Chruściki, webinarium i praca domowa

 Szklarska_Porba_wodospad_Kamieczyka_2Nie ma lekko, człowiek siwiejący a uczyć się trzeba. I wcale nie mam na myśli tylko faktu, iż jadę na warsztaty bentologiczne uczyć się oznaczać muchówek (Diptera), żyjących w polskich wodach. W tam zwanym międzyczasie doszkalam się w trybie wieczorowym w zakresie korzystania z wolnych zasobów w dydaktyce akademickiej. Z tej okazji po raz pierwszy w życiu wziąłem udział w webinarium o Otwartych Zasobach Edukacyjnych. Dzisiaj to już czwarty raz w ramach cyklu, na który się z własnej woli zapisałem.

Jutro cały dzień w podróżny, potem bez komputera gdzieś w górach, a tu zadali pracę domową i do niedzieli zrobić trzeba. Śpieszę się, bo nie wiem czy na tablecie by się udało. Spróbuję, ale strzeżonego … wiadomo. 

W Karkonosze jadę by w krótkim doniesieniu opowiedzieć o chruścikach (Trichoptera) Sudetów, stanie poznania, typologii cieków i zgrupowań ze szczególnym uwzględnieniem Kotliny Kłodzkiej. Będzie to wspólny referat, mój i pana Marcina Przesmyckiego (Pracownia Laboratorium z siedzibą w Wałbrzychu, WIOŚ we Wrocławiu).

W kraju zabieramy się za monitoring wód i wykorzystanie do tego celu makrobentosu, ale ciągle potykamy się o braki w badaniach podstawowych. Bez nich się nie da, i jednym z celów referatu będzie nawoływanie do powrotu do badań podstawowych, do owej „pogardzanej” faunistyki (oby nie był to głos wołającego w puszczy).

Chyba nie obędzie się bez dużej bazy danych i współpracy on-line wielu osób (mam nadzieję że uda się w ramach projektu Spin-Lab). A na konferencji, w kontaktach bezpośrednich do takiej współpracy namawiać można. Może się uda. Przecież nie wszyscy do reszty zachorowali na punktozę. Mam przynajmniej taką nadzieję.

W referacie opowiem (i pokażę) o stanie poznania chruścików Sudetów, z uwzględnieniem danych opublikowanych oraz materiałów niepublikowanych, zebranych w ramach Państwowego Monitoringu Środowiska wód płynących w latach 2007-2011. Poszczególnym typom abiotycznym cieków przyporządkowano zgrupowania chruścików (to co się udało z materiału zebranego w 2008 r. w Kotl;inie Kłodzkiej). 

W zlewni Nysy Kłodzkiej w 2008 r. najliczniej reprezentowane były: Hydropsyche siltalai i Psychomyia pusilla. Do dominantów zaliczono: Rhyacophila nubila, Sericostoma sp., Hydropsyche instabilis, do subdominantów: Hydropsyche incognita, Hydroptila sp., Hydropscyhe pelucidula, Athripsodes albifrons, Chaetopteryx villosa. Najwyższą frekwencją na stanowiskach odznaczyły się: Psychomyia pusilla Hydroptila sp., Hydropsyche incognita i Polycentropus flavomaculatus. W ciekach zlewni Bystrzycy struktura dominacji i frekwencji były trochę inne, ale eudominantami były te same gatunki: Hydropsyche siltalai i Psychomyia pusila. Do dominantów zaliczono: Polycentropus flavomaculatus, Anabolia sp., Rhyacophila nubila, do subdominantów: Athripsodes bilineatus, Goera pilosa, Halesus digitatus. Największą frekwencją na stanowiskach odznaczyły się: Polycentropus flavomaculatus, Rhyacophila nubila, Hydropsyche siltalai. O czym śiadczą te róznice? Opowien w trakcie wystąpienie. I o tym, co jeszcze trzeba zrobić by z tych danych wydobyć referencyjne zgrupowania chruścików.

19 gatunków występowało w badanych ciekach obu zlewni. Tylko w zlewni Bystrzycy w próbach z 2008 r. stwierdzono: Cyrnus trimaculatus, Hydropsyche bulbifera, H. fulvipes i Potamophylax cingulatus. Tylko w zlewni Nysy Kłodzkiej występowały: Agapetus ochripes, Athripsodes albifrons, Brachycentrus subnubilus, B. maculatus, Drusus brunneus, Halesus radiatus, H. tesselatus, Lasiocephala basalis, Lepidostoma hirtum, Rhyacophila tristis, Silo graelsi, S. nigricornis, S. piceus, Stenophylax permistus. Różnice między ciekami obu zlewni w największym stopniu wynikały z różnić w uwzględnionych typach abiotycznych. Najwięcej stanowisk zaliczono do typu 4 i 8, pojedyncze stanowiska do typu 5, 6, 10, 16 i 18. Typu abiotyczne typami, a jakie znaczenie ma siedliskowa heterogenność w ciekach? Bardziej widoczna na moim pojezierzu, ale i w górskich ciekach też jest widoczna.

Analizowano skład gatunkowy oraz podobieństwa faunistyczne między różnymi typami abiotycznymi badanych cieków. Analizowano także podobieństwa faunistyczne między stanowiskami. Stwierdzono, iż grupowanie stanowisk na podstawie podobieństwa faunistycznego nie pokrywa się w pełni z typami abiotycznymi rzek. Wskazuje to, że na rozmieszczenie chruścików w ciekach Kotliny Kłodzkiej wpływają także inne czynniki siedliskowe. Największa liczba gatunków preferuje typ abiotyczny rzek numer 4 (potoki wyżynne krzemianowe z substratem gruboziarnistym) i 8 (małe rzeki wyżynne krzemianowe) – są to: Anabolia sp. (laevis/furcata), Hydropsyche incognita, Hydropsyche instabilis, Hydropsyche pellucidula, Hydropsyche siltalai, Hydroptila sp., Polycentropus flavomaculatus, Psychomyia pusilla, Rhyacophila nubila, Sericostoma sp. Są to głównie gatunki dominujące. Najmniejsza liczba gatunków, bo tylko dwa (Anabolia sp., Hydropsyche angustipennis) została rozpoznana w rzekach o typie abiotycznym nr 18 (potok nizinny żwirowy). Ale to wszystko to początek drogi, pierwsza przymiarka. Wszystkich danych jest dużó więcej – ponad 60 tys. lar chruścików z całej Polski, z wielu typów wód. Bez spółpracy się nie da.

U góry zmodyfikowana fotografia wodospadu Kamieńczyka. Autor: Platanacero,  tytuł zdjęcia: „Szklarska Poręba, wodospad Kamieńczyka”, źródło: Wikimedia Commons, licencja GFDL ver. 1.2 or CC-by-sa ver. 2.5, 2.0, and 1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0-3.0-2.5-2.0-1.0), https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Szklarska_Por%C4%99ba%2C_wodospad_Kamie%C5%84czyka_1.jpg

Tekst i grafika niniejszego wpisu na licencji CC-BY-SA

 

ps. A gdzie praca domowa? Właściwy nauczyciel wie :).

Namaluję sobie muchę … na kamieniu

gorzekkamienieDo efektywnej pracy trzeba zatrudnić obie półkule mózgowe. Lewa półkula, zwana akademicką, gdy sama pracuje, to druga, prawa – zwana artystyczną się nudzi. I przeszkadza. Nauka łączy się ze sztuką. Wzajemnie uzupełnia. Potrzebna jest analiza i synteza, naukowa skrupulatność i artystyczna innowacyjność. Sztuka dla naukowca nie jest tylko hobbystycznym odpoczynkiem ale i psychiczną higieną. Intelektualna rozgrzewką.

Tym razem szalony pomysł zrodził się w Lublinie, żeby w czasie tegorocznych warsztatów bentologicznych (bentos, to małe bezkręgowce żyjące na dnie zbiorników wodnych) malować wodne bezkręgowce na kamieniach. Szybko podchwyciłem ten artystyczny pomysł na spotkanie integracyjne ale i nieco inne spojrzenie na życie biologiczne potoków górskich. W tym roku XXII Ogólnopolskie Warsztaty Bentologiczne odbędą się w dniach 21-23.05.2015 r. w Przesiece k. Karpacza, w Karkonoszach. Celem warsztatów jest przybliżenie zagadnień związanych z monitoringiem wód oraz zachęcenie do badań makrofauny rzek Sudetów. Zjedzie się kilkudziesięciu naukowców z Polski i krajów ościennych. Libuse Opatrilova oraz Stanislav Vojtasek przedstawią metodykę pobierania próbek makrozoobentosu i oceny stanu ekologicznego rzek, przyjętą w Czechach. Natomiast dr Grzegorz Tończyk przybliży nam problematykę oznaczania rzędu Diptera. Warsztaty zakończy wycieczka po Karkonoszach.

Będą więc referaty, postery, warsztaty oznacznia i spotkania kuluarowe. Jadę by nie tylko zdać relacje z badań nad chruścikami Kotliny Kłodzkiej i wykorzystaniem ich w monitoringu wód. Nie tylko by pouczyć się oznaczania jakże trudnej grupy jakimi są larwy muchówek. Ale także po to, by w rozmowach kuluarowych podyskutować ze specjalistami z całej Polski, bo wymienić się pomysłami, zaplanować dalsze wspólne badania, publikacje. I by się lepiej kuluarowo rozmawiało będziemy malowali kamienie, zebrane z Karkowskich potoków. Malowanie to nie tylko odwzorowywanie tego, co się widzi. To wyobrażanie sobie obiektu. Im lepsza wiedza entomologiczna (znajomość anatomii owadów), tym wierniejsze (prawdziwsze) powstają malowane odwzorowania. Rysunki i ilustracje barwne zawsze zawierają więcej treści niż zdjęcie fotograficzne. Bo dodawany jest element teorii. Uwieczniane jest więcej niż widać w danej chwili. Dodawany jest skumulowany efekt zdobytej wiedzy.

Jadę w Karkonosze, by przy okazji konferencji naukowej… namalować sobie „robala” na kamieniu. Pierwotnie planowałem malowanie na butelkach… ale farby akrylowe szybciej schną i dają większe możliwości. Potem pozostanie tylko polakierowanie i… niech sobie kamienie leża w trawie lub nad potokiem. Nie będę jedynym, który będzie malował. Liczę, że do zabawy dołączy więcej osób.

A na ilustracji wyżej prace dr Małgorzaty Gorzel z Lublina, specjalistki od Chironomidae.

Wiosenne poznawanie przyrody z tatą lub dziadkiem

Syn już wyrósł. Niestety. Czekam na wnuki. Bo małe dziecko jest jak pies, wyciąga z domu na spacer, nawet największego leniucha. A że jest ciekawe (dziecko) to pyta o wszystko co wokół. Tak jak moja mała sąsiadka. Czasem przez okno widzę, jak co chwila się zatrzymuje, by w zaciekawieniu patrzeć co na chodniku, co pod krzakiem itd. Cieszy się życiem i o wszystko pyta. I można patrzeć na ślimaka, na mrówkę i opowiadać, opowiadać i przy okazji samemu dostrzegać różnorodność świata. I się nim cieszyć.

Wiosna wybuchła, wkoło pachnie kwitnącymi mirabelkami, świeżą zielenią. Tyle, że ten świat za oknem jest inny od tego, który znamy z telewizji i internetu. Jak tu więc dziecku opowiadać? Od tego są książki. Oraz internet. Zrobić zdjęcie i poprosić innych o rozpoznanie, potem doczytać i już można snuć opowieść. Opowieść prawdziwą. Chyba przedwczoraj na Facebooku zobaczyłem żółtą żabę. Ktoś się pytał co to jest (najpewniej żaba zielona, jeziorkowa tylko jakaś taka albinotyczna). Zachwyty innych. Grupowa konsultacja wskazuje na jakieś dziwne, albinotyczne zjawisko. Nigdy nie przypuszczałem, że mogą być żółte żaby u nas. Ciekawe jak często (rzadkie) to zjawisko?  A zdjęcie zachęca by samemu szukać odpowiedzi, sięgać do książek, szukać w przepastnych zasobach internetowych. Tylko komu teraz opowiedzieć o żółtej żabie? I o chruścikach, które przedwczoraj widziałem nad Łyną….

mikoluszkoprzyrodaSamemu, jako dorosły, to jakoś tak trochę głupio spacerować i przyglądać się żuczkom w trawie, kwiatom na drzewach. Co innego z dzieckiem. Można pokazywać świat komuś innemu.

Niedawno otrzymałem dobrą książkę dla dzieci (i dla tatusiów lub dziadków). Załączona obok jako ilustracja – „Z tatą w przyrodę” Wojciecha Mikołuszki. Pięknie ilustrowana przez Tomasza Samojlika. I co najważniejsze poprawna merytorycznie. Ciekawe opowieści o przyrodzie, ułożone fenologicznie. W kwietniu można z autorem obserwować żaby i traszki a na trzeciego maja pojawia się propozycja poznawania świata wodnych pluskwiaków, z płoszczycą, topielicą, pluskolcem czy nartnikami.

W sumie 43 opowieści o rodzimej przyrodzie (z wyjątkiem relacji z wycieczki do Ameryki), zainspirowane wycieczkami z własnymi dziećmi. I co najważniejsze poprawne merytorycznie, z rodzimymi gatunkami (z wyjątkiem, o którym wspomniałem). Książka dla dzieci i młodzieży, do rozbudzania zaciekawienia rodzimą przyrodą i zachętą do wycieczek, nawet po mieście. Ale to także książka do dorosłych, by wiedzieć jak zaplanować wycieczkę z własnymi dziećmi… lub wnukami. I co im ciekawego można pokazać.

Na mojej półce bibliotecznej znacznie pokaźniejszy zasób książek przyrodniczych. Trzeba to jakoś wykorzystać, by częściej chodzić na spacery. W czasie pierwszego weekendu majówego umówieni jesteśmy (dorośli) na foto-piknik entomologiczny, w Lesie Miejskim. To znowu będzie pretekst spacerów przyrodniczych. Już nie opowiadanie własnemu dziecku ale robienie zdjęć… by później opowiedzieć na blogu. I wspólnie zachwycać się rodzimą przyrodą i życiem wokół nas.

Własne dziecko wyrosło. Pozostaje Uniwersytet Dzieci i rodzący się wolontariat miejski. Co prawda ten ostatni planowany jest raczej do obsługi dużych imprez, ale dlaczego nie wykorzystać potencjału ludzi do pielęgnacji zieleni w parkach i skwerach oraz do … opowieści o przyrodzie i spotkań na trawniku. Ze sztuka, grą terenową czy planszową, zabawami i opowieściami o przyrodzie. O chruścikach, biedronkach, pokrzywach na zupę czy jadalnym Uchu Judasza.

Spotkanie z jadowitym bagnikiem oko w oko

Praca terenowa, poza różnymi niewygodami, ma także i ten plus, że zawsze coś ciekawego się spotyka. Podczas przeszukiwania brzegów rzeki Pasłęki w poszukiwaniu wylinek ważki trzepli zielonej (Ophiogomphus cecilia) natknąłem się na bardzo dużego pająka. Odrobina strachu i radości z niezwykłego spotkania.

Wylinki wspomnianej ważki w celach monitoringowych najlepiej szukać (wypatrywać) z wody (od strony wody). Trzeba więc wejść do rzeki i przeszukiwać roślinność wodną i nadwodną, gałęzie, nadbrzeżne drzewa, niezarośnięty brzeg. A że czasem rzeka Pasłęka jest głęboka przy samym brzegu, to brodzi się niemalże po same pachy w wodzie. Świat wtedy wygląda zupełnie inaczej, z zupełniej innej perspektywy. I dlatego dostrzega się zupełnie inne rzeczy niż w czasie spaceru brzegiem, nad wodą. Patrzy się nie z góry, ale od dołu. Wzrok niemalże nad lustrem wody. Widać liczne nory bobrów lub tylko ich wyjścia na lądowe żerowiska. Widać wiele owadów, innych bezkręgowców, roślinność wodną.

W takich właśnie poszukiwaniach ważkowych ostatnio natknąłem się na bardzo dużego pająka. Tak wielkiego jeszcze nie widziałem. Był większy niż pająki krzyżaki jesienią. Ledwo zdążyłem zrobić zdjęcie, a on czmychnął. Po prostu zniknął, zapadł się jak kamień w wodę. Nie wiem czy zanurzył się pod wodę, czy schował między nadbrzeżnymi turzycami. Był na prawdę szybki.

Już wcześniej słyszałem o dużym, nadwodnym pająku, zwanym kłęboszem. Dysponując jedynie zdjęciem i własną pamięcią, postanowiłem poszukać i dowiedzieć się co też widziałem. Teraz jest dużo łatwej niż za czasów mojej młodości. Jest po pierwsze dużo więcej książek z dobrymi ilustracjami. Ale jest przede wszystkim internet. Można poszukać opisów gatunków, poszukać zdjęć lub po prostu wrzucić zdjęcie na odpowiednie forum, nawet w portalach społecznościowych, a ktoś bardziej doświadczony podpowie i pomoże.

Dzięki szybkiej i łatwej komunikacji internetowej nauka nabiera coraz bardziej społecznego charakteru. Po pierwsze staje się coraz bardziej dostępna (trafia pod strzechy). Komunikacja między niszowymi specjalistami i hobbystami staje się łatwa i możliwa. Szybko i łatwo można „znaleźć igłę w stogu siana”. Internet unieważnił niektóre przysłowia… Po drugie daje możliwość uczestnictwa w badaniach naukowych i dokumentowaniu wielu osobom, tak zwanym wolontariuszom. Nauka obywatelska. Nie tylko naukowcy ale i wolontariusze, hobbyści, uzupełniają powszechnie dostępne repozytoria wiedzy o przyrodzie, różnych gatunkach, zjawiskach. Powstają najprzeróżniejsze encyklopedie i społeczności z nimi związane. Prowadzą obserwacje i odnotowują stwierdzenia tak jak typowi naukowcy.

I właśnie dzięki takiemu społecznemu wymiarowi nauki dość szybko zidentyfikowałem mojego pająka. Po samym zdjęciu nie da się pewnie rozpoznać gatunku, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa był to bagnik nadwodny (Dolomedes plantarius) znany także jako kłębosz nadwodny (a w starszych opracowania także jako łakun). Jest jeszcze drugi, podobny gatunek (tego często widywałem nad wodami, ale raczej z daleka) –bagnik przybrzeżny, kłębosz przybrzeżny (Dolomedes fimbriatus), ale jak widać na zdjęciu u mojego pająka nie widać bocznych, białawych pasów. Ponadto miejsce spotkania i siedlisko bardziej wskazują na bagnika nadwodnego.

Bagnik nadwodny (Dolomedes plantarius) to pająk z rodziny darownikowatych (Pisauridae) osiągający wielkość do 2,5 cm (głowotułów wraz z odwłokiem), a wraz z odnóżami – 7-8 cm. Samice, jak to zazwyczaj u pająków bywa, są nieco większe od samców. Bagnik nadwodny jest zazwyczaj koloru brązowego (grafitowo-brązowego) z niewielkimi biało-kremowymi kropkami. Białe pasy po bokach ciała, tak charakterystyczne dla bagnika przybrzeżnego, są bardzo słabo widoczne lub ich brak. Tak jak to dobrze widać na zdjęciu „mojego” kłębosza.

Bagnik nadwodny, jak dobrze oddaje to jego nazwa, jest związany z bagnami i ze zbiornikami wodnymi, jeszcze silniej niż bagnik przybrzeżny (ale skąd nazwa kłębosz lub łakun?). Spotkać można go nad brzegiem lub na powierzchni rowów melioracyjnych, stawów, starorzeczy i jezior. Zawsze wśród bogatej roślinności wodnej i szuwarowej. Potrafi poruszać się po powierzchni wody a w razie zagrożenia potrafi zanurkować i skryć się pod wodą. Być może i mój bohater szybko zanurkował pod wodę, gdy chciałem zbliżyć aparat fotograficzny by zrobić lepsze zdjęcie. Pod wodą wydaje się metalicznie srebrny, a to za sprawą pęcherzyków powietrza, pokrywających jego owłosione ciało. Podobnie jak pająk topik.
Mimo, że silnie związany jest z wodą, to nie można go spotkać w opracowaniach, dotyczących wodnych bezkręgowców – choć wykazywany jest tam pająk topik. Może dlatego, że pająk topik buduje podwodne dzwonowate schronienia, a bagnik tylko okazjonalnie nukuje?

Bagnik nadwodny – nazwa dobrze oddaje siedlisko życia, związane z „bagnami” i przybrzeżnymi strefami zbiorników wodnych. Bagnik – niczym nazwa jakiegoś starodawnego demona słowiańskiego. Pająk ten żywi się wodnymi owadami, małymi rybkami, kijankami, małymi żabkami. Nie buduje sieci łownych lecz poluje aktywnie.
Bagnik nadwodny uważany jest za gatunek bardzo rzadki. Ale może dlatego, że jest podobny do bagnika przybrzeżnego i z nim mylony? Może jest jednak częstszy niż myślimy, tylko brakuje obserwatorów w terenie, którzy go wypatrzą i odnotują jego obecność w różnych miejscach i regionach? Gatunek ten zasiedla Europę i Azję, ale w wielu regionach Europy Zachodniej już wyginął. U nas także jest nieliczny. Umieszczony został wśród gatunków zagrożonych wyginięciem w międzynarodowej Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych (IUCN Red List of Threatened Species).

Bliskie spotkanie z bagnikiem nadwodnym zawsze jest ekscytujące. Zwłaszcza jeśli ma się świadomość, że jego szczękoczułki z łatwością przegryzą ludzką skórę. Stanowczo odradzam próby schwytania go w rękę. Jego ukąszenia ciężko się goją, a jad powoduje silne, trwające kilka dni zatrucie organizmu, objawiające się bólem głowy, biegunką i wymiotami. Wędkarze nazywają to „wędkarskim kacem”. Ukąszenie bagnika jest podobno boleśniejsze niż ukąszenie pająka krzyżaka.
Na szczęście dla zdrowia ludzi (a na nieszczęście dla nauki) bagnik jest bardzo płochliwy. Szybko ucieka lub chowa się pod wodę, zanim my go zobaczymy. Do ukąszeń dochodzi przypadkiem, gdy niechcący przyciśniemy go ręką (np. schowanego w zakamarkach łodzi wędkarskiej).

Nauka to dzielenie się wiedzą, przede wszystkim na wolnej licencji. Z efektów pracy naukowców wszyscy powinni swobodnie i bezpłatnie korzystać. Bo nauka powinna służyć przede wszystkim ludzkości.

Małe jest piękne i czarujące – wolffia bezkorzeniowa

Letnie wyprawy terenowe w poszukiwaniu chruścików (Trichoptera) i innych owadów wodnych oraz w poszukiwaniu unikalnego piękna przyrodniczego ekosystemów wodnych, pozwalają mi odwiedzać miejsca nieprzystępne i położone z dala od utartych szlaków. W trakcie przedzierania się przez chaszcze i oganiania się od owadów krwiopijnych, udaje mi się spotykać gatunki niezwykłe. Czym innym jest o nich czytać w podręcznikach, czym innym spotkać się "oko w oko".

Na zamieszczonej fotografii widać najmniejszą roślinę kwiatową świata – wolffię bezkorzeniową (Wolffia arrhiza). To te mniejsze, zielone kuleczki, wielkości 1-1,5 mm. Roślina kosmopolityczno-subtropikalna, spotkana przeze mnie "latoś"* w Delcie Wisły. W Europie Środokowej nie kwitnie (rozmnaża się wegetatywnie).

Te większe "kuleczki" to rzęsa drobna (Lemna minor), dość pospolita roślina wodna. Obie uwiecznione na zdjęciu rośliny zaliczane są do grupy ekologicznej zwanej pleustonem (zbiorowiska organizmów unoszących się na powierzchni wody). Związane są z wodami stojącymi i stagnującymi (zakola rzek, wody wolnopłynące, rowy itd.). Dość łatwo mogą być przenoszone przez ptaki wodne. Dlatego spotkać możemy je w zaskakujących z pozoru miejscach. Bo skoro w rzece woda płynie w jednym kierunku to dlaczego spotykamy te rośliny w środkowych i górnych odcinkach? Skąd się tam biorą kiedy ciągle są znoszone w dół rzeki? Rzesę – zwłaszcza rzęsę trójrowkową (Lemna trisulca) – możemy spotkać nawet w źródliskach helokrenowych. "Głębokość" wody sięga 2-3 mm, jak więc unosić się w takiej wodzie (przecież to pleuston)? W zasadzie rzęsa leży na podłożu i jest obmywana przez wodę. Jak się tam dostała? Jedynym wytłumaczeniem może być zawleczenie przez ptatki lub zwierzynę, lubiącą kąpiele płotne (np. dzik).

Badanie bioróżnorodności to nie jest tylko odnotowywanie obserwacji i różnorodnego bogactwa przyrodniczego ale także poszukiwanie ogólnych praw i zasad rozmieszczenia, czyli próba odpowiedzi na pytanie dlaczego jest właśnie tak. Wyprawy terenowe są zbieraniem wrażeń i okazją do przemyśleń.

Wolfia jest tak mała, że trudno ją dostrzec. Zwłaszcza, gdy występuje w towarzystwie pospolitych rzęs. Wystarczy jednak zwolnić, aby w z pozoru banalnym i pospolitym otoczeniu wyłowić wzrokiem i dotrzec umysłem rzeczy niezwykłe i wyjątkowe. Pośpiech nas zubaża… Nie trzeba podróżować daleko, by zobaczyć rzeczy niezwykłe i wyjątkowe. Wolne i skromne życie pozwala więcej zobaczyć, więcej doświadczyć, więcej zrozumieć. Bo cóż zobaczą ci, którzy lecą gdzieś daleko, w egzotyczne kraje, ale większość czasu i tak spędzą w samochodach, samolotach i hotelowych pokojach oraz popkulturowych, powierzchownych wycieczkach? Nic dziwnego, że coraz większym zainteresowaniem cieszy się styl życia zwany minimalizmem: ludzie ograniczają liczbę posiadanych rzeczy (ideałem jest mieć mniej niż 100) ale dzięki temu odzyskują czas dla siebie i czas na kontakty z przyjaciółmi. Co daje zapracowanemu "japiszonowi" wysoka pensja, kiedy nie ma czasu nawet wydać tych mozolnie zarobionych pieniędzy? Wydaje szybko i byle jak, aby pozbyć się wyrzutów sumienia… zaśmiecając odpadami i przedmiotami jednorazowego użytku okolicę i Ziemię jako całość…

Małe jest piękne. Pośpiech utrudnia widok. Zwolnij, a zobaczyć ukryte piękno pod nogami…

* latoś – z gwary mazowieckiej oznacza "tego roku". Tak mawiała moja babcia ojczysta (czyli ze strony ojca).

Biolodzy, dlaczego się tak dziwnie ubieracie?

Biolog środowiskowy w swoim laboratorum przyrody nieszczególnie wygląda. Mam na myśli strój roboczy. Przeciętni ludzie biorą nas za wędkarzy, myśliwych lub nawet kloszardów. Bo przyroda to nie jest sterylne laboratorium i w białym fartuchu byłoby niepraktycznie pracować. A że raczej nikt nie szyje ubrań roboczych dla przyrodników pracujących w terenie, to i garderoba nie jest specjalnie przystosowana. Jednak nie zakładamy tych swoich dziwnych strojów, aby wyróżnić się z tłumu. W większości ma to swoje uzasadnienie praktyczne.

Najczęściej jest to strój moro (łaciate w stylu wojskowo-myśliwskim). W niewielu przypadkach służy do maskowania się, aby zwierzyna nie zauważyła (to przydatne ornitologom, teriologom itd., mniej entomologom czy botanikom). Znacznie częściej wynika to z faktu, iż taka garderoba  jest dobrze przystosowana do warunków pogodowych i terenowych. Ubranie moro ma jeszcze jedną praktyczną zaletę – nie widać błoda, chlorofilu i innych zabrudzeń. Wystarczy przejść się przez pole rzepaku lub przez błota i moczary leśne, by wygląć na mocno zabrudzonego, niczym wiejski pijaczyna.

Nakrycie głowy w najmniejszym stopniu jest do ozdoby. Przede wszystkim chroni od słońca i deszczu, a daszek dla okularników przydatny jest jako ochrona okularów przed pajęczyną, gdy się przedzierają przez zarośla (okularnicy – nie okulary!). Przyciemniane okulary widoczne na zdjęciu wyżej? To nakładka polaryzacyjna na okulary (jak wiele gadżetów, zakupiona w sklepie wędkarkim), ułatwia zaglądanie do wody i śledzenie tego, co na dnie się dzieje. Znacznie ułatwia pobieranie prób i wypatrywanie nie tylko chruścików. Kapelusz z rondem jest niezwykle przydatny, bowiem po założeniu moskitery pomaga chronić głowę przed komarami, bąkami, ślepakami i innymi dokuczliwymi krwiopijcami (dzięki rondu moskitiera jest w znacznej odległości od skóry i działa jak siatka pszczelarska). Ponadto rondo chroni szyję na karku przed słońcem. Urodziwy taki kapelusik nie jest, ale za to przydatny i praktyczny.

Kamizeka z kieszonkami jest jednym z ważniejszych elementów ubioru. Bo pod ręka trzeba mieć wiele różnych pomocy i narzędzi: GPS, dyktafon (żeby zapisywać notatki głosowe), notes, probówki na owady, karteczki do opisu, koperty na motyle, penseta, ołówek, długopis, pipera, kompas, mapnik itd. (nawet gaz pieprzowy na psy biegajace tu i tam, bez kagańca i włąsciciela). Najlepiej jak wszystko jest w przemyślny sposób przywiązane sznureczkami lub smyczami. Żeby nie wyśliznęło się z kieszeni i nie wypadło w zarośla lub do wody. Nawet pensetę mam na przemyślnym sznureczku. Małe drobiazgi łatwo zgubić w trawie, a nad wodą, schylając się tu i tam, z kieszeni drobiazki wypadają, robią plum i najczęściej nie są do odzyskania. Dlatego kamizeka z licznymi kieszonkami jest niezwykle wygodna. Pomijając podręczny plecaczek czy aparat fotograficzny lub lornetkę zawieszoną na szyi. Ręce powinny być przynajmniej chwilami wolne na czerpak, siatkę entomologizną i inne czasowo wykorzystywane elementy obserwacyjno-pomiarowe. Na odganianie się przed muchami i komarami rąk już brakuje :). Przydałby się ogon – wielokrotnie zazdrościłem juz krowom i koniom…

Dla biologów środowiskowych, zajmujących się owadami wodnymi, przydatne bywają buty, umożliwiające wejście do wody. W porze zimnej lub gdy można dojechać samochodem, wygodne są długie wodery (spodniogumowce). Można wejść głęboko do wody. Wadą jest to, że w takim wdzianku daleko zajść nie można, trzeba je wozić lub nosić i za każdym razem zakładać przed wejściem do głębszej wody. Krótkie gumowce umożliwiają przejście przez pola, błota, torfowiska, nawet wejście do wody. Wadą jest to, że są krótkie i głębiej wejść nie można (bo się naleje do butów). Latem najwygodniejsze są wodoodporne sandały lub płócienne buty. Można wygodnie daleko zajść i wejść… do każdej wody, aż po szyję, każdego torfowiska czy bajora. Latem szybko mokre rzeczy wysychają (a błoto można w domu sprać). Może to niezbyt komfortowe, ale za to nie trzeba dźwigać wielu dodatkowych elementów ubrania. Długie nogawki i rękawy są dobra ochroną przez zadrapaniem i skaleczeniem. Laboratoium przyrody nie nie ekskluzywna plaża czy basen hotelowy. Więc lepiej chodzić w mokrych spodniach niż być pokąsanym i podrapanych w krótkich spodenkach.

W laboratorium przyrody nachodzić się trzeba, przez piaszczyste drogi i bezdroża, pokrzywy, uprawy rolne, bajora i błota, rzeki bez mostów, w towarzystwie komarów, meszek, kleszczy, ślepaków, jusznic deszczowych, much końskich, kuczmanów, pijawek lekarskich, gdy słoneczna spiekota i deszcz niespodziewany. Bo z bliska lepiej przyrodę widać. Po wielu latach praktyki, wykorzystywania samochodu, roweru i własnych nóg, te ostatnie bywają najlepsze. Bo wystarczająco wolno, aby być blisko przyrody i więcej widzieć. Wszystko jednak trzeba nieść ze sobą. Im mniej, tym lepiej.

(fot. L. Pietrzak, zdjęcie wyżej z Delty Wisły, niżej z Puszczy Białowieskiej)

No to lecę, pa (żagiew ruda i pracowite lato ekologa)

Fajnie jest być uczniem – bo ma się wakacje. Żeby to jednak docenić, trzeba wydorośleć. Bo w wieku dziecięcym chcemy być przecież dorosłymi! Rytm pracy biologa środowiskowego wyznaczają pory roku i aktywność owadów (mojego obiektu przyrodniczego i badawczego). Nie da się ani przyspieszyć ani opóźnić. Pokazuje to, jak bardzo ulegamy złudzeniu, że człowiek wszystko może i że opanował przyrodę. Mimo techniki dalej żyjemy rytmem przyrody, rytmem od nas niezależnym. Dalej ulegamy żywiołowi i po ulewnych deszczach czy gradobiciach uczymy się pokory.

Ale ja nie narzekam. Lubię swoją pracę terenową. Pozwala cieszyć się prowincją. I daje szansę na robienie zdjęć. Tak jak tej ważce – zwanej żagiew ruda (Aeshna isoceles) – która wdzięcznie pozowała nad Jeziorem Legińskim w Łężanach. To typowy gatunek nizinny, zamieszkującym głównie trzcinowiska wokół starorzeczy (i jak na Pojezierzu – trzcinowiska jeziorne). Spotkać ją można czasem nad wolno płynącymi strumieniami i rowami. Żagiew ruda (z rodziny żagnicowatych) to gatunek umiarkowanie pospolity. Najczęściej spotkać go można w północnej i zachodniej Polsce, ale lokalnie i w innych częściach kraju. Larwy rozwijają się w jeziorach, żwirowniach i gliniankach, starorzeczach i torfiankach.

W dzieciństwie obserwowanie przyrody było spontaniczne, bez zobowiązań, pisania raportów i publikacji. Ot tak, z zachwytu i ciekawości. Moje obecne wyprawy terenowe, jakkolwiek zawodowe, to dają szansę na wyrwanie się z miasta i pobycie na prowincji, w bezpośrednim zapachu łąk, rzeczek i lasów. Z brzęczeniem much i kąsaniem komarów czy nawet ślepaków….

No to lecę znowu w teren. Bez internetu. Co ma swoje dobre strony wyciszenia i oderwania. Ale wrócę. Jak kiedyś jako uczeń z wakacji u babci na wsi. Zapamiętując przygody i zapach kija leszczynowego, stanowiącego wędkę. I zapach mleka z wieczornego udoju, przecedzanego w wiadrze.