Nikt nie staje się w pełni człowiekiem w pojedynkę

trawnik_ulicaTrafiając na cenne i wartościowe myśli, chce się je jakoś mocno zapamiętać, utrwalić. Chyba dobrym sposobem jest zapisywać… i dyskutować. Poszukanie związku z innymi elementami wiedzy zgromadzonej w głowie jest nie tylko odłożeniem na półkę w szafie mózgu ale i funkcjonalnym powiązaniem z innymi pojęciami, zjawiskami itd. Wtedy łatwiej sobie taką myśl przypomnieć. Nie jest eksponatem w magazynie tylko używanym narzędziem.

Przy porannej lekturze trafiłem na takie wyjątkowo trafne zdanie:

„Nikt nie staje się w pełni człowiekiem rozumnym w pojedynkę; nasze umysły zawdzięczamy wychowaniu w kulturze, w bliskości z innymi ludźmi.”

Zdanie odnosi się do ewolucji ludzkiego języka, ale dostrzegam w nim znacznie głębszą myśl. Artykuł pt. „Najważniejszy wynalazek ludzkości” (chodzi o język!) Łukasza Kwiatka ukazał się w Tygodniku Powszechnym i jest omówieniem książki „Ewolucja języka. W stronę hipotez gesturalnych”. Zaciekawiony na pewno sięgnę po tę książkę. Rozważania o języku nasunęły mi nieco inne analogie społeczne, odnoszące się do lokalności i globalności jak najbardziej na czasie.

A dlaczego zamieszczam zdjęcie z ulicznego trawnika jako ilustrację do cytatu, odnoszącego się do ewolucji języka? Zdjęcie pochodzi z wczorajszego happeningu „Zielona partyzantka – odsłona druga” (zobacz zdjęcia). Tworzenie przestrzeni publicznej, w której można rozmawiać, jest tworzeniem warunków do rozwoju kultury. I tego by można było w pełni stawać się człowiekiem w bliskości z innymi. Język jest swoistym iskaniem się na odległość. By wyrastać do pełni człowieczeństwa potrzebni są ludzie i kontakt z nimi. Wspólna praca, wspólne rozmowy nawet „o niczym”. Akcja polegała na zamianie nielegalnego, dzikiego parkingu na zieloną przestrzeń, w której ludzie mogą się spotykać. Jednym słowem obywatelskie, spontaniczne i oddolne budowanie warunków do rozwoju kultury… i praktycznego korzystania z języka, najważniejszego wynalazku Homo sapiens. Przy okazji była to dobra rewitalizacja, bo do prac włączyli się miejscowi, z ulicy. I ja tam byłem, kowale bezskrzydłe na kamieniu namalowałem oraz kilka kwiatków zasadziłem.

I na tym tle wspominam nasz Dzień Wolności, wybory 4 czerwca 1989 roku. Ważny dzień dla mnie, dla Polaków, dla Polski. Wolność trzeba uzyskiwać aktywnie, tak jak teren zielony dla ludzi w środku miasta. I stale zabiegać, bo nigdy nie jest dane raz na zawsze. Nie mogę być w Warszawie na manifestacji by pokazać na ulicy moje uznanie dla wolności w pełni odzyskanej w 1989 roku jak i współczesnych starań o zachowanie zagrożonej wolności. Swoje poparcie wyrażam więc blogowo. Tak jak mogę, tak jak potrafię.

W wyborach 1989 roku byłem członkiem komisji wyborczej w Olsztynie. Już nie pamiętam czy przewodniczącym czy wiceprzewodniczącym komisji. Długo liczyliśmy głosy, bo nie bardzo wiedzieliśmy jak interpretować skreślenia: lista krajowa była najczęściej przekreślana w całości, ale niektórzy utrzymywali, że te nazwiska, których przekreślenie nie dotykało, należy liczyć na „tak”. Liczenie głosów trwało bardzo długo. To były czasy bez telefonów komórkowych i żona się bardzo martwiła. W domu nie mieliśmy telefonu stacjonarnego, więc wieści nie było. Wróciłem do domu późno ale z dobrą nowiną. Czekaliśmy tylko na zbiorcze wyniki, które były równie dobre. Wielkie zwycięstwo wolności i aktywności ludzi.

I tę wspaniałą chwilę z 1989 roku dzisiaj wspominam. Świętuję i celebruję. Lokalnie, podwórkowo, językowo.

Moje poranne maki

maki_1Wcześnie wstaję, zwłaszcza latem. Jestem więc typem skowronka. Ale bardziej skowronkowate są ode mnie maki. Te które rosną za ulicą. Gdy siadam do wczesnego śniadania one, od kilku dni przepięknie oświetlone porannym słońcem, już są i roztaczają przecudny widok. Gdy wychodzę do pracy – one są, coraz liczniejsze. Ale gdy wracam, już ich nie widać. Następnego poranka ponownie się ujawniają. W południe się kulą i skrywają.

Dzisiaj rano poszedłem im zrobić zdjęcie. Bo piękno ich jest ulotne (chcę ocalić we wspomnieniach i utrwalić obrazem, by wracać myślami). Trwa kilka dni i nie wiem kiedy się skończy. Dopiero, gdy podszedłem bliżej to zauważyłem, że są kwiatami obrócone ku Słońcu. Skąpane w porannej rosie grzeją się w promieniach. Widoczne w całej krasie dla owadów zapylających. Ktoś też ma śniadanie. Nektarowo-pyłkowe.

Moje poranne maki korzystają z okazji. Kiedyś była tu ładna dolina Łyny. I planowany park. Nawet ma nazwę, Park im. J. Korczaka. Ale systematycznie fragmenty planowanego parku znikają pod różnymi inwestycjami. W ubiegłym roku nawieźli tu gruzu i ziemi budowlanej z piaskiem i gliną. Podobno będzie tu myjnia samochodowa i parking. Walec wyrównał i nasypisko pozostało, powoli osiadając na torfowym podłożu. I z tej krótkiej okazji korzystają rośliny. Rosną tam, gdzie ich nikt nie posiał. Gatunki wczesnosukcesyjne, ekologiczni oportuniści i generaliści (wiem, że brzydkie słowo, ale oportunista w sensie ekologiczny też coś innego znaczy niż myślimy – generalista to nie od generała). Gdzieś obok pojawiają się kolejne sterty gruzy, a one rosną. Ulotna chwila. Maki z tego korzystają. Może zdążą nawet wydać nasiona, by kolejne pokolenie szukało okazji na wzrost i rozwój?

Śniadaniowe maki korzystają z każdej okazji, codziennie od kilku dni, z porannego słońca. I z chwili, gdy nie jeżdżą spychacze oraz ciężarówki. Dają chwilowe piękno. Można się od nich uczyć cieszenia się chwilą i łapania każdej okazji. By czynić piękno i cieszyć się pięknem. Nawet, gdy wiadomo, iż koniec jest bliski. Kiedyś ten nieszczęsny parking powstanie…

maki_2

Wyedukowana antropochoria w urbicenozie

nasiona1Tytuł tak zawiły i nasycony naukowym żargonem, że „klękajcie narody”. Ale i mnie czasem kusi by napisać tak mądrze że aż nie wiadomo o co chodzi. Zatem wyjaśniam tytuł i jaki ma on związek z załączonymi zdjęciami.

Wczoraj obchodziliśmy międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności. Chciałem coś specjalnie na to święto napisać, ale byłem w podróży i jakoś tak przemknęło. Więc dzisiaj będzie. Na dodatek już w środę w Olsztynie, w ramach międzynarodowego Dnia Fascynujących Roślin Wydział Biologii i Biotechnologii UWM zaprasza na majówkę z etnobotaniką. Ja zapraszam na malowanie dachówek (łąka z owadami).

Tytuł sprowokowała przesyłka, którą dzisiaj dostałem z Welskiego Parku Krajobrazowego. Obchodzą jubileusz dwudziestolecia. I z tej okazji wysyłają… małe paczuszki z nasionami „chwastów”. Ucieszyła mnie ogromnie. Wysieję pod moim blokiem, gdzieś na trawniku lub na kwiatowych rabatach. Będzie to wyedukowana troska o bioróżnorodność w mieście.

Najpierw wyjaśnię termin antropochoria. Oznacza on rozprzestrzenianie nasion roślin przez człowieka. W części jest to typowa zoochoria (dyspersja roślin za pomocą zwierząt). To wszystkie te „rzepy” – nasiona, które przyczepiają się do naszych ubrań, niczym do sierści i futra, za pomocą różnorodnych haczyków.. Gdy wałęsamy się po „chaszczach” przynosimy na ubraniu wiele nasion. Rośliny wyspecjalizowały się do takiej podróży na gapę, Po prostu zwierzęta (w tym i człowiek) pomagają w dyspersji roślinom. Ale antropochiora ma jeszcze inne formy.

Jeśli jest to świadome rozprzestrzenianie  roślin uprawnych, to nazywamy ten rodzaj antropochorii etolochorią.  Bardzo często przenosimy gatunki roślin daleko poza ich naturalne zasięgi występowania. Towarzyszy temu udomawiania (domestykacja) i ewolucyjne dostosowanie się tych gatunków do trwałego współżycia z człowiekiem. Nie zawsze jednak świadomie rozprzestrzeniamy rośliny, przykładem jest speirochoria (rodzaj antropochorii). Jest to rozprzestrzenianie się diaspor chwastów towarzyszących uprawom. Niejako chwasty wykorzystują człowieka i dostosowują się do sposobu uprawy by „załapać się na gapę”.  Cykl życiowy i budowa nasion ułatwia ich zbiór wspólnie z materiałem siewnym roślin uprawianych. W wyniki zmiany sposobu uprawy dawne chwasty są zagrożone wyginięciem. Ale w ich miejsce w agrocenozach pojawiają się inne gatunki. My tymczasem staramy się chronić niegdyś uciążliwe chwasty… bo giną. I jest w końcu agochoria czyli rozprzestrzenianie diaspor z rozmaitymi towarami, paszami, produktami spożywczymi, ziemią ogrodową itd. Ale tego sposobu atropochorii, który jest na załączonym zdjęciu jeszcze nie nazwano. Bo jest to świadome rozprzestrzenianie „chwastów” czyli bioróżnorodności. Umownie nazwałem to wyedukowaną antropochorią, swoistą ochroną przyrody poza obszarami chronionymi (parki narodowe, parki krajobrazowe, rezerwaty itd.).

Obserwujemy spadek różnorodności biologicznej w wielu ekosystemach. Miasta (owe w tytule zawarte  urbicenozy) mogą być miejscem „uprawy” różnorodności biologicznej i miejscem ochrony przyrody. Na przykład na miejskim trawniku. Wiele razy już pisałem o owadach zapylających, budowie hoteli dla pszczół itd. Czasami przywożę różne nasiona dziko rosnących roślin i próbuję rozsiewać w mieście. Teraz dostałem gotowy zestaw. Nawet nie wiem jakie to gatunki. Przygotowałem rabaty kwiatowe (by miejscy kosiarze nie wykosili roślin do gołej ziemi), ale oprócz sadzonek z kwiaciarni staram się „uprawiać” dziko rosnące gatunki. Niech będą pociechą dla oka, okazją do edukacji przyrodniczej oraz bazą pokarmową dla owadów zapylających. Część wysieję w skrzynkach balkonowych. Bo dzikie jest piękne.

nasiona2

O owadach zapylających w mieście i o wydłużonej edukacji pozaformalnej

DSCN3010Ten wpis jest komplementarnym dopełnieniem krótkiego programu telewizyjnego (wtorek 17 maja 2016, TVP3 Olsztyn, pasmo poranne, ok. godz. 7.40, powtórka o 17:45 i 19:30 – „Pora na przyrodę”.). Tematem telewizyjnego materiału są owady zapylające w mieście i tak zwane hotele dla pszczół. Ale chodzi mi o coś więcej niż krótkotrwałe zadziwienie jakimś zjawiskiem, problemem, faktem (naukową „sensacją”). Chciałbym zachęcić do długotrwałego poznawania przyrody. Eksperymentuję, rozpoznaję nowoczesne narzędzia komunikacji i próbuję nowych możliwości w zakresie edukacji pozaformalnej (przede wszystkim poprzez współpracę – tak jak w ekosystemie o sukcesie decyduje wspólnotowość). Jest to jednorazowa próba, ale może z tego urodzi się coś więcej i na dłużej.

Dorośli też są ciekawi świata, jak dzieci. W telewizji był krótki materiał (7-8 minut) wraz z rozmową. Trochę mało? Dlatego proponuję doczytanie, na przykład na niniejszym blogu (potem może powstanie systemowe rozwiązanie). Zaciekawić, zadziwić i zachęcić do kontynuacji (w dalszej części będzie więcej na ten temat),

Ale najpierw o owadach wmieście. Nie tylko pszczoła miodna zapyla kwiaty. Bez owadów zapylających wiele gatunków roślin po prostu by wyginęło bo znacznie utrudnione byłoby zapylenie a w konsekwencji wydawanie nasion i rozmnażanie. Miliony lat koewolucji owadów i roślin doprowadziło do tej zależności ekologicznej. Blisko 70-80 procent roślin jadalnych (uprawianych przez człowieka) to gatunki owadopylne. Bez owadów świat były dużo uboższy i… bardzo dla nas ludzi nieprzyjemny.

Nie za bardzo sobie uświadamiamy fakt, że żyjąc w mieście żyjemy w przyrodzie, w niezwykle ciekawym ekosystemie (urbicenoza). Nie trzeba więc jechać daleko by być w sercu dzikiej przyrody (dzikiej w czasach nowoczesności).

Owady zapylające to na przykład pszczoły samotnice, motyle, muchówki i wiele innych. Czy zwracamy na nie uwagę? Potrzebne im miejsce do gniazdowania (siedlisko życia), a w mieście siedlisko bardzo przekształciliśmy (i to niekorzystnie dla przyrody i nas samych). Brak strzech, nieimpregnowanego drewna, szczelin, drzew dziuplastych. Wszystko sterylne, plastikowe, szklane, wybetonowane. Budowanie tak zwanych „hoteli” to zwiększanie miejsc dogodnych do bytowania, zakładania gniazd, schronienia dla wielu gatunków stawonogów. Poza tymi „domkami dla biedronek” potrzebne jest odpowiednie gospodarowanie terenem w mieście. Po trzecie potrzebny do życia owadom jest pokarm a więc kwitnące rośliny. To problem np. nadmiernie i nieumiejętnie wykoszonych miejskich trawników. Nie wystarczą hotele dla pszczół, potrzebne są kwitnące trawniki, balkony i miejsca zielone.

Niektóre pszczoły samotne budują swoje gniazda w łodygach trzciny (np. murarka ogrodowa), inne drążą w glinie (brak odsłoniętych skarp i glinianych lepianek), inne na odkrytej glebie piaszczystej lub gliniastej (przeczytaj o pszczolince). Jeszcze inne wykorzystują wosk i włoski roślin – zatem potrzebne są odpowiednie rośliny. W końcu inne budują w … pustych muszlach ślimaków. Różnorodność przyrody jest ogromna i niezwykle ciekawa.

Aby owady zapylające przetrwały w mieście powinniśmy tworzyć im odpowiednie siedliska. W tak zwane usługi ekosystemowe warto inwestować, tak samo jak w nowe technologie. Chcesz wiedzieć więcej? Przeczytaj i to:

DSCN1108Przejdźmy teraz do edukacji poza murami szkoły, także dorosłych (edukacja pozaformalna i ustawiczna). Jednym z atrakcyjnych tematów jest ekologia w mieście. Nie tylko poznać ciekawostki i wybrane fakty ale i przede wszystkim zrozumieć procesy zachodzące obok nas. Także i po to, by mądrzej i efektywniej gospodarować oraz organizować przestrzeń przyjazną dla człowieka (mieszkańca miasta) – aby Polak był mądry przed szkoda a nie po szkodzie..

W tak rozumianej edukacji ważne jest tworzenie okazji do samodzielnego odkrywania świata wokół nas, w tym przypadku przyrody. Poznawanie faktów ale i rozumienie zjawisk. Zadziwić, zainteresować a co dalej? Od nas coś zależy, możemy być aktywni. Po pierwsze kontynuować rozmyślania nad wybranym zjawiskiem, doczytać – bo cóż można się dowiedzieć w ciągu 7 minut programu telewizyjnego? Tymczasowo umieszczam niniejszy wpis na blogu, z linkami – obserwuj owady wokół swojego domu, poznawaj, działaj.

Doczytaj, dowiedz się więcej. Nie chodzi o krótkotrwałe „wybuchy i fajerwerki” na jednorazowym festiwalu naukowym (lepiej zostań twórcą a nie tylko biernym konsumentem). Chodzi o zwrócenie uwagi, zaciekawienie i inspirację do dalszych, samodzielnych poszukiwań (edukacja pozaformalna we współpracy z telewizją, w tym konkretnym przypadku). Obserwuj przyrodę w najbliższym otoczeniu. To najlepsza edukacja. Dostrzeż problem i dalej go poznawaj. Nie tylko wyszukując kolejne informacje ale i przez samodzielne i aktywne poznawanie (we współpracy np. z uniwersytetem czy innymi instytucjami, przygotowującymi materiału do inspiracji i do samodzielnych obserwacji). Obserwuj. Owady zapylające to wdzięczny obiekt badawczy. Oraz kwitnące rośliny w mieście. Siądź w oknie lub na ławeczce lub po prostu na trawniku, i obserwuj. Notuj, dyskutuj oraz publikuj (np. tu http://natura.wm.pl/)

Eksperymentuj. Zbuduj lub kup „hotelik”, umieść na ścianie budynku i obserwuj. Co i kiedy przylatuje. Może uda się rozpoznać gatunek? Dokumentuj obserwacje np. fotograficznie czy w swoim notatniku. I dziel się obserwacjami z innymi. Żywe laboratorium w mieście, na trawniku, balkonie, na miejskim czy wiejskim skwerze. W skrzynce balkonowej nie muszą być tylko kwiaty ogrodowe, mogą być zioła, „chwasty” i donica z glebą, w której pszczoły samotne zbudują norkę i złożą jaja. Albo mrówki. Przykłady obserwacji miejskich znaleźć można na niniejszym blogu, w tym z wykorzystaniem zdjęć i obserwacji moich czytelników. Eksperymentuj, jesteś w szkole. Takiej poza murami klasy.

A ja o rezultatach swoich edukacyjnych eksperymentów i obserwacji opowiem m.in. na trzech zbliżających się konferencjach dla nauczycieli (Uczę się, poszukuję, dyskutuję i próbuję realizować) :

Ps. Informacje z linkami jak zbudować dobry „hotel” dla pszczół umieszczę za kilka dni.

O gęsiówce piaskowej, bioróżnorodności w mieście i samoorganizacji życia

trwanik2Życie jest fenomenem samoorganizacji, jakby istniała tajemnicza siła (np. syntropia), która niczym grawitacja, popycha różnorodne struktury do coraz większej złożoności. Życie to samoorganizacja i samoregulacja. Przekładając to na działania praktyczne i codzienne wystarczy tylko pozwolić na samodzielne działanie i „samo się zrobi”.

Posłużę się przykładem z miejskim trawnikiem. Można sadzić rośliny ludzką ręką, kupować w sklepie, przynosić, plewić „chwasty” by nasze rosło bez problemu. Ale można czy pozwolić rosnąć tym, które „same się zasiały”. Dosiewać nasiona roślin dziko rosnących i pozwolić na samo-pielęgnację trawnikowej łąki. A przynajmniej nie przeszkadzać zbytnio. Na przykład pod moim oknem wyrosła i cudnie wyglądała gęsiówka paskowa zwana także rzeżusznikiem piaskowym. Małe, delikatne kwiatki przepięknie komponują się z zasadzoną przez mnie niezapominajką i bratkami. Same wyrastają mniszki lekarskie. Wcześniej dosiane stokrotki „ogrodnicy miejscy zniszczyli w ubiegłym roku)…

Praktyka „pielęgnacji zieleni” polega na usuwaniu tego, co samo wyrosło, i kosztowne sadzenie hodowlanych roślin. Jak co roku, pod nieobecność (byłem w pracy) wpadli urzędowi kosiarze i wygolili do niemalże gołej ziemi. Ostały się tylko fragmenty, w rabatach, osłoniętych kamieniami, jak granicą czy szańcem, barykadą. I tam by wygolił, gdyby nie hodowlane rośliny, jako znak „nie ruszać, sadzone ręka ludzką”. Tak ocalał bluszczyk kurdybanek (lokalnie nazywanym kocią morda, tez roślina kuchenna i przyprawowa, smaczna). Ale inne kwitnące rośliny zniknęły. I mniej ładnie i brak bazy pokarmowej dla owadów zapylających. Ciężko jest przyrodzie w mieście przy urawniłowkowych gustach niezbyt dobrze wyedukowanych pielęgnatorów zieleni miejskiej.

W innym miejscu rósł podagrycznik. W tym roku już go wykorzystywałem do sałatek, przepyszny. Miałem trawnik z ziołami. Teraz już go nie ma. Wykoszony. W ubiegłym roku też skosili, razem z zasadzoną przeze mnie różą (ogrodziłem palikami – nie pomogło). W tym roku osłoniłem ją szańcem z kamieni, może odbije i urośnie.A przy niej coś się jeszcze uchowa z bioróżnorodności wszelakiej.

Gęsiówka ocalała w mojej skrzynce balkonowej. I niech rośnie, dosadzę pelargonie (po „zimnej Zośce”) a ją zostawię. Na rozmnożenie. Bo to taki mini rezerwat bioróżnorodności w mieście. W skrzynkach balkonowych, w wydzielonych kamieniami i płotkami refugiach na trawniku, tworzyć możemy małe rezerwaty przyrody i rezerwaty bioróżnorodności. Nie tylko dla siebie ale i dla owadów. By potem obserwować je w naszym otwartym laboratorium przyrody.

Gęsiówka piaskowa, rzeżusznik piaskowy (Cardaminopsis arenosa syn. Arabis arenosa) to roślina roczna, dwuletnia lub wieloletnia. Wszystko zależy od warunków lokalnych i sprzyjających okoliczności. Niewielkich rozmiarów – od 4 do 40 (czasem nawet 80 ) centymetrów wysokości. Kwitnie od kwietnia do czerwca, czasem nawet do sierpnia. Gęsiówkę spotkać można na glebie piaszczystej, kamienistej oraz na siedliskach ruderalnych, nieużytkach, gruzowiskach, przy drogach. Jako „chwast” występuje w uprawach rolnych. Jest gatunkiem światłolubnym i synantropijnym (związanym z siedliskami ludzkimi).

Na swój miejski trawnik przyniosę w wakacje trochę nasion innych roślin, wspomagając samorozsiewanie się i dyspersję. Zeszłoroczne próby z malwami się nie powiodły… Ale nie zrezygnuję!. Życie i tak samorganizuje się. Będzie co obserwować, łącznie z zaburzającymi katastrofami, w tym przypadku powodowanymi przez mało adekwatne zabiegi „wykaszania” i pielenia.

Cudownie byłoby w pełni poznać tę zasadę samoorganizacji. W wiekach fizyki w filozofii nauk królowała II zasada termodynamiki i entropia. Teraz, w wieku biologii, coraz częściej „rozpycha” się w świadomości druga zasada samoorganizacji i umowna (ciut hipotertycznie na razie) syntropia. Wyglądając z okna i przyglądając się miejskiemu trawnikowi lub skrzynkom balkonowym (a tam nie tylko rośliny ale i owady są!), można przyglądać się przyrodzie i snuć rozmyślania o filozofii przyrody.

trawnik1

balkonowa

Gęś gęgawa czyli jak Olsztyn nieustannie przyrodą zaskakuje

gesgegawa_1Olsztyn już mnie wielokrotnie zaskakiwał swoją przyrodą: zające w mieście, chruścik niprzyrówka rzeczna, motyl czerwończyk nieparek, tracz nurogęś i wiele innych. Idąc do pracy ostatnio słyszę żurawie. Wczoraj, przy samej ulicy zobaczyłem parę gęsi gęgawych z młodym pisklakiem. Chyba trzeba aparat fotograficzny nosić ze sobą codziennie (ten w telefonie nie jest najlepszy).

Te niespodzianki to wynik dwóch procesów. Z jednej strony dobry efekt ochrony przyrody (tak jak w przypadku bobrów czy łosi), w drugiej efekt procesów synurbizacji. Czyli ewolucyjnego przystosowywani się zwierząt i roślin do życia w warunkach miejskich. To fragment szerszego procesu synantropizacji. Bo człowiek zmienił większość ekosystemów, mocno je przekształcając. Dla dzikiej przyrody możliwości są dwie: albo wyginąć albo się ewolucyjnie przystosować.

Przechodząc codziennie obok dawnego jeziora Płuciduga Mała, widywałem już i sarny, wiele różnych drobnych zwierząt, owady, kilka lat temu gniazdo remiza. I sporo śmieci. Jak to w mieście. Przez kilka lat sam sprzątałem lub organizowałem sprzątanie… ale ciągle śmieci przybywa. Ani to ładnie ani bezpiecznie dla dzikiej przyrody. Kiedyś było tu jezioro, potem osuszone i zmeliorowane. Ale z czasem nieco zatkały się rowy i teren stał się podmokły z rozległym trzcinowiskiem. Trwa mino systematyczne zasypywania gruzem, śmieciami… I trwa przyroda.

Gęś gęgawa (Anser anser) to przodek naszej gęsi domowej. Gatunek zamieszkuje Eurazję a zimuje w basenie Morza Śródziemnego oraz w środkowej i południowej Azji. Gęgawy z Wielkiej Brytanii nie migrują, widać jest im tam wystarczająco ciepło przez cały rok. Do nas gęsi gęgawy przylatują w lutym i marcu. W drogę powrotną odlatują od września do listopada. Nie jestem ornitologiem, w domu mam tylko starsze książki przyrodnicze, w których zaznaczono, że gatunek jest rzadkim ptakiem łęgowym (czyli rzadko u nas gnieździ się i wyprowadza lęgi). W Wikipedii (a więc chyba najnowsze dane) znalazłem informację, że w Polsce populacja lęgowa liczy około 1500 par i to skupionych na zachodzie kraju). Łatwiej ją zobaczyć w czasie przelotów.

Wczoraj zobaczyłem parę gęsi gęgawych z jednym pisklęciem. Zarówno koniec kwietnia jak i obecność pisklęcia jednoznacznie wskazuje, że nie są one przelotem w Olsztynie i że tu było gniazdo. Spokojnie żerowały na trawniku przy alei Warszawskiej, dość ruchliwej. A na chodniku stali luzie i się przyglądali. Zmartwiłem się widokiem tylko jednego gęsiaka. Czyżby niezbyt udany lęg? Znajoma mi potem powiedziała, że tydzień wcześniej też te gęsi widziała z kilkoma gęsiakami. Może więc gdzieś się schowały, w pobliskich trzcinach a rodzice pilnowali najbardziej niesforne maleństwo, co w świat się za bardzo wybrało. A może jakiś drapieżnik w tym czasie skonsumował gęsiaki? Lisy bywają – sam widziałem. Domowe koty i psy też sporo szkody wyrządzają. Ale może dotarła i norka amerykańska?

Gęgawy pasły się na skraju wspomnianego dawnego jeziora Płociduga Mała (na dawnych mapach zaznaczona jako „Płucidupa Mała” – ale nieprzystojna nazwę zmieniono). Gęś gęgawa zasiedla zazwyczaj słodkowodne zbiorniki gęsto porośnięte trzcinami, bagniste łąki i moczary. Preferuje tereny trudno dostępne. Poza tym ostatnim wszystko by się zgadzało. Rozległe trzcinowiska są. Gniazdo buduje na lądzie lub wodzie, w trzcinach lub szuwarach na brzegach jezior i rzek, czasem w dziuplach i na budynkach. Budowane jest przez samice, wyścielone piórami puchowymi. Składa się z roślin wodnych, gałązek, liści i trawy. Stopniowo wyściełane jest puchem. Jak wyczytałem gęś gęgawa wyprowadza dwa lęgi w roku, składając w marcu lub kwietniu 2 do 20 białych jaj (w innych źródłach podają 4-8 jaj lub 3-10). Samica wysiaduje jaja przez 4 tygodnie. Musiały więc być już co najmniej od miesiąca. Gęsi gęgawe dojrzałość płciową osiągają po 2-3 lata, łączą się w trwałe pary. Są roślinożerne, więc nic dziwnego, że pasły się na ulicznym trawniku. Samica wodzi młode a samiec przebywa w pobliżu i ochrania.

Kilka lat temu był u mnie na półrocznym stażu w ramach programu Leonardo da Vinci Carlos z Hiszpanii. Był zachwycony olsztyńską przyrodą. Zobaczył gatunki, które mu rodzice w książkach pokazywali, że żyją na wsi. Mały skarb i warto o niego dbać. Jak ten samiec gęgawy o swoją samice i gęsiaki.

gesgegawa_32

Kątnik domowy co po kątach się włóczy (taki mój prywatny imigrant)

ktnikW mieście trzymanie w domu psa lub kota może być kłopotliwe, także i dla zwierzęcia. A chciałoby się mieć u boku jakieś zwierzątko. By popatrzeć, cieszyć się widokiem (już pogłaskać nie zawsze). Można jednak się cieszyć światem bez kupowania i posiadania czegoś na własność. Do mieszkania czasem wlatują różne owady czy pojawiają się inne bezkręgowce nielotne. Wielokrotnie o tych spotkaniach pisałem.

Od kilku dni widuję u siebie dużego kątnika. Pająk jest słusznych rozmiarów, może wzbudzać przerażenie. Ale ja mu krzywdy nie zrobię. A i obaw nie mam. Niech sobie mieszka kątem ten dziwny sublokator czy może nawet imigrant zza okna lub progu. Nie muszę go karmić, sam sobie złowi jakieś owada, który przez uchylone okno wleci do domu. Na przykład przyczajonego komara.

Kątnik domowy (Tagenaria domestica) – bo to chyba on u mnie zamieszkał – to pająk z rodziny lejkowcowatych (Agelenidae). Nazwa rodziny bierze się od sposobu budowania sieci łownej. Sieć składa się z rurki mieszkalnej, która z przodu rozszerza się lejkowato, a dolna część przechodzi w rozległy „dywan” z licznymi nićmi sygnalizacyjnymi. Nici te, gdy są potracone przez inne drobne zwierzęta, sygnalizują o obecności ofiary – pająk wybiega z wymoszczonej kryjówki i atakuje ofiarę. Ślady konsumpcji są widoczne w postaci pozostawionych powłok chitynowych jego ofiar. Gdyby sprzątał po sobie te truchła, toby gospodynie nie drażniła jego obecność.

W budowie sieci kątniki przypominają niektóre larwy chruścików bezdomkowych – budują i polują podobnie, tyle że chruściki żyją pod wodą.

Kątnik domowy jest gatunkiem synantropijnym. Nie ma określonej pory godowej, rozmnażać się może przez cały rok. Pająki te żyją do kilku lat. Ciekawe jakiego wieku jest mój gość i czy długo u nas zabawi. Dorosły kątnik – wraz z odnóżami – dorasta do 8 cm długości. Potrafi szybko biegać. Prowadzi nocny i skryty tryb życia. Najczęściej o jego obecności dowiadujemy się, gdy spotkamy do w umywalce, wiadrze czy w wannie, gdzie wpadnie w czasie nożnych wędrówek. Jeśli długo tam posiedzi, w czasie naszej nieobecności, to znajdujemy jedynie martwego. Bo ileż można przeżyć w takiej pułapce bez jedzenia?

O trzmielówce co do gniazda os się wkrada

trzmielowka_lesnaSezon na osy, i w przyrodzie i w mediach, trwa w najlepsze. Ukazują się sensacyjne materiały, jest strach i panika. O tej porze roku to normalka. A że przyrody nie rozumiemy, to jest i strach, co ma wielkie oczy. Jako dziecko też się bałem os, w szczególności szerszeni. Bo potrafią boleśnie użądlić. Wolałem popatrzeć z daleka, zwłaszcza na gniazda, co już puste były.

Niedawno syn nas odwiedził i stwierdził, „chyba macie przy oknie gniazdo os”. Za kilka dni nowy lokator przyglądał się naszemu oknu i powiedział, że jest gniazdo os i trzeba po straż zadzwonić, żeby usunęli. Najwidoczniej osy znalazły jakąś dziurkę i zrobiły sobie gniazdo albo nad daszkiem wejściowym, albo w miejscu styropianowej izolacji. Pomyślałem sobie, że raczej krzywdy nikomu nie zrobią, więc niech sobie żyją w spokoju. Będzie okazja do obserwacji.

Wlot do gniazda był tuż przy naszym oknie. Ale postanowiliśmy osy zostawić w spokoju. Niech sobie żyją. Przecież to owady drapieżne, będą łowić komary, muchy czy inne owady (zwłaszcza te uważana za szkodniki). Co prawda jesienią będą zlatywać się do owoców, ale najwyżej zamknie się okno. W ciągu kilku dni wpadły do domu ze dwa-trzy razy. To je gazetą za okno wyrzuciliśmy. Gniazdo na razie się chyba rozrasta, bo os jakby więcej. Ale niebawem – zgodnie z cyklem rozwojowym – zniknie, robotnice jako „bezdomne” szwendać będą się po okolicy, gniazdo opustoszeje a samice poszukają kryjówki na zimę. Niech więc sobie kątem u nas mieszkają, w drogę sobie wchodzić nie będziemy. Spółdzielnia pewnie dodatkowego czynszu nie naliczy za nietypowych sublokatorów.

Jedząc śniadanie mogłem sobie obserwować życie os. Niedawno przyleciała jakaś muchówka. I całkiem odważnie zbliżała się do otworu wlotowego gniazda os. Odważna, myślę sobie. Nie boi się os, i tego, że ją mogą upolować. Muchówka wydała mi się znajoma. Szybko sprawdziłem, tak to trzmielówka leśna, wielokrotnie przeze mnie widywana na przydrożnych kwiatach. Gdzieś w głębi pamięci kołatała się myśl, że może ten owad jakoś pasożytuje na osach. Zacząłem sprawdzać. Swoją drogą to jest ciekawe, dlaczego osy na taką nie polują? Mimikra? Może jakiś zapach? Może poznanie tajemnic trzmielówki leśnej pozwoliłoby opracować jakiś środek „przeciw osom”, to znaczy by być bezpiecznym i by ludzi nie żądliły, gdy czasem wejdziemy sobie w drogę.

Odpowiedniego hasła na Wikipedii nie było (o trzmielówce leśnej, o innych były). Więc sięgnąłem do źródeł papierowych (niektóre internetowe zawierały błędy) i szybko hasło na Wikipedii uzupełniłem. W cyfrowym świecie wiedza kolektywna taką ma właśnie postać – już nie opowieści w zimowy wieczór ale właśnie w cyfrowym, wspólnym i wolnym repozytorium. Ostatnio naczytałem się o inteligencji zbiorowej, kolektywnej, to i poczułem się w obowiązku uzupełniać zbiorową wiedzę. Gdybym wezwał straż i gdyby osy wypleniono, to bym nie mógł prowadzić obserwacji i nie miałbym okazji zobaczyć trzmielówki leśnej w akcji.

Trzmielówka leśna (Volucella pellucens) jest owadem z rzędu muchówek, należy do rodziny bzygowatych (Syrphidae). Długość ciała dorosłego owada waha się w granicach od 12 do 16 mm. Ciało czarno-granatowe z żółtym pasem. W odróżnieniu od trzmielówki łąkowej (Volucella bombylans), na obwodzie tarczki widoczny jest rząd ciemnych włosków. Trzemielówka łąkowa jest bardziej trzmielówkowata bo owłosiona i przypomina trzmiela. Trzmielówka leśna jest znacznie mniej owłosiona i mniej trzmielopodobna. I wbrew nazwie związana jest z osami a nie trzmielami (znalazłem gdzieś w internecie informacje, że trzmielówka leśna nęka trzmiele, ale jest to informacja niepewna i niepotwierdzona, być może błędna). Obecność i swoista „odwaga” trzmielówki leśnej za moim oknem nie były przypadkowe. Owady dorosłe (imagines) trzmielówki leśnej spotykana na kwiatach, na polanach, porębach, leśnych drogach i na skrajach lasów, od kwietnia do października choć najłatwiej spotkać je od maja do sierpnia. I tylko okazjonalnie w pobliżu gniazda os.

Larwy przechodzą swój rozwój w gniazdach os: osa pospolita (Paravespula vulgarus), osa dachowa (Paravespula germanica). Samica trzmielówki leśnej dostaje się do gniazda os i składa tam jaja na powierzchni plastra. Teraz jest już jasna obecność tego owada za moim oknem. Osy nie mieszkają samotnie. Życie biologiczne jest niezwykle ciekawe. Wystarczy trochę poobserwować. A że nie miałem sposobności osobiście do rzeczonego gniazda os zajrzeć, to polegam na informacja wcześniej zebranych i w różnych miejscach opublikowanych. Wylęgające się larwy trzmielówki dostają się do komórek z larwami os i żyją jako ektopasożyty (pasożyty zewnętrzne) ma ciele larw os. Później przegryzają się przez ścianę komórki na zewnątrz gniazda i na dnie gniazda żywią się martwymi osami i resztkami organicznymi (resztkami z „pańskiego stołu”). Na zimę przedostają się do gleby (ciekawe jak te to zrobią, gdy osie gniazdo w murze i na wysokości pierwszego piętra). Przepoczwarczenie odbywa się na wiosnę. Gatunek pospolity w Polsce, rozprzestrzeniony w Palearktyce: Europa, Syberia, Japonia.

A osy? Dalej nie wiem jaki to gatunek. Najpewniej to osa dachowa (Paravespula germanica). Ale czekam aż któraś wleci do domu i będę mógł jej przyjrzeć się dokładniej. Wtedy napiszę znowu, tym razem o osach. Osa dachowa to najczęstszy naprzykrzacz późnoletni w sklepach ze słodkimi bułkami i owocami. Gniazda ma ukryte, więc najczęściej obrywają inne, niewinne gatunki os, których gniazda są widoczne. Ale o tym później napisze, tymczasem czekam aż jakaś wleci mi do domu (od dwóch dni żadna nie chce…).

Bibliografia (czyli skąd czerpałem wiedzę o trzmielówkach)

  • Jiri Zahradnik Przewodnik Owady. Wyd. Multico, Warszawa 1996 r., ISBN 83-7073-132-5
  • Heiko Bellmann Owady. Spotkania z Przyrodą. Wyd. Multico, Warszawa 2007, ISBN 978-83-7073-218-3

O drzewach w czasie upału i spadających gałęziach

fontanna_i_plac_konsulatuW tym sezonie wakacyjnym modna jest wycinka drzew pod pretekstem, że gałęzie, te suche i spadające, zagrażają pieszym i rowerzystom. Bo jak wieje wiatr, to gałęzie spadają. A jak wieje wichura, to nawet drzewa wywraca. Więc trzeba profilaktycznie wyciąć. Dobre, starze przysłowie mówi: zanim coś zrobisz, pomyśl trzy razy. Bo warto liczyć wszystkie koszty i efekt długodystansowy.

Oszem, czasem i gałąź spadnie, zwłaszcza jak silny wiatr wieje. Za sprawą ocieplenia klimatu mamy więcej intensywnych zjawisk pogodowych, w tym silnych wiatrów i wichur, łącznie z trąbami powietrznymi. Ale wtedy nie tylko drzewa są wyrywane i łamane, ale i niszczone budynki, dachy zrywane, samochodowy wywracane. To co, mamy likwidować dachy i burzyć domy, bo może przyjść wichura? Absurdalne. Tak jak z tą prewencyjną wycinką drzew.

Piesi i rowerzyści giną na drogach głównie na skutek kolizji z samochodami. Ale nikt nie postuluje likwidacji samochodów (a nagminne jest łamanie przepisów drogowych). Ostatnio zdarzył się śmiertelny upadek rowerzysty, bo wjechał dziurę w jezdni. Dziurę akurat łatwo załatać i to bez negatywnych, skutków ubocznych.

Zanim zaczniemy przyklaskiwać nawoływaniom, by przydrożne drzewa wycinać, bo może gałąź spaść na przechodnia czy rowerzystę, warto trochę pomyśleć. Są upały. Nawet groźne dla życia upały. Gdzie szukamy cienia? Pod drzewami. Tam jest chłodniej o kilka stopniu (dzięki cieniowi i transpiracji). A jadąc samochodem czy rowerem w czasie upalnego lata, czy nie przyjemniej i bezpieczniej jedzie się w cienistej alei, w porównaniu do otwartej drogi w pełnym słońcu? Gdzie jest bezpieczniej? Gdzie asfalt się roztapia i tworzą się koleiny?

Już kilka lat temu pisałem o błędach projektowych na Placu Konsulatu Polskiego. Przygotowano beton-plac pod 2-3 uroczystości w roku, żeby kompania wojska wygodnie stała. Patriotyzm capstrzykowy i na pokaz. A przez 362 dni w roku plac jest mało funkcjonalny. To jest patriotyzm dnia codziennego i myślenie o ludziach, o jakości życia (nadmienię, że oba patriotyzmy nie stoją w sprzeczności i konflikcie). Co widać zwłaszcza w lecie. Odkryta ziemia pod drzewami Odgrodzona jest wysokimi barierami (co widać na zdjęciu) – nawet po deszczu woda tam nie wsiąka tylko odpływa kanałami burzowymi. Na małym placu, otoczonym domami, przydała by się woda (zbiornik wodny, nawet maluteńki). Kiedyś była tam fontanna. Bo woda łagodziłaby mikroklimat, zwłaszcza w czasie upałów. Teraz tak zwaną kurtyną wodną sezonowo nadrabiamy braki projektowania. Ale to jest kosztowne i marnujemy wodę wodociągową. Zanim więc coś się zrobi, warto pomyśleć. Drzewo wycina się szybko… rośnie długo. Więc nie jest możliwe szybkie naprawienie szkód. Tak jak poprawienie funkcjonalności wspomnianego placu.

Jak bardzo potrzebna jest zieleń w mieście widać w czasie upalnego lata. W przyszłości będzie jeszcze gorzej, bo klimat systematycznie się ociepla. Czas więc nie na doraźne kurtyny wodne tylko przemyślane i sensowne inwestycje, zarówno przy drogach (sadzić drzewa) jak i na miejskich placach. By „łapać” wodę i kierować ją do gleby.

ps. Zamieszczone zdjęcie zrobione zostało na początku sierpnia 2015 roku.

O samochodach na Starówce cd.

uliczka1Wszystko można sprawdzić. Na tym polega metoda naukowa, że eksperyment jest elementem dyskusji o świecie i weryfikacji najróżniejszych hipotez. Ciekaw jestem czy protestujący przedsiębiorcy (domagający się utrzymania ruchu samochodowego na średniowiecznym fragmencie Olsztyna) przeprowadzili jakiekolwiek badania i analizy, oparte o rzetelne badania. Faktem jest, że olsztyńska Starówka zamiera. Ale czy samochody dojeżdżające w każde miejsce uratują biznes? Czy łatwy dojazd zapewni klientów?

W niedzielne, wakacyjne południe wybrałem się na obiad. Weszliśmy do Českiej Hospody, usytuowanej przy Targu Rybnym. Nie da się podjechać pod same drzwi nawet samochodom dostawczym. Ani od Targu Rybnego, ani od strony ogródka nie ma dojazdu i możliwości zaparkowania samochodu. Ale my z trudem znaleźliśmy miejsce przy stoliku.

uliczka2

Obłożenie prawie 100 %. Kelnerki od razu uprzedzają, że na zamówienia trzeba czekać do godziny (chodziło o dania, najwyraźniej kuchnia nie nadąża). Niewielu rezygnowało. No cóż, jak widać brak możliwości dojazdu wcale interesowi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Nie da się blisko zaparkować. Co przyciąga? Może umiarkowane ceny, może pomysł na usługę, może sympatyczna obsługa? Kiedyś w ramach Olsztyńskiej Kawiarni Naukowej często organizowaliśmy spotkania „U Artystów”. Od dawna tam nie chodzimy…. I nie ma to żadnego związku z samochodami lub ich brakiem.

Kilkadziesiąt metrów dalej (od Ceskiej Hospody), ulica Okopowa. Tu zawsze i przez cały rok jeżdżą samochody i parkują na chodniku. Miejsce atrakcyjne, blisko zabytkowy zamek, ławeczka z Kopernikiem, Amfiteatr z muzyką i koncertami. A jednak w lokalach pustki, nawet w „kultowej” Lipce. Ale kto będzie siedział w ogródku przy ulicy – tak jak na załączonym zdjęciu, po której ciągle jeżdżą samochody lub pod nosem zaparkowane są „blachosmorody (latem zapach od nagrzanych aut jest szczególnie intensywny). Miłośników parkingów nie jest aż tak zbyt wielu. Tuż obok Lipki, tam gdzie jeszcze nie tak dawno był ogródek letni… jest jednosamochodowy parking (zdjęcie niżej). Biznes pewnie kręci się zawrotnie… Podobnie na odcinku Okopowej już bliżej Mostu Jana.

ulica81

uliczka41

uliczka5

A jak przejść po takim chodniku, zniszczonym i zastawionym przez samochody? Z dziecięcym wózkiem się nie da, trzeba poruszać się po ulicy, konkurując z jeżdżącymi samochodami (mało to bezpieczne). Kobietom w szpilkach chodzenie po wyboistym bruku zapewne nie sprawia zbyt wielu przyjemności. Podobnież z osobami niepełnosprawnymi.

Nie mam nic przeciw plakatowej akcji starówkowych przedsiębiorców – to ich prawo, ich wizja dyskusji. Klienci i tak zagłosują nogami. Mądrzej byłoby wcześniej zrobić rozeznanie, sprawdzić itd. Tak oczywiście też sprawdzą swoją koncepcję, ale potrwa dłużej i będzie bardziej kosztowne. Na dodatek nie wiadomo czy wyciągną poprawne wnioski.