Jeżeli brak wiedzy jest cierpieniem, to wiedza powinna być przyjemnością

Kamie_i_gadysz

„Jeżeli brak wiedzy jest cierpieniem, to wiedza powinna być przyjemnością. I tak jest rzeczywiście. Tych, co wiedzą, nie trzeba o tym przekonywać, bo wiedzą; a tych, co żyją w nieustannej ciemności, i tak nic nie przekona. (…) Dziś nauki – z jej morderczymi zastosowaniami – nie uznalibyśmy za bezpieczną i niewinna rozrywkę. Tym bardziej więc należy kontrolować przyjemności związane ze zdobywaniem wiedzy i z tym, że się wie. Tu z całą ostrością pojawia się problem dobra i zła.”

Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja: blogi i uproszczenia (relacja z Wrocławia cz. 5.)

15380411_1198370920243378_7566912759558642931_nBlogi to nowa forma upowszechniania wiedzy, zarówno w sensie dziennikarskim jak i formy komunikacji akademickiej (uzupełnienie konsultacji i wykładów). Czy w krótkiej formie można ustrzec się zbytnich uproszczeń i strywializowania? Na dodatek pisać może każdy. Zatem pojawiają się obawy, że w blogowym upowszechnianiu wiedzy zbyt są duże uproszczenia, czasem wieje nudą i monotonią. Trudnością w pisaniu jest i to, że nie widać odbiorcy i jego reakcji. Zatem czy w blogowych opowieściach literatury faktu uda się uniknąć zbytnich uproszczeń a z drugiej strony nudy? Potrzebny jest złoty środek, ale wymaga wysiłku i czasu (lub pieniędzy).

Blog przez swą częstotliwość i otwartą formułę jest jak serial z niezaplanowaną fabułą. Jeśli się trzymać jednego, wąskiego tematu, to może stać się nudny i skierowany do wąskiego grona odbiorców. Z drugiej strony duża różnorodność może być grochem z kapustą, o wszystkim po trochu.

Blog jest jak serial, tematyczny felieton, lub książka w tworzeniu. Szeroko lub wąsko tematyczny (jednotematyczny). Mój ma już prawie 13 lat, zmienia się jego koncepcja i możliwości techniczne. W tej chwili jest już opublikowanych ponad 1900 wpisów o różnej wielkości, temacie i jakości. Czytelnik widzi tylko fragment i wycinek (pojedyncze wpisy), nie zna całości i historii (chyba, że wierny i stały czytelnik, albo zmotywowany, by krok po kroku przeczytać wszystkie lub wiele wpisów). Książkę całościowo zaplanowaną trzeba przeczytać w całości, by zrozumieć o co w niej chodzi. Blogi i seriale czytamy/oglądamy wyrywkowo. Czasem tylko pojedyncze wpisy. Czy nowy czytelnik przegląda wszystkie wpisy? Trudno się po blogu poruszać – jest jak przewijanie papirusu. Tak jak każda forma i blog jest ułomny.

Koncepcją mojego bloga jest to, by był jako uzupełniająca forma kontaktu i komunikacji. Jest dla studentów (w szerokim słowa tego znaczeniu) uzupełniającym repozytorium z materiałami pomocniczymi. Zacząłem z myślą o swoich studentach, potem pomysł rozszerzył się znacznie w kierunku edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Jest także sposobem na głośne, otwarte myślenie i porządkowanie pomysłów.

Drugim celem mojego blogowania było pokazanie codziennego życie naukowca z całą różnorodnością i wielowymiarowością. Stąd różnorodne wtręty z życia codziennego i pozaakademickiego. One też wpływają na jakość pracy, czasem są inspiracją. W ciągu tych kilkunastu lat można zobaczyć zmiany, jakie dokonują się w szkolnictwie wyższym i roli uniwersytetów.

Blog charakteryzuje się częstością wypowiedzi, systematycznością ale i wyrywkowością. W pewnym sensie jest jak karczma – te dobre są stale odwiedzane, cytowane, „przedrukowywane” (udostępniane). Na przykład już od dłuższego czasu przedruki z tego bloga pojawiają się na portalu Lumen, niektóre, dotyczące edukacji, na portalu edunews.pl, wcześniej przyrodnicze na portalu przyrodniczym Gazety Olsztyńskiej (tematyka dotycząca różnorodności biologicznej naszego regionu). To tylko przykłady, gdyż publikowanie na wolnej licencji (creative commons) ułatwia upowszechnianie wiedzy.

Inną nową formą upowszechniania nauki są filmy, także te amatorskie, zamieszczane nie tylko na statycznych stronach www ale i na portalach społecznościowych (np. Facebook) czy kanale YouTybe. Możliwości komunikacji jest coraz więcej i stopniowo ich się uczymy jako społeczność akademicka. Nie bez potknięć i zagmatwanych poszukiwań. Uczymy się obsługi technicznej sprzętu i oprogramowania jak i dostosowania do poziomu odbiorcy.

Z kolei książka – ta najbardziej zasłużona dla upowszechniania wiedzy forma – to długa opowieść, zwarta, zamknięta, zaplanowana, jednorazowa. Mozemy ją zobaczyć dopieo w zakończonej formie. Poza tradycyjnymi papierowymi jest coraz więcej e-booków i innych wersji elektronicznych. Zmniejszone koszty i łatwość techniczna powoduje, że są coraz powszechniejsze.

A czy w różnorodnych formach upowszechniania wiedzy szukamy informacji czy inspiracji, pytań czy gotowych odpowiedzi?

 

Fot. Ewa Krawczyk (Cold Spring Harbor Laboratory)

Czytaj także:

Metody i inspiracje w pozyskiwaniu informacji (relacja z Wrocławia cz. 2.)

panelowa_dyskusjaDyskusja i debata to jakaś forma głośnego myślenia… konektywnego (kolektywnego). Konektywizm nie narodził się dopiero w epoce internetu. Pojawił się w społeczności dyskutującej. Teraz tylko bardziej dostrzegamy te zależności bo są silniejsze i wyraźniejsze. Jako forma funkcjonowania wiedzy istniała od dawna, teraz tylko został dostrzeżony i zwerbalizowany.

Dyskusja panelowa jest stosunkowo nową formą komunikacji w nauce. Tylko kilku dyskutantów, zabierających glos w formie krótkich wystąpień (wypowiedzi), moderator nadaje ton i klimat (kieruje dyskusją, moderuje). Może pomagać albo usypiać. Podobnie zresztą z panelistami. Reszta sali słucha i ewentualnie zadaje pytania w wyznaczonym programem czasie.

Debata panelowa jest dobrą formą dyskusji w dużej grupie. Wszyscy nie mają szansy zabrać głosu. gdy na sali jest kilkadziesiąt lub kilkaset osób, a czasem pytania publiczności schodzą z tematu i tworzy się jarmarczna atmosfera. Co przy braku czasu nie jest korzystne. W mniejszej grupie wszyscy mogą zabierać głos, dla każdego starczy czasu i uwagi reszty słuchaczy. Ale w dużej grupie to jest praktycznie nieosiągalne. Skrajnym przykładem jest wykład: jeden mówi reszta słucha. Dyskusja panelowa jest formą kompromisową między tymi skrajnościami. W dyskusji panelowej kilka osób wypowiada się w formie miniprezentacji – zazwyczaj  bez wykorzystania rzutnika, tylko słowa. Dla mówców, przyzwyczajonych do posługiwania się rzutnikiem multimedialnym, jest to pewna trudność. Wymaga zmiany stylu wypowiedzi. Myślę, że technika szybkich (błyskawicznych) prezentacji jest dobrym treningiem do dyskusji panelowych (by były interesujące dla słuchaczy). Kilku mówców, czasem o różniących się poglądach na daną sprawę, dodaje dynamiki. Moderator dyskusji panelowej przyjmuje rolę wyraziciela „ludu z sali”. Czasem dyskusja panelowa organizowana jest na zakończenie sesji z referatami. Eksperci mówią, reszta słucha. Ale z prawem zadawania pytań. Inną formą organizowania dyskusji są tradycyjne referaty, po których następuje dyskusja.

Ja tymczasem wracam do spisywania refleksji po panelu dyskusyjnym pt. „Przekazywanie informacji – naukowej i nie tylko”, który odbył się 9 listopada 2017 r. na Politechnice Wrocławskiej, z inicjatywy studentów i ich miesięcznika „Żak”. Część pierwsza dyskusji dotyczyła metod i inspiracji w pozyskiwaniu informacji.

Źródła motywacji i inspiracji w badaniach naukowych to po pierwsze ciekawość naukowca, osoby poszukującej. Po drugie zanurzenie w tematyce badawczej: rozmowy z innymi specjalistami lub studentami (ogólnie zainteresowanymi podobną tematyką) oraz publikacje. Bo te drugie to także wypowiedzi, tyle że uporządkowane i dostosowane do „monologu” i dużych odległości (w czasie i przestrzeni). Zanurzenie w problematyce to różnorodne formy obcowania z tematem: obserwowanie i laboratoryjne eksperymentowanie, dyskutowanie, rozmyślanie. Jest jak szukanie grzybów w lesie: wiemy, że gdzieś tam mogą być. Ale trzeba je znaleźć i czasem przydatny jest łut szczęścia. Więc idziemy do lasu i się rozglądamy. Jeden znajdzie szybciej, drugi później, a trzeci wróci z niczym. Ale warto znowu iść do lasu i znowu szukać. W końcu się znajdzie, prędzej czy później. Czasem coś okazałego, czasem coś zwykłego i mizernego. A potem od jednego grzyba do kolejnego. To te poszukiwania i małe odkrycia tworzą niepowtarzalną ścieżkę po lesie w poszukiwaniu grzybów.

Zanurzenie w problematyce jest przebywaniem wśród poszukujących i wiedzących czy doświadczających (nie tylko w miejscu przebywania ale i z osobami odległymi, w czym obecnie znacząco ułatwia nam internet). Jak upiec chleb? Można przeczytać książkę o pieczeniu chleba. Znacznie lepiej jest jednak iść na praktykę do piekarza i obserwować, trenować, pytać a nawet eksperymentować. A najlepiej jedno i drugie: korzystać z wiedzy i doświadczać. W odniesieniu do studentów oznacza to uczestnictwo w seminariach i dyskusjach, sięganie do książek i publikacji naukowych, rozmowy z innymi studentami itd. I tak po nitce do kłębka dochodzić do odpowiedzi i własnego doświadczania.

Drugim wątkiem inspiracji jest… obowiązek i punktoza. W praktyce często naukowiec zastępuje uczonego. Wybór tematu uzależniony jest od możliwości uzyskania grantu, napisania punktowanej publikacji itd. Źródłem motywacji i „inspiracji” bardziej są administracyjne czynniki zewnętrzne niż wewnętrzna ciekawość i pasja badawcza.

Podsumowując, wybór tematu badań przez naukowca to splot ciekawości badacza i możliwości finansowej czy sprzętowej jakimi dysponuje on sam lub instytucja, w której pracuje. A także intensywność przebywania i aktywnego uczestnictwa w środowisku badawczym. Swoistego „zaburzenia” się w problematyce. Ważna jest więc jakość środowiska edukacyjnego i naukowego a nie tylko zdolności i predyspozycje naukowca. Na jałowiej glebie nawet najlepsze ziarno kiepsko się rozwija. Ale z drugiej strony i na żyznej glebie wybrakowane ziarno nie ma siły wykiełkować.

c.d.n.

Pozyskiwanie informacji nie tylko naukowej, (relacja z Wrocławia cz. 1.)

WP_20171108_21_46_54_Pro

Czy studenci mogą zrobić coś ważnego i wartościowego w nauce? Tak, oni też. Było to w listopadzie 2017 roku. Zaprosili mnie studenci z Politechniki Wrocławskiej. Daleko, nie chciało mi się jechać. Dwa dni trzeba przeznaczyć by przez kilkadziesiąt minut uczestniczyć w dyskusji. Ale jeśli zaprosili studenci, to trzeba jechać. Bo zapewne autentycznie są ciekawi i jak się okazało sami zorganizowali debatę panelową. Czy debata studencka jest mniej ważna od konferencji naukowej krajowej czy zagranicznej? Równie ważna, mimo że nie jest prestiżowa i do kariery się nie liczy. Nie wszystko warto przeliczać na osobisty zysk. Nawet nie wypada.

Wyszukali mnie na drugim końcu Polski i włożyli trud w zaproszenie i przekonanie. Chcieli podyskutować, zapoznać się z moją opinią. Nie wypada studentom odmawiać. W sumie jestem nauczycielem „globalnym” a nie tylko przywiązanym do jednego miejsca. Przecież podatnik płaci mi za kształcenie w szerokim sensie. Nie powinienem więc ograniczać się tylko do „swoich” studentów. Parafrazując stare powiedzenie: wszyscy studenci są nasi. Współczesna edukacja, dzięki technologiom, staje się coraz bardziej otwarta i nie przywiązana do jednego miejsca. Wymaga się od nas mobilności. Przecież z tego powodu obecny jestem „w sieci”. W sumie niniejszy blog także powstał z inspiracji studentów (wiele lat temu). I z potrzeby kontaktu (komunikacji) ze studentami. Dzielenie się wiedzą nie jedną ma formę…

Podróż była długa, na dodatek pociąg spóźnił się ponad 70 minut. Dobrze, że wybrałem się wcześniej, z noclegiem. Potem podróż powrotna przez całą noc by zdążyć na zajęcia w Olsztynie. Męcząca wizyta we Wrocławiu ale inspirująca. Nie żałuję. I teraz z dużym opóźnieniem przepisuję swoje notatki i wrażanie ze spotkania ze studentami z Politechniki Wrocławskiej.

Wszystko zaczęło się na początku października, gdy dostałem taki oto list „(…) jestem dziennikarzem Miesięcznika Studentów Politechniki Wrocławskiej „Żak”. Mam przyjemność zaprosić Pana do udziału w panelu dyskusyjnym pod tytułem „Pozyskiwanie informacji – nie tylko naukowej”. Wstępnie planujemy zorganizować wydarzenie 9 listopada 2017 w godzinach 11:15-17:45 na kampusie Politechniki Wrocławskiej.

W ramach dyskusji pragniemy poruszyć kwestie interesujące nie tylko pracowników naukowych i studentów, ale także zwykłych ludzi, którzy rozpoczynają dopiero swoją drogę z nauką. Całość wydarzenia planujemy podzielić na trzy części. W części pierwszej chcielibyśmy porozmawiać o tym, co nas inspiruje i jakie istnieją metody pozyskiwania informacji. W drugiej części poruszylibyśmy kwestię, jak przedstawić informacje w sposób interesujący dla czytelnika, promotora czy studenta. Z kolei w części trzeciej, dla początkujących, chcielibyśmy opowiedzieć o tym, jak odróżnić rzetelny, potwierdzony badaniami artykuł naukowy od sensacyjnych, chwytliwych treści pisanych pod publikę; w jaki sposób ludzie postrzegają informację za rzetelną.

Piszę do Pana, ponieważ jako twórca bloga o bardzo szerokiej tematyce (Profesorskie Gadanie), do której zalicza się również nauka, oraz jako nauczyciel, ma Pan duże doświadczenie w prezentacji takich treści w sposób przystępny dla zwykłego odbiorcy, używając przy tym jedynie sprawdzonych informacji. Mało tego, potrafi Pan zainteresować taką tematyką użytkownika internetu, który najczęściej szuka w nim rozrywki. Właśnie dlatego uważam, że jest Pan odpowiednią osobą do opowiedzenia nam czegoś w naszym panelu dyskusyjnym.” [wyróżnienia S.Cz.)

Kilka poruszonych kwestii było bardzo aktualnych i ważnych. Jak się potem okazało, miałem dobre przeczucie, że w dużym stopniu chodzi im przeciwdziałanie upowszechnianiu się nieprawdziwych, pseudonaukowych informacji. Zetknęli się z niepokojącymi zjawiskami i najwyraźniej nie chcieli być obojętni.

Po długiej podróży miałem przyjemność wieczorem spotkać się z Redakcją studenckiego miesięcznika (na zdjęciu u góry). Sami inżynierowie. Zapytałem, dlaczego przyszli inżynierowie angażują swój czas w takie „humanistyczne” przedsięwzięcie, jakim jest redagowanie i wydawanie niezależnego czasopisma studenckiego. Odpowiedzi były bardzo dojrzałe. Przecież inżynier to też człowiek i powinien mieć szerokie horyzonty. Czy studenci mogą zrobić coś ważnego i wartościowego w nauce? Tak, oni też. Wspominam swoje koło naukowe z czasów studenckich i naszą autentyczną ciekawość poznawczą, wybiegającą poza program studiów. I teraz takich studentów spotkałem. To budujące i motywujące. My, pełnoetatowi naukowcy, uganiamy się za punktami, awansami, a czasem zaniedbujemy autentyczne życie naukowe. Wielogodzinne obrady w czasie rad wydziałów dotyczą spraw administracyjnych a nie dyskusji, poszerzających horyzonty i inspirujących sporów. Za ile punktów opublikowałeś… a nie to, czego dotyczy twoje odkrycie, twoja publikacja… Sprawy administracyjne są ważne, ale w ich natłoku czasem gubi się coś niezwykle ważnego.

Spotkanie we Wrocławiu było dla nie inspirujące i ożywcze (mimo męczącej podróży). Miałem okazję nie tylko podzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą ale i samemu przemyśleć na nowo kilka kwestii i zapoznać się z bardzo wartościowymi wypowiedziami. A teraz chcę się swoimi refleksjami podzielić.

c.d.n.

Fake news w księgarni

18836960_10211760759927842_2319900695250898447_oPowszechne jest narzekanie, że w internecie jest mnóstwo złych informacji, kłamliwych, niedobrych fake newsów. A już na pewno na portalach społecznościowych. Lepiej nie zaglądać? Tyle tylko, że internet i jakiś tam Facebook jest taki jak my sami. To lustro, w którym odbija się nasza natura. Co innego książki, te to są poważne, wiarygodne itd. Czyżby?

W ubiegłym tygodniu zaszedłem do księgarni. Już się przyzwyczaiłem (ale nie zaakceptowałem!) do tego, że na półce z książkami o fizyce i astronomii leżą książki o astrologii… Obok książek popularnonaukowych leżą książki o UFO i innych fantastycznych andronach. I niby to wszystko tak samo wiarygodne…

Ale tym razem zajrzałem na półkę z książkami historycznymi. Lubię historię i szukałem czegoś dla siebie. Między książkami historycznymi (naukowe i popularnonaukowe) zobaczyłem pozycję o rodowodzie Słowian. Sięgnąłem z ciekawością, bo spodziewałem się czegoś nowego. Nowych ustaleń, nowych faktów. Przeglądając spis treści oczy otworzyły mi się szeroko. Moja wiedza historyczna jest na tyle podstawowa, żeby zareagować zdziwieniem… na pochodzenie Słowian od Atlantydy. Imperium Ariów i Wielka Lechia. Przecież to są bzdury, pełna fantastyka! Jeśli takie pozycje leżą na półce tuż obok innych książek historycznych, to jest to zwyczajnie fake news! Gdybym nie zajrzał do spisu treści, to bym kupił… A jeśli kupi to i przeczyta ktoś niewyrobiony, z wiedzą podstawową jeszcze początkującą? Zapewne potraktuje jako fakty… przecież w książce tak napisali. I to historycznej. Pełna mimikra.

Nie mam nic przeciw tego typu literaturze. Skoro są czytelnicy, to niech sobie będzie. Ale w księgarni nie powinny być wymieszane książki popularnonaukowe z fantazją i beletrystyką czy ezoteryką. Jest to ewidentne oszukiwanie kupujących. Czym się to różni od wymieszania faktów z faktoidami w internecie? Niczym. Czytelnik musi sam odróżnić prawdę od fantazji i ewidentnego fałszu. Czy to w księgarni, czy to w internecie. Tu mała dygresja. Niedawno byłem w Sopocie. Zaszedłem do tamtejszego Empiku. Dużo książek popularnonaukowych, na osobnej półce. Bez wymieszania. Czyli można. Wymaga tylko wiedzy od księgarzy co sprzedają. 

Wróćmy do fake news. Towarzyszą nam od tysiącleci. Były jeszcze przed internetem i przed papierowymi książkami. To zwykła plotka. Błędne informacje powtarzane w dobrej wierze (bo sensacyjne, niezwykle) jak i ewidentne kłamstwa by wywołać odpowiednią reakcję. Zatem kłamstwa, manipulacje czy zwykłe historie spiskowe, miejskie legendy towarzyszą nam od tysiącleci. Czym innym są oczywiście historie zmyślone – literatura fikcji. Tworzymy opowiadania wiedząc, że jest to fantazja, by opowiadać ciekawe historie. Nie powinniśmy jednak mylić gatunków: literaturę fikcji i literaturę faktu. Historia jest historią, legenda jest legendą a fantazja jest fantazją.

Internet nie jest wolny od manipulacji i fake news. Musimy nauczyć się odróżniać fantazję od relacji i faktów. Tak jak nasi przodkowie musieli uczyć się reagować na plotki. Nie na darmo powstało przysłowie „lepiej roznosić wszy niż plotki.” Wszy są dokuczliwe i roznoszą choroby. A z przysłowia wynika, że plotki dla społeczeństwa są jeszcze bardziej szkodliwe.

Czy wiedza z Wikipedii jest wiarygodna?

wikipediaW ostatnich latach sporo energii poświęcam na zajęciach ze studentami na rozważania czym jest nauka i czym jest metoda naukowa, jak powstaje wiedza. Ostatnio w jednej z prac zaliczeniowych znalazłem takie zdanie, które mnie sprowokowało do dłuższej wypowiedzi: „eseje zawierały definicję (….) w oparciu o artykuł z Wikipedii – to nie jest źródło wiarygodnej wiedzy, jest to strona, którą każdy z nas bez problemu może edytować w swoim domu!”

Studenci, tak jak wielu innych, korzystają z Wikipedii codziennie. Dlaczego ta wiedza miałaby być niewiarygodna? Czy dlatego, że „każdy z nas (a więc student czy nawet licealista też) bez problemu może edytować w swoim domu”? Czyli wiarygodne jest tylko to, co tworzone jest przez wybrane autorytety? Student nie ma prawa współtworzyć wiedzy (encyklopedii), zwłaszcza jeśli mógłby to robić u siebie w domu?

Czy w ogóle naukowcy mogą posługiwać się informacjami z Wikipedii? Wszystko zależy od kontekstu. Ostatnio w wielu różnych podręcznikach widzę definicje czy proste informacje zaczerpnięte m.in. z Wikipedii (bo łatwy jest dostęp do encyklopedii elektronicznej). Nic w tym złego. W encyklopediach i słownikach zazwyczaj są informacje podstawowe. I są wtórne. Bo oryginalne dane, koncepcje, teorie pojawiają się najpierw w publikacjach i książkach. Dopiero z takich źródeł po jakimś czasie trafiają do encyklopedii. Warto przy tej okazji podkreślić, że żadne źródło nie jest w 100 % wiarygodne (także i czas robi swoje, to co wczoraj było wiarygodne, dzisiaj może być przestarzałe i nieaktualne). Jeśli coś jest dla nas ważne i istotne, jeśli chcemy zgłębić temat, to musimy sięgnąć do kilku źródeł, aby wyrobić sobie w miarę obiektywne zdanie na dowolny temat.

W esejach, do których odnosi się krytyczna uwaga studenta, wspomniana Wikipediowa definicja nie była istotą wywodów. Co więcej, sprawdziłem w Wikipedii rzeczone hasło. Było całkiem przyzwoicie opracowane. Nie wnoszę uwag. Zajrzałem, bo Wikipedia jest „nierówna”, gdyż ciągle powstaje i się rozwija. Niektóre hasła są bardzo dobrze opracowane inne słabiej, są dopiero zalążkiem. Kontekst i konkret wiele zmienia.

Skąd zatem przekonanie, że w Wikipedii wiedza jest niewiarygodna jako taka? Bo każdy ją może tworzyć? Tu dochodzimy do istoty wiedzy naukowej i źródeł faktów naukowych: one zawsze powstają w dyskusji między wieloma naukowcami-osobami. Dokładnie tak samo powstają hasła na Wikipedii. Można napisać cokolwiek…. ale inni będą do tego się odnosić, potwierdzać lub usuwać jako niewiarygodne, dopisywać inne pomysły, inne fakty. Napisać można ale czy się utrzyma i przetrwa próbę czasu? W wiedzy naukowej także pojawiają się różne teorie, hipotezy, fakty by szybko zniknąć z „dyskursu”. Trzeba więc umieć nie tylko edytować Wikipedię (to na szczęście jest proste) ale wskazywać źródła swoich dopisywanych informacji (fragmentów ) i trzeba umieć uzasadniać, gdy pojawią się odmienne zdania czy kontrowersje. Trzeba więc umieć dyskutować i przekonywać. Zupełnie tak samo jak w nauce „prawdziwej”. Bo tak powstaje wiedza – w dyskusji, przekonywaniach, ponawianych eksperymentach, w dialogu. I na dodatek ta wiedza jest dynamiczna, ciągle się zmienia. Bo pojawiają się nowe odkrycia, nowe przemyślenia, nowe eksperymenty, nowe fakty. W nauce nie ma nic ostatecznego. Tak jak w hasłach na Wikipedii.

Pisanie, że hasła na Wikipedii są niewiarygodne (a jest to pogląd wyrażany przez wiele osób w wielu miejscach), wynika z niezrozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty naukowe (skąd i jak się biorą treści w podręcznikach i encyklopediach). Wynika także z niezrozumienia jak funkcjonuje dyskusja w nauce i… na Wikipedii. W nauce nie powinno być autorytetów a jedynie argumenty. Metoda naukowa do tego dąży. Nie ważne kto mówi, ważne jak uzasadnia. Zatem i student może tworzyć wiedzę, np. na Wikipedii, jeśli dobrze stosuje metodę obiektywizmu naukowego, potrafi powoływać się na źródła i dobrze uzasadniać swoje wywody, pomysły, sformułowania. Dlatego w nadchodzącym semestrze wspólnie ze studentami stworzę, poprawię lub uzupełnię kilka haseł. Bo wikipediowanie to dobra metoda by uczyć rozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty w podręcznikach. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. Wikipedia podobnie. I jest znakomitym przykładem na konektywizm. A więc kolejny powód by mówić o filozofii nauki.

Trzecia kultura a idea otwartego uniwersytetu

26165647_1676648539062208_864880638777298770_nKiedy zmienia się szybko środowisko, to niektóre gatunki wymierają. Tak jak mezozoiczne dinozaury. Bez wątpienie w środowisku społecznym i edukacyjnym obecnie wiele się zmienia. Czy współczesne uniwersytety przetrwają (a jeśli tak, to w jakiej postaci)? Wracając do analogi z wymieraniem dinozaurów – nie wszystkie wymarły, niektóre przetrwały dzięki ewolucji. To ptaki, są liczne i powszechne. Zatem nie wszytko ginie, część się zmienia. To aluzja do tego, co zachodzi we współczesnej kulturze, edukacji i na nie tylko polskich uniwersytetach. Dlaczego i jak zachodzą te zmiany?

Coraz częściej i więcej pisze się i mówi o promocji nauki (i uniwersytetów) jak i popularyzacji wiedzy. Bez wątpienia działania te są słuszne. Ale w słowie „promocja” zawiera się trochę aspektów „chropowatych” – dlaczego niby promować wiedzę tak jak produkty w każdym biznesie i przedsiębiorstwie? Może wystarczy wynająć specjalistyczne firmy, zapłacić i nie zawracać sobie więcej głowy? Niech się zajmą fachowcy od marketingu. Z kolei popularyzacja wiedzy przez lata miała także pewien kontekst negatywny. Prawdziwi naukowcy są od uprawiania nauki a popularyzacją niech zajmą się jacyś dziennikarze, humaniści czy mniej zdolni naukowych. Przecież popularyzacja to mało twórcze zajęcie i podejście edukacyjne – prostymi słowy powiedzieć to, co już dawno wszyscy (w nauce) wiemy i od dawna jest w podręcznikach akademickich. Teraz tylko trzeba to zgrabnie opowiedzieć w czasopismach czy audycjach. Ale to nie jest przecież zadanie dla prawdziwych naukowców…

Na promocję nauki i popularyzację wiedzy można spojrzeć jednak inaczej, szerzej. Dlatego chcę mocniej położyć akcent na trzecią kulturę i pewne zjawiska, jakie zachodzą w kulturze i na uniwersytetach od kilku dziesięcioleci.

Jedno ze zjawisk w kulturze, kiedyś nazwane trzecią kulturą, teraz mocno objawia się w formie centrów naukowych, pikników naukowych, kawiarni naukowych czy naukowego blogowania. Trzecia kultura, narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w. a przynajmniej tam została dostrzeżona i nazwana. Według Johna Brockmana trzecia kultura to uczeni i myśliciele badający świat empirycznie (nauki empiryczne, nauki przyrodnicze). Trzecia kultura to naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które od zawsze nurtują ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens istnienia. Zaskakujące jest również to, że często prowadzą dialog z mistycyzmem i religią.

To nie jest walka przyrodników z humanistyką, Bogiem itd., ale tylko (częściowa) rezygnacja z pośrednictwa humanistów i dziennikarzy w opowiadaniu (relacjonowaniu) odkryć przyrodniczych i ich interpretacji. W szczególności w naukach empirycznych dzieje się bardzo dużo, ciągle pojawiają się nowe odkrycia, nowe hipotezy, nowe teorie. I to takie które, „nawet filozofom się nie śniły”, zmuszając do ponownego przemyślenia kwestii, które od dawna wydawały się raz na zawsze rozstrzygnięte. Od czasów rewolucji naukowej z XVI wieku proces ten nabiera przyspieszenia. Po wieku chemii i fizyki nadszedł wiek biologii. Zmiany i skala odkryć są tak duże, że podręczniki za tym nie nadążają (zbyt wolny cykl wydawniczy w stosunku do pojawiających się odkryć). W rezultacie ogólne kształcenie przyrodnicze w szkołach średnich i na studiach szybko się w części dezaktualizuje a wykształcony człowiek może mieć znaczące luki w wiedzy i rozumieniu współczesnego stanu wiedzy (niech za przykład posłużą tylko napisy na etykietach produktów spożywczych „bez GMO”). Dotyczy to także naukowców różnych specjalności (przykład z książką „Sapiens. Od zwierząt do bogów” z mocno zdezaktualizowanymi informacjami na temat ewolucji, człowieka i kultury).

Kiedyś to humaniści byli pośrednikiem w przekazywaniu, analizowaniu i upowszechnianiu wiedzy przyrodniczej (całej wiedzy, w tym, i przyrodniczej). Wszystko w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Narastał coraz większy dysonans między przyrodnikami a humanistycznymi elitami. Pół wieku temu chemik fizyczny i pisarz w jednej osobie, Charles Snow w książce „Dwie kultury” trafnie to opisał. Zbyt szybki jest przyrost wiedzy, by mogli interpretować i przekazywać społeczeństwu humaniści (jedynie oni). To nie jest negowanie znaczenia humanistyki, to jest rezygnacja z nieporadnego pośrednictwa (coś na pewno trzeba zmienić). Bo przy gwałtownym przyroście wiedzy we wszystkich dyscyplinach oraz rosnącej specjalizacji naukowej wszyscy potrzebujemy stałego aktualizowania i przystępnego, jasnego popularyzowania wiedzy z innych dyscyplin. W oświeceniu można było być uczonym i mieć aktualną wiedzę o wszystkich badaniach z zakresu całej wiedzy. Teraz można być tylko wyspecjalizowanym naukowcem a wiedza ogólna wyniesiona przed laty ze szkoły (czy nawet studiów) jest mocno nieaktualna. Zmierzam do tego, że tak zwana popularyzacja i upowszechnianie wiedzy nie jest jak kiedyś przekazem (z pośrednictwem) od naukowców do zwykłych zjadaczy chleba a jest upowszechnianiem wiedzy dla wszystkich (także skierowana do naukowców). Jest bardziej dialogiem interdyscyplinarnym i wzajemnym aktualizowanie stanu wiedzy w różnych jej obszarach.

Wyodrębnione przez Snowa „dwie kultury” to kultura humanistów („uczonych o literackiej proweniencji” – teoretycznie lepiej wprawionych w komunikacji międzyludzkiej, sprawniej i lepiej opowiadających i piszący, bo mówienie i pisanie to domena humanistów i ich warsztatu) oraz kultura przyrodoznawców, empiryków (naukowcy o chyba mniej sprawnej komunikacji, nie docierają co szerokiej publiczności, kiepsko mówią i kiepsko piszą – tak przynajmniej było, w pewnym uproszczeniu). Przyczyną narastającego od XIX wieku podziału stał się z jednej strony, burzliwy rozwój nauk ścisłych i techniki, z drugiej zaś konserwatyzm elit społecznych, z uporem lansujących tradycyjny, humanistyczny model kształcenia. Zajęte kiedyś pozycje elit intelektualnych były pilnie strzeżone przed nowymi „probówkarzami”, poruszającymi zasadnicze dla ludzkości kwestie. W zasadzie nowożytna nauka zaczęła się w Renesansie gdy uczeni przestali studiować jedynie księgi a zapragnęli sprawdzić w terenie jak wygląda mandragora, ssaki, ogień, Ziemia itd. Nie tylko analizować tekst z księgi ale sprawdzić w terenie i eksperymentalnie. Tak narodziła się współczesna rewolucja naukowa. Rola weryfikacji empirycznej stale rosła.

W połowie XX wieku C.P. Snow ujawnił narastający konflikt i wywołał ożywioną dyskusję. Sam pamiętam dyskusje (nie wiedząc nic jeszcze o książce „Dwie kultury) rozmowy z pewnym chemikiem – dziwiliśmy się, dlaczego niektórzy humaniści z dumą podkreślają publicznie, że nie znają się na fizyce, biologii czy chemii. A jednocześnie przyrodniczy raczej nie obnoszą się z faktem braków w lekturze Szekspira itd. Zatem nawet u nas trzeba się wstydzić braku znajomości teatralnej czy literackiej ale już nie ignorancji w zakresie wiedzy przyrodniczej.

Snow liczył na dialog i wzajemne zrozumienie obu kultur. Brockman poszedł niecierpliwie dalej, stworzył termin trzeciej kultury jako swoistej samodzielności komunikacyjnej przyrodników, tych którzy sami o swoich odkryciach piszą i mówią, wprowadzając je do obiegu ogólnospołecznego także w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Temu procesowi sprzyjało upowszechnienie się druku, podniesienie poziomu scholaryzacji i wzrost czytelnictwa. Wydaje się, że w wieku XXI procesy ujawniania się trzeciej kultury nabrały dynamizmu i powszechności. Stąd coraz częściej mówimy z afirmacją o promocji nauki czy popularyzacji wiedzy.

Ujawniony przez Snowa i Brockmana konflikt w kulturze w jakimś stopniu był tylko fragmentem szerszych zmian w społeczeństwie współczesnym. Po ich publikacjach narodziła się trzecia rewolucja technologiczna. We współczesnym świecie zmieniło się jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Narodziły się zupełnie nowe formy komunikacji, skracające znacząco dystans między laboratorium a „szarym” obywatelem. Już w wieku XXI jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły centra naukowe, upowszechniające naukę, pikniki i festiwale naukowe. Narodziła się zupełnie nowa jakość a w jakimś sensie tradycyjne uniwersytetu poczuły się zagrożone. Dzięki mobilnemu internetowi i upowszechniającej się coraz bardziej literaturze faktu dostęp do wiedzy jest tak duży jak nigdy wcześniej.

O jeszcze jednym czynniku chciałbym wspomnieć: znaczący wzrost liczby osób wykształconych na poziomie wyższym. Magistrów, licencjatów i inżynierów jest stanowczo za dużo, jeśliby wykształcenie wyższe traktować jako elitarne i zawodowe. Ale wystarczająco dużo jest przygotowanych odbiorców kultury naukowej, głodnych wiedzy o świecie (uniwersytet zmienia się z elitotwórczego i zawodowego na kulturotwórczy). Dostrzegliśmy edukację ustawiczną i pozaformalną. Uniwersytety albo dostrzegą tę szansę (i ewolucyjnie się zmienią), albo „wyginą”, to znaczy ich rola zostanie zmarginalizowana, np. przez zupełnie nowe formy upowszechniania wiedzy i edukacji.

Do tradycyjnej już misji uniwersytetów tworzenia nauki i standardowej dydaktyki (studenci w cyklach kilkuletnich) dodać trzeba coraz istotniejszą trzecią misję – misję społeczną, w tym edukację otwartą, pozaformalną. Twórcze uniwersytety otwierają się coraz bardziej, czego znamiennym przykładem jest chociażby siódma już ogólnopolska Noc Biologów, która odbędzie się 12 stycznia 2018 roku. Do tego trzeba zupełnie nowych form. W tej misji mieści się zarówno popularyzacja wiedzy jak i promocja nauki. Ale rozumiane nie jako proste działania marketingowe, mające zapewnić kandydatów na studia czy proste upowszechnianie wiedzy od naukowców do mniej wiedzących uczniów, ale jako szeroką dyskusję i upowszechnianie wiedzy także skierowanej do innych naukowców. Może zabrzmi to paradoksalnie ale trzeba upowszechniać naukę … wśród samych naukowców.

Dużo się zmienia, ale chyba jeszcze w przynajmniej małej części, funkcjonują te dwie kultury (humaniści i przyrodnicy), które się nie rozumieją. Pierwsza, przyzwyczajona jest do roli lidera i pośrednika – intelektualiści słowa i pióra ale nie nadążają za światem odkryć naukowych i nie rozumieją go. A dalej chcą być na pierwszym planie „celebrytów”. Druga ostatnio „brutalnie” różnymi wskaźnikami, parametryzacją i punktami w jakimś stopniu „się odgryza” i spycha humanistów na margines (przynajmniej finansowy i prestiżowy). Może oba te zjawiska są przyczyną powrotu teorii spiskowych i antynaukowych? Bez wątpienia trzeba nam nowej transformacji w obrębie nauki i uniwersytetów i ich relacji z kulturą.

Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów (nie tylko przyrodników) na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, w pracowniach nauk empirycznych ale i archiwach historyków, pracowniach antropologów, filozofów, literaturoznawców.

W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki (hermetyczny krąg wysublimowanej wzajemnej adoracji). Można odnieść wrażenie, że urwał się już kontakt z rzeczywistością. Tym bardziej, że ta rzeczywistość tak gwałtownie się zmienia za sprawą współczesnych odkryć naukowych i technologii, towarzyszących nam na co dzień. Współczesne odkrycia biologów wnoszą dużo nowego także do dyskusji filozofów jak i przeciętnego człowieka (GMO, in vitro, bakterie antybiotykooporne, sztuczna inteligencja itd.). Coraz bardziej nie rozumiemy świata, która nas otacza i na co dzień musimy w nim funkcjonować. Szukamy objaśnienia, zrozumienia… albo uciekamy w denialistyczne teorie spiskowe… Być może popularność różnych teorii spiskowych i negacji wynika z tego konfliktu „dwóch kultur” i braku umiejętności dialogu oraz kulturowej recepcji współczesnych odkryć naukowych.

W XX wieku w potocznej kulturze z odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka zbyt bardzo wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin. Teraz tę listę trzeba uzupełnić o zupełnie nowe nazwiska współczesnych uczonych i współczesnych odkryć…

Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Uczeni tworzący tak zwaną trzecią kulturę sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. W wieku XXI ważnym kanałem tej komunikacji sa blogi naukowe i różnorodne portale społecznościowe. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.

Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca. Ale codziennie na łamach gazet, tygodników, na antenie radia czy telewizji pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai i setek innych.

Wielu humanistów może z dumą powiedzieć, że nie rozumie czy nie ma pojęcia o matematyce, fizyce, chemii, kosmologii czy biologii. Ale równocześnie jeśli przyrodnik nie czytał Miłosza, Szymborskiej wcale nie jest z tego dumny. Czasem mogłoby się wydawać, że tylko humaniści mają niekwestionowany monopol na rozwiązywanie zagadek egzystencjalnych. Przyrodnicy trzeciej kultury przeczą temu mitowi. Tyle tylko, że do tradycyjnych kompetencji warsztatu akademickiego i naukowego trzeba teraz dodać umiejętność sprawnej komunikacji z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Już nie tylko kursowe wykłady na uczelni i specjalistyczne publikacje naukowe ale wykłady na otwartych piknikach naukowych, czasopisma popularne, współpraca z mediami, proste i zrozumiałe pisanie w internecie. To nowe środowisko edukacyjne dopiero powstaje na naszych oczach i nie do końca jeszcze wiadomo jaki przyjmie ostatecznie kształt. Uniwersytety powinny aktywnie dyskutować o tych kompetencjach i świadomie współtworzyć wspomniane nowe środowisko edukacyjne. Odkrywać, eksperymentować i współtworzyć.

Trzecia kultura to naukowcy (nie ograniczałbym ich jednak tylko do przyrodników ale rozumiem naukowców wszystkich specjalności i dziedzin badawczych, z humanistyką włącznie) poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie, którzy piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo nawet i w USA mętne wypowiedzi uznawane są za trudne a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani byli pogardliwie przez kolegów „z branży”. To się w ostatnich latach chyba zasadniczo zmienia. Za sprawą takich słów jak „promocja” i „popularyzacja” nauki. Ja dorzuciłbym jeszcze takie określenia jak: otwarty uniwersytet, otwarta wiedza, edukacja pozaformalna.

W moim odczuciu zainicjowany w 2017 roku Marsz dla Nauki, jest jeszcze jednym przykładem zachodzących, głębokich procesów w kulturze.

 

Plakat dotyczy spotkania w dniu 10 stycznia, w ramach Twórczego Uniwersytetu, w Łodzi. (zobacz szczegóły)