O ocenianiu stopniami i opisowo – przykład gazetowej ankiety i testu komputerowego

1ktoryzmotylipiszczytrabiSkąd oni wiedzieli? To była pierwsza myśl, gdy nauczyciele, na wykładzie w trakcie konferencji metodycznej udzielili odpowiedzi na pytanie o motyla wydającego dźwięki. To był szybki test z wykorzystaniem telefonu komórkowego i mobilnego Internetu. (zobacz cały wykład, z małymi skrótami). Zabawa interaktywna, celem której było pokazanie, że można w szkole wykorzystywać edukacyjnie smartfony. Ale wrócę do pytania, które wcale nie było łatwe. Co oznacza ten wynik z wyraźnie dominującymi poprawnymi odpowiedziami? Czy nauczyciele rzeczywiście znali właściwą odpowiedź? Skąd wiedzieli o takiej niszowej informacji? A może były to w jakiejś części strzały w ciemno i sugerowanie się nazwą? Tego, niestety, prosty test i ocena cyfrowa nie są w stanie wyjaśnić. Do tego potrzebna byłaby dyskusja z zainteresowanymi (zapraszam do zamieszczania uwag w komentarzach pod niniejszym wpisem na blogu).

A przecież od szkół i nauczycieli oczekujemy prostych, cyfrowych ocen. Skoro skala jest od 1 do 6, to bardzo szybko otrzymujemy odpowiedź, jak jest: dobrze, celująco, dostatecznie itd. Szybko ale mało precyzyjnie. Co innego w ocenie opisowej. Tam jest dużo konkretów. Tyle, że nie wystarczy rzut oka. Trzeba przeczytać i pomyśleć. Przyzwyczajenie do ocen cyfrowych pozostaje na długo, po opuszczeniu szkolnych ław.

Kilka dni temu otrzymałem od pana redaktora z Gazety prośbę o udzielenie odpowiedzi na temat miasta (zobacz rezultaty). Zadanie okazało się prostsze niż myślałem. Była to bowiem ankieta z odpowiedziami w formie oceny szkolnej od 1 do 6. Można było wypełnić szybko lub z zastanowieniem a więc znacznie bardziej pracowicie i czasochłonnie. Jakkolwiek by nie postąpić, to odbiorca i tak nie widzi czy szybko, na zasadzie wrażeń, czy po długiej analizie. Ma przed sobą same cyfry. O, przepraszam, oceny. Tak jak w szkole. I co może pomyśleć? Jak odcyfrować? Jakie wyciągnąć wnioski?

Ocena jednej osoby lepsza byłaby, gdyby była kompletna i opisowa. Bo wtedy zawierałaby wszelkie niuanse i niestandardowe podejście. Ale gdy takich ocen jest więcej, to analiza wszystkich, gdy każda inaczej wygląda, byłaby bardzo trudna. Cyfry o wiele łatwiej się sumuje i wyciąga wartość średnią. Lub stosuje inne statystyki. Powstaje wynik zbiorczy. Można na jego podstawie coś interpretować i wyciągać kolejne wnioski. Ale jak blisko lub daleko będą od tych indywidualnych ocen-interpretacji?

Tę trudną sytuację dobrze opisuje stara anegdota, że ze statystyką jest jak z dziewczyną w bikini – niby cała roznegliżowana ale i tak to, co najważniejsze jest zakryte. Bo co oznacza na przykład ocena 4 w kategorii „dobre wykształcenie” (w odniesieniu do Olsztyna)? Czy ankietowani mieli na myśli szkoły podstawowe, szkoły średnie, zawodowe czy uczelnie wyższe? A może wszystko łącznie? I czy teraz wypominać uniwersytetowi niezadowalający poziom kształcenia czy też odnosić do szkolnictwa podstawowego? Pomijając fakt, że jest to jedynie odczucie kilku-kilkunastu osób a nie analiza efektów kształcenia itp.

Oceny cyfrowe łatwo wystawić, nieco trudniej jest je uzasadnić czy zinterpretować. Maniera ta od jakiegoś czasu utrwaliła się w recenzjach prac naukowych, wysyłanych do redakcji czasopism naukowych. Pozwala podjąć decyzję redaktorowi czy przyjąć pracę czy odrzucić. Szybkość przy nadmiarze dopływających informacji jest na pewno niezbędna. Szybko nie znaczy dobrze (trafnie).

Wystawienie oceny opisowej zajmuje nauczycielowi dużo więcej czasu. Ale jest jednocześnie dobrą informacją zwrotną dla samego zainteresowanego. Konkretną i zindywidualizowaną. Pozwala dostrzec nieszablonowe mocne strony i obszary, w których warto popracować (i co konkretnie poprawić). Bo jeśli jest ocena 4, to znaczy, że mogłoby być lepiej. Ale co konkretnie? Mniej lepiej niż przy ocenie 3 a więcej niż przy 5? A może odwrotnie. Na różne sposoby w edukacji próbuje się odchodzić od stosowania ocen cyfrowych na rzecz opisowych. Trudna to jednak droga. I nie zawsze możliwa. Czasem chcemy ustandaryzowanych liczb by można je było łącznie analizować statystycznie (to interesuje nie ucznia a organ zwierzchni). Bo dla kogo innego są oceny opisowe, a dla kogo innego cyfrowe. Szkoda, że czasem o tym zapominamy.

Ja pozostanę z niepewności skąd tak wielu nauczycieli wiedziało, że zmierzchnica trupia główka wydaje dźwięki. Czytali mojego bloga (kilka razy pisałem)? Brali udział w poprzedniej Nocy Biologów (była bohaterem gry edukacyjnej)? A może ich wiedza przyrodnicza jest większa niż skłonni jesteśmy przyznać? Ciekawy problem, wynikający z prostego testu, efektem którego były liczby. Bo może liczby inspirują do przemyśleń?

Ucz się – to ważne! Będzie na egzaminie.

pomidory

Takie słowa można często usłyszeć w szkole i na uniwersytecie. Jest formą uzasadniania do czego się dana wiedza przyda. Przyda się… na egzaminie. Czy to uzasadnienie jest wystarczające? Pytam w kontekście spadającej motywacji do nauki. Bo nie wszyscy uczą się dla stopni i dobre oceny nie są zawsze wiarygodną przepustką do kariery. I oni to czasem wiedzą. Uczniowie i studenci. Widzą nieprzystawalność niektórych treści do współczesnego świata.

Wszystko niby jest dobrze, uzasadnienie sensowne. Podkreśla ważność informacji, ukierunkowuje uwagę i motywuje do uczenia się (zapamiętania). Jest jednak mała wątpliwość. Bo albo jest to skrót myślowy, albo … brak dobrego uzasadnienia. Jeśli używamy skrótów myślowych to miejmy na uwadze i to, czy adresat przekazu zna pełną wersję uzasadnienia.

Po co ma te informacje uczeń/student przyswajać? Dla egzaminu? Czyli wiedza przydatna tylko w szkole/uczelni, potem zbędna. Z takiego motywowania bierze się 3 x Z (a w zasadzie 4): zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Czwarte Z jest po to, by łatwiej zapomnieć. Nie będzie go nazywał po imieniu. Już dawne obserwacje wykazały, że część wiedzy i umiejętności nauczanych w szkole przydatna jest tylko w szkole. Potem zupełnie nieprzydatna. Bo na przykład takie ściąganie. Pozwala osiągnąć lepszą ocenę na klasówce… ale potem, w życiu zawodowym jest niepotrzebną kompetencją. Stosowanie jej prowadzi do katastrofy, także osobistej. Są oczywiście umiejętności i wiedza, które nie są przydatne, mimo że w szkole są dobrze oceniane i nagradzane. Lepiej zapomnieć.

Zapominanie jest bardzo ważną cechą naszego umysłu i bardzo przydatną w życiu. Nie wszystko warto pamiętać, np. traumatyczne przeżycia. Z wieloma informacjami jest podobnie: są przydatne tylko na chwilę, potem są balastem. I dobrze działający umysł zapomina. To dobra kompetencja i umiejętność. Czy w szkole uczymy się zapominania?

Wróćmy jednak do tytułowego motywowania „ucz się, bo się przyda”. Na egzaminie. A do czego przyda się w życiu pozaszkolnym? Będzie to przydatne? Nie jest to nacisk na umiejętności tylko praktyczne, bo wiedza ogólna też jest bardzo „praktyczna” – tworzy indywidualny system wiedzy, buduje paradygmat (światopogląd) i ogólne umiejętności umysłowe, buduje wiedzę o świecie i rozumienie rzeczywistości wokół nas (całościowy i spójny system a nie worek z chaotycznie poupychanymi informacjami). Czasem robimy coś co ćwiczy i umysł, i umiejętności poznawcze. Tak jak sportowiec na treningu: przecież biegnie nie w zawodach tylko „tak, bez nagród”. A przecież to dzięki treningom potem może wygrywać w realnych już zawodach i olimpiadach.

Nawet uczenie się wierszy na pamięć… może mieć sens (nawet w czasach gdy dysponujemy ogromną pamięcią zewnętrzną, dostępną on-line) – jeśli wskażemy ćwiczenie umiejętności mnemotechnicznych, skupienie się na wysiłku i celowym działaniu. Ale ten sens trzeba studentowi/uczniowi pokazać. By był zmotywowany głęboko i trwale, by rozumiał sens wysiłku pozornie bezsensownego. Najpierw jednak to pytanie powinien postawić sobie nauczyciel. Po co. Po co ma uczeń/student to wiedzieć, znać, rozumieć? Bo będzie na egzaminie? To słaba motywacja. Uczenie się dla stopni zachęca do chodzenia na skróty i… skłania do ściągania… Bo przecież będzie na egzaminie.

Dlaczego jest to ważne? W jakim sensie przyda się do życia pozaszkolnego? Nauczyciel (także ten akademicki) powinien stawiać nieustannie sobie takie pytania by rozumieć a nie tylko odtwarzać stary rytuał. Bo kiedyś tak było… Ale może w tym czasie coś się zmieniło? Współczesny świat niezwykle szybko się zmienia. Dezaktualizują się racje ważne 5 czy 10 lat temu. Raz udzielona odpowiedź, nawet jeśli jest bardzo dogłębnie przemyślana, nie wystarcza  na „wszystkie czasy”.

Do efektywnego nauczania potrzebne jest by przekonać a nie wymusić (zastraszyć złą oceną na egzaminie).

A co zrobić, gdy nie słuchają? Gdy szepczą na lekcji czy wykładzie? Postraszyć, że będzie na egzaminie? Żeby więc lepiej notowali i zapamiętali? Na ile taka motywacja wystarczy?

O tym jak zostałem hunwejbinem dla antyszczepionkowców

Jaskowski A było to tak. Wróciłem właśnie z Wrocławia, z bardzo interesującej debaty panelowej nt. „Przekazywanie informacji naukowej i nie tylko” (9 listopada 2017 r.) (czytaj także na Facebooku). Pojechałem tam na zaproszenie studentów redagujących Miesięcznik Studentów Politechniki Wrocławskiej „Żak” oraz Centrum Wiedzy i Informacji Naukowo-Technicznej. Bardzo inspirująca dyskusja o poruszaniu się w gąszczu informacji internetowych, o sposobach pozyskiwania rzetelnej informacji w bibliotekach, zasobach elektronicznych oraz o sposobach odróżniania rzetelnych informacji od manipulacji czy dezinformacji. Pojawiło się także pytanie o powody nieprzyswajania wiadomości niepasujących do naszego światopoglądu (szerszą relację z refleksjami po tej dyskusji panelowej zamieszczę niebawem).

Pomyślałem sobie, że są jeszcze młodzi ludzie zaniepokojeni zalewem faktoidów (materiałów przypominających fakty ale faktami nie będące) i próbujących poważnie dyskutować o przyczynach pojawiania się postprawdy i sposobów odróżniania informacji prawdziwych od medialnych manipulacji. W duchu zazdrościłem Politechnice Wrocławskiej aktywnych i odważnych studentów.

I kiedy tak „zazdrościłem” na wydziałowy Fan Page na Facebooku przyszły wiadomości od naszych studentów. Alarmujących głosów było kilka, zauważyłem także na fanpage uczelnianym. Potem także na innych wydziałach. Otóż studenci zwracali uwagę na jakieś dziwne spotkanie antyszczepionkowców, zaplanowane na naszej uczelni. W pierwszej chwili pomyślałem, że chyba przesadzają. Przecież to niemożliwe, aby u nas ktoś organizował takie antynaukowe spotkania. Poprosiłem o sprawdzenie, może to jakiś po prostu fejk lub żart. Studenci podesłali materiały ze strony Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP. Sama nazwa niewiele mówi, wyguglałem i poczytałem o działaniach tegoż Stowarzyszenia i wygłaszanych poglądach pana Jerzego Jaśkowskiego. Tak, niepokój naszych studentów i troska o dobre imię uniwersytetu były jak najbardziej właściwe i wskazane. I poczułem dumę – my też mamy rozsądnych i aktywnie działających studentów !

Owszem pojawia się pytanie czy uniwersytet powinien być otwartym miejscem na debaty na każdy temat. Dla nauki nie ma tematów tabu lub zakazanych (to wyjaśnię niżej). Ale pozostaje forma i rzetelność (a nie manipulacja).

W słusznej sprawie trzeba wspierać studentów. To była sobota, święto państwowe, dzień wolny. Potem niedziela, też dzień wolny. Studenci napisali list do Rektora z zamiarem zbierania podpisów od rana w poniedziałek. Aby ułatwić upowszechnienie informacji zamieściłem list studentów na blogu wydziałowym . Nie umieściłem nazwisk studentów z dwóch powodów. Po pierwsze by nie narażać ich na niepotrzebne przykrości (i było to trafne bo nawet bez nazwisk otrzymali telefon z pogróżkami, z numeru zastrzeżonego). Po drugie dopiero się organizowali i nie mieli zebranych podpisów (w sumie jak się później okazało na kilku wydziałach zebrali ponad 550 podpisów (czytaj więcej na ten temat).

15 listopada ukazał się tekst pana Jaśkowskiego, w którym nazwał mnie hunwejbinem. Młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć co to znaczy, otóż „Hunwejbini albo Czerwona Gwardia – komunistyczna organizacja młodzieżowa działająca w Chinach podczas rewolucji kulturalnej, w latach 1966-1968. Podobnych organizacji powstawało wówczas wiele, ale Czerwona Gwardia była najbardziej wpływowa. Dziś określenie hunwejbin jest używane na określenie członków wszystkich z nich. Chociaż według propagandy hunwejbini mieli się zajmować prowadzeniem rewolucji, to w rzeczywistości wykorzystywani byli do wewnątrzpartyjnych rozgrywek między liderami chińskiej partii komunistycznej. Czerwona Gwardia pozostawała pod rozkazami przewodniczącego partii Mao Zedonga. Popełniała liczne okrucieństwa, torturując, przetrzymując, poniżając, a niekiedy zabijając ludzi uznanych za „wrogów ludu”, do których zaliczano przede wszystkim nieliczną chińską inteligencję.” (Źródło: Wikipedia, hasło Hunwejbini https://pl.wikipedia.org/wiki/Hunwejbini)

Pan Jaśkowski użył tego epitetu ewidentnie by obrazić. Przecież nie jestem ani komunistą, ani nie prowadzę rewolucji kulturalnej itd. Taki nieuczciwy atak osobisty zamiast rzetelnych argumentów. Zwykły zabieg erystyczny, jakich w debacie akademickiej nie powinno być. Nic dziwnego, że takich prelegentów nie chcą nawet studenci („nawet”, bo młodzi ludzie mogą nie mieć jeszcze osobistych doświadczeń z manipulacjami i erystycznymi zabiegami).

Ale wróćmy jeszcze do wywodów pana Jaśkowskiego. Jednoznacznie stwierdza, że to ja jestem autorem listu do rektora. Na jakiej podstawie? Moje nazwisko widnieje jako admiratora, który zamieścił wpis na blogu. Uważa, że to z mojej strony manipulacja i podszywanie się pod studentów. Być może sądzi wedle swoich doświadczeń i wewnętrznych odczuć lub też szukał pretekstu by kogokolwiek zaatakować werbalnie. Przypisywanie mi autorstwa wynika z braku elementarnej rzetelności i zwykłej manipulacji. Albo nieporozumienia. Być może to jakieś nawykowe, niemniej typowe dla heroldów teorii spiskowych.

Dlaczego wspomnianemu stowarzyszeniu zależało na prelekcji pana Jaśkowskiego akurat w murach uniwersytetu? Przecież sal w Olsztynie nie brakuje na wszelakie spotkania duże i małe. Jak wynika z pisma pana kanclerza UWM, w zgłoszeniu stowarzyszania spotkanie zatytułowało „Edukacja w zakresie szczepień i zdrowia dzieci w tym autystycznych”. Bardzo poprawnie i daleko od pokazania poglądów głoszonych przez pana Jaśkowskiego. Typowe spotkanie edukacyjne? Gdyby nie studenci, którzy znaleźli ogłoszenie i znali poczynania tegoż Stowarzyszenia, nikt by nie zwrócił uwagi na ten sprytny kamuflaż. Wykład doktora nauk medycznych (kto by wiedział o odebraniu uprawnień?) i w murach uniwersytetu miał zapewne dodawać akademickiej wiarygodności głoszonym antynaukowym tezom. Zapewne wielu postronnych słuchaczy dałoby się nabrać na tę swoistą „mimikrę”. Stąd zapewne złość organizatorów, telefoniczne pogróżki czy wypisywane ataki na łamach portali wątpliwej jakości.

Czy na uczelni wyższej jest miejsce na każdą debatę i każdy wykład, np ruchów antyszczepionkowych? Jeśli debata, poważna to jak najbardziej, nawet z prezentacją poglądów antynaukowych. Ale z możliwością dyskusji i możliwością odniesienia się do takich poglądów. W najbliższą Noc Biologów planowana jest sesja studencka z referatami i debatą o szczepionkach i szczepieniach. Żadne poglądy nie są wykluczone z dyskusji. Ale zasady są jedne: żadnych nieuczciwych, erystycznych manipulacji. Fakty a nie faktoidy, dowody i argumentacja a nie manipulacja. Uniwersytet nie zamyka się na żadne tematy, nawet z pozoru najbardziej dziwne. To nie temat a sposób prowadzenia wywodów i debaty jest ważny i definiujący akademickość dyskusji.

Dlaczego to jest groźne?

Poglądy i sposób głoszenia treści przez ruchy antynaukowe, w tym antyszczepionkowców to także podwójne zagrożenie dla całego społeczeństwa. Po pierwsze stanowią zagrożenie nie tylko dla pojedynczych osób, oszukanych niby naukową otoczką (przecież na uniwersytecie to mówili), ale stanowią zagrożenie epidemiologiczne dla całego społeczeństwa. Równie groźne jak ataki terrorystyczne z użyciem broni biologicznej. Drugie niebezpieczeństwo to osłabiona odporność na internetowe manipulowanie i wojnę hybrydową. Już wyjaśniam, co mam na myśli.

Obowiązkowe szczepienia dotyczą groźnych chorób mogących wywoływać epidemie (lub groźnych dla zdrowia). Jeśli liczba osób niezaszczepionych wyraźnie wzrośnie, wtedy groźba epidemii staje się coraz bardziej realna. Masowe zachorowania. Zupełnie jak przy ataku bronią biologiczną. Mocne słowa? Jeśli trzeba, to je szczegółowo uzasadnię. W każdym razie działalność takich ruchów antyszczepionkowych stanowi zagrożenie dla całego społeczeństwa.

I drugi aspekt. Poprzez anonimowe, czasem generowane przez boty (sztuczną inteligencję) faktoidy i zmanipulowane informacje, szybko roznoszące się wiralowo w internecie, można wpływać na wybory parlamentarne całych narodów. W ostatnich latach mieliśmy tego wyraźne przykłady w kilku miejscach na świecie. To może zagrażać bezpieczeństwu całego narodu czy państwa. Sprawa jest więc bardzo poważna. Jak bronić się przed takimi destrukcyjnymi manipulacjami? Można porównać tę wojnę internetową do choroby zakaźnej. Jeśli duża część społeczeństwa będzie potrafiła weryfikować informacje, sprawdzać ich wiarygodność, to społeczeństwo jako całość będzie odporne na manipulacje i wojnę hybrydową. Pozwolę sobie porównać edukację do szczepienia i odporności grupowej. W tym przypadku odporności na kłamstwa, faktoidy i post prawdę.

Cywilizacyjnie sprawa jest naprawdę bardzo poważna. Dlatego bardzo się cieszę z postawy i skutecznego działania studentów, zarówno tych w Politechnice Wrocławskiej jak i naszych na UWM. Potrafią nie tylko dostrzegać problem ale i skutecznie działać zespołowo. Zebranie ponad pół tysiąca podpisów w ciągu kilku godzin na kilku wydziałach świadczy nie tylko o zaangażowaniu ale i umiejętności pracy zespołowej.

Miałem dużą przyjemność choć w małym stopniu wesprzeć ich poczytania. Tak jak wielu innych pracowników mojego Uniwersytetu.

Debata na każdy temat? Tak. Manipulacje? Nigdy! Przynajmniej nie w przestrzeni uniwersyteckiej.

Tekst pana Jaśkowskiego, zamieszczony na górze (fragment) pochodzi z tego bloga: http://www.kuprawdzie.pl/jaskowski-kontra-czachorowski/ 

Niżej skany i zrzuty ekranów, odnoszące się do omawianych treści.

kanclerz

plan_dojazdu

23318966_1605739719483292_6006497947898162886_n

Dlaczego teorie spiskowe cieszą się popularnością i ciągle się odradzają ?

Kwiaty_w_staniku Można by się dziwić, dlaczego jakieś niestworzone historie czy wierutne bzdury, miejskie legendy, ciągle znajdują chętnych do opowiadania i kultywowania. Dlaczego znajdują posłuch i zainteresowanie? Przecież człowiek jest mądry a edukacja powszechna. Na dodatek w wieku XXI tak łatwo wszystko sprawdzić, zweryfikować. A jednak są i trwają.

Pierwszą przyczyną jest to, że ludzie lubią opowieści. Lubią słuchać i lubią opowiadać. I to trwa już co najmniej od kilkudziesięciu tysięcy lat. A może trochę dłużej. Opowieści pełnią ważną rolę w integracji grupy i tworzeniu więzi. A człowiek jest małpą społeczną i sojusze w grupie są ważne. Bardzo ważne. Od małych grup po wielkie partie. Opowieść socjalizuje, ale i jest swoistym iskaniem – przytulaniem się, świadczeniem usługi i budowaniem więzi. Prawdopodobnie opowieści są starsze niż język (mowa). Bo taniec, gestykulacja, rytmiczne dźwięki też pozwalają stworzyć prostą opowieść.

Powstanie języka umożliwiło tworzenie opowieści w pełnym słowa tego znaczeniu. O świecie, o relacjach. Mowa jest takim udoskonalonym iskaniem – świadczeniem usług i budowaniem więzi przy uwolnionych rękach. Można więc coś robić, szukać pożywienia i „iskać”, czyli mówić. Takie zwykłe plotki-paplanie to budowanie więzi w grupie. Ćwiczenie inteligencji emocjonalnej i społecznej. Z kim trzymać, komu się podlizywać (bo ma zasoby dla nas atrakcyjne), kogo unikać, kto jest w niełasce samca i samicy alfa. Dzięki mowie ludzkie grupy (hordy) mogły stać się liczniejsze, a to dawało znaczną przewagę konkurencyjną i ewolucyjną nad innymi grupami (z definicji to wrogowie). Większe, dlatego że mózg potrzebuje dużo energii i trzeba dzielić czas na odżywianie się (łącznie z szukaniem pokarmu, jego przygotowaniem itd.) i jednocześnie opowiadać, mówić, komunikować się. Jeśli do tego dodamy inną innowację w postaci narzędzi i gotowania (termicznego uzdatniania żywności), to mamy duży postęp: mniej czasu na odżywianie się a więcej na budowanie relacji i sojuszy. Czyli więcej czasu na gadanie i opowiadanie. Tu mała dygresja, czy my w czasach nowoczesności z tymi wszystkimi maszynami, komputerami i robotami mamy więcej czasu na pogaduchy niż nasi przodkowie?

Drugim powodem popularności teorii spiskowych (i innych fantastycznych konfabulacji) jest to, że opowiadający na moment staje w centrum zainteresowania. Jego pozycja w grupie rośnie. Gdy opowiada staje się liderem, kimś ważnym, niczym przywódca. Zazdrośnicy oczywiście będą przeszkadzać, dyskredytować, zadawać podchwytliwe pytania, komentować zza pleców, hejtować tak czy siak, itd. Ale tymczasem ten wątek pomińmy.

Opowiadający staje w centrum i przynajmniej na moment zyskuje uznanie. A przecież słuchamy tylko rzeczy dla nas ważnych (z jakiegoś powodu), pięknych, intrygujących. Nie jest łatwo mówieniem zwrócić na siebie uwagę i zająć miejsce opowiadacza-mówcy. Nic dziwnego, że chcemy opowiadać, informować. Czy to dowcipy, czy to jakieś nowiny, czy dłuższe opowieści.

Ale o czym tu opowiedzieć, by inni słuchali? Może to być relacja z czegoś, co się widziało: że był wypadek, że krowa do rowu wpadła, że lis kurę porwał, że Bartłomiej zaczął już zboże kosić, że Maryna całowała się z Antkiem za stogiem, że grzyby już w lesie się pojawiły a sklepie za rogiem rzucili papier toaletowy, że widziało się film w kinie, że czytało się ciekawy tekst na blogu. Na tym pierwotnym zainteresowaniu sprawami ważnymi bazują media: by przykuć uwagę epatują sensacją, zbrodnią, seksem czy wypadkiem. Tyle, ze czynią to w znacznie większej, globalnej wiosce.

Zainteresowanie budzi także sensacja, coś co odbiega od normy, coś co jest inną interpretacją znanych zjawisk czy wydarzeń. Bo to, że ojcem Joachima jest Kurt, to wszyscy wiedzieli, ale jak zdradzić sensacyjną tajemnicę, że jednak ojcem jest Kleofas? Ten, co jest kowalem w sąsiedniej wiosce i kuleje na jedną nogę. Coś innego, nowego, niesamowitego. I tu dochodzimy do teorii spiskowych: jeśli przedstawimy inną interpretację dowolnego zjawiska, to zwrócimy na siebie uwagę i zainteresowanie naszą opowieścią. Że to nie Lech Wałęsa przeskoczył przez mur i był przywódcą Solidarności, że to nie Kolumb odkrył Amerykę, że wcale ludzie nie wylądowali na Księżycu i że żadnego antropogenicznego ocieplenia klimatu nie ma. A Ziemia to w ogóle jest paska… A w szkole uczą, że kulista, bo to jest spisek wielkiego biznesu, reptilian, iluminatów lub talmudystów.

Słuchamy opowieści ludzi z doświadczeniem. Ludzi który byli gdzieś daleko, widzieli niezwykłe krainy, brali udział w ważnych wydarzeniach, bitwach, wojnach, przygodach. Którzy opowiadają o nowych dla nas informacjach, wcześniej nieznanych (o roślinach, zwierzętach, grach komputerowych, przepisach na szarlotkę, cząstkach elementarnych itd.). Jednym słowem poszerzają naszą wiedzę o świecie. Coś przeżyli, coś widzieli, coś doświadczyli, czasem przez wiele lat. I teraz się tym dzielą. Mają czym.

Dlaczego teorie spiskowe są atrakcyjne? Bo wystarczy zasłyszeć jedną historię, przeczytać jeden artykuł w gazecie czy jedną książkę o UFO, diecie cud, spisku tajnym reptilian, szeptuchach, Paskudzie z Jeziora Zegrzyńskiego by… stać się ekspertem. Stać się wtajemniczonym, który może opowiadać. Niski koszt zostania ekspertem.

Owszem, nauka jest ciekawa. Lecz by współcześnie stać się ekspertem od ewolucji, wypadków lotniczych, klimatu, kształtu Ziemi, diecie paleo, klimatu itd. to trzeba sporo włożyć wysiłku w edukację, przeczytać wiele książek, odbyć wiele dyskusji. To trwa. Kiedyś było łatwiej, nie było tylu przyrządów i tak dużo zgromadzonej wiedzy. Teraz jest wysoki próg wejścia (wtajemniczenia). A przy teoriach spiskowych i innych paranaukowych sensacja próg wejścia jest niski. Czasem wystarczy jeden artykuł w czasopiśmie. I już można głosić wszem i wobec niezwykłe, sensacyjne nowiny. Można być opowiadaczem, na którym skupia się uwaga ludzi. Można opowiadać o czarostwie (bo nowe słowo dla czarów brzmi znacznie lepiej), o zbawiennym wpływie diety kapuścianej czy bezsolnej.

Lubimy opowiadać, zarówno historie zmyślone (literaturę fikcji), ciesząc się pięknem opowieści, jak i historie prawdziwe (literatura faktu) ciesząc się nowymi faktami i nowymi hipotezami. A przynajmniej wyglądające na prawdziwe. Bo ktoś widział. Na przykład szwagier lub kolega znajomego. Albo, najlepiej samemu się widziało i doświadczyło – wtedy jeszcze większa wiarygodność. I zainteresowanie. Dlatego historie spiskowe były, są i będą. Choć może lepiej zamiast zmyślania, konfabulacji (przecież mówiący sami w to wierzą) może uczyć ludzi opowiadania dowcipów czy pięknych historii? Albo rozsmakować w poznawaniu rzeczywistości?

Lubimy opowiadać historie bo daje to nam poczucie sprawstwa, poczucie wpływu na świat. Jak i daje popularność oraz buduje pozycję w grupie.

Teorie negacjonistów (denialistów) wszelakiej maści (teorie spiskowe) są krótkotrwałe. Po jakimś czasie stają się nudne (bo powszechnie znane). Wtedy szukać trzeba innej. Albo odgrzebać starą, dawno zapomnianą.

Problemem współczesnego człowieka jest umiejętność odróżniania literatury fikcji od literatury faktu, a także odróżniania faktów od faktoidów. Jest nam trudniej, bo żyjemy w globalnej wiosce ze znacznie większą liczba kontaktów międzyludzkich (spotykamy takich, których nigdy nie widzieliśmy i nie znamy) i znacznie więcej dociera do nas informacji jak i opowieści. I to w formie nieznanej naszym przodkom. Nasze zmysły i myślenie racjonalne mogą nas zwodzić w rozpoznawaniu wiarygodnych i niewiarygodnych opowiadaczy.

A co z tym zdjęciem na górze? Prawda, że intrygujące? Zwraca na siebie uwagę. Jak dobra opowieść. I skuteczna reklama.

Nie starcza czasu by cieszyć się życiem

licie_na_awce

„(…) Owszem, jest co jeść, jest gdzie spać, ale nic poza tym. Niby panuje dobrobyt, lecz nie ma jak z niego korzystać, nie starcza czasu, by cieszyć się życiem. Jakby powrócił rytm: pracuj, bądź cicho i równaj krok.”

Słowa, które wielu można uznać za swoje, w wielu krajach, w wielu grupach zawodowych. Paradoks wydajności i konsumpcji. Cytat pochodzi z artykułu Michała Zabłockiego pt. „Czeski paradoks” z Tygodnika Powszechnego (5 listopada 2017). Odnosi się do czeskiej rzeczywistości powyborczej. Ale zacytowany fragment oddaje stan ducha wielu ludzi. Jest uniwersalny. I być może zdradza przyczyny wielkich perturbacji na całym świecie.

Pracujemy coraz więcej. Coraz dłużej. Nawet jeśli przychodzimy do domu… to razem z pracą „po godzinach” i dyspozycyjnością. Jeden, wielki wyścig. I rosnąca frustracja, bo nie ma czasu żyć pełnią życia i cieszyć się życiem.

A u góry zdjęcie z arboretum w środkowej Francji. Przykład landartu. Jakże niewiele trzeba by zobaczyć piękno i cieszyć się życiem. Tylko na to trzeba trochę czasu…. Bunt i protest medyków jest wierzchołkiem góry lodowej. Dotyczy wielu krajów, wielu zawodów. Jest chyba znakiem czasu. Czasu przełomu i przewartościowania.

Każdemu potrzeba indywidualnych decyzji… ale i wspólnego urządzenia na nowo życia społecznego I być może poziomu konsumpcji. Ze szczególną mocą powraca pytanie „Być czy mieć”.

Dzisiaj jest Dzień Kropki

thedot2Dzisiaj jest Dzień Kropki, która poruszyła świat edukacji. Jedna kropa a skutek duży. Dzisiaj, to znaczy 15. września… ale i każdego dnia w roku. Kiedykolwiek tu zajrzysz, traktuj, że akurat dzisiaj jest ten wyjątkowy dzień.

Kropka trafiła na podatny i przygotowany grunt wśród nauczycieli. Była oczekiwana. The Dot Petera Reynoldsa (jest już polskie tłumaczenie) wywołała dobra lawinę. Pięknie opowiedziana historia o kropce i budzeniu talentów (koniecznie przeczytaj te historię). Wszelakich talentów. Bądź środowiskiem przyjaznym by z byle kropki rozwijały się talenty. Kropka postawiona na kartce, na dachówce, kamieniu czy starej butelce. I nie musi to być akurat 15. września.

Kropka to przykład jak dobro się replikuje. Niczym bakterie, grzyby, rośliny czy zwierzęta. Zło także się replikuje. Odkryj swoją kropkę i powielaj (replikuj) dobro. Odkryj swój talent i odkrywaj talenty innych.

Dzisiaj jest dobry dzień. Postaw swoją kropkę i poczekaj na mądrego nauczyciela. Albo od razu sam nim bądź.

Europa – odważna, młoda dziewczyna w pociągu

10364144_10203055451300567_4119936243852824499_nPociąg z prowincjonalnego miasta. W pociągu młoda dziewczyna, bez biletu, bez znajomości języka polskiego, bez polskich pieniędzy i bez karty kredytowej. Uśmiechnięta i odważna, kontynuuje swoją podróż. Na szczęście żyjemy w Europie i kulturowym, życzliwym otwarciu na innych.

Znała jedynie grzecznościowy zwrot „dzień dobry”, a potem po angielsku poprosiła konduktora o bilet. Najwyraźniej nie zrozumiał. Młoda kobieta zwróciła się do podróżnych, z prośbą o pomoc. Ta szybko nadeszła. Odważna dziewczyna. Z pomocą przygodnego pasażera wyjaśniła, że nie ma biletu i chce kupić do Warszawy. Oraz że nie ma polskich pieniędzy tylko euro. Nie miała też karty kredytowej, więc nie bardzo jest jak sprzedać jej bilet. Ale konduktor podrapał się po głowie i znalazł rozwiązanie. Życzliwość i zrozumienie dla podróżującego obcokrajowca.

Kocham taką Polskę, życzliwą i otwarta na innych, podróżujących. Niestety, to tylko fragment, ten lepszy, Bo przecież zdarzają się i pobicia, chamskie zaczepki w miejscach publicznych, z jawną niechęcią dla obcych i imigrantów. „Polska dla Polaków” oznacza po prostu „Polskę dla buraków”. Ale na taką wizję na szczęście nie ma powszechnej zgody. Polska jest zintegrowaną częścią Europy (Unii Europejskiej), strukturalnie, kulturowo i duchowo. A buraki? Byli, są i będą. Różnorodność kulturowa każdego narodu. Byleby tylko nie zawłaszczali Polski, narzucając swoją strachliwą i agresywną niechęć. Przeciętni ludzie są życzliwi i otwarci. Są gościnni. Wbrew telewizyjnej propagandzie i mowie nienawiści.

Póki co cieszę się, że odwiedzają nas młodzi ludzie i z poczuciem bezpieczeństwa wsiadają do publicznego pociągu, zdając się na otwarcie i życzliwość „tubylców”. Czyli nas. My też przecież często podróżujemy i oczekujemy od gospodarzy życzliwej pomocy.

Wspólna europejska tożsamość. Widoczna wśród zwykłych ludzi w prowincjonalnym mieście.

A zdjęcie ślimaka na polbkruku? To pamiątka z sympatycznego pikniku na uniwersytecie, z dowcipnymi, młodymi ludźmi. Graliśmy w kapsle, tak jak kiedyś na podwórku. Ślimak się do nas dołączył. Życzliwie przyjęliśmy jego obecności i powolne podróżowanie, po wyznaczonej trasie.

Europa ma różne oblicza. Pierwszego września przypominamy sobie rok 1939. To gorsze oblicze naszego kontynentu. Oby nigdy nie wróciło… Doceniam Unię Europejską jako znakomity pomysł i projekt na Europę bez wojen, z uśmiechniętymi dziewczynami, bezpiecznie podróżującymi po różnych zakątkach naszej wspólnej ojczyzny. Lub młodymi mężczyznami, grającymi dla rozrywki na podwórku w kapsle. I dyskutującymi.

Tydzień cudów, czyli „Co tam, panie, w szkołach słychać?”

szkoa2017Do początku nowego roku szkolnego został już prawie tydzień. Jak mówią w szkołach, będzie to tydzień cudów. Kiedy ludzie spotykają się to „plotkują”, co tam panie w polityce słychać. Albo co ta tam w edukacji/szkołach się dzieje.

Czytam internetowe wypowiedzi nauczycieli. Na przykład taką: „Uzupełniam etat dwoma godzinami w pobliskiej szkole, zaledwie 5 minut obok mnie. I teraz słuchajcie – jest tam 11 nauczycieli zatrudnionych na stale a aż 18 na dodatkowe godziny, uzupełnienie lub bez (Czyli ci ostatni nie pracują na części etatu. To resztę mają dorobić w Biedronce na kasie?). Ciekawe ile takich szkół funkcjonuje. To jest bardzo dobra zmiana.” Jak widać „entuzjazm” nauczycieli, spowodowany zmianami, apodyktycznie wprowadzanymi przez ministrę Zalewską, jakże pięknie uśmiechniętą, jest „oszałamiający”. Ale może gdzie indziej jest lepiej? Są takie szkoły?

Inny nauczyciel napisał „U mnie do tego roku łączącą pracę w dwóch szkołach byłam tylko ja. Od września będzie jeszcze 10 nauczycieli. Tu dodatkowa ciekawostka, bo przy układaniu planu okazało się, że nie ma kto uczyć w poniedziałek, ponieważ jest za mało nauczycieli uczących na stałe”. Jednym słowem dyrektorzy osiwieją a rodzice będą zaskoczeni. W zasadzie to jeszcze nikt nie wie jak ten szkolny wrzesień będzie wyglądał. Przynajmniej miesiąc zajmie jako-takie ogarnięcie „klęski żywiołowej”, A poza tym nauczyciele będą „robili swoje”, na ile im tylko warunki pozwolą. Jak co roku.

Jeszcze inny nauczyciel: „Mam koleżankę, anglistkę, która łączy godziny w dwóch szkołach i dwóch przedszkolach. Kiedyś wydawało mi się, że jestem rekordzistką, ponieważ łączyłam pracę w trzech szkołach … Nie zazdroszczę jej.” Kolejny: „A ja właśnie rejestruję się na e-korepetytor, bo … no nic nie wymyślę.” No tak, jeśli będzie się pracowało na części etatu to trzeba znaleźć jakieś dodatkowe zajęcie. Przed wieloma nauczycielami duże wyzwanie…

„W moim województwie, jak mówią nauczyciele, kurator naciskał na dyrektorów by nie zezwalali nauczycielom na uzupełnianie etatu w innej szkole. Chyba chodzi o to, żeby na papierze było, że nauczyciele mają pracę (a że na niepełnym etacie to inna inszość, w TVP tego nie pokażą). Przy takich okrojonych etatach i pensjach sami nauczyciele porezygnują z pracy. Ale wyjdzie na to, że nikt ich nie zwalniał… tylko dostali takie warunki, że sami się pozwalniali.”.

„U mnie było nas 13 osób, razem z dyrektorem, a teraz będzie 21…. Są wśród nich tacy, co pracują w czterech szkołach… organizacyjnie MASAKRA. I dla dyrektorów i dla nauczycieli.” Były kiedyś latające uniwersytety, będą latające szkoły.

„A to ja dziś miałem w tym temacie masakrę. Zrezygnowałem w maju z nauki w LO bo miałem mieć dodatkowe 6 h w sąsiedniej podstawówce (takie były ustalenia między dyrektorami). W połowie lipca okazało się, że ten nowy dyrektor to w sumie jednak nie wie czy będzie chciał mnie zatrudnić i że dowiem się w połowie sierpnia. Nikt nie zadzwonił, to wyszło na to, że zrezygnowałem z LO, nie mam dodatkowych godzin w nowej SP no i zostało mi 19 h u mnie. No trudno, myślę, przynajmniej odpocznę i stanę się lepszym nauczycielem. Dziś o 9:30 miałem zdać laboratorium w tym LO ale o 9:15 dostaję telefon od dyrektorki z LO, że chemiczka, która miała wejść na moje miejsce, zrezygnowała sms-owo…. No i wiedząc w jakiej są sytuacji chciałem im pomóc (chodzi o 11 h), ale nie wiedziałem co na to mój nowy dyro w SP. Pojechałem, pogadałem no i warunkowo się zgodził. Ale zaznaczył, że mogę nie dać rady pociągnąć 30 h i żeby to się nie odbiło na jakości mojej pracy (ma rację bo wiem już jaka jest masakra po zeszłym roku). Dyrektorka z LO w jest w siódmym niebie, no może prawie, bo w piątek zrezygnował anglista, a dziś o 9:30 (czyli po rezygnacji chemiczki) zrezygnowała jeszcze fizyczka… Czaicie ten Armagedon?

A dyskusja tak się rozwija, jak to między „sąsiadkami”, przynajmniej w internecie można się wyżalić. Bo co innego można zrobić? „Mój nowy dyrektor, czyli z podstawówki, do której nasze gimnazjum przyłączają, powiedział, że ostatni tydzień sierpnia to będzie TYDZIEŃ CUDÓW. Cudem będzie ogarnąć, kto wreszcie gdzie i na ile godzin będzie zatrudniony. O planach lekcji już nie wspomnę.”

„No ja też mam 31 h łącznie + gazeta + zlecenia. W szkole co chwilę ktoś odchodzi i dochodzi. Wersja planu nr 17 dziś powstała. Armagedon.” „U nas szukają ludzi do świetlicy, nie wiem jak to się wszystko ogarnie.”

„U mnie w miarę normalnie, ale byliśmy zespołem SP + gimnazjum”.

„U mnie do dzisiaj nie wiadomo ile kto ma godzin o planie zajęć nie wspomnę. Nadal nie mamy nikogo do biologii/przyrody ( 6 godz.), informatyki (8 godz.), historii/wos (6 godz.), chemii (2 godz.).”

Gruntownych zmian nie wprowadza się tak nagle, z roku na rok. Od ponad roku specjaliści ostrzegali, że będą kłopoty, bo tak nagle nie można przygotować zmian w złożonym organizmie (ani programów, ani podręczników ani zmian organizacyjnych). No ale jeśli zmiany byłyby konieczne i z przyczyn strukturalnym pociągałyby koszty… to należało przygotować działania osłonowe. Tego też nie ma a jest tylko prymitywna propaganda. Ciemny lud to kupi? Ale tych ciemniaków jakoś mało.

Po co to wszystko? Debata na temat struktury szkół czy 6 + 3 + 3 (podstawówka, gimnazjum, liceum) czy 8 + 4 (podstawówka, liceum) jest w jakimś sensie nie na czasie. Rodem z XX wieku. Miałaby sens 50 czy 30 lat temu. Ale teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku? Bo w aktualnej reformie nie są w ogóle poruszane sprawy najważniejsze dla polskiej edukacji. W zasadzie to nie jest reforma edukacji a zmiana organizacji szkół. Tylko tyle. Skoro te zmiany nie wniosą niczego nowego i edukacyjnie sensownego (tak jakby spierać się czy ulice miast oświetlać gazem czy naftą) to po co to całe zamieszanie, powodujące nie tylko bałagan ale i zmęczenie kadry pedagogicznej? Reforma całkiem nie na czasie na dodatek wprowadzona bez przemyślenia i przygotowania, co generuje duży chaos. Marnowanie kapitału ludzkiego, finansowego i społecznego. Karygodne marnotrawstwo.

Ktoś chce, żeby na złość babci odmrozić nam uszy? Nie tylko sobie ale i nam.

To co tam, panie, w szkole słychać? Będzie to często zadawanie pytanie przy nocnych Polaków rozmowach. A może z czasem zaczniemy głośno i szeroko rozmawiać o edukacji i potrzebnych zmianach. By dogonić XXI wieku i niezwykle szybko zmieniające się warunki funkcjonowania społeczeństw w epoce trzeciej rewolucji technologicznej.

Dalie malowane na szkle cz. 2

dalie2Jakkolwiek nie planowałem tego wcześniej, to ponownie włączę się z Olsztyńską Wystawę Dalii, (piąta edycja). Kolejna okazja na niezwykły plener wśród pachnących kwiatów, w szklarni i ogrodzie doświadczalnym UWM. W sympatycznym towarzystwie.

Przyroda malowana na szkle. Na starych butelkach, słoikach, na tym co „niepotrzebne”, co zawadza. Najważniejsze jest spotkanie i rozmowy. Malowanie jest tylko pretekstem. Można milczeć i nie zabijać ciszy banalnym słowem. Ale można mówić, opowiadać, skupiając się na prostaczych czynnościach.

Każdy może tworzyć, bo twórczość jest przyjemna, zwłaszcza w towarzystwie pogodnych ludzi. Tradycyjnie już, powstałe w czasie pleneru prace, wystawimy na wystawie w czasie Nocy Biologów, w styczniu 2018 roku. Zapraszam we wrześniu (9-10 września 2017). Przynieś ze sobą jakąś butelkę lub słoik. Albo abażur żyrandola lub lustro. Butelki i słoiki muszą być pozbawione etykiet. Farby będą. Ale tradycyjnie można przynieść kawałek własnego ciasta lub innego smakołyku.

9 września, w godzinach 11:00-16:00 odbędą się także inne artystyczne warsztaty. Poza „Daliami na szkle malowanymi, cz. 2” będzie także „Gipsowy dalii ślad” (poprowadzi artysta rzeźbiarz Dąbrówka Tyślewicz, adiunkt Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej), oraz warsztaty florystyczne pt. „Kompozycje z dalii” (grupa M.A.I.K.)

A jak ktoś chce, to może przyjść ze swoimi sztalugami i malować akwarelami na papierze, farbami akrylowymi czy olejnymi.

Więcej na ten temat:

Młodzi ludzie chwalący Hitlera? Jest rok 2017 ! Ignorancja i groza…

olsztynaruderaDziało się to w Olsztynie, w połowie lipca 2017 roku. Wyszliśmy z amfiteatru i ulicą Okopową szliśmy w kierunku Mostu św. Jana Nepomucena. Z małego lokalu Valhalla (jakże znamienna nazwa, nawiązująca do pogańskiej mitologii i germańskiego kultu siły)  wyszedł do nas na ulicę młody, elegancko ubrany mężczyzna. Miał tak może 19-20 lat. Mówił głośno, najpierw chyba do kogoś z lokalu, potem do nas: „Ja to mógł bym nawet być sądzony za propagowanie faszyzmu. Ale Hitler to był super gość, szkoda, że nie miał syna. Dzięki niemu Niemcy są potęgą. Przydałby się taki ktoś Polsce.”

Pojawia się pytanie czy jest to głupota, wynikająca z nieuctwa, czy jakieś dziwne kompleksy słabego młodzieńca. Pomijając miliony ofiar i zniszczeń w Europie, dokonanych przez owego „wspaniałego” Hitlera, zatrzymajmy się na zyskach dla Niemiec. Może ów młody człowiek obejrzał jakiś film z wojennymi zwycięstwami faszystowskich Niemiec?

A jaki jest zysk dla Niemców z Hitlera? Przed dojściem Adolfa H. do władzy Niemcy były kulturową i gospodarczą potęgą nie tylko w Europie, liderem postępu. Język niemiecki był międzynarodowym językiem nauki. Potęga nazistowskich Niemiec trwała raptem 6-7 lat (tak szybko skończyła się tysiącletnia Rzesza, od morza do morza). Ceną była śmierć około 10 milionów Niemców, utrata dużych części terytorium, ogromne zniszczenia gospodarcze i cofnięcie cywilizacyjne. Cóż za szaleniec chce podobnej „wielkości” dla Polski i Polaków? Z nazistowskich Niemiec wyjechało (uciekło) wielu naukowców, innych zamordowali. W rezultacie z lidera rozwoju cywilizacyjnego Niemcy stoczyły się na margines. Teraz międzynarodowym językiem nauki jest angielski. Utrata cywilizacyjnego prestiżu już na zawsze. Za chwilową złudną chwałę na polu walki cena duża i długotrwała. Koszty iluzorycznej wielkości były bardzo bolesne.

Owszem, teraz Niemcy są potęgą gospodarczą. Ale nie dzięki Hitlerowi tylko powojennej, kilkudziesięcioletniej odbudowie kraju i pomocy amerykańskiej. Niemcy skutecznie wyleczyli się z iluzji nazistowskich. Dziecinne sny o potędze w wykonaniu młodego człowieka są dla nas podwójnie groźne.

Przypomina mi się los ludności Prus Wschodnich – utraconego po wojnie terenu dawnych Niemiec. Na Warmii i Mazurach, odległym i biednym skrawku Rzeszy, Hitler uzyskał duże poparcie, w wyborach demokratycznych (potem była już tylko wojenna dyktatura). Pojawiły się inwestycje gospodarcze, ludziom żyło się dostatnio (chwilowo). Po 1939 pojawili się niewolnicy (jeńcy przymusowi robotnicy) do pracy w polu i fabrykach. Nie było widać skutków wojny przez jakieś 3-4 lata. Zrabowane z różnych krajów Europy dobra napływały systematycznie. Ojców, braci i synów wzięto do zwycięskiej armii , a po jakimś czasie przychodziły informacje o ich śmierci. A gdy nadeszła Armia Czerwona to cała ludność doznała gwałtów, przemocy, wywózek i śmierci. W końcu wysiedlenia. Na stałe.

Wystarczy sięgnąć do strat ludności z poszczególnych wsi: wiele zgonów na froncie, po wywózce na Syberii, inni zamordowaniu w trakcie mściwego przemarszu wojsk radzieckich. Ucierpieli i ci, co głosowali za Hitlerem, i ci co byli przeciw, jak i ci co się do polityki nie mieszali (moja chata z kraja). Zniszczenia i cierpienia były wielkie. A wszystko to za sprawą Hitlera i oddania władzy szaleńcowi.

Teraz w Polsce dzieją się rzeczy złe. Symetryści nie chcą się mieszać do polityki, cicho stoją z boku. Kult brutalnej siły i afirmacja dla dyktatury cieszą się sporym, jawnym lub cichym poparciem, także poparcie obecnych władz państwowych. Sny o potędze, wielkości i powstawianiu z kolan.

Boże, chroń nas przed takimi zbawcami narodu i kreatorami wielkości…. Brak wyobraźni i luki w znajomości historii, tej dawnej jak i tej najnowszej. Podobno historia jest nauczycielką życia. Tak, ale trzeba tę historię znać.

Jak Bóg chce kogoś pokarać, to najpierw odbiera mu rozum. Nawet całemu narodowi.