ponad 9. miesiącach zmagań. Dla mnie sprawa była zamknięta – no cóż, po prostu się nie udało. Ale gdy ukazał się artykuł w Gazecie Wyborczej z moim zdjęciem i gdy rozdzwoniły się telefony, to muszę się wypowiedzieć. „Nie chcem ale muszem” :).

Wielokrotnie konsultowałem (nieodpłatnie) pomysł E-encyklopedii z panem wicedyrektorem M. Kapłonem z CEiIKu, doradzałem w zakresie całej konstrukcji jak i części przyrodniczej. Mocno nalegałem na aspekt społeczny, żeby wokół projektu stworzyć grupę autorów piszących. Było to – w moim odczuciu – ważne dla trwałości projektu (po zakończeniu finansowania). Dzieliłem się swoimi doświadczeniami przy pracach z Wikipedią i wiki-projektach. Zapewne dlatego zaproszono mnie na otwierającą projekt konferencję prasową i dlatego znajduję się na zdjęciu (i zdjęciach w innych media z tego okresu). Potem poproszono mnie o odpłatne (miała być umowa) zorganizowanie grupy osób piszących hasła przyrodnicze oraz nadzór merytoryczny (recenzowanie, nanoszenie poprawek, dobór haseł itd.). Z ochotą zabrałem się do pracy, angażując absolwentów kierunku biologia jak i pracowników naukowych UWM. Od samego początku pojawiły się problemy organizacyjne, techniczne i koncepcyjne. Wydawało mi się, że w końcu się „dotrze” i że się uda pokonać piętrzące się różnorakie trudności. Po 9. miesiącach zmagań, wyjaśnień, dyskusji ostatecznie zrezygnowałem. Nie potrafiłem zmienić sposobu zarządzania projektem ani zaakceptować powstającej jakości. Jak się okazało pracowałem za darmo i bez umowy. Należałem do tych „frajerów”, którzy zbyt zaufali w dobre intencje.

Nie żałuję że się zaangażowałem, pomysł wydawał mi się dobry i warto było zaryzykować. Najbardziej wstyd mi było przed absolwentami. Nie wiem czy wszystkie osoby, które poleciłem, dotrwały do końca i czy miały wypłacone honoraria za pracę. Jednym z problemów było kwestionowanie mojego wyboru gatunków, że niby nie są związane z regionem (np. niprzyrówka rzeczna, erotyka bałtycka, sysydlaczki itd.). Aby pokazać, że można ciekawie pisać o gatunkach mocno związanych z regionem, a jednocześnie mało znanych i „nieoklepanych”, zaangażowałem się we wsparcie innej Encyklopedii Przyrody Warmii i Mazur. I znaleźć tam można sporo ciekawych tekstów, pisanych w ramach wolontariatu i na dodatek przez ludzi miejscowych. Ten projekt jest żywy i ciągle aktywny. To mnie cieszy i na tym się skupiam.

W związku z medialnym zamieszaniem co do jakości E-encyklopedii (tej z CEiIKu) chciałbym zaznaczyć, że nie otrzymałem ani grosza za pracę tam włożoną (ani koncepcyjną, ani techniczno-korektorską). Ponadto nie odpowiadam ani za dobór ani za jakość zawartych tam haseł (są na pewno i dobrze opisane, ale i jest sporo naruszeń praw autorskich) – z mojej pracy nie skorzystano.

Po negatywnych doświadczeniach chciałem zapomnieć o E-encyklopedii… ale jakoś rzeczywistość nie daje. Dlatego muszę się wytłumaczyć, aby nie było niejasności. Z E-encyklopedią Warmii i Mazur tworzoną przez CEiIK nie mam nic wspólnego. Ostateczny efekt, na który wydano prawie pół miliona zł, jest rozczarowujący delikatnie rzecz ujmując. Graficznie słaby, wiele hasłem ma bardzo niską jakość i co najważniejsze – nie rokuje na społeczne zaangażowanie i włączenie się wolontariuszy. To jest chyba projekt martwy, będzie leżał na serwerowych półkach i porośnie kurzem. Oczywiście wolałbym się mylić.