Jak zmienił się styl pisania prac dyplomowych, plusy i minusy. (Relacja z Wrocławia, cz. 8.)

WiedmuchyI w końcu, w czasie dyskusji panelowej na Politechnice Wrocławskiej, padło to pytanie, dotyczące pisania pracy dyplomowej. Co się zmieniło, gdy zwiększyła się liczba studentów i wprowadzono system boloński a także Krajowe Ramy Kwalifikacji? W części zmiany te wynikały z prób dostosowania i ujednolicenia standardów kształcenia w Europie. Od lat słyszeć można różne głosy o obniżeniu jakości kształcenia, bo studentów jest „za dużo”. Więcej osób studiuje to i więcej jest przeciętniaków. Arytmetyczny efekt masowego kształcenie na poziomie wyższym. Więcej jest wszystkich studiujących to i więcej słabych i przeciętnych. Ale więcej także zdolnych i wybitnych. Jak więc oceniać jakość edukacji?

System boloński wprowadził studia dwustopniowe: licencjat i „magisterka” (oraz studia trzeciego stopnia, doktoranckie). W rezultacie studenci muszą pisać dwie prace dyplomowe zamiast jednaj (tak jak było w systemie jednolitych studiów magisterskich). Dwa razy to samo? I tak, i nie. Dwa razy praca dyplomowa to większa wprawa i większe umiejętności. Często praca licencjacka jest potem rozwijana. Owszem, narzekają czasem pracownicy, twierdząc, że przez 5 lat można było solidniej nauczyć, że teraz są czasem powtórzenia. Liczba lat studiów się nie zmieniła a różne trudności wynikają z niedopracowania programów kształcenia. Jednym się udaje lepiej, innym gorzej.

System boloński to większa mobilności i więcej wyboru dla studenta. Może po trzech latach zmienić swój profil kształcenia niczego nie tracąc. Łatwiej ponadto zmieniać uczelnie. Moim zdanie to duży zysk i poprawa jakości.

Co do jakości pracy dyplomowej: inne czasy inne możliwości. Nie wynikają one ze zmiany systemu kształcenia. Kilkakrotnie o tym pisałem. Współczesne prace dyplomowe wymagają od studentów większych umiejętności. Kiedyś napisać pracę oznaczało wykonać badania i skomponować treść. Potem oddać do przepisania na maszynie. Dzisiaj to: maszynopisanie (na komputerze), edycja i skład (łamanie tekstu, ilustracje), napisanie streszczenia w języku angielskim. Na egzaminie dodatkowo prezentacja multimedialna z kwintesencją pracy. A więc więcej umiejętność.

Obecne studiowanie jest bardziej egalitarnie – nie wyłania elity. Ale z powodów ilościowych a nie jakościowych. Współczesne społeczeństwo i gospodarka potrzebują osób wykształconych. Więcej wysiłku to trzeba się dostosować (uczelnia, promotor). Przemyśleć formę i dostosować do nowych warunków, w tym także samą koncepcję pracy dyplomowej. Dwie prace dyplomowe to także potencjalnie lepsze upowszechnienie metody naukowej i umiejętności pisania raportu. Prace projektowe i aplikacyjne obecne są na kierunkach inżynierskich. Zmieniły się także nieco formy komunikacji społecznej. Dlatego i samo seminarium z konieczności powinno wyglądać nieco inaczej. Myślę, że powinno uwzględniać formy internetowe (w tym webinarium), bo takich umiejętności będzie od absolwentów wymagał rynek pracy i społeczne życie. Jest to oczywiście pewien kłopot dla kadry akademickiej, bo musi uczyć się nowych umiejętności i zmienionego funkcjonowania społeczeństwa. A nie jest to łatwe, gdy zmiany zachodzą tak szybko.

Uczestnicy trzech części dyskusji panelowej:

  • prof. dr hab. inż. Arkadiusz Wójs – dziekan Wydziału Podstawowych Problemów Techniki;
  • dr hab. Stanisław Czachorowski – biolog, ekolog i entomolog, autor bloga Profesorskie Gadanie;
  • dr hab. inż. Izabela Sówka – Zakład Inżynierii i Ochrony Atmosfery;
  • dr Mateusz Kotowski – Kierownik Zespołu Filozofii i Socjologii Wiedzy SNHiS PWr.
  • mgr Jędrzej Leśniewski – zastępca dyrektora CWiNT ds. Bibliotek.
  • Aleksandra i Piotr Stanisławscy – autorzy najpopularniejszego w Polsce bloga popularnonaukowego Crazy Nauka;
  • Łukasz Remisiewicz – autor bloga Neurosocjologia – mózgi na społecznej smyczy;
  • Wojciech Kazanecki – przedstawiciel firmy McKinsey&Company.

 

Zamieszczone wyżej zdjęcie nie pochodzi z dyskusji panelowej a z Nocy Biologów 2018 w Olsztynie

c.d.n.

Czytaj także:

Jak prezentować w inny niż pisany sposób? (relacja z Wrocławia cz. 7.)

babeczki_z_polonistykiPopularyzacja nauki to jeszcze jedna forma komunikacji w ramach literatury faktu. Literatury rozumianej oczywiście w bardzo szerokim sensie, bo jeśli jest to film czy webinarium to przecież nie składa się z liter i pisma jako takiego. Możliwości współczesnej techniki umożliwiają nam opowieści i komunikację na zupełnie nowe i stare, przedliteraturowe sposoby. Z jednej strony jest o poszerzanie wiedzy o świecie, budowanie indywidulanego paradygmatu (modelu świata), ale z drugiej strony jest to także budowanie relacji i więzi między ludźmi.

Podzielam pogląd, że nauka jest elementem kultury. Przywykliśmy do pisanej formy prezentowania treści edukacyjnych i naukowych (czyli także kulturowych). Ale jest to nie tylko nie jedyna, ale i nie najstarsza forma komunikacji międzyludzkiej. Tak zwana popularyzacja nauki (wiedzy) to z jednej strony element kultury współczesnego, wyedukowanego społeczeństwa, a z drugiej coraz mocniej rozwijająca się forma edukacji pozaformalnej. Bo w czasach trzeciej rewolucji technologicznej zmieniają się nam szkoły i uniwersytety. Wymyślamy je na nowo, dostosowując do potrzeb i środowiska kulturowego.

Tytułowe pytanie pochodzi z panelu dyskusyjnego, który odbył się w listopadzie 2017 roku na Politechnice Wrocławskiej (zobacz program debaty). Jak prezentować w inny niż tradycyjny, pisany sposób? A chociażby na Facebooku, na uczelnianych fan page i innych, coraz to nowych, portalach społecznościowych, na których przekaz może odbywać się w formie pisanej ale zbliżonej do kultury słowa mówionego (niczym plotki z kolokwializmami) ale i przez filmy, obrazy, schematy. Nowe, hybrydowe formy, których się dopiero uczymy.

Pojechałem do Wrocławia by podzielić się swoimi przemyśleniami na temat opowieści o tematyce popularnonaukowej (literatura faktu) i zaprezentować punkt widzenia biologa ewolucjonisty. Chciałem podkreślić, że człowiek to istota społeczna, której społeczny mózg kształtował się na długo przed wynalezieniem pisma i literatury. Chciałem także zaznaczyć aspekt dydaktyczny – punkt widzenia promotora (i wykładowcy), bowiem prowadzę seminarium dyplomowe już od kilkunastu lat i z częścią problemów, poruszonych na spotkaniu, borykam się na co dzień, w czasie zajęć ze studentami. Chciałem przekazać swoją wiedzę i czegoś się nauczyć. A teraz w odcinkach spisuję uporządkowaną relację z dyskusji panelowej w Bibliotechu Politechniki Wrocławskiej.

Sporo czasu w dyskusji poświęcono uproszczeniom na blogach. Czy w podążaniu za atrakcyjnością i komunikatywnością stawiać bardziej na uproszczenia czy jednak na ścisłość? Czy można to pogodzić? Da się, ale to wymaga wysiłku. Kto za to zapłaci? Czyli czy liczyć na misję pracowników akademickich czy też zdać się na blogi i portale, utrzymujące się z reklam (a więc w pełni aktywność pozaakademicka)? Niezależnie od tej drugiej możliwości wydaje mi się, że w ramach trzeciej, społecznej misji uniwersytetu pracownicy powinni upowszechniać naukę a nie tylko „gonić” za publikacyjnymi punktami. Przecież utrzymujemy się (pensje i pieniądze na badania) z podatków obywateli. Niech coś do nich w przystępnej formie wraca. Mamy taki moralny i obywatelski obowiązek.

W jaki sposób prezentować w inny niż pisany? I to w sytuacji niedosytu a jednocześnie nadmiaru informacji. Żyjemy w pośpiechu i nadmiarze dopływających bodźców i informacji. Oczekujemy więc, że ktoś za nas przefiltruje z tego szumu rzeczy najlepsze i najważniejsze. Z oczywistych względów kierujemy się ku autorytetom. Tylko jak je znaleźć? Stąd być może społeczne oczekiwanie, że naukowcy będą do nas częściej i przystępniej mówić, pisać, objaśniać. W czasie dyskusji padło pytanie i propozycja zarazem, żeby instytucje naukowe zabierały zdanie w sprawach ważnych społecznie i aktualnie „wałkowanych” w mediach. Tego w zasadzie do tej pory nie było.

Tytułowe pytanie odnosi się także to prezentacji na wykładach, z wykorzystaniem rzutnika multimedialnego i… pokazywania słów na ekranie. W takim kontekście pojawia się pytanie czy prezentacja w Power Poincie to skuteczna droga czy już przeżytek? Niewątpliwie prezentacja multimedialna jest bardzo wygodna (dla wykładającego), bo łatwo ją przygotować, przenieść i zaprezentować (czasem niestety odczytać). Kiedyś wzbudzała zainteresowanie, jako nowość. Ale przez lata spowszedniała. Warto na marginesie przypomnieć, że Power Point to nie jest Power Text…

Na wykładzie z prezentacją (jak i na blogu czy fanpage), trzeba po prostu opowiedzieć ciekawą historię z zakresu literatury faktu, w zależności od sytuacji i kontekstu (do kogo i w jakich warunkach mówimy/piszemy). Z wykorzystaniem mowy, pisma, filmu czy nawet teatru. Czytanie z ekranu jest nudne. Opowiedz, napisz, narysuj, zagraj. Byle ciekawie i z sensem.

A czy pozwalać studentom w czasie zajęć i na wykładach korzystać z telefonów komórkowych? Czy telefony komórkowe przeszkadzają? Wykładowcom i studentom. To może być ich sposób notowania, np. robienie zdjęć ważniejszych treści wyświetlanych na ekranie. Albo poszukiwanie niezrozumiałych słów lub terminów specjalistycznych? Tego nie wiemy. Zakładamy raczej, że nie uważają, że lekceważą i w tym czasie plotkują na „Facebookach” lub za pomocą esemesów. A przecież nie musi to być trafna diagnoza.

W nawiązaniu do nagminnego korzystania z telefonów warto przypomnieć, że studenci teraz mniej czytają. To jednak niezbyt precyzyjna odpowiedź. Mniej czytają w tradycyjnych książkach, ale więcej w nośnikach elektronicznych, w krótkich formach i z dużą liczbą ilustracji. Czyli czytają ale trochę inaczej. Co więcej, teraz więcej osób pisze, nawet przeciętniacy. I dobrze. Ćwiczą się w wypowiedziach. Nie bójmy się tego przesytu. W treningu przeciętniacy stają się wybitni i sprawni. A piszą w innych formach, bardzo krótkich (esemesy, tweety itd.) i z dużą interaktywnością.

Mam do komunikacji międzyludzkiej i tej na wykładach podejście ewolucyjne i rozpatruję w długiej osi zmian w rozwoju Homo sapiens. Najpierw nasi przodkowie przez dziesiątki tysięcy lat żyli tylko w kulturze słowa. Teraz też korzystamy z tej formy, ale znacznie w mniejszym zakresie i nie tylko jako jedynej i wyłącznej. W kulturze mówionej, gdzie informacje zapisywane były jedynie w mózgach poszczególnych osób, niezwykle ważne było zapamiętywanie. Słuchając opowieści lub będąc uczestnikiem wydarzenia pojawia się problem: jak zapamiętać. By za jakiś czas komuś innemu tę zapamiętaną treść otworzyć, przekazać. Z przyczyn li tylko mnemotechnicznych w kulturze słowa pojawił się rym i rytm w poezji, melodia w pieśni, taniec i teatr (ruch i relacje międzyludzkie). A być może malowidła naskalne w jaskini były pierwszy „power pointem” – obrazami, służącymi zapamiętaniu i zilustrowaniu opowieści czy przekazu wiedzy lub opowieści z obrazem otaczającego świata.

Logikę i dramaturgię opowieści wykorzystujemy w części lub całości w referatach, wykładach, panelach dyskusyjnych, dyskusjach. Ale nasi słuchacze mają dodatkowe umiejętności i pamięć zewnętrzną (mogą zanotować, nagrać itd.). Tyle się zmieniło i pewne dawniej ważne i logiczne elementy straciły swój sens. Wiersze straciły rym i rytm bo nie są już niezbędne do zapamiętania treści. Przecież można zapisać…. I do otworzenia wykorzystać pamięć zewnętrzną. Trzeba tylko umieć zakodować a potem odkodować. A notować można przecież nawet rysunkiem…. Albo telefonem komórkowym.

Nie tak dawno w historii ludzkości, ale dawno w stosunku do naszego życia, pojawiło się pismo a potem druk (ułatwienie powielania i rozsyłania zapisanych treści). Początkowo pismo naśladowało wytwory kultury słowa (rym i rytm), z czasem wytworzyło własne, specyficzne i unikalne formy. Mimo ograniczeń w formie komunikacji przywykliśmy i w pełni zaakceptowaliśmy formy pisane w przestrzeni akademickiej z biblioteką w centralnym miejscu uniwersytetu. Publikacja, książka, skrypt, list, publikacja. Słowa układają się linearnie, czasem tylko przerywane ilustracjami. Niekoniecznie ludzki mózg tak pracuje…

Kolejnym krokiem w tej ewolucji kulturowej komunikacji było wynalezienie przekazu na dalekie odległości. Telegraf po raz pierwszy umożliwił przekaz informacji szybszy niż poruszający się człowiek (z informacją ustną czy pisemną). Potem pojawił się telefon, radio, telewizja. Te ostatnie to przekaz masowy z filmem i audycją radiową. Mimo, że te technologie mają już kilkadziesiąt lat to nie weszły jeszcze na trwałe w akademicką edukację (a małymi wyjątkami). A teraz mamy jeszcze nowoczesne technologie z globalnym inetrnetem: kolejna eksplozja zupełnie nowych form… umożliwiających częściowy powrót do dawnych, przedpiśmiennych tradycji: formy hybrydowe, webinarium, czat, wideotransmisja.

I jak w tym nowym świecie ma się znaleźć wykład z prezentacją multimedialną (np. w Power Poincie)? Efekt nowości już minął a czytanie z ekranu do osób piśmiennych i z dostępem do źródeł mija się z celem. Wykładowcy umieszczają tekst na slajdach bo łatwiej im zapamiętać to, co chcieliby przekazać. Wygodne. Ale nie dla słuchacza. Przydałby się jakiś komponent interaktywny, albo „stary” z kultury słowa mówionego, albo nowoczesny z multimediami i interaktywnym internetem. Przecież słuchacze zazwyczaj mają telefony z dostępem do internetu. Prezentacja z komputera jest… czasem tylko elementem rytuały: należy wyjść i coś na ekranie pokazać. Bo tak się robi i robiło. Jeśli jednak wykładowca pomyśli o odbiorcy to bez trudu dobierze odpowiednie formy komunikacji. Oczywiście jeśli ma coś do przekazania… W sumie każdy ma, jeśli tylko zechce nad tym się zastanowić nieco głębiej.

Po co słuchacz ma słuchać? Jak go zmotywować? Otrzyma nowe, oryginalne informacje? Wykładowca występuje w roli strażnik tajemnicy, A może usłyszy nowe interpretacje, nowe hipotezy. A może spotka człowieka z paską naukową i emocjami?

Jak zachęcić do słuchania nie tylko słowem pisanym? Ucz się, to jest ważne, będzie na kolokwium lub egzaminie? Zaufaj profesorowi/autorytetowi, że to jest ważne i przydatne. Ale studenci nie mają zaufania bo zbyt dużo przypadkowości i niskiego poziomu. Ludzie potrzebują sensu, trzeba go im pokazać. Na samym początku. Mam wiedzę i emituję ją nie patrząc czy i jak dociera? Oprócz prawdziwej wiedzy są i podróbki (zawsze były!), nie ma na 100% sprawności w doborze kadry akademickiej.

Na koniec mała dygresja, odnosząca się do przebiegu debaty. Prowadzący studenci-moderatorzy nie za bardzo pilnowali czasu i paneliści mówili za dużo i z długo. I tu pojawia się dylemat moderatora – dbać o dyscyplinę czasową i w ten sposób zapewnić realizację wcześniej przygotowanego scenariusza, czy pozwolić toczyć się własnym nurtem i godzić się na niezrealizowanie pewnych punktów programu (bo zabraknie czasu)? Dyskusja jest czymś żywym i nie do końca zaplanowanym. Nie zawsze trzymanie się sztywno scenariusza jest dobrym rozwiązaniem. Sam czasami mam takie dylematy, gdy występuję w roli moderatora czy przewodniczącego zebrania. Decyzja jest trudna i na pewno uzależniona od sytuacji.

c.d.n.

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja (relacja z Wrocławia cz. 4.)

mostGdy jechałem na dyskusję panelową do Wrocławia, to starannie przygotowałem swoje wypowiedzi (znałem tematykę i pytania wprowadzające) ale i tak dyskusja potoczyła się inaczej. Trzeba być gotowym na improwizację i modyfikację. Dyskusja ma swoją niepowtarzalną i nieprzewidywalną do końca dynamikę. A teraz przepisuję notatki i nadaję im kolejną wersję, bogatszą o przemyślenia. Słowo pisane ma swoją logikę i wymusza inne ułożenie treści. Dopowiedzenie, doprecyzowanie.

Druga część dyskusji panelowej zatytułowana była „Sposoby prezentacji informacji”. Jakie jest postrzeganie informacji z perspektywy promotora, dziennikarza, naukowca i przeciętnego użytkownika? Kontekst sytuacji sporo zmienia. Ale pewna zasadnicza część pozostaje niezmienna i identyczna. Istotne wartości dla każdej z wymienionych grup odbiorców są zapewne różne. Odbiorca oczekuje przejrzystego i czytelnego przekazywania informacji. Zatem pojawia się kolejne pytanie o jakość informacji. Po co nam ta informacja: dziennikarzom, promotorowi, wykładowcy? Punkt widzenia prezentującego i odbiorcy może być różny.

Niezależnie od tego, czy jest to wykładowca czy dziennikarz, należy mówić i pisać do ludzi, a nie do siebie, gdy ewentualnie publiczność jest tylko tłem – to jest to po prostu głośne myślenie ze statystami. Jeśli przekaz mówiony czy pisany adresowany jest do odbiorcy, to ważne jest wyobrażenie sobie lub poznanie kontekstu sytuacji i okoliczności, w których ten przekaz zaistnieje. To można sobie wyobrazi, przemyśleć. I nie ważne, że realizacja może się w jakimś stopniu rozminąć z planami. Dialog jest zawsze nieprzewidywalny w jakimś przynajmniej stopniu. W dialogu tworzy się nowa wartość, tworzona przez obie strony. Wtedy wykład czy artykuł nie będzie tylko rytuałem ale i komunikacją międzyludzką w pełnym tego słowa znaczeniu.

Czy można sobie wyobrazić co wiedzą i czego chcą (kontekst sytuacji) słuchacze/czytelnicy? Im poprawniej odpowiemy sobie na to pytanie, tym trafniej dobierzemy treść i formę. W przypadku promotora na seminarium jest jeszcze aspekt dydaktyczny. Bo można chcieć wywołać efekt zadziwienia problemem czy nawet stresu. W dydaktyce przecież nie chodzi tylko o przekaz informacji ale i o stworzenie sytuacji edukacyjnej (tworzenie środowiska edukacyjnego).

Przygotowując referat czy artykuł warto przemyśleć dostępność informacji, którą chcemy przekazać. I odróżnić elementy ważne i mniej ważne, w tym dokładność podawanych informacji. Zatem kolejny raz trzeba zastanowić się co już wie słuchacz/czytelnik. Bo przecież staramy się mówić do ludzi a nie tylko do siebie samego. Tutaj pojawia się kwestia wyobraźni i empatii.

Słuchaczowi/czytelnikowi pozostaje podążanie za informacją i jej weryfikowanie. Po co jest odbiorcy konkretna informacja? Precyzyjna, prawdziwa, wiarygodna. Jakie jest źródło jej uwiarygodnienia, które zechcemy pokazać świadomie lub nieświadomie? Czyli co chce wykładowca, dziennikarz czyli nadawca przekazywać i jakiej spodziewa się reakcji.

Kiedy już wiemy (przemyślimy) co chcemy przekazać, wtedy pozostanie tylko dostosowanie formy by przekazać treść w prosty sposób ale nie uproszczony. To wielka sztuka. Więc trzeba ćwiczy, ćwiczyć po wielokroć. Uczymy się całe życie. Temu służą także seminaria na uniwersytetach. A i studenci sami tworzą sobie dogodne sytuacje i środowisko edukacyjne, czego przykładem jest dyskusja panelowa, zorganizowana przez studentów Politechniki Wrocławskiej.

W roli nadawcy, czy to w postaci referatu na seminarium czy konferencji lub artykułu w mediach występują także studenci. To przede wszystkim z myślą o nich spisuję tę relację i uporządkowane „porady”. Treść można ułożyć na kilka różnych sposób (różne pomysły i scenariusze): od ogółu do szczegółu, można zacząć od abstraktu: główny przekaz na początku, albo dopiero na zakończenie, jak rozwiązanie zagadki w kryminale, albo od planu wypowiedzi. Można i od szczegółu do ogółu (pokazać tok myślenia i dochodzenia do wniosków). Albo od decyzji końcowej a w trakcie pokazać jak do tego doszliśmy. To nie wyczerpuje wszystkich możliwych scenariuszy i pomysłów.

Bardzo dobrze jest znać temat i rozumieć przekazywane treści by przekazać to zwięźle, krótko precyzyjnie i wiarygodnie. W trakcie przygotować przy okazji dogłębniej poznajemy zagadnienie. A jak w czasie realizacji zorientujemy się, że nie bardzo rozumiemy… to też jest zyskiem. Jest jeszcze czas by poznać dokładniej problem i jeszcze kilka razy go przemyśleć. W tym przedyskutować. Bo dyskusja jest zbiorowym myśleniem. Także dyskusja panelowa. A jeśli rozumiemy i znamy referowane zagadnienie to znacznie łatwiej można dostosować przekaz do sytuacji, poziomu słuchaczy i ich oczekiwań. Nie odczytujemy jak kserokopiarka lecz budujemy opowieść od nowa, dostosowaną do okoliczności i publiczności.

Trening jest podstawa. Od tego są przecież studia i przestrzeń uniwersytecka by się ciągle uczyć: mówienia i pisania. Przydatną formą są krótkie prezentacje typu elevator speech (prezentacja w windzie). Mamy na zaprezentowanie swojego pomysłu kilkadziesiąt sekund, góra 2-3 minuty. I to bez komputera z rzutnikiem multimedialnym. Jeśli uda nam się zainteresować słuchacza (w tym przypadku kogoś ważnego, decyzyjnego, może szefa) to w efekcie możemy usłyszeć potwierdzanie, i akceptację „tak, zrób to”. Albo zaproszenie do dalszej rozmowy „tak, podaj mi szczegóły”, „tak opowiedz mi w szczegółach.”

To samo można opowiedzieć słowem, pismem, obrazem, scenką i to na różne sposoby. Warto poćwiczyć. Jeśli nie teraz, to kiedy? Korzystaj wiec z okazji by występować i ustnie przedstawiać swoje relacje, pomysły, dokonania oraz w formie pisanej (tradycyjna prasa lub internetowe blogi i fanpejdże. Studiowanie to nie tylko uczęszczanie na zajęcia obowiązkowe i „odrabianie lekcji”, to także samodzielne wyszukiwanie nieobowiązkowych możliwość współtworzenie gazet studenckich.

Na ilustracji most z Wrocławia. Most jako symbol łączenia, komunikacji i inżynierskiego osiągnięcia. Wszak byłem u studentów z politechniki.

Metody i inspiracje w pozyskiwaniu informacji (relacja z Wrocławia cz. 2.)

panelowa_dyskusjaDyskusja i debata to jakaś forma głośnego myślenia… konektywnego (kolektywnego). Konektywizm nie narodził się dopiero w epoce internetu. Pojawił się w społeczności dyskutującej. Teraz tylko bardziej dostrzegamy te zależności bo są silniejsze i wyraźniejsze. Jako forma funkcjonowania wiedzy istniała od dawna, teraz tylko został dostrzeżony i zwerbalizowany.

Dyskusja panelowa jest stosunkowo nową formą komunikacji w nauce. Tylko kilku dyskutantów, zabierających glos w formie krótkich wystąpień (wypowiedzi), moderator nadaje ton i klimat (kieruje dyskusją, moderuje). Może pomagać albo usypiać. Podobnie zresztą z panelistami. Reszta sali słucha i ewentualnie zadaje pytania w wyznaczonym programem czasie.

Debata panelowa jest dobrą formą dyskusji w dużej grupie. Wszyscy nie mają szansy zabrać głosu. gdy na sali jest kilkadziesiąt lub kilkaset osób, a czasem pytania publiczności schodzą z tematu i tworzy się jarmarczna atmosfera. Co przy braku czasu nie jest korzystne. W mniejszej grupie wszyscy mogą zabierać głos, dla każdego starczy czasu i uwagi reszty słuchaczy. Ale w dużej grupie to jest praktycznie nieosiągalne. Skrajnym przykładem jest wykład: jeden mówi reszta słucha. Dyskusja panelowa jest formą kompromisową między tymi skrajnościami. W dyskusji panelowej kilka osób wypowiada się w formie miniprezentacji – zazwyczaj  bez wykorzystania rzutnika, tylko słowa. Dla mówców, przyzwyczajonych do posługiwania się rzutnikiem multimedialnym, jest to pewna trudność. Wymaga zmiany stylu wypowiedzi. Myślę, że technika szybkich (błyskawicznych) prezentacji jest dobrym treningiem do dyskusji panelowych (by były interesujące dla słuchaczy). Kilku mówców, czasem o różniących się poglądach na daną sprawę, dodaje dynamiki. Moderator dyskusji panelowej przyjmuje rolę wyraziciela „ludu z sali”. Czasem dyskusja panelowa organizowana jest na zakończenie sesji z referatami. Eksperci mówią, reszta słucha. Ale z prawem zadawania pytań. Inną formą organizowania dyskusji są tradycyjne referaty, po których następuje dyskusja.

Ja tymczasem wracam do spisywania refleksji po panelu dyskusyjnym pt. „Przekazywanie informacji – naukowej i nie tylko”, który odbył się 9 listopada 2017 r. na Politechnice Wrocławskiej, z inicjatywy studentów i ich miesięcznika „Żak”. Część pierwsza dyskusji dotyczyła metod i inspiracji w pozyskiwaniu informacji.

Źródła motywacji i inspiracji w badaniach naukowych to po pierwsze ciekawość naukowca, osoby poszukującej. Po drugie zanurzenie w tematyce badawczej: rozmowy z innymi specjalistami lub studentami (ogólnie zainteresowanymi podobną tematyką) oraz publikacje. Bo te drugie to także wypowiedzi, tyle że uporządkowane i dostosowane do „monologu” i dużych odległości (w czasie i przestrzeni). Zanurzenie w problematyce to różnorodne formy obcowania z tematem: obserwowanie i laboratoryjne eksperymentowanie, dyskutowanie, rozmyślanie. Jest jak szukanie grzybów w lesie: wiemy, że gdzieś tam mogą być. Ale trzeba je znaleźć i czasem przydatny jest łut szczęścia. Więc idziemy do lasu i się rozglądamy. Jeden znajdzie szybciej, drugi później, a trzeci wróci z niczym. Ale warto znowu iść do lasu i znowu szukać. W końcu się znajdzie, prędzej czy później. Czasem coś okazałego, czasem coś zwykłego i mizernego. A potem od jednego grzyba do kolejnego. To te poszukiwania i małe odkrycia tworzą niepowtarzalną ścieżkę po lesie w poszukiwaniu grzybów.

Zanurzenie w problematyce jest przebywaniem wśród poszukujących i wiedzących czy doświadczających (nie tylko w miejscu przebywania ale i z osobami odległymi, w czym obecnie znacząco ułatwia nam internet). Jak upiec chleb? Można przeczytać książkę o pieczeniu chleba. Znacznie lepiej jest jednak iść na praktykę do piekarza i obserwować, trenować, pytać a nawet eksperymentować. A najlepiej jedno i drugie: korzystać z wiedzy i doświadczać. W odniesieniu do studentów oznacza to uczestnictwo w seminariach i dyskusjach, sięganie do książek i publikacji naukowych, rozmowy z innymi studentami itd. I tak po nitce do kłębka dochodzić do odpowiedzi i własnego doświadczania.

Drugim wątkiem inspiracji jest… obowiązek i punktoza. W praktyce często naukowiec zastępuje uczonego. Wybór tematu uzależniony jest od możliwości uzyskania grantu, napisania punktowanej publikacji itd. Źródłem motywacji i „inspiracji” bardziej są administracyjne czynniki zewnętrzne niż wewnętrzna ciekawość i pasja badawcza.

Podsumowując, wybór tematu badań przez naukowca to splot ciekawości badacza i możliwości finansowej czy sprzętowej jakimi dysponuje on sam lub instytucja, w której pracuje. A także intensywność przebywania i aktywnego uczestnictwa w środowisku badawczym. Swoistego „zaburzenia” się w problematyce. Ważna jest więc jakość środowiska edukacyjnego i naukowego a nie tylko zdolności i predyspozycje naukowca. Na jałowiej glebie nawet najlepsze ziarno kiepsko się rozwija. Ale z drugiej strony i na żyznej glebie wybrakowane ziarno nie ma siły wykiełkować.

c.d.n.

Warmiobook, czyli studencki projekt uwalniania książek

23844531_2025733111007122_4932595216587654527_n1Na wykładach można mówić, przedstawiać fakty, liczby, przykłady. Jednakże metoda podająca jest niewystarczająca. Kiedy się czegoś doświadcza, to łatwiej zrozumieć i zapamiętać. Wiedzę można stopniować: wiem, rozumiem, działam. Żeby zrozumieć, to trzeba najpierw wiedzieć. Ale samo „wiedzenie” nie oznacza jeszcze zrozumienia. Żeby działać, to trzeba wiedzieć i rozumieć. Ale można wiedzieć i rozumieć a nie potrafić działać czyli zastosować w praktyce swojej wiedzy, wyniesionej ze szkoły czy uniwersytetu.

Ochrona środowiska (w tym rozwój zrównoważony) dotyczy każdego z nas. Czy jednak wiedza o przyczynach degradacji środowiska przekłada się na rozumienie współzależnych zjawisk i procesów oraz podejmowanych działań? Ostatnio dużo mówi się o smogu. Ale czy wiemy skąd się bierze i co można zrobić, by zapobiegać tym nieprzyjemnym skutkom?

Z powyższych powodów staram się możliwie często realizować ze studentami różne projekty, wpisane w program zajęć. Jest to także okazja by uczyć się pracy w zespole. Przykładem jest projekt uruchomienia półek bookcrossingowych (Warmiobook), zrealizowany wspólnie ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Semestr się skończył, zajęcia także. Teraz projekt będzie żył swoim życiem. Okaże się, na ile udało się go „pchnąć” by toczył się dalej. Czy i jaki wywarł wpływ na samych studentów oraz inne osoby, które włączyły się do działań lub tylko o nich usłyszały?

I jeszcze jeden motyw. Biblioteki to nie tylko magazyn książek, to także miejsce spotkań. Wartością istniejących bibliotek jest nie tylko zgromadzony księgozbiór, ale także bliskość tych miejsc. Czyli możliwość dotarcia. Z żalem można obserwować likwidowanie bibliotek osiedlowych czy wiejskich (podobno ze względów finansowych i tego, że wiedza dostępna jest już w internecie). Jednym z motywów studenckiej akcji bookcrossingowej był… brak biblioteki na osiedlu. Skoro nie ma biblioteki, to niech będzie choćby półka z uwolnionymi książkami, na przykład w piekarni, restauracji czy innym obiekcie. Chyba z podobnych przyczyn powstają półki bookcrossingowe w wielu małych miejscownikach. Tych inicjatyw jest na prawdę dużo. 

Żyjemy w społeczeństwie bogatym i konsumpcyjnym. Dużo zużywamy i dużo wyrzucamy. Książki są tylko przykładem jak można wykorzystać rzeczy już „niepotrzebne”. Oraz jak można  się dzielić wiedzą i zasobami z innymi. Nie musimy mieć wszystkiego na własność by się tym cieszyć.  Owszem, jeszcze z niektórych półek książki i czasopisma szybko znikają. Zapewne przywłaszczane przez „czyścicieli”. Ale osób potrafiących się dzielić systematycznie przybywa. Moim zdaniem świadczy to o rosnącej dojrzałości obywatelskiej (współodpowiedzialności za przestrzeń i przyrodę wokół nas). I powolnej zmianie patrzenia na świat wokół nas – umiejętność dzielenia się, ograniczania zużycia surowców przez wspólne korzystanie z dóbr. 

Mija drugi miesiąc studenckiej akcji Warmiobook pod hasłem „Nie samym chlebem człowiek żyje”. Jakie są dotychczasowe rezultaty akcji? Po pierwsze odwiedziliśmy i opisaliśmy kilka istniejących już półek bookcrossingowych, dołączyły do nas inne osoby, które zaangażowały się w zbiórkę książek i opiekę nad powstałymi półkami. Uruchomiliśmy nowe półki bookcrossingowe w następujących miejscach: Restauracja i Pensjonat „Złoty Strug” w Pluskach, Restauracja Cudne Manowce w Olsztynie, Federacja Organizacji Socjalnych w Olsztynie, Bar Przy Ratuszu w Barczewie, Pub Nowy Andergrand w Olsztynie, Bar CoRazTo (Olsztyn ul. Burskiego 18). A  jutro odbędzie się uroczyste otwarcie kolejnej półki w siedzibie Radia Olsztyn (ul Radiowa).

Naszymi książkami zasililiśmy istniejące już wcześniej półki: Biblioteka Uniwersytecka UWM w Olsztynie, Półka „pod Sambą”, ul. Gałczyńskiego 1, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie (Stary Ratusz). Biblioteka w Lidzbarku Welskim. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy naszego bloga odwiedziło łącznie 4854 razy. Na blogu opublikowaliśmy 81 tekstów. Nasz facebookowy fanpage polubiło 263 osoby. O naszej akcji mówiono już w Radiu Olsztyn, Radiu UWM FM, pisano w Gazecie Wyborczej, Gazecie Olsztyńskiej. W naszym katalogu regionalnych półek bookcrossingowych przybyło kilka nowych pozycji. Zdobyliśmy też sponsorów naszej akcji – to Wydział Biologii i Biotechnologii oraz Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, którzy przekazali fundusze na promocję naszej akcji w postaci plakatów, wklejek i zakładek do książek oraz dyplomów. Naszym największym sukcesem jest zebranie blisko 600 książek, którymi już dzielimy się z „głodnymi książki” czytelnikami, które już są na naszych półkach. Powstają nowe półki, będziemy o nich pisać.

Cały projekt to zaledwie kilka osób. Na początek. 

Zajęcia się skończyły, oceny wystawione, wpis do USOSa dokonany. Ale projekt trwa. Pozostała wiedzxa i doświadcznie. Ale może zostanie jeszcze coś więcej.

Dzielenie się ubogaca, czyli o tutoringu, bookcrossingu i metodzie projektu

Na wykładach o wszystkim można opowiedzieć, ubogacić ilustracjami, zdjęciami, schematami. Można polecić studentom odpowiednią lekturę. I łatwo wejść w rolę wszystko-wiedzącego mentora. A  ile będzie z tego edukacyjnych efektów? Zdobywanie wiedzy rozumianej jako fakty i informacje, jest współcześnie bardzo łatwe. Najlepsze uniwersytety udostępniają bezpłatnie wykłady swoich najlepszych profesorów (on-line, wideo). Ale samo słuchanie nie wystarczy.

Można na wykładzie opowiadać o ochronie środowiska, o ekorozwoju, o zmianach stylu życia, o ekozofii. I opowiadam. Ale to chyba za mało. Czym innym jest wysłuchać informacji różnorakich, a czym innym jest samemu zauczestniczyć i przeżyć. Można poczytać o tutoringu. Ale można uczyć się przez działanie. Dlatego coraz częściej wykorzystuję metodę projektu na zajęciach. Ale nie z perspektywy mentora lecz współuczestnika. Zrobić coś razem to nawiązać do istoty uniwersytetu jako wspólnoty uczących i nauczanych. To także realizacja nauczeństwa, bycie jednoczesnej nauczycielem i uczniem.

Także i w tym roku ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego prowadzę wykłady z ekologii i ochrony środowiska. W tym roku realizuję także ćwiczenia. I dzięki tej szczęśliwej okoliczności mam okazję wspólnie zrealizować projekt ze studentami. Bo opowiedzieć na wykładzie na czym polega projekt to coś innego niż wspólnie ze studentami taki projekt zaplanować i zrealizować.

We wspólnej dyskusji rodzą się pomysły i powolna realizacja. Każdy ma jakieś unikalne umiejętności. Doświadczenie studentów 40+ jest bezcenne. A i młodzi dołączają. Jesteśmy na początku drogi. I cieszymy się pierwszymi, wymiernymi rezultatami

23844531_2025733111007122_4932595216587654527_nI tak studenci wymyślili, żeby uruchomić kilka półek bookcrossingowych w piekarni (obok wlepka do książki, zaprojektowana przez Annę Wojszel). Stąd główne hasło „nie samym chlebem człowiek żyje”. Pełne nawiązanie do dziedzictwa. Potem pojawił się pomysł kolejnych miejsc, w małych miejscowościach. Gdy uruchomiliśmy fanpage i blog, to odezwały się osoby z różnych miejsc, chcąc dołączyć. Projekt się rozwija. Inauguracja pierwszych półek zaplanowana jest na 6. grudnia 2017, w Mikołajki. Symboliczne nawiązanie do obdarowywania się.

Uwalniamy książki i tworzymy nowe półki bookcrossingowe w dość nietypowych miejscach. Tam, gdzie ich jeszcze nie było. Na przykład w piekarniach i restauracjach. W miejscach na głębokiej prowincji i w miejscach, gdzie ludzie się spotykają. Książka zbliża a dzielenie się ubogaca. Dziedzictwo w szerokim sensie. Nie samych chlebem człowiek żyje czyli nie samą materialnością. Bo dziedzictwo ma wymiar materialny ale i niematerialny. Półek bookrossingowych jest już wiele. I warto o nich przypomnieć. Wiele lat temu, ze studentami biologii, uruchomiliśmy półkę bookcrossingową w czytelni wydziałowej. Potem czytelnię zlikwidowano, to i półka zniknęła. Obecnie nie ma na Wydziale Biologii i Biotechnologii półki z uwolnionymi książkami. Raz tylko robiliśmy akcję w czasie Nocy Biologów. Ale to była taka jednodniowa akcja. Być może teraz uda się ponownie zachęcić studentów biotechnologii i coś trwałego powstanie. Z naciskiem na nauki biologiczne i przyrodę.

Celem naszej akcji (zainicjowanej właśnie ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego) jest zachęcenie do zmiany postaw konsumenckich, do dzielenie się nie tylko książkami. Książki są tylko symbolem. Chcemy także zachęcać do czytania a jednoczesne umożliwienia korzystania z książek tym, którzy nie mają do nich łatwego dostępu. Nie chodzi o to by były duże, centralne biblioteki ale by były blisko…. Blisko ludzi. A jeśli nie biblioteka to przynajmniej półka bookcrossingowa. Przeczytanych książek nie musimy wyrzucać do pieca ani na makulaturę. Stare książki możemy ożywić, podzielić się nimi z kimś innym i podzielić się wrażeniami z ich przeczytania.

Książki zbliżają ludzi w momencie czytania jak i w momencie dzielenia się nimi i dzielenia się wrażeniami z przeczytanych pozycji. Naszym celem jest ochrona środowiska – mniejsze zużycie surowców, w tym przypadku papieru. Chcemy wydłużyć czas użytkowania przedmiotów, na przykładzie książek. Chcemy dzielić się wiedzą i to podwójnie (fizycznie książkami a duchowo wiedzą i pomysłami).

Akcja dopiero się rozpoczyna, zainicjowana przez 7 osób…. Liczę, że będzie więcej, zarówno studentów jak i osób spoza uniwersytetu. Bo jeśli nasz uniwersytet ma być Warmińsko-Mazurski, to niech będzie mocno zakorzeniony w naszym regionie. W regionie i dla regionu. Dzielenie się ubogaca obie strony. A my chcemy zmieniać świat na lepsze małymi krokami i zaczynając od siebie samych. Możesz dołączyć (zajrzyj na bloga, tam znajdziesz niezbędne informacje: https://warmiobook.blogspot.com/

Dzielimy się książkami ale chodzi nam o coś więcej (i głębiej). Chcemy zmieniać postawy konsumenckie i postrzeganie świata. Zamiast kultury jednorazowości i szybkiej konsumpcji – trwałe i wielokrotnie wykorzystywane rzeczy (i idei). Ekonomia dzielenia się jest niezwykła, bo w wyniku dzielenia się obie strony coś zyskują. Tu prosta algebra nie wystarczy by opisać i zrozumieć tę rzeczywistość.

Naszym celem jest zmiana świadomości, stylu życia i codziennych nawyków. To taki przewrót kopernikański w myśleniu. Mikołaj Kopernik mieszkał na Warmii, nawiązanie więc do niego nie jest bezpodstawne. Poprzez akcję tworzenie nowych półek bookcrossingowych i uwalniania książek chcemy ułatwić dostrzeżenie problemów odpadów (konsumpcja towarów jednorazowych, rosnące wysypiska, śmieci zalęgające w lasach). Chcemy pokazać i zobaczyć jak prostymi działaniami można to zmieniać. Im więcej osób tym większy sukces akcji.

Co możesz zrobić, gdybyś chciał(a) dołączyć? Przeczytaj książkę. Uwolnij ją i przekaż dalej. Podziel się wrażeniami i zostaw swój ślad na naszym fanpejdżu. Zrób zdjęcie z książką i wyślij do nas, na facebookowy fanpage!

Niżej przykład z Kurzetnika, estetycznej półki bookcrossingowej w miejscu przyjaznym do spotkań. Takich miejsc jest już sporo, chcemy o nich opowiedzieć. I sprawić, by powstały nowe.

DSCN0689_1

Drugie dno (edukacyjne)

W dydaktyce chodzi nie tylko o wiedzę i umiejętności, ale i o kompetencje społeczne. W metodzie projektu uczymy się umiejętnościrzeczywiście potrzebnych w życiu pozaszkolnym. Nie na zaliczenie ale naprawdę, na serio. I uczymy się „poza klasą”, w środowisku społecznym, takim jakie ono jest w rzeczywistości. A przede wszystkim uczymy się współpracy. 

A czego ja się uczę? Tutoringu. Przez działanie a nie tylko uczestnictwo w szkoleniu. To doświadczania pozwala nam wiedzieć, czego jeszcze nie wiemy, co warto doczytać, dosłuchać i jeszcze przećwiczyć. Uczę się razem ze studentami. A każdy uczy się czegoś innego – tego, co akurat ma w deficycie i chce rozwinąć. Uczymy się od siebie w realnych sytuacjach, z potknięciami, radościami sukcesów. I tak przez całe życie. Bo kształcenie jest ustawiczne.

Typowo nietypowa inauguracja roku akademickiego 2017/2018

22181264_10212860185932805_240132433775205125_oCzy w tytule czasem nie ma błędu? Jak może coś być jednocześnie typowe i nietypowe? Zaraz wyjaśnię. A tak na marginesie zaznaczę, że przyroda jest tak niezmierzenie bogata, że i paradoksy (na ludzki rozum) licznie się trafiają. Różnorodność zjawisk przyrodniczych jest ogromna.

Zatem inauguracja roku akademickiego była typowa w swej nietypowości. Ten paradoks wynika z etapu przejściowego, zmiany, swoistej ewolucji. Żyjemy po prostu w nietypowych czasach.

Przez wiele lat uczestniczyłem w uczelnianych i wydziałowych inauguracjach roku akademickiego. Były one podobne, typowe i nawiązujące do wielowiekowej tradycji, czego symbolem są togi. Zakładamy przecież je tylko na takie niezwykłe, uroczyste chwile. Ceremoniał i stroje zakorzenione są głęboko w przeszłości. To stały rytuał. Przewidywalny.

Przez wiele lat było standardowo. Niedawno pojawiły się pierwsze zmiany. Nie ma już tradycyjnych papierowych indeksów, cała dokumentacja jest w komputerach, dostępna przez internet. Został więc dawny rytuał… ale już nie wręcza się indeksów. Po cóż zatem się spotykać? Zamiast wręczania indeksów następuje wyczytywanie immatrykulowanych studentów. I przyjmowane jest ślubowanie. Uroczysta chwila.

Ale ja nie o takiej nietypowości chcę pisać. W gruncie rzeczy jest to uroczysta inauguracja w togach, z przewidzianymi na tę chwilę pieśniami, przemówieniami i wykładem inauguracyjnym. Na takiej nieco zmienionej, ale tradycyjnej, inauguracji wydziałowej byłem w piątek, 29 września. Niby rok akademicki zaczyna się pierwszego października, ale jest wiele inauguracji wydziałowych i jedna uczelniana, więc trzeba je jakość rozmieścić czasowo. Byłem zatem w todze, studentów rozpoczynających naukę przywitałem, wykładu inauguracyjnego wysłuchałem. Ale zaraz po odwieszeniu togi ubrałem koszulkę okolicznościową i… pobiegłem na Europejską Noc Naukowców. Taki nowych choć zakorzeniający się w nowej tradycji akademickiej piknik naukowy. Festiwale nauki i pikniki są nowe w naszej uniwersyteckiej rzeczywistości, a więc w jakiś sposób nietypowe… choć już stające się czymś standardowym. Okres przejściowy.

Tak więc inauguracja roku akademickiego zastała mnie na pikniku naukowym w Bibliotece Uniwersyteckiej, w okolicznościowym T-shircie (a nie todze). Uczestniczyłem w przygotowanej grze terenowej z molami książkowymi i malowanymi dachówkami w tle (forma questingu i gry miejskiej). Takich form edukacji kiedyś nie było. Ponadto opowiadałem bajkę edukacyjną w formie kamishibai, uczestniczyłem w warsztatach klejenia domków dla chruścików (chodzi o maskotki, pluszaki) i wspierałem występ artystyczny Wiedźmuch. Takie nowe formy edukacji pozaformalnej są nietypowe dla uniwersytetu. A w zasadzie były nietypowe, bo stają się czymś … typowym . Odbiorcą tejże edukacji nie jest standardowy student lecz bardzo zróżnicowana publiczność: od przedszkola do seniora. Ponadto przekazywanie wiedzy nie odbywa się w formie długich kursów lecz małych porcji informacji czy umiejętności, gdzie rozrywka miesza się z edukacją.

To nie koniec nietypowości. Bowiem w poniedziałek z samego rana udałem się do kina, aby w krótkim wykładzie, poprzedzającym film, opowiadać o przyrodzie i bioróżnorodności. Publicznością byli uczniowie klas I-III. I miejsce i okoliczności nie były typowe dla tradycyjnego uniwersytetu. Mój wykład inauguracyjny odbiegał znacząco od dawnych schematów.

Z kolei we wtorek pojechałem do Warszawy na konferencję by nauczycielom biologii i przyrody opowiadać o metodach edukacji. Sam też się od innych uczyłem. W czwartek miałem wreszcie pierwsze „normalne” zajęcia ze studentami. Kursowy wykład z „biologii wód” dla studentów mikrobiologii. Ale ciut wcześniej, z samego rana, miałem jeszcze jeden nietypowy wykład inauguracyjny. Za pomocą Skypa połączyłem się z uczniami z Górznej (północna Wielkopolska, Krajna), z klasy III i IV. Miała być tylko próba techniczna… a wyszło sympatyczne spotkanie z uczniami w formie telekonferencji (załączone wyżej zdjęcie). Próba, bo w piątek rano ma odbyć się telekonferencja z uczniami z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii w Radawnicy. Natomiast w sobotę e-konferencja EduMocOnline (dla nauczycieli i edukatorów).

Była tradycyjna inauguracja roku akademickiego ale z bardzo dużym udziałem nietypowych form edukacji pozaformalnej. Poza typowymi studentam, w tym nietypowym rozpoczęciu nowego roku akademickiego, uczestniczyli bardzo zróżnicowani słuchacze, znacząco odbiegający od standardowego wyobrażenia studentów. Było więc nietypowo. Tyle tylko, że jest to już typowe. Znak czasu – uniwersytet otwiera się coraz bardziej na różne formy edukacji (trzecia misja uniwersytetu). Poza badaniami i kształceniem „tradycyjnym” studentów, uniwersytety coraz bardziej realizują trzecią, społeczną misję. Tradycyjnych studentów ubywa a przybywa tych „nietypowych” i jest to stały, cywilizacyjny trend. A więc staje się czymś typowym.

Typowa nietypowość to oznaka transformacji, zmiany, ewolucji. Ewolucyjnie stare zanika a pojawia się nowe. Zmienia się forma wykładów. Już coraz częściej nie stajemy za mównicą (katedra na podwyższeniu) by wykładać. A po drugiej stronie coraz częściej znajdują się zupełnie inni studenci (odbiegający od dawnych standardów). W końcu oprócz długich kursów pojawiają się małe i krótkie, patchworkowe formy przekazywania wiedzy… i nauczanie ustawiczne.

Niby wszystko pozostaje po staremu: misja uniwersytetu w upowszechnianiu wiedzy. Jest więc typowo. Ale pojawiają się zupełnie nowe formy, jest więc nietypowo.