Z okazji Dnia Edukacji Narodowej

12132414_10206854534355269_2924545404383907728_oZ okazji Dnia Edukacji Narodowej przesyłam wszystkim edukatorom, nauczycielom i nauczniom życzenia wytrwałości w realizacji misji i nie uleganie procesom ilościowej korporatyzacji. By nam się chciało chcieć kształcić i wychowywać… cudzie dzieci.

Jeśli chcemy być bardziej produktywni, innowacyjni i konkurencyjni w skali międzynarodowej, zarówno jako kraj, jak i społeczeństwo, musimy mieć więcej kapitału moralnego (zachowań etycznych), kapitału społecznego (lojalności, zaufania, współpracy) i kapitału kreatywności (zdolności do kwestionowania tego, co jest i wymyślania nowego) – uważa Jan Szomburg, organizator Kongresu Obywatelskiego.” (czytaj całość).

Szkolne lektury z butelkami w tle – przywracanie wartości

czytanie_przasnysz_1Malując butelki, czasem wyszperane ze śmietnika, leżące w lesie czy jeziorze, przywracam im wartość (subiektywną). Jeszcze raz spoglądamy na ten sam przedmiot, ale już z innej perspektywy. Dostrzegamy nie bezwartościowy śmieć, szpecący polską przyrodę, lecz surowiec do dalszej pracy. A potem ozdobę lub sztukę użytkową: niecodzienne opakowanie do nalewek, soku, wazon na kwiaty, pojemnik na zioła itd.

Pamiętacie lektury szkolne? Czasem wspominamy je sympatycznie, czasem jako nudną katorgę (więc zamiast czytać lepiej skorzystać ze streszczeń i opracowań). Mają dać nam wspólną płaszczyznę kulturową. Ale pamiętamy tylko to, co nasze dziecięce, uczniowskie oczy zdołały dostrzec. Niejednokrotnie nie były to nasze odkrycia tylko powielane, nieciekawe, przebrzmiałe fascynacje dawnych pokoleń. I Ameryka odkrywana po raz setny. Nuda….

Do lektur szkolnych wróciłem kilka lat temu. A to za sprawą e-booka, zaopatrzonego we wszystkie szkolne lektury, który dostałem wraz z nagrodą za popularyzację nauki. Urządzenie okazało się wygodne w podróży i w łóżku (przedsenne czytanie). Małe i lekkie. W przeciwieństwie do domowego regału zmieści się w e-booku znacznie więcej książek. Nie ma problemu z miejscem na rozrastającą się domową bibliotekę.

I zacząłem czytać te same książki co kiedyś. Te same lektury, ta sama czytająca osoba… ale zupełnie inne treści (refleksje, spostrzeżenia) do mnie docierały! Dostrzegałem inne szczegóły, inne akcenty. Jakbym czytał inną książkę. Czytałem przez pryzmat zupełnie innych doświadczeń życiowych i aktualnych problemów, właściwych dla wieku mocno dojrzałego. O wartości dzieła nie przesądza ono samo lecz także doświadczenie i wiedza czytającego. Poznanie ma charakter systemowy. Podobnie w nauce: nie ma gołych, obiektywnych faktów. Postrzegamy je przez pryzmat paradygmatu i większej całości jaka jest już w naszej głowie. Do obserwacji wiec potrzebne są nie tylko przyrządy badawcza ale i teoria (paradygmat), wiedza już posiadana. Obserwacje modyfikują tę naszą wiedzę, czasem mocno przeorganizowując wewnętrzny system wiedzy. Zmieniają system… ale nie pojawiają się na bezludnej pustyni…

Warto więc sięgną po rzeczy „wyrzucone”, zapomniane, odłożone w kąt na półkę. Przeczytać ponownie i dostrzec dawniej niewidoczne treści, konteksty, które posłużą do innych interpretacji. A wspólne czytanie to także budowanie więzi. Odkrywanie ich na nowo. Przecież wspólne, narodowe czytanie organizuje się nie dlatego, że część jest analfabetami. Są bowiem rzeczy, które znacznie przyjemniej robić wspólnie. Odkrywać nowe wartości w zapomnianych lekturach jak i nowe wartości w małej wspólnocie.

Za sprawą biblioteki w Przasnyszu moje malowane butelki towarzyszyć będą tegorocznemu, narodowemu czytaniu. Bibliotekarze w Przasnyszu wybrali z Lalki Bolesława Prusa rozdział „Jak wygląda firma J.Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek?”. I wpadli na pomysł, że jako jednym z elementów wystroju wnętrza będą właśnie moje malowane butelki. Po butelki przyjechali ponad 100 km.

Narodowe czytanie przez szkło butelki. Niecodzienne asocjacje, także w kontekście malowania kamieni w czasie Festiwalu Filozofii i w Olsztynie. Tworzenie więzi przez sztukę oraz przez wspólne czytanie w miejscu publicznym. Biblioteki się zmieniają, to już nie są tylko magazyny z książkami do wypożyczenia, to coraz bardziej kulturotwórcze miejsca spotkań i życia społecznego. Odkrywanie kulturotwórczej roli tych miejsc dzieje się na naszych oczach. Spotkania w realu tu i teraz, ale i spotkania przez przestrzeń i czas, za pośrednictwem książek. A teraz i Internetu. Zupełnie nowe więzi i relacje w cyfrowym społeczeństwie epoki trzeciej rewolucji technologicznej.

I na koniec mała dygresja. Lektury często wydają się nudne (gdy czytamy w szkole). Bo ile razy można czytać kryminał, gdy znamy zakończenie? Nic nie ma już do odkrycia? Ale możemy poszukać dodatkowych niuansów i coś jeszcze odkryć? Ale nie po 10. czy 100 razach czytania! Tak jak z „odkrywaniem” fotosyntezy czy Ameryki. Dawne pokolenia przeanalizowały lektury w tę i z powrotem. Nuda. Można od razu sięgnąć do streszczeń i opracowań? To nauczyciel musi być twórczy, przecież to uczniowie odkrywają po raz pierwszy dla siebie. Kluczem jest ciekawość nauczyciela (zaraźliwa, przekazywana za pomocą prawdziwych emocji), zarówno przy analizowaniu (odkrywczym) lektury jak i fotosyntezy. To jego kondycja, ciekawość i zaangażowanie są kluczowe dla szkoły. To nauczyciel musi twórczo umieszczać w nowym kontekście czasów i problemów atrakcyjnych dla współczesnej młodzieży. Warto więc inwestować w nauczycieli, by byli wypoczęci i mieli dobre wsparcie. I tego im życzę w nowym roku szkolnym.

A że kształcenie ustawiczne i pozaszkolne jest znakiem czasu, to narodowe czytanie lektur jest nie tylko edukacyjne dla nas samych, ale i może być mądrym wsparciem szkoły. Twórzmy sytuacje edukacyjne i środowisko edukacyjne. Nie pozostawiajmy szkoły i nauczycieli samych w trudnym dziele edukacji i tworzenia wspólnych, ogólnonarodowych podstaw kulturowych. Byśmy mieli o czym ze sobą rozmawiać. I byśmy chcieli.

Fot. Miejska Biblioteka Publiczna w Przasnyszu

czytanie_przasnysz_2

Jak nawiązać współpracę o której wszyscy marzą, czyli edukacja spotyka naukę i biznes

c52fca1dca23edb479c1bf5af0ff4220Technologie cyfrowe nie mają zastąpić bezpośrednich spotkań i dyskusji, mają tylko wspomagać. Są uzupełniającą formą a nie celem samym w sobie. W czasie konferencji Pokazać–Przekazać, odbywającej się w Centrum Nauki Kopernik w dniach 21-22 sierpnia 2015, będę moderował Panel dyskusyjny (nr 5.) pt. Jak nawiązać współpracę o której wszyscy marzą, czyli edukacja spotyka naukę i biznes. Będzie dużo osób, nie wszyscy być może będą mieli okazję uczestniczyć w dyskusji (bo paneli dyskusyjnych jest kilka, a rozdwoić się nie można). Nie wszyscy zainteresowani mogą przyjechać w tym czasie do Warszawy. Ponadto nie zawsze wystarczająco szybko poukładamy swoje myśli by publicznie zabrać głos. A czasem pomysł i refleksja przychodzi dopiero po kilku godzinach. Wymienione trudności można przynajmniej częściowo zmniejszyć, wykorzystując nowe technologie. Dlatego powstała grupa dyskusyjna na Facebooku. (Adres grupy na Facebooku: https://www.facebook.com/groups/867891563294414 )

W celu ułatwienia kontynuacji i rozszerzenia dyskusji w Panelu 5. (zwłaszcza dla tych, których tam nie było a zapewne mają coś ciekawego do powiedzenia), założyliśmy grupę na Facebooku. Będziemy tam zamieszczać materiały, przydatne linki i wnioski z dyskusji panelowej. Zapraszamy do udziału w dyskusji także i po zakończeniu konferencji. Temat jest ważny i szeroki. Dlatego warto go kontynuować także i po konferencji. Komentarze zamieszczać można także pod niniejszym wpisem na blogu (to dla niefacebookowych).

Bez wątpienia jesteśmy w okresie dużej transformacji systemu edukacji w skali globalnej (to nie tylko nasz, polski problem). Dawny model szkoły przestał być wydolny przede wszystkim dlatego, że zmieniło się społeczeństwo, gospodarka i otoczenie szkoły. Na nowo uczymy się współpracy i na nowo układamy relacje edukacji formalnej i nieformalnej (w połączeniu z kształceniem ustawicznym). Jak mają współpracować szkoły z uczelniami wyższymi oraz z biznesem? Celem dyskusji jest rozpoznanie problemu i refleksja nad stanem obecnym a także projektowanie pożądanej przyszłości.

Na bazie własnych doświadczeń zastanawiamy się jak budować partnerstwa szkół i uczelni oraz jak określać wzajemne potrzeby i korzyści? Odnosząc się do kolejnych etapów kształcenia oraz przyszłego życia społecznego i zawodowego skupimy się na kompetencjach i talentach przydatnych w dorosłym życiu, które powinna rozwijać współczesna szkoła. Porozmawiamy również o tym, jak przygotowywać uczniów do przyszłej pracy w zespołach, tworzących innowacyjne rozwiązania w nauce lub biznesie. Jaką rolę w każdej z wymienionych instytucji odgrywa współpraca i w czym wzajemnie mogą sobie pomagać?

Dyskusję toczymy w nawiązaniu do ogólnych ram konferencji (komplementarna część większej całości). W tym roku (2015, w czasie czwartej konferencji Pokazać-Przekazać) głównym tematem jest środowisko uczenia i zmiana kultury uczenia. Organizatorzy chcą powrócić do dyskusji nad postrzeganiem procesu uczenia jako naturalnej potrzeby ludzkiej i społecznej. Współcześni uczniowie (a szerzej każda osoba) poznają świat nie tylko w specjalnie powołanym do tego miejscu, czyli szkole. Proces ten zachodzi w codziennym życiu, niezależnie od miejsca i czasu. Uczenie to coś więcej niż nauczyciel i metoda.

Coraz bardziej dostrzegamy wagę środowiska edukacyjnego. Uczestnikom konferencji organizatorzy zaproponują dyskusję na temat korzyści płynących z uczenia w miejscach wpisujących się w szerokie i różnorodne spektrum środowisk edukacyjnych. Zapraszają do rozmowy o tym, jak świadomie budować partnerstwa instytucji prowadzących edukację formalną i nieformalną. Zależy nam na podkreśleniu roli i znaczenia współpracy, ale również na rozmowie o zmianie kultury uczenia w zakresie prawa do wolności i do wyboru modelu współpracy. Organizatorzy chcą, aby podczas konferencji wybrzmiało jak ważne jest budowanie kapitału społecznego, tworzenie partnerstw, relacje ze środowiskiem lokalnym.

Współczesna innowacyjna gospodarka potrzebuje nie rolników czy fabrycznych robotników a osoby kreatywne, poszukujące, umiejące współpracować. Jak uczelnie wyższe mają wspierać nauczycieli w ich doskonaleniu zawodowym i/lub w procesie kształcenia? Jak zorganizować uzupełnianie wiedzy (aktualizowanie do nowych potrzeb i środowiska edukacyjnego). Czy potrzebne są nowe formy (nie tylko studia i studia podyplomowe) a jeśli tak to jakie? Jak współpracować z biznesem w zakresie edukacji pozaformalnej i nieformalnej, zarówno szkoły jak i uczelnie wyższe? Pytanie o edukację to pytanie szersze niż tradycyjna szkoła: kto, jak, kiedy ma nauczać. Na ile edukacja, także ta formalna, ma pozostać monopolem państwa a w jakim zakresie uczestniczyć ma biznes? Jak zorganizować rzeczywistą współpracę miedzy różnymi placówkami edukacyjnymi, uczelniami i biznesem?

Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może

10687044_10205529265704381_2654434708872530704_nW pośpiechu i z nastawieniem na wiedzę pamięciową różne dziwne rzeczy powstają. Wyżej przykład z zeszytu do ćwiczeń, pierwsza klasa szkoły podstawowej, poważne wydawnictwo. Żona poprosiła o pomoc „może Ty, jako biolog. powiesz jaka jest poprawna odpowiedź?”. Spojrzałem i zbaraniałem. Uczciwie przyznaję, że nie wiem. A nauczyciel musi wiedzieć… lub udawać, że wie.

Wierszyk jakiś taki bez rytmu i rytmu. A o to by przecież chodziło, by ćwiczyć pamięć i kojarzenie (utrwalanie wyrazów, liter, boż to pierwsza klasa). Ale niech tam, jestem biologiem i co mi do wierszyków (tak pięknie językowo pisanych jak przez Tuwima czy Brzechwę). Z botanicznego punktu widzenie szpilki drzew iglastych to też liście. Ale niech tam, trzymajmy się popularnego podziału na liście i igły (szpilki). Zatem listki na sośnie nie powinny rosnąć. Błąd znaleźć łatwo. Nie pasuje sosna. To było proste. Ale teraz „podkreśl nazwę drzewa które pasuje do treści”. A tam albo nic nie pasuje albo jest wiele poprawnych odpowiedzi. Za to pojawiają się „mądre” zwroty, takiej jak „wers”. Nie za dużo na raz do biednej dziecięcej głowiny? Nie za szybko? Ten „wysoki poziom” jest raczej dyletanctwem.

Najbardziej pasowała by wierzba, bo to krzew i drzewo iście wiosenne, i bazie w wierszyku się pojawiają (może w oryginalnym, pierwotnym wierszyku tak i było). Ale wierzba nie może być z dydaktycznego punktu widzenia, bo ma w sobie literki, które jeszcze na tym etapie nie są znane uczniowi. Więc w zestawie wierzby nie ma. Odrzucamy jodłę i  świerk jako drzewa iglaste. Pozostaje 5 poprawnych odpowiedzi – 5 drzew liściastych, których liście mogą się zielenić. Polecenia nie rozumie nawet nauczyciel („co poeta miał na myśli”). Polecenie wskazuje, że ma być jedna prawidłowa odpowiedź. Może więc trzeba uwzględnić fenologię i zgadnąć, które drzewa pierwsze wypuszczają liście? Poprzeczka niezwykle wysoka (zadałem to zadanie do rozwiązania studentom, ciekawe jak sobie poradzą). O ile pamiętam to dęby dość późno liście wypuszczają. Więc można z dębu zrezygnować. Pozostają jeszcze 4 gatunki. Można sugerować się także rymem do „wiośnie”. Wtedy by wypadało, że „klonie” najbardziej pasuje. Ale ze względu na rym a nie sens przyrodniczy. Jedno polecenie w zeszycie do ćwiczeń a rozprawkę całą napisać można. Ambitne te nasze podręczniki do pierwszej klasy!

11130240_10205529265744382_90856046760512785_n

To było wczoraj. A dzisiaj żona pyta „rozpoznasz mi te motyle”. Bo nauczyciel musi sam wiedzieć by odpowiedzieć dzieciakom, gdy zapytają. A pytają, bo sa ciekawe świata i jeszcze nie wiedzą, że pytających się nie lubi w naszej szkole. Te podpisane ilustracje rozpoznawania nie wymagają. Tyle tylko, że w części to nie nasze motyle (nie występują w Polsce). Podobnie z tymi w dolnej części. Rozpoznać się da rusałkę osetnika (nasza ci ona). Obok zupełnie nie nasze (już lepiej z tymi, których się rozpoznać nie da, bo zawsze mogą robić za swojaka). Niektóre da się rozpoznać, bo północnoafrykańskie i czasem w południowej Europie można spotkać.

Moje pytanie brzmi – dlaczego nie ma gatunków rodzimych, takich które dziecko zobaczyć może na łące? Czy to jakiś zamysł autora podręcznika? Bo pawica atlas to chyba największy motyl na świecie a sułtanki żyją w krajach śródziemnomorskich, tam gdzie czasem dzieciaki z rodzicami na wakacjach bywają (te forsiaste). Jednak wątpię w jakiś zamysł autora (ów) tego zeszyty do ćwiczeń. Zagadkowość treści i ilustracji wynika raczej z pośpiechu i ignorancji. Motyl ma być kolorowy i tyle. Kto by się na nich znał… Sami autorzy przyrodę bardziej znają z telewizji (a tam dużo programów „zagranicznych” o Afryce i rafach koralowych) a nie z wycieczek po okolicy. A nawet jak widzą to i tak nie rozpoznają (robal, to robal). A gdzie konsultacje podręcznika? A kto by miał na to czas i ochotę. Bylejakość wkrada się wszędzie… Nie jest łatwe życie nauczyciela, co z takich podręczników i materiałów edukacyjnych, obowiązkowych korzysta.

Przykład z marcinkowską motylarnią i materiałami do projektu „w świecie motyli„. Na moje pytanie, dlaczego na plakacie jest egzotyczny motyl, a przecież edukacja poświęcona jest mazurskiej łące – otrzymałem odpowiedź „bo nie ma ładnych zdjęć z dzieckiem i krajowymi motylami”. Po prostu, nawet jak się chce, to wydawnictwa korzystają z tego co jest, a krajowych ilustracji nie ma. Autorka projektu obiecała, że wynajmie zawodowego fotografa, by samemu zrobić porządne zdjęcia z naszymi motylami. Będzie na drugi sezon. Więc jakieś światełko w tunelu.

No cóż, przyrodę coraz bardziej znamy z telewizji i internetu a nie spacerów po łące, lesie czy nad jeziorem. Ignorancja przyrodnicza więc rośnie i rośnie (nawet uniwersyteccy filozofowie piszą nazwy gatunkowe z zasadniczymi błędami). Potrzebne są dobre ilustracje, udostępniane na wolnej licencji. Wikipedystów nam po prostu potrzeba! Edukacja przyrodnicza potrzebuje wielu wolontariuszy i miłośników rodzimej przyrody. Bo nawet studenci Wydziału Biologii i Biotechnologii na swojej koszulce umieścili orła amerykańskiego… zamiast rodzimy gatunek. Zapewne łatwiej się googlają amerykańskie wzorce i materiały graficzne….

Czy rodzima bioróżnorodność ulegać ma zapomnieniu? I stanie się niebawem egzotyczna? Nie rezygnujmy! Do dzieła, pisać, fotografować, opowiadać. Nasza przyroda zasługuje na ocalenia od zapomnienia w powodzi ignorancji…

Rośnie zainteresowanie edukacją nieformalną

dachowka_w_moku„Rośnie zainteresowanie edukacją nieformalną, alternatywną, w każdym czasie i miejscu – tym należy tłumaczyć popularność e-learningu, mentoringu czy zapisywania się na zajęcia pozaszkolne. Coraz częściej szkoła przestaje być postrzegana jako jedyne miejsce, w którym się uczymy, gdyż uczniowie otrzymują atrakcyjne propozycje edukacyjne spoza szkoły. Szkole stwarza to okazję do podejmowania działalności edukacyjnej korespondującej z edukacją pozaszkolną, a także do zastanowienia się nad tradycyjną praktyką edukacyjną, prze-analizowania treści, które przekazuje uczniom, i doświadczeń, które może im zaproponować. Zmienia się również nasze myślenie o środowisku edukacyjnym. Tradycyjnie miejsce, w którym zachodził proces edukacyjny, było fizycznie namacalne. Dziś mówimy raczej o przestrzeni lub przestrzeniach edukacyjnych. Stają się one bardziej społecznościowe, interdyscyplinarne i wspierane są przez technologie, które prowadzą do wirtualnej komunikacji i współpracy. Będzie to również miało istotne znaczenie dla szkół – miejsce edukacji może być w każdym „tu i teraz”, a nie w czterech ścianach klasy.” (podkreślenia S.Cz., więcej http://www.edunews.pl/badania-i-debaty/badania/1135-raport-horyzontalny-dla-systemu-oswiaty-1)

W edukacji na każdym poziomie sporo się zmienia, zobacz także: „Przewrót kopernikański w edukacji dokonuje się na naszych oczach

Grywalizacja czyli po co dzieci chodzą do szkoły?

okulary2„Dzieci przychodzą do szkoły wcale nie dlatego, żeby nauczyć się czytać, tylko po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania, które je nurtują.” Powiedziała to nauczycielka z wieloletnim stażem i dużymi sukcesami wychowawczymi. Więc wie co mówi. I moim zdaniem ma rację.

A pisanie i czytanie? Jest niejako przy okazji, jest nieodzowną koniecznością. Ale odpowiedzi na nurtujące pytania… wcale nie musi udzielać szkoła i nauczyciel…

Uczymy pisać i czytać po to, żeby dzieci mogły same znaleźć (szukać) odpowiedzi na swoje pytania. Ciekawość poznawcza jest ogromna. Szkoda tylko, że w czasie edukacji od szkoły aż po uniwersytet ta ciekawość bywa zabijana. Bo mylimy cel nadrzędny z środkami, wiodącymi do celu. Mylimy sens z rytuałem. Niejednokrotnie w edukacji uprawiamy kult cargo. I wychowujemy niezaradnych kujonów, reagujących tylko na silną motywację zewnętrzną: kij i marchewkę. Jak niewolnicy na plantacji bawełny. Za skuteczną metodę zbyt często uznajemy straszenie ocenami i to nawet w stosunku do osób dorosłych.

Szkoła powinna uczyć poszukiwania. Nie powinna pędu do wiedzy zabijać… zbyt szybkim cyfrowym ocenianiem. Stopnie niewiele mówią o postępach. Są tylko metodą pomocniczą , mającą informować o postępach. Są jednak jednowymiarowe i ubogie w treści. Tylko klasyfikują i wdrażają do wyścigu szczurów i nauki dla stopni. Informacja zwrotna o postępach w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące pytania jest bardzo złożona i zindywidualizowana – nie da się zamknąć w stopniach czy punktach. A nie zostawiamy nauczycielom, nawet tym akademickim, swobody w ocenianiu. Wszystko ma być ujęte w tabelki, cyferki, sylabusy, precyzyjne regulaminy (żadnego więc szybkiego reagowania i dostosowania do aktualnej sytuacji). Kompletny brak zaufania do kompetencji nauczyciela.  Dlatego sięgam po grywalizację (gamifikację).

Poprzez naukę czytania (ale nie tylko czytania) uczymy (a przynajmniej powinniśmy) samodzielnego szukania odpowiedzi. Najpierw sami potrafią sięgnąć do książek i w ten sposób zadać pytania dawno nie żyjącym mędrcom. Lub daleko mieszkającym. Ale muszą chcieć – jeśli tę pierwotną ciekawość zabijemy, to sami nie przeczytają niczego. Potem uczą się stawiać pytania i przejmować odpowiedzialność za swoją edukację. Uczą się eksperymentowania, weryfikowania, porównywania a nie tylko samego czytania. Nie tylko w szkole jest za mało okazji do eksperymentowania (dlatego taką popularnością cieszą się centra nauki najróżniejszego typu). Nawet studenci skarżą się na zbyt mały, nieskrępowany dostęp do laboratoriów. Można – ale tylko w wąskich ramach od-do, ujętych w sztywnym programie.

Uczniowie uczą się czytać by znaleźć odpowiedź na własne pytania (a tych w młodej głowie rodzi się wiele) a nie po to, żeby dostawać piątki czy szóstki. Fińskie szkoły uważane są za najlepsze. A tam oceniania jest mało i mało jest egzaminów kompetencyjnych. A u nas? Już w pierwszej klasie liceum uczniowie piszą… próbne matury. Trenują by dobrze zdać egzamin a nie żeby rozwiązać problem czy odpowiedzieć na własne pytania. A studenci trenują rozwiązywanie testów i trenują odpowiedzi na pytania egzaminacyjne, także te dyplomowe. Czy po takiej edukacji dziwić może trudność w znalezieniu pracy?

Dlaczego chcę eksperymentować z grywalizacją? Po pierwsze dlatego, że ułatwia podmiotowe traktowanie studenta, pozwala na wolność wyboru ile i czego chcę się uczyć (wielotorowość sukcesu). Oczywiście, jest to możliwe bez grywalizacji. Ale jakoś poplątaliśmy się w ocenianiu, kolokwiach, sylabusach, cyferkach, wskaźnikach i punktach. Dla mnie metoda grywalizacji jest sposobem na otrząśnięcie się. Na refleksję. I daje dobre narzędzie.

Po drugie sięgam do grywalizacji bo ułatwia motywację do większego wysiłku i własnego rozwoju. Mam na myśli studentów. Alternatywą jest sprawdzanie listy obecności nawet na wykładach. Jakoś nie mogę tego zaakceptować, gdyż jest to odejście od tradycji akademickiej. Student na wykład ma przychodzić z obowiązku czy z ciekawości? Jeśli nie ma możliwości wyboru przedmiotów, wykładowcy i terminu… to chyba tylko z obowiązku. Czasem trafi na coś ciekawego lub kogoś mówiącego interesująco. Trochę loteria. A przecież nie wszyscy oczekują tego samego i takich samych osobowości. Gdyby im zaufać i gdyby mogli rzeczywiście wybierać… mniej byłoby rozczarowań po obu stronach pulpitu wykładowego.

Po trzecie grywalizacja ułatwia pracę zespołową. Praca zespołowa jest możliwa i bez grywalizacji. Ale system oceniania zaciera sens pracy zespołowej. Często jeden pracuje…, a reszta w grupie spisuje (dopisuje się) i niczym pasożyt korzysta. To demoralizuje. To nie jest praca zespołowa. Grywalizacja mocno sygnalizuje (umożliwia) i czytelnie nagradza za pracę w zespole i wspieranie się. Mechanika gry każe wykładowcy zaplanować nagradzanie współpracy i czytelnie wpisać w reguły „gry”.

I w końcu grywalizacja umożliwia wygodne zindywidualizowane podejście do studenta (bo inny jest mechanizm oceniania postępów i osiągnięć). Umożliwia kształtowanie odpowiedzialności za własną edukację. Student sam określa ile, kiedy i jak dużo chce się uczyć. My wyznaczamy minimum ale nie wyznaczamy górnej granicy. Student może się nieograniczenie rozwijać. A przecież właśnie tak powinno być na uniwersytecie! Ma poczucie sprawczości, samodzielności i indywidualizmu w kształceniu. To powrót do korzeni uniwersytetu. Który ostatnimi laty stał się szkółką ze sztywnym planem zajęć i odrabianiem lekcji. Nawet na studiach doktoranckich.

Grywalizacja nie jest jedyną metodą na „wszelkie zło”. Jest jedną z wielu możliwości. Dlaczego z niej nie skorzystać? Bo lepiej się nie wychylać? Bo każda nowinka wzbudza nieufność? Dlaczego trzeba się tak mocno tłumaczyć z innowacyjnych rozwiązań w dydaktyce? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi. Przynajmniej nie wypowiem na głos.

Nauka i uczenie są jak synteza DNA

Informacja genetyczna i informacja, dla której nośnikiem jest układ nerwowy, są do siebie podobne. I tu i tu odbywa się reprodukcja wiedzy czy informacji. Ale nie tylko tej poprawnej. I w DNA i w naszym mózgu powielane są błędy lub innowacje. Jak ocenić co jest szkodliwym błędem a co innowacyjną i korzystną "mutacją"?

W praktyce szkolnej na każdym szczeblu obserwować możemy replikowanie się kujoństwa. Bo preferujemy postawy i style uczenia się takie, jakie sami preferujemy, jakimi jesteśmy. Tak sam jak to, że lubimy najbardziej piosenki…. które już znamy. Kujoństwo samo z siebie nie zniknie…. a można sadzić że w kulturze korporacyjnej nawet rozkwita.

Samopowielanie się (międzypokoleniowe) uczenia się na pamięć… albo przebojowości albo kreatywności. Zorientowanie na cel i proces (zrozumieć) albo na formę (jak najdokładniej zapamiętać). Jak przerwać magiczny krąg stylu uczenia się na pamięć, przecież to zupełnie niefunkcjonalne? A przecież trwa…

Może wszystko zależy od środowiska? Zatem nie tylko nauczyciel czy podręcznik ale środowisko edukacyjne jest ważne.

Mniej znaczy więcej czyli slow school i slow university

Czym jest i czym może być slow school (slow university)? Fantasmagorią czy znakiem głębszych przewartościowań, tak jak cittaslow, powolne jedzenie, minimalizm i dobrowolna prostota?

"Nie wystarczy przyprowadzić konia do wodopoju, trzeba jeszcze go przekonać, żeby się napił".

(chińskie przysłowie)

A więc to, że dużo młodzieży studiuje nie oznacza jeszcze, że gwałtownie wzrasta wiedza i kompetencje społeczeństwa i gospodarki opartej na wiedzy. Chodzą do na uniwersytety… ale co z tego wynika?
Podobnie jest z edukacją na niższych szczeblach, co z tego że są "ambitne" programy nauczania z ogromną ilością treści, grube podręczniki i komputery w szkole? Ładnie wygląda to tylko w biurokratycznych zestawieniach.

„Nauczyciele większości przedmiotów nie są w stanie przerobić programu. A dziś jest gorzej, bo są testy. Program jest planowany do czerwca, a test gimnazjalny odbywa się w kwietniu. Znajoma nauczycielka poszła do dyrektorki i pyta: co ja mam zrobić? I słyszy: nie ucz ich tego, czego nie będzie na teście. To skrajne demoralizowanie nauczycieli i dzieci przez system. Jeden z wniosków warsztatów to hasło: slow school. Trzeba urealnić program.”

Mniej znaczy więcej.
Mniej znaczy lepiej, mniej znaczy prawdziwiej
a nie tylko pozornie. Bo wiele ze sprawozdaczo-biurokratycznego patosu (i liczbowych wskaźników) jest tylko pozorem edukacji. Edukacja jest w rękach urzędników i w szponach braku zaufania. Jeśli pojawia się problem to reakcją jest produkowanie dokumentu. I zmusza się nauczycieli od przedszkola do uniwersytetu do produkowania coraz większej liczby procedur, sprawozdań, raportów i papierów. Nie ma czasu na nauczanie i wychowanie, bo gros aktywności idzie na wypełnianie biurokratycznych dokumentów. Dla urzędnika wszystko gra – bo ma dokumenty. Jest to coraz bardziej oderwane od rzeczywistości.

Edukację trzeba odzyskać dla nauczycieli (w tym nauczycieli akademickich) i potrzeb społeczeństwa. Trzeba wyrwać z łap urzędniczej biurokracji. A nie będzie to łatwe w społeczeństwie pośpiechu, wskaźników produkcyjności i wykazywania się w korporacyjnych rankingach. Trzeba więc najpierw zmienić całe społeczeństwo… Mniej, znaczy więcej, wolniej znaczy lepiej.

Mniej więcej od 20 lat 4-5 razy więcej młodych ludzi kończy studia. Cóż to daje? Przecież nie 4 razy więcej kierowników i dyrektorów. Studia to nie jest kształcenie zawodowe w prostym tego słowa rozumieniu. Dają – a przynajmniej powinny dawać – bogactwo duchowe. Powinny dawać kompetencje uczenia się i rozumienia świata. Stwórzmy więc dobre warunki i dobrą przestrzeń do takiego studiowania a nie powtarzajmy przestarzałe i już nieadekwatne wzorce. Przestańmy obwiniać swój własnych dyskomfort – że głupi studenci, że gimnazja, że licea źle uczą.

W krainie cittaslow mniej się marzy slow university, gdzie nie ilość i pośpiech a jakość, solidność i rzetelność się liczy, gdzie nie krótkookresowe wskaźniki i rankingi a głębokie kompetencje przydatne przez całe życie znajdują uznanie.

To nie dzieciaki ratujmy a dorosłych!

Spodobał mi się felieton Agaty Bielik-Robson, dotyczący akcji "Ratujmy dzieciaki"

„Dzisiejszemu światu naprawdę nie grozi nadmiar dorosłości; zdecydowanie zagraża mu nadmiar zdziecinnienia, kiedy to 20- i 30-latki nadal czują się bezradnymi „maluchami” tęskniącymi za opiekuńczą obecnością matczynej spódnicy. Dlatego zgłaszam przeciwny postulat: ratujmy dorosłych”

Agata Bielik-Robson „Ratujmy dorosłych”. Wysokie Obcasy, 1 czerwca 2013 r. Zapewne za jakiś czas felieton ten będzie dostępny także w wersji elektronicznej.

Ja również nie mogę nadziwić się akcji "Ratujmy dzieciaki"…. bo przed czym ratować, przed szkołą? Trochę to infantylne. Jeśli pojawiają się kłopoty szkolne i różne błędy, to naprawiajmy szkołę a nie izolujmy dzieciaki od szkoły.  Bo tylko sześciolatki mielibyśmy ratować przez błędami w szkolnictwie?

Akcja nie wzięła się  znikąd. Pierwszym winowajcą jest ministerstwo. Bo nie było projektu popularyzującego pomysł posyłania sześciolatków do szkoły. Wyszło rozporządzenie i kwita. Żona uczy już drugi rok całą klasę sześciolatków. Z perspektywy ponad dwudziestu lat pracy w szkole dostrzega prosty fakt, że sześciolatki w wielu aspektach są umysłowo chłonniejsze i uczą się szybciej (pozostawianie ich w przedszkolach jest marnowaniem szans życiowych). Owszem, są mniej dojrzałe emocjonalnie i społecznie. Ale ten sam problem jest w przedszkolu co i w szkole. Od wieli lat moja małżonka obserwuje również to, że dzieci szybciej dojrzewają intelektualnie niż kiedyś. To widać nawet po lekturach – daje do czytania te z klasy wyżej, bo przewidziane programowo są już dla  nich za infantylne. I ten proces uwidocznił się wiele lat temu…

Obiektywny fakt to jedno, przekonywanie do działań to drugie. Brak przekonywania zaskutkował dezorientacją i niepotrzebnymi a wręcz szkodliwymi społecznymi akcjami. Nie wystarczy wydawać polecenia swoim podwładnym, trzeba jeszcze ich przekonać co do słuszności i sensu działań.  Podobnych przykładów jest znacznie więcej. Brakuje Polakom umiejętności pracy zespołowej i motywowania do działania. Żyjemy w archaicznym wzorze zarządzania pańszczyźnianego: groźnie wydać polecenie i "surowo" rozliczać.

Liczę że szerszy udział w projektach wolontariackich te umiejętności i kompetencje społeczne upowszechni wśród naszego narodu. Ratujmy więc dorosłych przed niekompetencją i brakiem umiejętności zarządzania dużymi i małymi projektami, na każdym stanowisku pracy.

W szkole i edukacji na każdym poziomie jest wiele do zmienienia i naprawienia a raczej dostosowania do współczesnych wyzwań i potrzeb. Trzeba zmieniać szkołę a nie uciekać od niej. A propos sześciolatków – szkoła powinna dostosować program i metody do poziomu i potrzeb maluchów. To oczywiste. Na razie zawadą jest  zbytnia kontrola i zasypywanie nauczycieli zbędną sprawozdawczością i biurokracją. Nauczyciele w pogoni za awansem zajmują się zbędnymi bzdetami lub… eliminują mniej wygodne dzieciaki. Bo nastawieni są na awans a nie kształcenie ludzi (innych ludzi). Eliminują wszystko to, co staje na drodze, także dzieci wymagające większej pracy czy uwagi. I to zarówno te najzdolniejsze jak i te słabsze.

Korporatyzacja dotarła do uniwersytetów i do szkół, z negatywnymi skutkami. Korporacyjny wyścig szczurów niszczy szkołę a nie fakt posyłania sześciolatków.

Artyści i kujoni w szkole

„Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać.”

Miłosz Brzeziński

Zabiegi, aby pozostać artystą nie są łatwe. Bo artysta ma inne pomysły niż cała reszta i to jest niezwykle cenne w pracy w XXI wieku. Bo artysta jest kreatywny i innowacyjny. W dobrej firmie nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szukać będzie w książkach sprzed 10 lat. Albo jeszcze gorzej, będzie szukał w swojej głowie, odtwarzając wykładowe notatki sprzed 20 lat.

Szkoła często jednak kujonów lubi. Ściślej, dawny kujon lubi młodego kujona, bo nie zadaje pytań, nie zmusza do poszukiwania nowych rozwiązań. Biurokracja lubi pozory, byleby w papierach ładnie wyglądało…

„Mózg nie jest dobry w zapamiętywaniu szczegółów, ale jest dobry w wyciąganiu wniosków”

Miłosz Brzeziński

Szkoła uczy wielu rzeczy niepotrzebnych (w tym kujoństwa). Szkoła wyższa (uniwersytet) także.  A jednoczesnie nie uczy rzeczy niezwykle ważnych w pracy i codziennym życiu. Nie uczy autentycznej pracy zespołowej. Innym przykładem jest taniec. A przecież tańczymy przez całe życie (albo w smutku stoimy pod ścianą lub siedząc przy stole upijamy się wódką). W szkole nie ma już okazji, trzeba uczyć sie poza szkołą, samodzielnie i indywidualnie. Szkoła nawet nie stwarza sytuacji do nauki tańca ( i wielu innych potrzebnych rzeczy, taniec jest tu tylko wyrazistym przykładem). W tańcu można się nauczyć asertywności, empatii, można poprawić kondycję i zyskać na zdrowiu. I jest to coś, co na pewno każdy będzie potrzebował  – a nie wzoru na pole trójkąta, biurokratycznych lekcji patriotyzmu czy analizy jakiegoś wiersza. Chodzi mi o treśc a nie formę. Bo uczymy się wzoru na pole trójkąta i nanalizy wiersza, aby coś rozwiązać a nie dla zapamiętania, wkucia i wyrecytowania na egzaminie.

Ale jeśli chcesz być szczęśliwy, pielęgnuj w sobie artystę. I nie musi to zawodowe śpiewanie, granie na klawesynie czy malowanie. To może być cokolwiek, robione z pasją, autentyzmem i z potrzewy wewnętrzej.

A ja tymczasem wracam do malowania butelek. Tak weekendowo.

Aha, kiedyś trzeba będzie opuścić mury szkoły, takiej czy siakiej. I na co przyda się perfekcyjnie opanowane kujoństwo? Studencie drogi, do Ciebie się zwracam… Sesja sesją, ale idź potańczyć oraz pielęgnuj przyjaźnie. To, co wkuwasz na egzamin (przejść go trzeba, to fakt) niebawem zupełnie nie będzie Ci potrzebne. A przyjaźń i umiejętności interpersonalne zadecydują od Twoich przyszłych sukcesach zawodowych. O szczęśliwym życiu nie wspominając :).