Co robi ciołek w olsztyńskiej kwiaciarni ?

sowinskiMałe jest piękne i niezwykłe, choć nie rzuca się w oczy. To piękno dla koneserów i wytrawnych podglądaczy rzeczywistości. Dostrzeganie małego piękna wymaga spostrzegawczości i wiedzy. Ale przecież na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, przez szkiełko tego, co już o świecie wiemy.

Ciołek, to określenie raczej pejoratywne, oznaczające fajtłapę, kogoś nierozgarniętego. Pierwotnie odnosiło się do rocznego byczka. Ale ciołek to także nazwa chrząszcza z rodziny jelonkowatych (Lucanidae). Ciołek, ciołek matowy lub ciołek czarny (Dorcus parallelipipedus), pod takimi nazwami znany jest ten owad. A dlaczego obecność jakiegoś chrząszcza na ścianie kwiaciarni w centrum Olsztyna miałaby być jakąś sensacją? A bo to mało robactwa wokoło? Może to jakiś szkodnik?

Nie, nie jest to szkodnik ale owad rzadki i typowy dla naturalnego lasu. Umieszczony został na czerwonej liście zwierząt zagrożonych wyginięciem z kategorią VU (narażony na wyginięcie). Jest także gatunkiem prawnie chronionym w Polsce. Dziwić i zachwycać może to, że taki niezwykły gatunek spotkać można w środku miasta. Przyzwyczaiłem się do tego, że w środku Olsztyna usłyszeć można klangor żurawi, że na rzece Łynie przy zamku gniazduje tracz nurogęś, że bobry są w centrum miasta (na moim osiedlu też), że lisy spotkać można na Starówce. To duże zwierzęta. Na owady mało kto zwraca uwagę.

Sensację wypatrzyć mogą wytrawni podglądacze przyrody. A do takich należy Mateusz Sowiński, namiętnie fotografujący małe stworzenia, spotykane w Olsztynie i okolicach. Kilka dni temu na Facebooku zamieścił zdjęcie ciołka matowego (zdjęcie u góry) wraz z niezwykłą informacją: „Tego osobnika spotkałem, jak siedział sobie spokojnie na zewnętrznej ścianie kwiaciarni… w centrum Olsztyna! Przyznam, że nigdy nie widziałem tego gatunku w moim mieście, a kwiaciarnia to zdecydowanie ostatnie miejsce, na którym bym go szukał, a tu proszę. Skąd on się tam wziął? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Może ktoś go przypadkiem tam zawlekł, może przyjechał z kimś samochodem… a może i mamy w naszym mieście takich właśnie, dzikich, ale za to sympatycznych mieszkańców (…). Jeśli miał bym na coś narzekać, to jedynie na to, że znów trafiła mi się samiczka!”. Owad siedział na ścianie kwiaciarni, znajdującej się na ul. Partyzantów. Rzeczywiście dość nietypowe miejsce.

Być może ciołek w środku Olsztyna znalazł się przypadkiem, przywieziony w ściętych drzewach. Może po prostu wypadł z przejeżdżającej ciężarówki wiozącej drewno? A może pochodzi z pobliskiego starego cmentarza, gdzie drzew dziuplastych, próchniejących nie brakuje? Może dolina Łyny, przecinająca Olsztyn, jest korytarzem ekologicznym, przez który migrują i wnikają do miasta gatunki typowe dla lasów. Być może obecność ciołka jest oznaką poprawy stanu ekologicznego środowiska i pobliskich lasów? Pytania, które natarczywie domagają się odpowiedzi.

Okazuje się, że gatunek ten spotkać można także w Iławie, bo jak napisał na Facebooku Piotr Kłonowski „Bodajże we wtorek idąc przez centrum Iławy również udało mi się na takiego osobnika natrafić.” Synurbizacja, czyli ewolucyjne przystosowywanie się gatunków do życia w warunkach miejskich nie jedno ma imię. Tym bardziej, że my sami zmieniamy to środowisko miejskie na bardziej przyjazne do życia dla człowieka i dzikiej przyrody.

Cóż to za chrząszcz ten ciołek, że wzbudza sensację w mieście? To bliski krewniak powszechnie znanego z książek (w naturze w Polsce bardzo rzadko spotykanego) jelonka rogacza. W Polsce żyje 7 gatunków z tej rodziny. Pośród nich ciołek. Cechą typową rodziny jelonkowatych (Lucanidae) jest dymorfizm płciowy – samce mają powiększone żuwaczki. Największe żuwaczki, przypominające poroże jelenia, ma jelonek rogacz (stąd i jego nazwa). Samce ciołków nie mają tak wydatnych żuwaczek, ale większe niż u samic i łatwo je rozpoznać.

Owady dorosłe ciołka ubarwione są czarno ubarwione z szaromatowym (grafitowym, jak powiedziałyby kobiety, bardziej wrażliwe na kolory) odcieniem. Stąd jego polska nazwa: ciołek matowy lub ciołek czarny. Dorosłe osiągają wielkość 18-32 mm, czułki są kolankowate z długim trzonkiem i grzebykowatą buławką. Pojawiają się od maja i czerwca (czasem spotkać je można już pod koniec kwietnia) a występują do września. W ciągu dnia owady są mało ruchliwe. Wydają się ospałe, niczym studenci o poranku. Dlatego może nadano im nazwę „ciołek” (nierozgarnięta fajtłapa). W ciągu dnia kryją się w szczelinach kory lub pod kawałkami drewna. Aktywne są w godzinach popołudniowych, wieczorem i w nocy, wtedy fruwają i się odżywiają sokiem, wypływającym z drzew, rzadziej innym pokarmem roślinnym. Często spotkać je można przy żółtych nadrzewnych „hubach”, owocnikach grzyba żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus). Podobno jest to grzyb jadalny. Ciekawe jak smakuje i jak go się przyrządza (głodnemu grzyb na myśli).

Ale wróćmy do ciołka. Larwy są grube, białawo-żółtawe z ciemną głową (brązową), pędrakowate, zgięte w kształcie litery C, żerują w próchniejących drzewach liściastych a ich rozwój trwa 3-4 lata. Larwy rozwijają się w próchniejących pniakach i kłodach klub w pniach starych, chorych dębów, buków, jesionów, wiązów, wierzb i lip, czasami także drzew owocowych, sosen i modrzewi. Rozwijają się w zmurszałym drewnie dlatego szkód leśnych nie powodują lub szkody te są nieznaczne. Nie jest wiec szkodnikiem nawet dla leśników. Ciołek matowy preferuje silnie spróchniałe kłody oraz pniaki bukowe i dębowe.

Jelonka rogacza widziałem tylko w zbiorach entomologicznych oraz spotkałem we Francji. W pobliskim Rezerwacie Las Warmiński udało mi się spotkać inny gatunek z tej rodziny, zaklińca (Platycerus). Ciołka kilkakrotnie spotykałem w Parku Krajobrazowym Pojezierza Iławskiego oraz w lasach różnych części Polski. W Olsztynie nie widziałem, ale informacja i zdjęcie Mateusza Sowińskiego spowodowała, że teraz jeszcze uważniej będę się przyglądał naszym braciom mniejszym. Przygoda jest w zasięgu ręki…

Ciołek matowy jest gatunkiem szeroko rozsiedlonym w kraju, poza wyższymi partiami gór. Jest saproksylobiontem (siedlisko butwiejącego, martwego drewna, takie jakie występuje m.in. w dziuplach starych drzew), związanym z martwymi lub zamierającymi drzewami liściastymi. Warunki takie panują w starych pierwotnych lasach. Gospodarka leśna, nastawiona na „produkcję desek” oraz swoiste pojęcie o estetyce i zdrowiu ekosystemów, przez ostatnie dziesięciolecia powodowała zanik siedlisk saproksylicznych w lasach. Wiązało się to ze spadkiem bioróżnorodności i zagrożeniem wymarciem wielu gatunków. Pośród nich jest i ciołek matowy. Jako gatunek chroniony wymaga czynnych zabiegów ochroniarskich. Obecnie zmieniło się nastawienie leśników do lasów. Powstają leśne kompleksy promocyjne. Las traktowany jest nie tylko jako uprawa drewna, ale także jako obiekt rekreacyjny oraz pełniący różnorodne usługi ekosystemowe.

Ale drzewa dziuplaste (i siedlisko martwego drewna) występują również w krajobrazach kulturowych. Na naszym terenie to właśnie przydrożne aleje, stare cmentarze, stare parki „zaniedbane” stanowiły bardzo ważne siedlisko zastępcze dla dużej grupy gatunków saproksylofagicznych. W miastach namiętnie wycinamy „chore”, próchniejące drzewa. Z ekologicznego punktu widzenia jest to działalność szkodliwa. Bioróżnorodność może być także markowym produktem turystycznym, więc przekładać się to może na zarobki i dochody mieszkańców, w tym przypadku Olsztyna. Stare drzewa nie są takie niepotrzebne jak to się nam często zdaje.

Także i ciołek matowy spotykany jest stosunkowo często w starych zadrzewieniach krajobrazów kulturowych.

Co robił ciołek w centrum Olsztyna? Czy owady żyją gdzieś wśród starych, próchniejących drzew? A może opisywany ciołek dostał się do Olsztyna przypadkiem, wypadł z samochodu przejeżdżającego ze świętym drewnem? Na razie pozostaje to zagadką. Warto tu jednak uczynić mała dygresję: próchniejące, stare drzewa nie są niepotrzebne. Nie są chore i nie trzeba ich czym prędzej wycinać (jak to zwykliśmy robić). Są one ważnym siedliskiem unikalnych gatunków. Przyrodnicze atrakcje dla turystów nie biorą się z polbrukowych chodników, równo przystrzyżonych trawników czy powycinanych drzew.

Ciołek matowy to niepozorny element dzikiej przyrody i pierwotnego lasu w centrum miasta. Przez takie „elementy” Olsztyn jest miejscem niezwykłym. Nie trzeba jeździć daleko by zobaczyć coś ciekawego i niezwykłego. Wystarczy patrzeć uważniej pod nogi. No i trzeba mieć trochę wiedzy by pośród „robactwa” rozpoznać gatunki rzadkie i niezwykłe. Przygoda w Olsztynie czeka tuż za rogiem. A myślę, że nie tylko w Olsztynie ale w całym, naszym regionie, nie bez powodu nazywanym siódmym cudem przyrodniczym świata.

Jeszcze na koniec kilka słów o rozmieszczeniu i problemach ochrony. Ciołek matowy jest gatunkiem Szeroko rozpowszechniony w Polsce (nie licząc obszarów górskich) Europa, Azja Mniejsza, Bliski Wschód. Szeroki zasięg geograficzny jest zapewne przyczyną lokalnego zróżnicowania, co znajduje swoje odbicie w fakcie wyróżniania kilka podgatunków. Ciołek miejscami występuje liczniej w innych miejscach całkowicie wyginął. W regionalizacji ekologiczno-faunistycznej ciołek jest gatunkiem wyróżniającym dla strefy bukowej (Pomorze, północna Wielkopolska, zachodnia część Warmii i Mazur). Objęty w Polsce ochroną gatunkową, jako gatunek wymagający ochrony czynnej. Zagrożeniem dla niego jest zanikanie starych, próchniejących drzew liściastych.

Głównym wyzwaniem ochrony ciołka matowego jest zachowanie różnowiekowej struktury drzew na obszarach leśnych i w zadrzewieniach (to zadanie dla leśników). Ale w miastach i w krajobrazie rolniczym jest wiele antropogenicznych zadrzewień i starych alei. Niekorzystnym zjawiskiem jest usuwanie leżących konarów, pni i kłód (bo mamy takie poczucie estetyki i traktujemy martwą materię jako coś niepotrzebnego i „chorego”, stąd trzeba jak najszybciej usunąć „z oczu”. Większość próchniejących pniaków czy starych, dziuplastych drzew jest usuwana, co skutkuje obniżeniem jakości bazy pokarmowo-lęgowej dla ciołka i innych gatunków saproksylobiontycznych. W związku z częstym zasiedlaniem przez ciołka środowisk antropogenicznych, np. alej, warto propagować pozostawianie starych zadrzewień przydrożnych, a w przypadkach konieczności ich wycięcia – nasadzać nowe w bliskim sąsiedztwie. Rewitalizacje parków np. w Olsztynie wiążą się z dużą wycinką starych (chorych w mniemaniu służ miejskich) drzew i uprzątania martwej materii. Dla ekologicznego zdrowia parków miejskich co innego jest ważne. Być może warto wprowadzić modę, aby w przydomowych ogródkach i na osiedlach, oprócz rabat z kwiatami pojawiać się zaczęły próchniejące kłody. Po budowie hoteli dla pszczół byłby to kolejny element poprawiania siedliskowego charakteru miasta. A wtedy wokół nas różnorodność biologiczna będzie dużo większa. Będzie co obserwować… i będzie to dodatkowa atrakcja turystyczna naszego miasta.

Miasto jako miejsce czynnej ochrony gatunków zagrożonych wyginięciem? A czemu nie, od razu byśmy zamieszkali niczym w parku krajobrazowym czy rezerwacie. Przecież tak niewiele trzeba i to bez uszczerbku dla naszej jakości życia.

zolcikasiarkowy1

(na fotografii grzyb żółciak siarkowy)

Bibliografia

  • Bellmann H., Owady. Spotkania z przyrodą. Multico, Warszawa
  • Dominik, J., Starzyk, J. R., Owady niszczące drewno. PWRiL, Warszawa 1983.
  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom 1. Muzeum i Instytut Zoologii PAN, 2004, Warszawa.
  • Sandner A., Owady. Zwierzęta Świata. PWN, Warszawa 1989.
  • Szujecki A., Entomologia leśna, tom II. Wyd. SGGW, Warszawa 1998.
  • Szujecki A., Ekologia owadów leśnych. PWN, Warszawa 1980.
  • Tyszko-Chmielowiec P. (red.). Aleje – skarbnice przyrody. Praktyczny podręcznik ochrony alej i ich mieszkańców. Wrocław, 2012
  • Zahradnik J., Przewodnik. Owady, Multico, Warszawa 1996.

Tracz nurogęś a sprawa dziedzictwa przyrodniczego regionu

tracznuroges

Sukcesywnie odzyskujemy swoje dziedzictwo przyrodnicze (co nie przeszkadza tracić w innych aspektach). Słyszeć żurawie w Olsztynie to bezcenne. Wyjdę na balkon i czasem słyszę przelatujące. Radość z obcowania z przyrodą staje się możliwa nawet w zasięgu miejskiej ręki. Niech to zachęca do dalszych działań i ochrony kolejnych gatunków. Przyroda cały czas się zmienia, nawet w mieście.

Na spacerze spotkać można nie tylko kaczkę krzyżówkę czy łabędzie. W wyniku procesów synurbizacji bioróżnorodność miast stale wzrasta (mnie to cieszy podwójnie, jako mieszkańca i jako biologa). Ale także dzięki mądrzejszemu gospodarowaniu przestrzenią i zasobami naturalnymi.
Tracz nurogęś, za nazwanie gęsią pewnie by się obraził. Bo to bardziej kaczka niż gęś. Ale nazwę ma wielce sympatyczną. Nurogęś żywi się rybami natomiast gęsi są trawożerne. Stąd mimo, że w nazwie ma coś z gęsi, gęsią tracz nurogęś nie jest.

Kilka lat temu spotkałem parę nurogęsi w rezerwacie Las Warmiński, w trakcie spływu kajakowego wraz ze studentami niemieckimi. To było moje pierwsze widzenie tegoż ptaka (nie licząc oglądania ilustracji w książkach). Spływ kajakowy przez dziką rzekę (pozwolenie było od wojewódzkiego konserwatora przyrody) był niezwykle ekscytujący – ciągłe przeprawy pod lub nad kłodą drzewa. Spływ kajakowy był zakończeniem ich (to znaczy Niemców z Uniwersytetu w Rostocku) dydaktycznej wizyty i wspólnych zajęć. Płynąc kajakiem nie tylko ja się ucieszyłem z tego niezwykłego widoku. Niemcy byli zachwyceni przyroda i traczem nurogęsią.

Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie było spotkanie pary tych ptaków w środku miasta, na niedzielnym spacerze (potem widywałem je także). Pływały po Łynie w pobliżu Mostu Jana, na olsztyńskiej Starówce. I jak wynika z rozmowy ze znajomymi, przebywają tam od dłuższego czasu (najpewniej się gnieżdżą gdzieś nad Łyną.

Nawet w mieście spotkać można niezwykłe i rzadkie gatunki. Bo tracz nurogęś w Polsce jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Zalecana jest ochrona czynna. Jak widać czynnie chronić można przyrodę nawet w mieście.

Nurogęś, tracz nurogęś (Mergus merganser) to gatunek dużego ptaka wodnego z rodziny kaczkowatych (Anatidae). Nurogęś jest przedstawicielem traczy – ptaków z rodziny kaczkowatych, wyspecjalizowanych w łowieniu ryb. Samce nurogęsi należą do najładniej upierzonych kaczek. Ale jak dla mnie to samiec pospolitej kaczki krzyżówki też jest śliczny.
Nurogęś zamieszkuje rzeki i jeziora o przejrzystej wodzie, gdyż wypatruje ofiary z jej powierzchni (zanurza tylko głowę). Wybierają najczęściej tereny w pobliżu starych drzewostanów. Jak widać obecność pary traczy nurogęsi jest swoistym komplementem dla Olsztyna.

Jak już wspomniałem pożywieniem tej niezwykłej ni to kaczki ni to gęsi są głównie małe ryby (ok. 10 cm długości). Po zanurkowaniu tracz nurogęś może przebywać pod wodą do 2 minut. Nurogęś buduje gniazdo w dziuplach (dlatego preferuje stare drzewa z dziuplami), budkach lęgowych, a z braku miejsca w szczelinach budynków np. pod okapem, ale nigdy na otwartej przestrzeni. Szkoda, że w Olsztynie wycinamy tak dużo starych, dziuplastych drzew (niby pod pretekstem, że są chore). Przez wycinkę zabieramy miejsca gniazdowania dla wielu ptaków, w tym dla nurogęsi. A przecież takie ptaki jak nurogęś są same w sobie atrakcją turystyczną.

Nie tylko zabytki (dziedzictwo kulturowe) ale i bioróżnorodność (dziedzictwo przyrodnicze) są atrakcją turystyczną wielu miejsc. Sztuką jest jednak dostrzec tę wartość i pokazać (oraz umieć o niej opowiadać).

Tracz zamieszkuje chłodne strefy Eurazji i Ameryki Północnej. Jednak w czasie wędrówek można go spotkać bardziej na południe. W Polsce jest to bardzo nieliczny ptak lęgowy. Gnieździ się głównie na północy i zachodzie kraju. Całkowitą liczebność szacuje się na 900–1000 par. I tego niezwykłego ptaka spotkać można na spacerze po olsztyńskiej Starówce.

Rzeka Łyna kryje znacznie więcej przyrodniczych niezwykłości (żyje tu na przykład chruścik niprzyrówka rzeczna Leptocerus interruptus, kilka lat temu uznany za gatunek wymarły w Polsce). Przydałoby się tylko więcej ławek, aby było gdzie przysiąść i spokojnie poobserwować. No i mniej polbruku i mniej wycinek drzew. Przecież oficjalnie Olsztyn to miasto ogród. I niech ten ogród stanie się faktem!

Ale wróćmy do traczy.

Samica składa jaja od końca marca do czerwca. W lęgu jest zazwyczaj 8-12 jaj. Gdy młode opuszczają gniazdo (zwykle niebawem po wykluciu), muszą wyskoczyć z dziupli lub z budki lęgowej. I to czasem ze znacznej wysokości. Może wydawać się to groźne (podobne zwyczaje ma inna kaczka, gnieżdżąca się w dziupli – gągoł). Pisklętom jednak nic złego się nie dzieje, ponieważ sztywne mieszki piór i rozpostarte łapy z błoną pławną niczym spadochron wyhamowują lot pisklęcia. Na dodatek  uderzenie łagodzone jest przez miękki puch. A czyż powszechnie gnieżdżące się w Olsztynie (i innych miastach) kaczki krzyżówki mają lepiej? Muszą przeprowadzić młode przez ruchliwe ulice, prowadząc z miejsca lęgu na staw czy jezioro.

Młode tracze nurogęsi zaczynają samodzielnie pływać i nurkować zaraz po dostaniu się do wody. Tak to już bywa u zagniazdowników – od razu muszą sobie radzić. Czasami, gdy jedno z piskląt się zagubi, przyłącza się do innej rodziny nurogęsi, która traktuje go jak własne. U traczy wszystkie dzieci są nasze.

W Polsce tracz nurogęś gniazduje głównie na północy i wschodzie. Dość licznie zimuje w całym kraju, a największa koncentracja osobników występuje na Zalewie Szczecińskim (tak twierdza ornitolodzy).
Może jednak liczba tych niecodziennych ptaków wzrośnie i na Warmii. Co znacząco uatrakcyjni spacery i przesiadywanie na ławkach miejskich. Program przyrodniczy bez telewizora, bez prądu i na świeżym powietrzu.

Czosnek niedźwiedzi czyli o glokalizacji i wiosennych nowalijkach z lasu

Illustration_Allium_ursinum0

Coś tam czasem słyszałem o tej roślinie, niemalże jak o mitycznym kwiecie paproci. Puszczałem mimo uszu i nie wgłębiałem się. W ubiegłym roku, na przedświątecznym straganie, pośród innych kresowych i przez to egzotycznych specjałów, spotkałem kiszony… czosnek niedźwiedzi (na fotografii wyżej). Kupowałem kiszone zielone pomidory to i czosnek kupiłem. Z wielkiej ciekawości i chęci poznania egzotyki (jakże bliskiej i zapomnianej). Długie zielone pędy. Teraz domyślam się, że są to chyba łodyżki, na których wyrasta kwiatostan (rysunek niżej).

W smaku był specyficzny, z wyraźnym zapachem markaptanów i innych aromatów. Bez wątpienia oryginalny i niepowtarzalny w smaku. Ale dalej nie wiedziałem jak wygląda ta roślina, zwłaszcza w naturze. Nawet jeśli kiedyś spotkałem w lesie, to niechybnie minąłem nie rozpoznawszy.

Czosnek niedźwiedzi po łacinie nosi nazwę z niedźwiedziem w tle – Allim ursinum. U nas dawniej zwanym także babczym czosnkiem, czosnkiem wężowcem (nazwa znakomicie pasująca do kiszonego czosnku, jaki kupiłem na straganie), psim czosnkiem, trzemuchą (ta ostatnia nazwa występuje także u Słowian Południowych). Ceniony na wschodzie Europy, do dzisiaj chętnie konsumowany w Rosji.. Zachował się jako swoisty relikt kulinarny, gdzieś na obrzeżach cywilizacji. U nas zapomniany i na powrót odkrywany. Obecnie w Niemczech jest poszukiwanym rarytasem.

Czosnek niedźwiedzi (jak i wiele innych roślin) zniknął z naszego menu z dwóch powodów. Po pierwsze zmieniliśmy swoje lasy niszcząc siedlisko tego gatunku. W wyniku dawnej gospodarki leśnej, polegającej na przebudowie lasów mieszanych na monokulturowe lasy iglaste (sosna i świerk) oraz regulacji (melioracje i prostowanie) rzek a przez to niszczenie siedlisk czosnku niedźwiedziego w lasach łęgowych, stał się rośliną rzadką i ginąca w wielu częściach Polski. Od 2004 r. czosnek niedźwiedzi jest w naszym kraju objęty częściową ochroną gatunkową. Umieszczony został także na czerwonej liście roślin i (w 2006 roku), na obszarze Polski uznany za narażony na wyginięcie w izolowanych stanowiskach.

Być może rozpoczęte działania renaturyzacyjne (np. leśne kompleksy promocyjne oraz programy małej retencji wód) przyczynią się do uratowania tego gatunku i ponownie będzie częsty w lasach, tak jak za czasów Prusów i Zakonu Krzyżackiego. Może powróci do naszego realizowanego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu: oglądany w lasach i konsumowany w ramach specyfiki dziedzictwa kulinarnego Warmii Mazur i Powiśla.

Po drugie jesteśmy bogaci i zapracowani. Po co się męczyć szukaniem, zbieraniem, gdy gotowe można kupić? Odchodzimy od lokalności…. Zapominamy o dawnych, wiosennych (przednówkowych) nowalijkach. Zamiast w lesie, łące czy ogródku… nabywamy nowalijki w supermarketach (często przywożone z daleka, nowalijki oczywiście, bo supermarketów na miejscu mamy aż nadto). To złe strony globalizacji. Na szczęście rodzi się glokalizacja (globlokalizm) w prowincjonalnych cittaslow… czyli globalny powrót do lokalności i niepowtarzalnych uroków prowincji.

Cudze chwalicie, swojego nie znacie. W globalnej wiosce, gdzie gusty i mody lansują celebryci różnej maści, zapominamy o swoim dziedzictwie kulinarnym, o swoim dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. Bo na przykład lepiej znamy przyrodę sawanny czy raf koralowych, niż przyrodę wokół nas. Więcej wiemy o żyrafach, rekinach, pingwinach i kaktusach niż o… czosnku niedźwiedzim. Dlaczego? Bo w telewizji więcej filmów o lwach i zebrach, niż o tym co mieszka pod płotem lub rośnie w rowie czy na skraju lasu. Bardziej świat poznajemy przez szklaną szybkę telewizora niż z codziennych spacerów do lasu czy pracy na polu.

Kiedyś chodziliśmy do lasu, nad rzekę, na łąkę, po grzyby, jagody, zioła czy wiosenne nowalijki przednówkowe. Teraz instynkt zbieracza realizujemy w dyskontach, śledząc ulotki reklamowe, gdzie szukamy okazji cenowych, promocyjnych itd. Już nie radość ze znalezienia dorodnego prawdziwka, łanu poziomek czy okazałej pokrzywy i czosnku niedźwiedziego a radość z upolowania (wyszukania) w supermarkecie chińskich produktów w okazyjnie niskiej cenie (dwa pęczki rukoli w cenie jednej i z promocyjnym dodatkiem skarpetek). Nosimy ze sklepów wodę w butelkach, mimo, że mamy równie dobrą w kranie (w Olsztynie akurat mamy).

Nie znamy smaku truskawek prosto z krzaka (bo z własnego ogrodu), pomidora, czy jagód. Kupujemy je w sklepie, zapakowane, konserwowane, transportowane z daleka. Celebryci zachwycają się krewetkami? To i my zajadamy, mimo że daleko mieszkamy od morza. Globalne, celebryckie gusty dalekie są od lokalności i sezonowości. Globalna urawniłowka.

Ale rodzi się glokalizacyjna tęsknota za unikalna prowincją i … czosnkiem niedźwiedzim.
To, co lokalne staje się egzotyczne, ekskluzywne, wyszukane w guście. Próbowałem kiszonego czosnku niedźwiedziego a teraz chciałbym spróbować zupy pokrzywowej z czosnkiem niedźwiedzim.

Wiosenne nowalijki nie tylko w sklepie spotkać możemy. Możemy je zebrać podczas wiosennych, np. majówkowych, spacerów wycieczek za miasto. A nawet po mieście. Nie trzeba szukać daleko, wystarczy tylko (aż?) trochę wiedzy… o własnym, lokalnym dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym, o dziedzictwie niematerialnym. Sięganie po to, co dziko rośnie, to jeden z trendów widocznych w niektórych kuchniach, np. skandynawskiej. Ale i w Polsce o jadalnych, dzikich roślinach mówi się ostatnio coraz częściej. Dobra to moda i niech rozwija się jak najprężniej, łącznie z powstawaniem ogródków w miastach (bo w miastach można produkować żywność!). Bo w przypadku czosnku niedźwiedziego dla celów konsumpcyjnych trzeba rozwijać hodowle ogrodowe. Przynajmniej do czasu, gdy nie uda się skutecznie przywrócić tej rośliny naszym lasom.

czosnek_niedziwedziAle na razie zostańmy przy dziko rosnących roślinach i grzybach. Poznajmy bliżej czosnek niedźwiedzi, jeden z pierwszych (również kulinarnych) zwiastunów wiosny. Jest to roślina leśna, rośnie w wilgotnych i cienistych lasach liściastych, szczególnie buczynach. Najłatwiej spotkać ją nad rzekami i strumieniami, w dobrze naświetlonych miejscach. Lubi zwłaszcza lasy bukowe, o lekko podmokłej glebie. Powszechnie występuje na południu Polski, w terenach górzystych i tamtejszych dolinach rzek. Jest bardzo wytrzymały na zmiany temperatury dlatego dobrze znosi wiosenne kaprysy pogody. Obecnie optymalne warunki dla rozwoju czosnku niedźwiedziego znajdują się w zbiorowiskach żyznej buczyny karpackiej, gdzie może występować łanami (zdjęcie na dole). Występuje głównie w reglu dolnym. Obecnie na niżu spotykany jest rzadko (nie licząc upraw ogrodowych).

Żeby zobaczyć czosnek niedźwiedzi warto się wybrać na wiosenne wycieczki np. do Biebrzańskiego Parku Narodowego czy Białowieskiego Parku Narodowy. A Mazury 7. cud natury? W czosnek niedźwiedzi nie jesteśmy zasobni, a i niedźwiedzia u nas się także nie uświadczy. Może kiedyś….

Czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum) to bylina (geofit cebulowy), która rośnie rośnie w naturalnych stanowiska na terenie Europy oraz w Turcji i na Kaukazie. W innych miejscach jest spotykany w uprawach, bo jest atrakcyjną rośliną kulinarną oraz leczniczą. Czosnek babczy (warto przypominać starze nazwy, by odzyskiwać także dziedzictwo kulturowe) dorasta do wysokości 20–50 cm. Rośnie kępami, czasami tworzy duże, zwarte łany. Czosnek psi wydziela charakterystyczny czosnkowy zapach, który zawdzięcza wytwarzanym merkaptanom. Właściwości lecznicze ma podobnie jak powszechnie znany i uprawiany czosnek. Cebula ma kształt podłużny, jest długości 2–6 cm. Łodyga wzniesiona, trójkanciasta i bezlistna, o wysokość 15–50 cm. To właśnie takie łodygi (kiszone) kupiłem na świątecznym straganie. Liście odziomkowe, na długich ogonkach, zazwyczaj dwa. Kształt liści jest szerokolancetowaty do jajowatego, szerokie na 2–5 cm, płaskie, cienkie, o soczystozielonej barwie. Kwiaty białe, zebrane w baldach pozorny, umieszczony na szczycie łodygi (jak na rycinie wyżej, pozyskane z zasobów Wikimedia Commons). Kwitnie od kwietnia do maja (w długi majowy weekend mamy szanse jeszcze zobaczyć kwitnący czosnek niedźwiedzi). Kwiaty zapylane są przez trzmiele i muchówki. Nasiona roznoszone są przez mrówki.

Czosnku niedźwiedziego w naszych lasach zrywać nie wolno, ale kupimy go w sklepach zielarskich lub możemy uprawiać go w ogrodzie. Na wycieczkach w lesie podziwiajmy tę roślinę i trzymajmy kciuki za jej renaturyzację i powrót do warmińsko-mazurskich lasów.

C.d.n

Kłobuk jako zwiastun wiosny czyli podbiał pospolity, etnografia i biogospodarka w jednym

podbialPodbiał pospolity, niepozorna roślina kwitnąca wczesną wiosną (a w zasadzie już na przedwiośniu) i rosnąca „byle gdzie”, kryje w sobie wiele tajemnych sił. Po pierwsze skrywa bogate dziedzictwo etnograficzne (w sam raz do odkrywania w roku Oskara Kolberga), po drugie bogactwo związków biologicznie czynnych, wykorzystywanych w medycynie, tej dawnej jak i współczesnej czyli surowiec dla biogospodarki.

Kłobuk znany jest jako duszek ludowy ale także jako demon słowiański, a może jeszcze starszy. Siły życiowe łączą go z podbiałem czyli kwiatem przedwiośnia. Bo kłobuk to także nazwa ludowa podbiału, który należy do najwcześniej zakwitających, wiosennych roślin. Być może ma to związek z rodzącym się życiem. A podbiał jest jednym z pierwszych wiosennych kwiatów. Dodatkowo jest to roślina lecznicza, znana i wykorzystywana już w starożytności. Tkwiła w niej więc siła ożywiania i uzdrawiania. Kwitnie od marca do maja, w kolorze złocistożółtym.

Podbiał pospolity (Tussilago farfara L.) – jak trafnie wskazuje nazwa jest w Polsce jest pospolity. Pospolity ale jednocześnie niezwykły. Podbiał to gatunek rośliny zielnej z rodziny złożonych (Compositae) obecnie zwanej – astrowate (Asteraceae). Występuje w strefie klimatu umiarkowanego, w Europie Azji i Afryce Północnej. Jako gatunek obcy został zawleczony do Ameryki Północnej (być może przeniesiony celowo, jako roślina lecznicza).

podbialzliscmi

W dawnych nazwach ludowych odnaleźć możemy wiele elementów etnograficznych, dawnych wierzeń lub praktyk medycznych a także zwykłych pomyłek – bo etnografowie bez głębokiej wiedzy botanicznej mogli błędnie przyporządkowywać opisy roślin. Jak się okazuje interdyscyplinarna wiedza była i jest bardzo potrzebna.

Inne nazwy ludowe i zwyczajowe biorą się od wyglądu liści, białawych od spodu: podbiał, podbiał zwyczajny, podbielina, białkuch, białodrzew (ale to nie drzewo więc nazwa zagadkowa). Także od kształtu liścia: ośla stopa, końskie kopyto, przykopytnik (to określenie z pruskich Mazur), kobilacz, (od kobyły), koński kwiat. W końcu od korzenia (a z botanicznego punktu widzenia bardziej od kłącza): morowy korzeń (czyżby korzeń wykorzystywany był dawniej w leczeniu w czasie zarazy i morowego powietrza?), korzeniec. Może ma to jakiś związek z informacją, że kiedyś był wykorzystywany jako surogat tytuniu? A może palono, bo miał właściwości narkotyczne? W dawnych książkach można znaleźć informacje, że w leczeniu astmy, przewlekłego kaszlu czy zapalenia oskrzeli wdychano przez rurkę dym z korzeni podbiału, spalanych na węglu z drzew cytrusowych. Palono też – tak jak papierosy – wysuszone i zwinięte liście. W tym kontekście nie był to surogat papierosów a tylko podobieństwo zażywania – cel był inny, leczniczy.

Kolejne nazwy ludowe ujawniają związek z dziedzictwem kulinarnym: sałata czerwona, kapusta sterników (prawdopodobnie związane z wykorzystywanie do jedzenia).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejne nazwy ludowe, zapisane w różnych książkach są być może błędnym przyporządkowaniem i zwykłymi pomyłkami: lepiesznik, lepieżnik, (lepiężnik to roślina o podbnym kształcie liści tylko większa, np. lepiężnik biały – Petasites albus), kniat (knieć błotna czyli kaczyniec), kaczyniec, grzybień, grzybieniec. Być może ze względu na występowanie podbiały na wilgotnych glebach mylony był z inną rośliną wodnobłotną i żółto kwitnącą – kaczyńcem a nawet grzybieniem (grążelem żółtym). Przekaz ustny bywa nieprecyzyjny i zapiski etnografów, którzy nie mieli wiedzy biologicznej (w tym przypadku botanicznej) mogą zawierać błędy.

Pomijając błędy, odszukać można w nazwach ludowych właściwości magiczno-witalne: kłobucznik, kłobuk, kobułk, car, czarne ziele, boże liczko. Kłobuk jako powiązanie z demonem i siłami odradzania się wydaje się zrozumiały. W takim znaczeniu może było nazywane czarnym zielem (bo kłobuk czarny z podobnego powodu, sług Welesa, Czarnoboga sług podziemia). Czy śladem dawnych wierzeń magicznych jest także „boże liczko”? A car to od czarnego czy od cara (władzy)?

W innych językach słowiańskich nazwa podbiału: devetsil, podbel, podbiel, pidbił. Podbiał wydaje się oczywisty ale dziewięćsił kwitnie na biało, więc to także może pomyka lub… nie o dziewięć sił tu chodzi ale o jakieś siły diabelskie (angielskie devil) i być może zachowała się dawna, archaiczna nazwa.podbialdmuchawiecLiście podbiału pojawiają się później, pod koniec kwietnia, najpierw pojawiają się kwiaty. Podbiał to bylina (a więc roślina zielna wieloletnia) o płożącym i rozgałęzionym kłączu, tworząca duże kępy a nawet rozległe łany. Łodyga kwiatostanowa, wysokości do 15 cm, pojawia się już na przedwiośniu (w okresie zawiązywania się owoców dochodzi do 30-40 cm długości). Bladożółta lub bladozielona, pokryta łuskowatymi, czerwonawymi liśćmi.

Kłącze cienkie, płożące się, długości do 1 m. Pędy kwiatostanowe bezlistne, pokryte łuskami.
Liście odziomkowe, długoogonkowe, duże (do 30 cm szerokości), okrągławo-sercowate (przypominające kształtem końskie lub ośle kopyto lub ślad na ziemi po odciśniętym kopycie), z ząbkowanym brzegiem i płytkimi zatokami, pokryte od spodu srebrzystym meszkiem.

Kwiaty złocistożółte rurkowate, zebrane w koszyczek. Na brzegu liczne języczkowate kwiaty żeńskie, w środku obupłciowe, lecz płonne kwiaty rurkowate. Owocem jest niełupka koloru brunatnego, lekko zagięta, z jedwabistym, białym puchem kielichowym. Kwitnie od marca do maja. Po przekwitnięciu pojawia się biały „puch”, tak jak u powszechnie znanego mniszka lekarskiego (dmuchawce). Liście wyrastają dopiero, gdy kwiaty przekwitną.

Podbiał jest gatunkiem pospolitym, rośnie przy rowach, na polach, w miejscach wilgotnych, przy brzegu wód, źródliskach, wśród wilgotnych zarośli i gliniastych zboczach (ja spotykam w Olsztynie na terenie dawnego jeziora Płociduga Mała, stąd też zdjęcia – ale z lat wcześniejszych), żwirowiskach, piargach i obsuwiskach, klifach nadmorskich w lasach na pogorzeliskach, starych kamieniołomach, cegielniach itd. Jako chwast segetalny (czyli chwat polny) niedrenowanych pól o glebach gliniastych i wilgotnym podłożu.

Podbiał wykorzystywany w medycynie i medycynie ludowej a także w homeopatii. W Europie Zachodniej liście używane są na zupy wiosenne (coś na przednówku trzeba jeść) i jako warzywo. Dużo rzadziej używane były jako surogat tytoniu. Nie wiem czy rzeczywiście jako surogat tytoniu czy raczej jako pozostałość po praktykach leczniczych. Być może palenie wysuszonych liści traktowano jako metodę leczenia a nie zastępowania brakującego tytoniu. Stąd być może nazwy ludowe, odnoszące się do morowego powietrza? Być może więc wykorzystywano palone korzenie
Natomiast zakiszone liście nadają się na pasze dla zwierząt.

Kłobuk czyli po łacinie Tussilago. Ustalanie nazwy z dawnych dzieł bywa trudne i kłopotliwe, bowiem opisy nie zawsze są precyzyjne. Praca biologia bywa momentami podobna do pracy historyka czy etnografa. Także łacińska nazwa Tussilago czasem odnosiła się do Caltha palustris czyli czermieni błotnej (roślina trująca). Warto także odnotować inne rośliny nawiązujące do kłobuka: kłobuczka – Torylis, Torylis anthriscus, kłobuczki – Campanula rapunculus, Sereuella, kłobucznik – Petasites, Petasites vulgaris, Tussilago, kłobuczyca – Ourax, kłobuszka pospolita – Torilis anthriscus. Jest więc w czym wybierać.

Zatem nasz warmiński Kłobuk niejedną intrygującą tajemnicę skrywać może. Niemniej już wiosną można będzie wybrać się na poszukiwanie kłobuka lub Kłobuka. Do przyrodniczego elementu związanego z dziuplami (który od dłuższego czasu „lansuję”) dodać możemy i element roślinny z ziołolecznictwem i być może magią ludową. Czyli w sam raz na rok Kolberga. Mazury jako cud natury a Warmia jako rebelia kultury nie jedno mogą mieć imię. Do odkrycia i opowiedzenia w przydrożnej dziupli.

podbialnowy1A co z biogospodarką? Pora i na nią oraz wskazanie jakie związki biologicznie czynne w tej roślinie występują. Wykorzystywana jest od dawna jako roślina lecznicza. Surowcem leczniczym są liście, w mniejszym stopniu kwiaty. Zatem może być to biogospodarka indywidualna, w połączeniu z turystyką, jak też i na większą skalę, z wykorzystaniem licznego w naszym regionie surowca. Ale i w tym przypadku ręcznie trzeba zbierać i to w odpowiednim okresie fenologicznym jak i pogodowym. Rękodzieło i biogospodarka. Tylko to zapewni należytą jakość surowca.

Liście (w mniejszym stopniu kwiaty) zawierają związki śluzowe, garbniki (do 17%), kwas galusowy, olejek eteryczny, flawonoidy, kwasy polifenolowe, substancje gorzkie (tusilagina – nazwa od nazwy gatunkowej, łacińskiej, podbiału), inulina, karetonoid, sole mineralne (związki cynku). W kwiatach jest większa zawartość olejku eterycznego i flawonoidów i ów ale za to mnie związków śluzowych i substancji gorzkich. W kwiatach występuje ksantofil.

Zbieranie: kwiaty zbiera się zaraz po zakwitnięciu. Wykorzystuje się same koszyczki kwiatowe. Liście zbierane są później, bez ogonków, w czasie pogodnych dni. Gdy pojawi się rdza – liści do celów leczniczych już się nie zbiera.

Ziele podbiału ma działanie wykrztuśne i rozkurczowe. Właściwości te znane są od dawna. Lecznicze właściwości wspominają już starożytni Grecy. Ale na pewno znane były i wcześniej. Liście podbiału są lekiem stosowanym przy przeziębieniach, anginie, zapaleniu błon śluzowych jamy ustnej, zapaleniu krtani. Substancje zawarte w liściach osłaniają błony śluzowe, zmniejszając ich podrażnienie w czasie przeziębienia i łagodzą uporczywy kaszel. Dodatkowo powodują zwiększone wydzielani śluzu w drogach oddechowych i pobudzają ruchy rzęsek nabłonka oddechowego. Ponadto związki czynne, zawarte w podbiale działają rozkurczowo na mięśnie gładkie oskrzeli i ułatwiają w ten sposób oddychanie. Kwiaty podbiału – dzięki zawartym w nich związkach – mają silniejsze działanie rozkurczowe na oskrzela niż liście podbiału.

Stosowanie
Stosuje się odwar (herbatkę) z liści suszonych (lub świeżych) oraz odwar z kwiatów. Korzystne jest stosowanie podbiału w połączeniu z innymi ziołami o właściwościach wykrztuśnych: dziewanną, macierzanką i sosną. Sok ze świeżych liści i kwiatów można uzyskać z wykorzystaniem sokowirówki. Tak pozyskany sok można wykorzystać od razu lub zakonserwować w alkoholu (w proporcji pół na pół) i wykorzystywać później. Sok z liści można podawać zasypany cukrem lub miodem (osłodzi gorycz lekarstwa).

W leczeniu wykorzystuje się także kąpiele w liściach lub proszku z liści. Wykorzystywano podbiał także do leczenia schorzeń skórnych: ran, wrzodów, ropni, odcisków, oparzeń, pękających brodawek u kobiet karmiących oraz przy uporczywych bólach głowy.

Kłobukowa biogospodarka (etnograficznym mrugnięciem oka ku zielarkom, szeptuchom i czarownicom).  W zielarskich preparatach przemysłowych (np. pektosan, neopektosan) znajdziemy także i podbiał. Nowoczesna medycyna nie zapomniała o podbiale. W syropach „na kaszel” też znajdziemy podbiał jako składnik.  Nie jest to wiec skansen i zacofanie. To po prostu surowiec dla biogospodarki z dobrymi laboratoriami i swojskim klimatem ludycznej prowincji.

Skoro podbiał jest roślina sezonowa, to jest także dobra oferta na turystykę… w porze nie sezonowej. Bo wczesną wiosna nie jest tradycyjnym okresem turystyczno-wakacyjnym. Przyjechać na Warmię i Mazury w celach leczniczych, tak jak kiedyś „do wód”, by korzystać ze świeżo zebranego i fachowo przygotowanego surowca leczniczego. A także by spróbować potraw z podbiałem. Nie tylko zupa z pokrzywy ale i sałata z podbiału, kłobukiem dawniej zwanym. Zatem przyjechać na Warmię… by zjeść kłobuka… i odzyskać siły witalne.

Być może jest okazja na opracowanie kosmetyków na bazie podbiału. Nazwa sama się ciśnie – maść kłobukowa. A także na uruchomienie małych przedsiębiorstw biotechnologicznych. Wreszcie może pojawiłyby się miejsca pracy dla wielu absolwentów UWM.

Źródła (informacje dotyczące podbiału):

  • Krześniak, L. M., 1988. Apteczka ziołowa. Wyd. Sort i Turystyka, Warszawa, ISBN 83-217-2738-7
  • Kuźniewski E., Augustyn-Puziewicz J., 1984. Przewodnik ziołolecznictwa ludowego. PWN
  • Majewski E, 1894. Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich, zawierający ludowe oraz naukowe nazwy i synonimy, używane dla zwierząt i roślin od XV-go wieku aż do chwili obecnej, źródłowo zestawione z synonimami naukowemi łacińskiemi.
  • Nowiński M., 1983. Dzieje upraw i roślin leczniczych. PWRiL, Warszawa.
  • Podbielkowski Z., 1985. Słownik roślin użytkowych. Wyd. V. PWRiL, Warszawa
  • Kłobuk, nowe ustalenia

O hotelach dla pszczół, oleicy i samcach, które trudno spotkać

oleicasamiecGłośno się ostatnio zrobiło o hotelach dla pszczół. Może i dobrze, bo uwaga zostanie skierowana na ochronę siedlisk i miejsc gniazdowania wielu gatunków zapylaczy.

Tak na prawdę nie wiele da tych kilka, medialnie nagłośnionych „budek” z miejscami do zakładania gniazd dla samotnych pszczół. Potrzebna jest ochrona siedlisk. Liczę, że ta akcja zwróci uwagę na miedze, nieużytki, gliniane domy i inne „mało ważne” siedliska ważne dla owadów.

Dobrym bioindykatorem obecności dzikich pszczół są chrząszcze z rodziny majkowatych – oleice. Para tych chrząszczy widoczna na załączonym zdjęciu – fotografię wykonała Alicja Tomaszewska na łące nad Wadągiem. Na dole widać samca z charakterystycznymi, zagiętymi czułkami. Samce są mniejsze i… trudniej jest je spotkać.

Oleica to ciekawy chrząszcz z rodziny majkowatych – pasożytuje na dziko żyjących pszczołach, przechodzi skomplikowany rozwój z hipermetamorfozą. Jako pasożyt do swojego rozwoju potrzebuje samotnych pszczół – jest oleica, to muszą być i pszczoły. Dlatego można uznać ją za dobry indykator stanu środowiska i tak zwanego zdrowia ekosystemu.

Dawniej interesowano się oleicami z zupełnie innego powodu. Ze względu na obecną w tych chrząszczach kantarydynę, wykorzystywano je w medycynie (próbowano nawet leczyć wściekliznę), wykorzystywano w afrodyzjakach i truciznach.

Oleica to najbardziej charakterystyczny i stosunkowo powszechnie (do niedawna) występujący owad z rodziny majkowatych. Najczęściej spotykamy oleicę krówkę oraz nieco rzadziej oleicę fioletową. Dzięki charakterystycznemu kształtowi, nieco baryłkowatemu i skróconym pokrywom skrzydłowym, oraz lekko fioletowym, metalicznym ubarwieniu, jest chrząszczem łatwym do rozpoznania. Zaniepokojony owad wydala oleistą żółtą ciecz, zawierającą silnie trującą kantarydynę. Nazwa owada wzięła się właśnie od tej oleistej cieczy. Czasami nazywana jest „hiszpańską muchą” (jakkolwiek poprawnie nazwa ta odnosi się do majki lekarskiej – gatunku częściej i liczniej występującego).

W Polsce występuje 12 gatunków oleic (w Europie 15 gatunków), z których najczęściej spotkać można oleicę krówkę i oleicę fioletową.

Oleica krówka (Meloe proscarabaeus L.). Jest to owad o długości 11-35 mm, postacie imaginalne spotykane są od kwietnia do czerwca. Owady dorosłe mają skrócone pokrywy skrzydłowe i duży, rozdęty odwłok. Poruszą się ociężale i powoli. Ubarwione są na niebiesko-czarno lub ciemnofioletowo, aż do czarnego. Na głowie, przedpleczu i pokrywach skrzydłowych widoczne są liczne małe dołki. U samca czułki są „złamane” – dzięki czemu łatwo odróżnić obie płcie. Samice są większe od samców.

Oleica krówka jest gatunkiem rzadkim, więc nie tak łatwo spotkać ją w przyrodzie. Występuje głównie na terenach piaszczystych i otwartych. Ukwiecone łąki i polany, miedze, ugory i suche zbocza są bowiem dobrym siedliskiem dla pszczół, w gniazdach których rozwijają się larwy oleicy. Larwy oleicy krówki pasożytują na pszczołach z rodzaju pszczolinka (Andrena) i porobnica (Anthophora).

Samica oleicy składa kilka tysięcy jaj (nawet do 10 000). Tak duża płodność typowa jest dla pasożytów o złożonym cyklu rozwojowym – niełatwo jest bowiem znaleźć swojego żywiciela. Wylegające się larwy nazywane są trójpozurkowcami (triungulinus). Gromadzą się one na kwiatach i przyczepiają się do odwiedzających te kwiaty pszczół. Wiele larw pomyłkowo przyczepia się do odnóży innych owadów, przez co nie znajdują dogodnych warunków do rozwoju i giną. Larwy przyczepione do odnóży pszczół, dostają się do ich gniazd. Tam zjadają pszczele jaja, potem linieją i przekształcają się w pędrakowate larwy drugiego stadium. Z kolei te larwy odżywiają się pyłkiem i nektarem, który gromadzą w swoich gniazdach pszczołowate. Po powtórnym linieniu powstaje niby-poczwarka (pseudochrysalis), z której wykształca się dopiero poczwarka właściwa, a następnie chrząszcz dorosły (imago). Ten złożony cykl rozwojowy z dwoma, różnymi typami larw oraz dwoma „poczwarkami” nazywany jest hipermetamorfozą (nadprzeobrażenie).

Oleica fioletowa (Meloe violaceus Marsh.) Nieco mniejsza od oleicy krówki – ciało długości 10-32 mm, wyraźniej fioletowo ubarwione. Jest to gatunek rzadszy od oleicy krówki, występuje w nasłonecznionych, suchych miejscach. Tak jak u innych majkowatych występuje nadprzeobrażenie (hipermetamorfoza). Larwy pierwszego stadium i drugiego stadium wyraźnie się od siebie różnią zarówno morfologią jak i biologią. Larwy pierwszego stadium są ruchliwe, morfologicznie typy kampodealnego, zjadają jaja pszczół. Larwy drugiego stadium są pędrakowate, z silnie skróconymi odnóżami, żywią się miodem. Rosną intensywnie i trzykrotnie linieją. Po ostatnim linieniu zakopują się w ziemi, gdzie przeobrażają się w poczwarki rzekome. Po przezimowaniu z poczwarek rzekomych wylęgają się larwy ostatniego stadium. Morfologicznie podobne są do drugiego typu larw – pędraków, ale nie pobierają pokarmu i przekształcają się w poczwarki właściwe.

Dorosłe owady najczęściej spotkać można na łąkach różnego typu, gdzie dorosłe odżywiają się liśćmi roślin zielnych i gdzie do gleby składają jaja (wylegające się z jaj larwy mają blisko do kwitnących roślin, gdzie w kwiatach czekają na przylatujące po nektar i pyłek owady).

Zobacz też:

Oleica czyli z koszyka Baby Jagi

Oleica (chrząszcz z rodziny majkowatych)

Czy przejście dla zwierząt w Kromerowie nad drogą krajową nr 16 to nieudana inwestycja?

Kiedy zadzwonił telefon z olsztyńskiej redakcji Gazety Olsztyńskiej, wiedziałem, że coś "eko-medialnego" się szykuje. Udzieliłem odpowiedzi na zaskakujące mnie pytanie. W Gazecie ukazał się tylko fragment mojej wypowiedzi, i to nie najważniejszy moim zdaniem. Ale jak w takim szybkim tempie przygotować sensowną odpowiedź i to z zwięzłych słowach? Nie wszystko dziennikarz zapamiętał. Wybrał to, co dla niego było najważniejsze a nie dla problemu (tak jak ja to widzę). Na szczęście jest dziennikarstwo obywatelskie i można na blogu samemu napisać tak, jak się chce i ile się chce. Blogosfera daje wolność i niezależność.

W mediach coraz mniej jest czasu na przygotowanie tekstu, zamiast dziennikarzy podobno pracują media workerzy. Na sensowne zgłębienie tematu potrzeba co najmniej kilku-kilkunastu dni poszukiwań i pracy. Oni tyle nie mają… Ja także nie potrafię w kilkanaście sekund udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Przecież wszystko trzeba sprawdzić. Ale dziennikarz z Gazety przynajmniej się konsultował, chciał wiedzieć jak specjaliści interpretują wyniki monitoringu zwierząt na wspomnianym przejściu.

Kiedy zajrzałem (przez Facebooka) do lokalnych mediów, było znacznie gorzej. Na internetowym portalu znalazłem takie kwiatki (nic dziwnego, że pojawią się komentarze pełne oburzenia):.
Niespodziewane wyniki analizy nagrań monitoringu: Warta 20 mln złotych inwestycja jest niepotrzebna
, z licznymi drobnymi  błędami, przy sileniu się na naukowość, np.
niestety najpopularniejszym gatunkiem korzystającym z przejścia jest homo sapiens sapiens." Nazwy gatunkowe w języku łacińskim pisze się z dużej litery!, więc jeśli dziennikarz sili się na nazwę naukową (zamiast po prostu napisać „człowiek, ludzie”), to powinno być  Homo sapiens. Dokładność do podgatunku jest dla tej informacji zbędną i mylącą hiperpoprawnością.

Gorszy jest pochopny wniosek:
I choć wydaje się, że przejście nie spełnia swoich założeń, a pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to stworzenie takiego obiektu jest warunkiem koniecznym przy takiej inwestycji drogowej.”

Wnioski o zbędności drogiej inwestycji są całkowicie nieuzasadnione. Bo niby dlaczego zbędna? Bo w ciągu 9 miesięcy przeszło 183 zwierzęta (sarny, jelenie, dziki, lisy itd.)? To za mało? A od jakiej liczby byłoby dobrze? I czy dobrze byłoby, gdyby część z ich wyszła na drogę wpadając pod samochód? 

Głosy w lokalnej prasie wskazują, że przejście dla zwierząt, tzw. ekologiczny most nad drogą krajową nr 16, wybudowany za prawie 20 mln zł niedaleko Kromerowa, to zbędna inwestycja.

Po co są te przejścia? Żeby duże zwierzęta i lokalne populacje nie były od siebie izolowane. A drogi stanowią poważne bariery. Raz że zwierzęta tam giną, dwa, że są ogrodzone (aby zwierzęta nie weszły na drogę pod samochód). W rezultacie nie ma migracji i nie ma przepływu genów a populacje lokalne w kolejnych pokoleniach narażane są na chów wsobny, choroby genetyczne i na wymieranie (bo zbyt mała liczba krzyżujących się osobników). Tego nie da się zaobserwować w ciągu 9 miesięcy za pomocą kamery. Ważniejszy jest przepływ genów. A tego w prosty sposób nie da się jednoznacznie na kamerze uchwycić.

W sumie z monitoringu niektórzy dziennikarze, wietrzący sensację i podnoszący alarm, nie wyciągają sensownych wniosków, bo po prostu nie wiedzą jak interpretować te wyniki. Do interpretacji potrzebna szeroka wiedza biologiczna i ekologiczna. Dlatego naukowcy nie powinni milczeć. Powinni odpowiadać na pytania, nawet zadawane z zaskoczenia przez telefon oraz powinni sami udzielać szerszych i pełniejszych objaśnień.

Nie jest aż tak ważna liczba zanotowanych przejść (liczba zanotowanych zwierząt w kamerze). Z biologicznego punktu widzenia ważne jest ile osobników wędrowało (kamera mogła wielokrotnie policzyć tego samego osobnika wędrującego tam i z powrotem) i w jaki celu się przemieszczały. Czy tyko na pobliskie żerowisko, czy są to dalsze migracje. Żeby odpowiedzieć na te pytania trzeba byłoby znakować te zwierzęta i śledzić ich trasy migracji (niedawno w prasie pisano o wilku, który zawędrował aż do Holandii). W badaniach naukowych tak się robi. W przypadku takich inwestycji nie ma potrzeby, bo byłoby to odkrywanie Ameryki na nowo. Dzięki kamerom leśników wiemy, że zwierzęta wykorzystują to przejście. Oraz że chodzą tam ludzie.
Najwyraźniej w inwestycji zapomniano o człowieku, przegradzając barierami tradycyjne szlaki przemieszczania się.

Ale wróćmy do tej inwestycji. Dzięki internetowi można zobaczyć szybko i łatwo zdjęcia satelitarne. Bardzo blisko jest wiadukt nad małą rzeczką – to także trasy migracji dla zwierząt (innych gatunków bo siedlisko inne). A dlaczego robiono w takim razie kładkę blisko rzeczki? Bo kładkę wybrano w kompleksie leśnym. Można kładkę przesunąć w dowolne miejsce, lasu już nie. A przynajmniej nie w perspektywie kilku lat.  

Czas na wnioski. Wolne zasoby i dane, w tym przypadku inwestycje w stworzenie map satelitarnych i ich bezpłatne umieszczenie, ułatwiają różnorodne analizy. Sprzyjają innowacyjności. Niech to nas zachęca do wspierania takich mądrych inwestycji uwalniania danych do powszechnego użytku. Z myślą o długofalowym skutku.

Po drugie w badaniach naukowych pomocne mogą być instytucje poza naukowe jak i wolontariusze. Na przykład do śledzenia migracji zwierzat. Dzięki kamerom, zainstalowanym przez leśników, przy okazji dużo dowiadujemy się np. o obecność wilków w naszych lasach. Dzięki internetowi, oraz dodatkowym danym, nauka może wejść na zupełnie inne strefy działania. To już nauka 3.0. Uniwersytety muszą się tylko nauczyć sprawnie współpracować z instytucjami zewnętrznymi, i wykorzystywać do kontaktów i współpracy internet oraz elektronikę. Potem można analizować, interpretować i bezpłatnie udostępniać wyniki.

Na koniec dygresja o powinności naukowca i dziennikarstwie obywatelskim. Nikt się na wszystkim nie zna. Dlatego naukowcy powinni dużo więcej pisać na blogach, portalach społecznościach czy nawet serwisach dziennikarstwa obywatelskiego w różnorodnych mediach. Wiedza przyrodnicza musi być upowszechniana i dostępna dla wszystkich. W przeciwnym razie wyciągane będę błędne wnioski i podnoszony fałszywy alarm z nutką sensacyjności.

Czy to jest za droga inwestycja, przecież kosztowała 20 mln? Po co tyle "kasy" dla jakichś głupich zwierzaków? A ile kosztuje utrata gatunków w sensie ekosystemowym (ostatnio w mediach wałkowano problem wymierających pszczół) czy nawet tylko zysków z łowiectwa? Więc to nie tylko dla zwierzaków ale przede wszystkim dla ludzkiej gospodarki. Jest stare dobre przysłowie: kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza. Przejścia dla zwierząt ekolodzy wymyślili po latach obserwowania negatywnych skutków fragmentacji siedlisk. To nie jest żadna teoria spiskowa. Teraz trzeba obserwować, analizować, modyfikować i udoskonalać inwestycje. Bo ważnie jest nie tylko jak ma takie przejście wyglądać, ale i gdzie ma być zrobione. Zarówno w sensie lokalnym jak i kontynentalnym. Przejścia te muszą uzupełniać istniejące korytarze ekologiczne, umożliwiające migracje zwierzętom w skali całej Europy. Inaczej będą to tylko fragmenty, nie połączonych ze sobą autostrad. A niefunkcjonalność i fragmentaryczność odcinków autostrad może już ocenić każdy kierowca, więc łatwiej zrozumieć problem korytarzy ekologicznych.

ps. zdjęcie u góry nie przedstawia opisywanej inwestycji (nie miałem własnego). To tylko droga leśna…
Ma ilustrować problem w szerszym sensie a nie dosłownie.

Dzień Polskiej Niezapominajki i Międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności

Niezapominajka – by nie zapomnieć o rzeczach ważnych!

Dwie majowe daty przypominają o niezwykle ważnej dla nas kwestii dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. 15 maja obchodzony jest Dzień Polskiej Niezapominajki – święto przyrody, którego sensem i celem jest przypominanie i promowanie walorów przyrody, przypominanie o ochronie środowiska i zachowaniu różnorodności biologicznej Polski. Drugim celem Dnia Polskiej Niezapominajki jest zachowanie od zapomnienia ważnych chwil w życiu, osób, miejsc i sytuacji. Bo dziedzictwo przyrodnicze bardzo mocno splata się z dziedzictwem kulturowym. Jedno od drugiego mocno jest uzależnione.

Akcję zapoczątkował w 2002 nie żyjący już redaktor Andrzej Zalewski, prowadzący audycję Ekoradio (Polskie Radio, Program Pierwszy). Temu polskiemu świętu bioróżnorodności patronuje od lat: Gazeta Wyborcza i Przyroda Polska, a na naszym gruncie także Gazeta Olsztyńska. W świętowaniu uczestniczą przedszkolaki, uczniowie,  leśnicy, rolnicy, naukowcy.

Czy różnorodność biologiczna to coś ważnego czy jest to tylko jakaś infantylna fanaberia nawiedzonych ekologów lub przedszkolaków?

Wymieranie gatunków dziko żyjących oraz starych ras zwierząt i odmian roślin to problem globalny, przynoszący duże straty w gospodarce. W przeszłości kilkanaście cywilizacji z całego świata upadło na skutek utraty regionalnej różnorodności biologicznej. Nawet upadek Rzeczypospolitej i rozbiory mają swa przyczynę także i w niszczeniu zasobów przyrody: wyjałowienie gleb spowodowało spadek plonów a co za tym idzie spadek dochodów szlachty, w konsekwencji szlachta nie była skłonna utrzymać odpowiednich świadczeń podatkowych, zabrakło pieniędzy na państwo i armię. Skutek znamy. Inne społeczności poniosły jeszcze większe straty – całkowicie upadły. Teraz staramy się być mądrymi przed szkodą.

Wagę problemu podkreślają nie tylko badania naukowe ale i międzynarodowe inicjatywy. Warto przypomnieć, że trwa Międzynarodowa Dekada Bioróżnorodności (2011-2020), ustanowiona przez ONZ.

Za kilka dni – 22 maja – obchodzić będziemy Międzynarodowy Dzień Różnorodności Biologicznej,  ustanowiony przez ONZ w 2000 r. Dzień wcześniej obchodzimy jest Światowy Dzień Różnorodności Kulturowej (21 maja). Takie sąsiedztwo to nie przypadek. Przyroda i kultura są mocno ze sobą splecione i uwarunkowane.

Zasadniczy trzon moich badań związany jest z bioróżnorodnością. Zajmuję się inwentaryzacją różnorodności biologicznej chruścików (Trichoptera) Polski i Europy Środkowej. Próbuję – wraz z całym zespołem innych naukowców w różnych krajach – monitorować zmiany, poznać przyczyny i wymyśleć sensowne metody ochrony zasobów owadów wodnych i całej przyrody (różnorodności biologicznej) w skali lokalnej jak i globalnej. Badania nad bioróżnorodnością nie są "na topie". Wiem jednak, że są ważne i niezbędne. Dają także szansę na współudział wielu wolontariuszy (mamy wielu dobrze wykształconych przyrodników, żyjemy wszak w społeczeństwie wiedzy). W badaniach naukowych uczestniczyć może bardzo wielu ludzi. Potrzeba tylko nieco inaczej przemyśleć rolę uniwersytetów i zawodowych zespołów naukowych. Każdy z nas może uczestniczyć w inwentaryzowaniu, dokumentowaniu i poznawaniu różnorodność biologicznej oraz badaniu jej związku z dziedzictwem kulturowym.

Dzień Niezapominajki i późniejszy Dzień Bioróżnorodności to nasze wspólne święto. Zrównoważony rozwój (ekorozwój) wymaga połączenia wysiłków społecznych dla ochrony zasobów kultury i przyrody.

Między innymi dlatego Wydział Humanistyczny wspólnie z Wydział Biologii i Biotechnologii przygotowuje nowy interdyscyplinarny kierunek kształcenia – dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze.
By przygotować kadry i aby zachowanie przyrodniczo-kulturowego dziedzictwa regionu spoczęło w jeszcze bardziej profesjonalnych rękach. 

O wypalaniu traw na Dzień Ziemi

smieciwlesie

Na międzynarodowy Dzień Ziemi (22 kwietnia) chciałem napisać o lesie i o studenckiej akcji sadzenia lasu. Ale przejeżdżające pod oknem wozy strażackie i pan redaktor z Gazety Wyborczej sprowokowali do innego tematu.

„Przygotowuję artykuł dotyczący plagi wypalania traw. W związku z tym mam do Pana kilka pytań: jakie zagrożenia powodują pożary traw, jakie są ich najpoważniejsze skutki, dlaczego ludzie wypalają trawy? Chodzi mi zwłaszcza o przyrodnicze ujęcie tematu.”

Zatem powtórzę w rozszerzonej formie to, co zapewne w poniedziałek ukaże się w Gazecie
Wyborczej.

Wiosną, kiedy nie ma jeszcze rozwiniętej roślinności a pozostały „suche” trawy i rośliny zielne z ubiegłego sezonu, łatwo o pożar i szybkie roznoszenie się ognia. Po pierwsze jest to zagrożenie dla ludzi i ich dobytku. Po drugie w ogniu gnie bioróżnorodność: giną rośliny, nasiona (diaspory w szerzym ujęciu), kiełkujące nowe zioła i drzewa, ginie bardzo dużo małych zwierząt. Nie mają szansy ucieczki. Ginie wiele owadów, ślimaki, giną płazy, gady, drobne ssaki w tym jeże. Straty tej róznorodności biologicznej szczególnie dotkliwe (z przyrodniczego punktu widzenia)
są w miastach, na przedmieściach i w krajobrazie rolniczym.

We współczesnym antropogenicznym krajobrazie wiele siedlisk jest pofragmentowanych i izolowanych. Jeśli w pożarze traw giną małe zwierzęta, zamieszkujące na takiej wyspie siedliskowej (izolowanej drogami i „betonem”), to potem nie mają skąd zasilić lokalną populację inne osobniki, z innych siedlisk (z innych subpopulacji), bo trudno tam dotrzeć. Giną więc nie tylko osobniki ale i całe populacje.

Ślimaki i płazy giną nie tylko na drogach ale i na chodniku. Na przechodniaku koło kościoła, między Osiedlem Mleczna i Kortowem, na niezbyt szerokich chodniku polbrukowym kilka dni temu widziałem rozdeptanych kilkadziesiąt młodych traszek (odcinek zaledwie kilkudziesięciu metrów). Wracały z zimowiska do pobliskiego bagienka – dawnego Jeziora Płocidugi. Tych drobnych zwierząt ginie dużo, po co więc jeszcze dorzucać do tego zniszczenia wypalaniem? Potem wydamy ogromne pieniądze na ochronę przyrody i reintrodukcję gatunków.

W wypalaniu marnowana jest także martwa materia organiczna. Ta „sucha trawa” jest bazą pokarmową dla wielu małych bezkręgowców jak i barkerii oraz grzybów. Potem te gatunki nie mają co jeść i giną lub jest ich bardzo mało. W konsekwencji jest mniej pożywienia dla ptaków, nietoperzy innych bezkręgowców itd. Po co dokarmiać ptaki chlebem, czy nie lepiej nie niszczyć im naturalnego pożywienia? Grabimy z liści trawniki jesienią, wiosną wypalamy resztki tego, co przetrwało. Z ekologicznego punktu widzenia to marnotrawstwo i bezmyślność.
W końcu wypalanie traw wyjaławia glebę i przyspiesza erozję gleb. Przy ulewnych deszczach woda szybciej będzie spływać, co grozi lokalnymi podtopieniami

Dlaczego ludzie wypalają trawy?

Pewnie w części dla zabawy, w części z tak zwanej głupoty. Gdy w pożarze znika martwa materia organiczna i odsłania się goła ziemia, wtedy szybciej widzimy wschodzące nowe rośliny. Wydaje się więc, że pożar przyspiesza wzrost roślin. Ale pod „suchymi” kępami traw także wzrastają nowe rośliny tylko nie rzucają się tak w oczy.

Z wypalaniem traw jest jak z leczeniem przez puszczanie krwi. Teraz mamy znacznie lepsze sposoby medyczne niż te dawne archaiczne rodem z neolitu czy epoki brązu. Podobnie jest z pielęgnacją zieleni – teraz mamy znacznie lepsze sposoby niż wypalanie.

Owszem, są sytuacje, gdy trzeba trawy wypalać. Ale są to nieliczne, kontrolowane wypalania, prowadzone przez przyrodników, aby w niektórych sytuacjach powstrzymać sukcesję ekologiczną i tworzyć warunki dla utrzymania się muraw kserotermicznych. Zwłaszcza wtedy, gdy znika wypas (zwierzęta wypasane zjadają trawę). Ale takie kontrolowane wypalanie nie są domeną naszego regionu. U nas, z głupoty i zabawy, giną rośliny, zwierzęta i dobytek ludzki. Na dodatek uwalniamy gazy cieplarniane, przyczyniając się do potęgowanie niekorzystnych zmian klimatu. Warto o tym pamiętać nie tylko w Dniu Ziemi.

Jak kapitał ludzki ożywia miejsca zapomniane i przywraca do wspólnej pamięci.

O studentach obiegowa opinia mówi, że tylko piją, nic nie robią i z regionu w świat uciekają. W tej retoryce uniwersytety są tylko drogimi fabrykami bezrobotnych. Lepsze więc są zawodówki niż uniwersytety. Kapitał ludzki wydaje się jakąś ulotną mrzonką, bo ani go zważyć, ani zmierzyć ani policzyć. Ale powietrza też nie widać gołym okiem, a bez niego nie da się żyć.

Media w swoim pobieżnym opisie rzeczywistości częściej odnotowują wypadki i pijackie burdy niż pozytywne działania. Dlatego dominuje obraz studenta pijaka i leniucha-nieroba. Studenci jednak swoją aktywnością skłaniają do poszukiwań i wydobywania z otchłani niepamięci miejsca na uboczu, małe, o których już świat zapomniał. Są więc realnym elementem kulturotwórczym i społecznotwórczym regionu. Kapitał ludzki przynosi dobre owoce, ale trzeba trochę wysiłku aby dostrzec te powolne i subtelne procesy rozwoju dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Czy będą jakieś pozytywne efekty podnoszenia wykształcenia także w biednych regionach, do jakich niewątpliwie należy województwo warmińsko-mazurskie?

Kilka dni temu studenci trzeciego roku biologii (Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie), w ramach projektu realizowanego z przedmiotu „ochrony środowiska”, zaproponowali sadzenie lasu w leśnictwie Dzierzguny koło Nowej Kaletki. Pomyślałem, że to blisko Olsztyna więc wybiorę się na rowerze. Zacząłem szukać lokalizacji na mapie, aby zaplanować trasę. Wpisałem w internetową wyszukiwarkę nazwę „Dzierzguny”… i nic nie znalazłem. W Wikipedii takiej miejscowości także nie było. Wpisałem Nową Kaletke – myśląc, że teraz znajdę. Ale na mapie internetowej nie było widać Dzierzgun, bo nie wiedziałem gdzie szukać.

Nie ma w internecie, więc nie istnieje? To jak tam las będziemy sadzić? I to tysiąc dębów!
No cóż, internet wie wszystko (ponoć), trzeba tylko umieć zapytać. Sięgnąłem do starszych, papierowych opracowań regionalnych, wydawanych swego czasu przez Stowarzyszenie Pojezierze. I też nic. Zaintrygowało mnie to jeszcze bardziej. Zwykłe miejsce okazało się tajemniczym. Będziemy więc sadzić drzewa w miejscu zapomnianym, miejscu bardzo daleko od szosy?
Sięgnąłem do opracowania papierowego Anny Pospiszylowej „Toponimia południowej Warmii”, wydanej w 1987 r. Rzetelne opracowanie naukowe przyniosło mi odpowiedź… i zachęciło do dalszych poszukiwań, już bardziej ukierunkowanych.

Szybko w internecie znalazłem leśnictwo Dzierzguny (Nadleśnictwo Nowe Ramuki). Ale jak łatwo było wywnioskować siedziba leśnictwa mieści się w Nowej Kaletce. Po dawnej osadzie pozostała tylko nazwa i polana śródleśna z oczkiem wodnym, widocznym na zdjęciach satelitarnych.
W 1987 r. A. Pospiszylowa napisała o osadzie Dziergunka vel Dzierzgunka – już wtedy określana była jako opustoszała osada, dawne leśnictwo. Widać leśnictwo zostało (jako jednostka administracyjna Lasów Państwowych), ale leśniczówka już nie. Leśniczy najwyraźniej mieszka w Nowej Kaletca. No i nazwa inna. Dzierzgunka to nie Dzierzguny, dlatego trudno było znaleźć coś w internecie. Znalazłem „Dzierzgunka – (leśnictwo nad Jeziorem Łańskim)” oraz Podleśniczówka Dzierzguny.

Czy Dzierzgunka i Dzierzguny to to samo czy różne osady lub miejsca?

W Monitorze Polskim z 1949 r., w rozporządzeniu o ustaleniu polskiej pisowni miejscowości wyczytać m.in. możemy że była miejscowość Dzierzgunka (dawna nazwa Kiebitzbruch, a więc nazwa chyba od strumienia) i Dzierzguński Młyn (dawna nazwa Kiebitzbruchmühle). Czyli jeszcze w 1949 r. te osady istniały. Potem najpewniej zostały opuszczone, w czym możliwe że przyczyniło się powstanie partyjno-rządowego ośrodka w Łańsku.

W "Geografii polskiej Warmii" ks. Walentego Barczewskiego wymieniane jest Jezioro Dzierzguńskie "Na Warmii przed Kurkami, w kącie pod Ząbiem są Ząbskie Bagna i opodal Ząbia Chudek i Orzechowskie Jezioro, w borach: Dzierzguńskie, Galek, Oczko, Kaletskie i Młyńskie bagna przy Mendrynach”. Sąsiedztwo wymieniania wskazywałoby na jezioro Jełguńskie (niedaleko położone w Lesie Warmińskim). Czyżby więc to błędnie zapisane jezioro Jeguńskie? A może Dzierzgunka była miejscem i nazwa jeziora (obecne oczko wodne?) wzięła się od tego miejsca? Nazwa Dziergunka/Dzierzgunka/Dzierzguny kojarzy mi się z Dzierzgoniem (rzeką i miejscowością), a więc z dawnymi Prusami.

Jakże przyjemne są te poszukiwania historyczno-przyrodnicze, zainspirowane studenckim pomysłem posadzenia lasu z okazji Dnia Ziemi (lub bez okazji).
W opracowaniu Pospiszylowej z 1987 r. możemy znaleźć, że osada Dziergunka znajdowała się nad Jeziorem Łańskim, 3 km na zachód od Nowej Kaletki. W dawnych dokumentach zapisywana była pod nazwami: Dziergunk (1755), Dzierdzunka (1772), Dziergunka (1785), Dziersgunken (1790), Dziergunken (1820), Dzyrzgunken (1868), Dzyrgunka (1875), Dziergunka (1879), Dzierzgunka (1881), Dzierzguny (1964), Dzierzgunka (1968). A więc dopiero w latach 60,. XX w. nazwa zmieniła się na Dzierzguny, jako próba podciągnięcia toponimu pod formę nazw rodowych (odosobowych). Pierwotnie więc była to nazwa utworzona od nazwy miejsca.

Druga osada – Dzierzguński Młyn (a skoro młyn to musiała być jakaś struga, rzeczka – może to ona właśnie nazywała się Dzierzgunka?) w 1987 r. określana była w cytowanym opracowaniu jako dawna osada młyńska koło leśniczówki Dzierzgunka (Dzyrgunka Mühle – wzmiankowana w 1868 r.). Dzierzguński Młyn wymieniany jako istniejąca osada był jeszcze w 1947 r.

Buszując po internecie, już bardziej wyedukowany, znalazłem trochę więcje informacji. Przeglądając różne ogłoszenia i powielające się bardzo skąpe dane, mogłem wyczytać, że obiekt „Dzierzguny 605f” to parking leśny i miejsce postoju pojazdów w Nadleśnictwie Nowe Ramuki (a poprawniej byłoby Nowy Ramuk). Miejsce postoju pojazdów przed miejscowością Kurki jadąc w kierunku Olsztynka.
Dowiedziałem się także, że w leśnictwie Dzierzguny ustanowiono w 1968 r. dwa pomniki przyrody w postaci dwóch dębów szypułkowych. Nie wiem czy jeszcze tam są. Ale studenci zasadza tysiąc nowych dębów.

W leśnictwie Dzierzguny jest leśna ścieżka edukacyjna “Las bliżej nas” (ok. 3 km długości).
Na ścieżce można zapoznać się z bogactwem lasów i sposobami ich ochrony. Tematy stanowisk edukacyjnych to: cykl życiowy drzewostanu (uprawa, młodnik, drzewostan, drzewostan dojrzały), drzewostan porolny, skrzynki lęgowe, pułapki feromonowe, paśnik dla zwierząt. Wyczytałem także, że 21.X.2008r. w Leśnictwie Dzierzguny gościła około 50-osobowa grupa osób z Liceum Ogólnokształcącego w Olsztynku. W miłej i serdecznej atmosferze młodzież spacerowała po trasie leśnej ścieżki dydaktycznej, słuchając leśnych opowieści leśniczego. Na zakończenie pobytu goście posadzili pamiątkowe drzewa, ogrzali dłonie nad płomieniami ogniska i upiekli kiełbaski.
Wyczytałem także, że 5 września, w czasie III Warmińskiego Konkursu Wabienia Jeleni dodatkową atrakcją był pokaz sprawności drwali przy użyciu pilarek. Poprowadził je Kazimierz Morawiak, leśniczy Leśnictwa Dzierzguny. Udało się więc z przepastnego internetu wyszukać nazwisko leśniczego.

„Dzierzguny” w wyszukiwarce Google dało 1750 wyników (ale niezwykle mało informacji), „Dzierzgunka” już 92 400 wyników wyszukiwania. Ale jeszcze mniej informacji, bo widać, że różne automaty wyszukały nazwę z map i pododawały w przeróżne strony, aby zwiększyć ich pozycjonowanie. Wabienie ale bez informacji. „Dziergunka” dała zaledwie 9 wyników, ale za to owocnych. Były to niemieckie strony historyczne i dotyczyły Dzierzguńskiego Młyna (współrzędne geograficzne 53.55°N 20.5°E ). Dziergunkenmühle w 1939 r. przekształcony został w Kiebitzbruchmühle (najpewniej efekt akcji germanizowania nazw). Dawniejsze nazwy w dokumentach to: Mühle Dziergunka (1785, 1817, 1861),  Dziergunkenmühle (1905, 1907).
Natomiast w tym samym procesie germanizowania nazw w latach 30. XX w. Dziergunken zamieniono na Kiebitzbruch.

Już na polskich stronach internetowych (gazety elektroniczne) wyczytałem „Z kolei na niemieckich mapach z początku XX wieku (przed I wojną światową), najczęściej używaną nazwą jest „Alt Ramuck” (nazwa Lalka lub Lallka pojawia się rzadziej) – mówi Jolanta Weihs z Urzędu Gminy w Purdzie. – Wszystkie Ramuki, czyli Nowy Ramuk i Stary Ramuk to były miejscowości leśników, więc Lalka musiała być osadą leśną, tak samo jak pobliska Dzierzgunka, Dzierzguński Młyn czy Dziuchy. Obecnie żadna z tych miejscowości administracyjnie już nie istnieje." (źródło)

Sadzić, ochronić, imprezować (początek hasła studenckiej akcji). Mogłoby się wydawać, że to zawołanie wiecznego melanżu. Pozory mogą mylić. Bo to tworzenie dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Swoją aktywnością na powrót wprowadzają do obiegu nazwy miejsc dawno zapomnianych. Teraz Dzierzguny będą się „googlać” znacznie lepiej. Może nawet hasło w Wikipedii powstanie?

Z drugiej strony ta studencka majówkowa aktywność to konkretne działanie na rzecz dziedzictwa przyrodniczego. Dlaczego zasadzone mają być dęby? To wspieranie przebudowy drzewostanu w naszych lasach na bardziej pierwotny, naturalny. To powolna przebudowa, dla której dały podstawy wieloletnie badania ekologii lasu. To już oczywiście temat na zupełnie inna opowieść.

Zostawcie trochę liści dżdżownicom!

Zazkoczyły mnie argumenty wskazujące, że utrzymanie trawników w mieście (Olsztynie) jest drogie, dlatego drogowcy potencjalne trawniki wykładają polbrukiem… Po jesiennym i niezbyt potrzebnym koszeniu wielu trawników do gołej ziemi (ani to tanie, ani potrzebne), przyszedł czas na grabienie liści z trawników. Też zapewne kosztuje…

Oczywiście, ze względów bezpieczeństwa liście powinny być zmiatane z chodników. W niektórych miejscach, w ramach likwidowania szrotówka kasztanowiaczka, także zgrabiane z trawników pod drzewami kasztanowców. W innym miejscach liście mogą leżeć na trawnikach. Raz, że ładnie, dwa – korzystne przyrodniczo. Bo na przykład co mają jeść dżdżownice, gdy wszystkie liście zostaną wygrabione (a potem co mają jeść ptaki i krety, gdy dżdżownic zabraknie)? A to tyllko jeden z przykładów. Przecież detrytusofagów jest znacznie więcej. Po co więc niszczyć bioróżnorodność miasta?

Tym bardziej, że są to koszty. Liście nie są wykorzystywane do uzyskiwania energii  z biomasy (a mogłyby być). W sumie wychodzi kosztowne marnotrastwo i szkodnictwo estetyczno-przyrodnicze.

Upowszechnianie wiedzy, także w formie nieformalnej i pozaformalnej, z pewnością może przynosić korzyści finansowe i gospodarcze, a społeczne na pewno. Przydałoby się więc więcej programów edukacyjnych we wszystkich publicznych mediach.