Gęsi gęgawe z Płucidugi Małej

gesiPo raz pierwszy widziałem je w ubiegłym roku (Gęś gęgawa czyli jak Olsztyn nieustannie przyrodą zaskakuje). Byłem wielce zaskoczony i ucieszony. Rozmawiałem ze znajomy ornitologiem, a ten wspominał mi, że gatunek jest w ekspansji i zasiedlają coraz to nowe siedliska, nawet te mniej sprzyjające. Sugerował, że pewnie jak im się spodoba to powrócą. I miał rację, w tym roku również jest para z młodymi.

Najpierw, w czwartek rano (20 kwietnie 2017 r.) zadzwoniła znajoma pani z archiwum, z informacją, że już drugi dzień widzi przy ulicy parę gęsi z młodymi, chyba 5-6 gęsiaków, jak próbowały przejść do Kortowa przez ulicę. Pytała się co robić, by pomóc tym ptakom. W piątek, idąc rano do pracy i ja mogłem je zobaczyć, na małej łączce (w zasadzie trawniku). Para z czterema małymi gęsiakami. Po południu też je widziałem. Zapewne niedawno się wykluły i teraz z rodzicami wychodzą poskubać trawy.

W ubiegłym roku widziałem jedno pisklę, choć ktoś mówił ze wcześniej widział kilka. Teraz też nie wiem, czy znajoma z pracy rzeczywiście widziała 5-6 młodych, czy tylko było to wrażenie. Jęsli się nie myliła, to jednego gęsiaka już ubyło…  Na młode ptaki czyhają różne niebezpieczeństwa. Gęsi chyba są za mądre by wpaść pod samochód na ulicy. Ale może jakieś naturalne drapieżniki (lisy, norka amerykańska itp.) lub domowe psy i koty mogą czynić straty w lęgach. W tym roku poziom wody w dawniej osuszonym jezierze Płuciduga Mała jest ciut wyższy. Sporo traszek i innej drobnej „zwierzyny”: zamieszkuje tu na stałe. Ale teren jest mocno zdewastowany, zaśmiecony i systematycznie zasypywany gruzem. Systematyczna i bezmyślna dewastacja terenów zielonych, bo traktowanych jako „niczyje”.

Niech więc Dzień Ziemi będzie okazją by przypomnieć o dzikiej przyrodzie w mieście, o gęsi gęgawej i o niezwykle ciekawych procesach ewolucyjnych, zwanych synurbizacją.

O pilnej potrzebie edukacji ekologicznej

17426151_10211135397254166_988438414404595520_nWidok masowo wycinanych drzew jest przygnębiający podwójnie. Oprócz zniszczonej przyrody (i wynikających z tego zagrożeń dla zdrowia ludzi) ukazuje ogromne braki w wykształceniu (edukacji) w zakresie rozumienia procesów przyrodniczych i skutków w środowisku.

Duże zanieczyszczenia środowiska w latach ubiegłych spowodowały, że zainteresowanie tak zwaną ekologią było bardzo duże. W latach 90. XX w. społeczna wiedza o stanie środowiska i konsekwencjach była chyba większa. A działania edukacyjne i prośrodowiskowe były w Polsce znacznie intensywniejsze. W rezultacie podjęto szereg działań, które znacząco poprawiły stan środowiska wokół nas. Nie tylko wybudowano liczne oczyszczalnie ścieków ale i znacząco ograniczono emisje gazów i pyłów. Wydawało się, że mamy progres.

Na przełomie wieków można było w raportach napisać „W Polsce obserwuje się poprawę lub zmniejszenie tempa degradacji w wielu komponentach środowiska. Coraz większe zagrożenie dla środowiska stwarza już nie przemysł, lecz rosnąca indywidualna konsumpcja energii, paliw i przedmiotów jednorazowego użytku oraz rozwój motoryzacji?”

Niestety ostrzeżenia zostały zlekceważone. Znaliśmy zagrożenie ale go nie uniknęliśmy. Na powrót mówimy o smogu w miastach i dewastacji środowiska. Indywidualna i krótkowzroczna pazerność daleko wyprzedza myślenie o dobru wspólnym. Masowa wycinka drzew (część jest uzasadniona, większa część to efekt głupoty i pazerności) jest tego dobitnym przykładem. Ale jest jednocześnie wierzchołkiem góry lodowej. I wskazuje na bardzo pilną potrzebę edukacji ekologicznej.

Bo po co jest drzewo w mieście, kiedy liście spadają na dachy samochodów? Podnosi to koszty mycia i woskowania karoserii? Zapewne. Ale brak drzewa to także mniej tlenu, większe zapylenie, mniejsza wilgotności latem, wyższe temperatury w mieście i smog. Przekłada się to na stan zdrowia ludzi i szybsze zgony. Można przypomnieć stare przysłowie „kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza”, a parafrazując: kto nie wyda na środowisko przyrodnicze, wyda na lekarza i grabarza.

Jestem zatrwożony skalą ignorancji przyrodniczej i skalą krótkowzrocznego egoizmu. Po raz kolejny można zadać pytanie: jaki świat pozostawimy po sobie?

Straty dla gospodarki i straty indywidualnych ludzi na skutek gwałtownych zjawisk atmosferyczny (m.in. jako skutek globalnego ocieplenia klimatu) maja wymierny efekt. ” Wysoki stopień zurbanizowania przestrzeni jest czynnikiem stymulującym powstawanie strat, zaś wysoki wskaźnik terenów zielonych – łagodzącym.” (czytaj cały tekst). Trzeba znowu bić na alarm. Konieczna jest szeroko zakrojona edukacja ekologiczna i konieczne podniesienie poziomu wiedzy przyrodniczej.

„Okazuje się, że musimy działać, bo to, co już się wydarzyło w środowisku ma taki skutek, że nasze wnuki nie będą miały gdzie żyć i wypoczywać, czysty tlen będą kupować w puszkach, a przyrodę oglądać na starych fotografiach.”(czytaj cały tekst).

Co zmienią polowania w rezerwacie Las Warmiński

Las_WarmiskiOgromnie mnie zmartwiła i zbulwersowała informacja o planach wprowadzenia polowań w rezerwacie Las Warmiński. Naukowo i turystycznie miejsce to odwiedzam od wielu lat. Jest dla mnie poligonem doświadczalnym. Zarówno jeśli chodzi o chruściki rzeki Łyny i znajdujących się tam jezior oraz drobnych zbiorników i źródeł, jak i antropogenicznych przekształceń krajobrazu.

Las Warmiński to pole badawcze dla wielu naukowców (badania te pozwolą lepiej zrozumieć funkcjonowanie przyrody i bardziej racjonalnie z niej korzystać), historia wielowiekowych przekształceń ekosystemów i regeneracji przyrody. To bogata historia. Napisałem kilka publikacji naukowych, zrealizowane zostały prace magisterskie i jeden doktorat. Jeszcze w czasach WSP przyjeżdżałem tu ze studentami na letnie praktyki.

Rezerwat Przyrody Las Warmiński to obiekt dobrze mi znany. To jednocześnie obszar Natura 2000 i fragmenty leśnego kompleksu promocyjnego – przykład zmian w sposobie użytkowania lasu i dostrzeżenia wartości biologicznych i turystycznych.

Oprócz badań naukowych Las Warmiński wielokrotnie odwiedzałem turystycznie i rekreacyjnie. Wiele osób spotykałem. Przyjeżdżałem ze studentami, także zagranicznymi, pokazując piękno warmińskiego krajobrazu, metody ochrony przyrody i dbania o bioróżnorodność. Była także współpraca z leśnikami, sadzenie lasu czy nawet zbieranie śmieci, pozostawionych przez turystów. Znając uroki terenu zaproponowałem nakręcenie filmu w ramach cyklu Dzika Polska. I film powstał. Opowiada nie tylko o chruścikach i owadach ale także o całej przyrodzie i historii.

Dlaczego bardzo martwią mnie zapowiedzi polowań w Lesie Warmińskim? W rezerwacie? Po pierwsze dlatego, że takie polowania mocno uderzą w wizerunek turystyczny regionu. Może polowania zwabią dewizowych myśliwych, co lubią strzelać do wszystkiego (tak jak kiedyś partyjnych dygnitarzy z Warszawy i Moskwy). Ale zniszczy wizerunek turystyczny dla znacznie liczniejszych turystów. Dla regionu oznacza to straty finansowe (gospodarcze).

Bo jak będą polowania to będzie zakaz wstępu do Lasu i mandaty za przeszkadzanie w polowaniu (nie mówiąc o ryzyku postrzelenia). Las Warmiński to przyrodnicze zaplecze rekreacyjne Olsztyna, wizytówka regionu. To po co nam rezerwaty i parki narodowe, gdy można wycinać wiekowe dęby i strzelać, do wszystkiego co się rusza? Dziesięciolecia starań w zakresie ochrony przyrody legną w gruzach. Zmarnowany wysiłek wielu pokoleń. To nie jest wcale dobra zmiana…

Wcześniej był to rewir łowiecki dla sekretarzy KC PZPR (rządowy obszar Łańska). Pozostałością są asfaltowe drogi w lesie… by dygnitarze mogli wygodnie dojechać. Do niedawna stał jeszcze „domek Gierka”, myśliwski domek z wygodnym dojazdem drogą asfaltową z ośrodka rządowego w Łańsku. Pamiętam jeszcze go jak stał. Nocowaliśmy tam ze studentami w czasie praktyk. Zostały tylko fundamenty. Załączone dwa zdjęcia przedstawiają ten obiekt z różnych okresów…

Czy zwierzęta zagrażają Lasowi Warmińskiemu? A czy nie wystarczą tereny łowieckie wokół rezerwatu? I te liczne ambony tam stojące? Czy przyroda polska nie będzie już chroniona nawet w rezerwatach i parkach narodowych?

Do niedawna zawzięci wycinacze drzew mówili „drzewa to se chrońcie w rezerwatach”… I to już nie jest aktualne. Bardzo niedobra jest ta zmiana.

Czytaj także: Kolejna wojna min. Szyszki. Wpuszcza myśliwych do rezerwatu

Las_Warminski_rezerwat

Pajędza (czarownica), która Antarktydzie zagraża i być może uczestniczyła w andrzejkowych wróżbach

1024pxPoa_annuaBiolodzy szukają w genach pozostałości po biologicznej przeszłości poszczególnych gatunków. Z różnych okruchów rekonstruują filogenezę i dawne pokrewieństwo różnych taksonów. W kulturze jest podobnie. Przykładem niech będzie jędza. Ale co to za jędza (czarownica), co by zagrażała Antarktydzie? To już nie krowom mleko zabiera, uroków nie rzuca, dzieci nie podmienia a Antarktydzie zagraża? No cóż, widać globalizacja swoje zrobiła. Wszystko po kolei wyjaśnię, czytajcie cierpliwie.

Zaczęło się kilka dni temu na seminarium. Referat studenta dotyczył rośliny, wiechliny rocznej zwanej także wykliną roczną (Poa annua L.). Ale ludowa nazwa tej rośliny to pajędza. Wcześniej już spotykałem tę nazwę w botanicznym zestawieniu, ale nie zwróciła mojej uwagi. Jednak, kiedy od kilku miesięcy doczytuję różne etnograficzne opracowania, dotyczące wiedźm i czarownic, moja uwaga na jędze i wiedźmy jest wyczulona. Teraz dopiero więc pajędzę dostrzegłem. Ale zanim opiszę zagrożoną Antarktydę (co i dlaczego), najpierw zajmijmy się rzeczona jędzą.

W słowniku języka polskiego PWN jędza ma dwa znaczenia: 1. «zgarbiona starucha z długim nosem – postać z bajki uosabiająca zło», 2. pogardliwie «kłótliwa i dokuczliwa kobieta». W Słowniku Języka Polskiego w zestawieniu Baba-Jędza oznacza „1. wiedźma z bajki; Baba Jędza, 2. niesympatyczna lub brzydka kobieta, czarownica; baba jaga; baba-jaga.” Jeśli kiedyś jędza uosabiała zło (np. Baba Jędza, Baba Jaga), to może miała związek jakiś z czarownicami i wiedźmami? Gdzieś w dawnych wierzeniach (systemie wiedzy o świecie) naszych przodków? Wskazuje na to opis, zamieszczony w Wikipedii: „Jędza, jęza, jęga, zła baba, jędza baba, jędzyna – demon starosłowiański, pierwotnie zła bogini, wyobrażająca chorobę i gniew, po chrystianizacji zdegradowana do miana gniewliwej, wychudzonej czarownicy, o charakterze strzygi, porywająca i pożerająca dzieci. Była starą, wysoką, chudą, bardzo złą kobietą, zamieszkującą pustkowia. Wykradała matkom dzieci, zasadzała do klatek, wykarmiała, a następnie upieczone lub surowe pożerała.” Łączenie jędzy (pajędzy) z czarownicami i wiedźmami jest więc jak najbardziej właściwe. Zapewne nie dotrzemy do pełnej rekonstrukcji znaczeniowej, ale coś już wiemy.

Aleksander Brϋckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego tak opisuje: „jędza, jędzona (ludowe), złośnica i czarownica, z jęg-ja, do lit. engti uściskać, ingti ubożeć, ignasti ubolewać; z g ocalało w nazwie rus. baba-jaga (z jęga), dla czarownicy. Byłby to więc pierwotnie demon (żeński) choroby, bólu.” O ile zła konotacja demona Jędzy (Jęgi), przynoszącej chorobę i ból, odnoszącej się do czarownicy, a współczesnej do kobiety starej, złej i wrednej, nie budzi wątpliwości, to jaki ma to związek z trawą?

Wiechlina roczna, wyklina roczna (Poa annua) – nazwa zwyczajowa – pajędza. Do tej pory nazwa trawy – wyklina – wydawała mi się zwykła i oczywista. Ale teraz dostrzegam znacznie więcej. W końcu dlaczego trawę nazywano wikliną (szczegóły niżej)? Przecież współcześnie pod nazwą wiklina kryje się wierzba, krzew, wykorzystywany w plecionkarstwie. Ma chyba związek z rokitą, rokicina, gęstymi łozowiskami. Od których nazwę chyba wziął nasz pospolity diabeł Rokita. Rokita – bo mieszkający, psocący w wierzbowych łozowiskach, krzakach itd. No cóż, etnografia i etymologia pozwalają zobaczyć więcej w zwykłych słowach… Wiechlina – to nazwa od typu kwiatostanu (wiecha).

Ale wróćmy do naszej pajędzy – dwa inne określenia: wyklina i wiklina też są tajemnicze i chyba ze sobą powiązane. Zatrzymajmy się jednak przy biologii tej trawy. Jest to gatunek kosmopolityczny, który wraz z człowiekiem rozprzestrzenił się po całym świecie. Można by powiedzieć, że jest to ikona globalizacji. A ze względu na swoją wszędobylskość uważany jest za jeden z najkłopotliwszych chwastów świata (także w Polsce). Niczym jakaś wredna czarownica czy jędza.

Pajędza została zawleczona także do Antarktyki (Antarktyda i wyspy znajdujące się wokół tego kontynentu). Jest trzecim gatunkiem roślin naczyniowych, występujących we florze Antarktyki. Po raz pierwszy została zauważona na przełomie lat 1984/85 przy głównym budynku polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. Od tej pory znacznie się rozprzestrzeniła. Czym się martwić? Od przybytku głowa nie boli? Kolejny gatunek być może wzmocni ekosystem Antarktyki. Zwłaszcza, że wraz z ociepleniem, zmniejsza się powierzchnia lodu i rozpoczyna się sukcesja ekologiczna. Lokalnie więc można by uznać pojawienie się pajędzy jako dobry znak. Tyle tylko, że jest ekspansywna i zagraża dwóm innym, rodzimym gatunkom roślin antarktycznych. O ile wiechlina roczna wszędzie występuje, to gatunki antarktyczne już nie są tak rozprzestrzenione. Zatem w skali globalnej grozi nam utrata bioróżnorodności. A przecież te dwa zagrożone gatunki roślin mogą się nam do czegoś „przydać”. Pajędza więc zagraża różnorodności biologicznej w Antarktyce tak jak kiedyś Jędza czyniła zło i przynosiła choroby. Tym razem szkodzi na Antypodach. I to za sprawą człowieka. Bo najpewniej przywlekli ją naukowcy… lub turyści, coraz liczniej odwiedzający Antarktykę. W Polsce wiechlina roczna rośnie przy droga, rowach, w ogrodach, na pastwiska i polach uprawnych (jako chwast). Rośnie również w miejscach intensywnie wydeptywanych (np. ścieżki).

Wróćmy do tajemniczej nazwy „pajędza”. U Erazma Majewskiego (1894 rok), Poa annua zapisana została pod nazwą zwyczajową jako wiklina roczna, wyklina (po chorwacku lasji matere božje). Z kolei pajędza odnosi się do skorupiaka Scyllarus (także płaskonóg – to ostatnie zostało, ogólnym pokrojem skorupiak ten przypomina krępą, grzbietobrzusznie spłaszczoną langustę). Dlaczego pajędza przeszła ze skorupiaka morskiego na trawę? I czy pajędza ma coś z wikliną lub wyklinaniem? I skąd takie zestawienie pa-jędza? Że niby jędza pa-pa, czyli żegnaj jędzo?

O wiklinie i diable Rokicie pisałem wyżej. Wyklina natomiast kojarzy się z wyklinamiem czyli z ciskaniem gromów, ciskaniem lub rzucaniem klątw (to już oczywista domena wiedźmy i czarownicy, łącznie z rzucaniem uroków), złorzeczeniem, przeklinaniem (w sensie rzucaniem klątwy a nie używaniem brzydkich wyrazów), piętnowaniem, potępianiem , smaganiem, ekskomunikowaniem, krytykowaniem, odsądzaniem od czci i wiary, narzekaniem, psioczeniem, lżeniem, obrażaniem, wymyślaniem, zrzędzeniem, urąganiem, wyzywaniem itd. W słowniku synonimów języka polskiego dla słowa wyklinać znajdują się 54 synonimy. Bogactwo wielkie.

Ale co wspólnego ma niepozorna trawa – wiechlina roczna, pajędza, wyklina – z jędzami, czarownicami i z wyklinaniem? Czy jest to jakieś przypadkowe nadanie nazwy zwyczajowej przez szukających inspiracji dawnych botaników? Czy też może jest to jakiś zapomniany ślad wykorzystywania tejże małej, niepozornej trawy w dawnych praktykach magicznych? Może odstraszających jędze? Na razie pozostaje to dla mnie tajemnicą. Ale może kiedyś, przypadkiem natrafię na kolejny ślad. Może ktoś podzieli się swoją wiedza? Może była wykorzystywana w jakichś wróżbach?

Fot.  Rasbak,  CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=95915

Żółw czerwonolicy w Drwęcy czyli do czego jest potrzebna wiedza przyrodnicza

Nawet humaniści i artyści powinni mieć podstawową wiedzę przyrodniczą. Mam na myśli zarówno wiedzę techniczną, informatyczną jaki biologiczną. O negatywnych skutkach takiej ignorancji przyrodniczej pisałem już kilkukrotnie, np. na przykładzie chrząszcza ze Szczebrzeszyna (czytaj: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście).  Wiedza (nie tylko przyrodnicza) potrzebna jest po to, żeby rozumieć to co się widzi. Wiedzieć skąd się bierze dane zjawisko i z czym się wiąże oraz jakie podejmować działania.

czerwonolicy_drwecaZa przykład niech posłuży załączone zdjęcie, przedstawiające żółwia wodnego. Teoretycznie u nas występują. Każdy słyszał o żółwiu błotnym, naszym rodzimym gatunku i że jest chroniony bo zagrożony wyginięciem. Załączone zdjęcie zrobiono w czasie spływu kajakowego. Autorka miała podstawową wiedzę przyrodniczą dlatego zamiesiła zdjęcie z zapytaniem „Czy to jest żółw błotny? Wygląda nieco inaczej i nie jestem pewna. Zdjęcie zrobiłam jak płynęłam kajakiem na Drwęcy”. Wątpliwość uzasadniona bo to akurat żółw czerwonolicy. Całkiem nie nasz. Skąd się wziął w rzece Drwęcy i co z tej obserwacji wynika?

W Polsce i Europie gatunek ten nie występował w dzikiej przyrodzie. Jego naturalnym obszarem występowania jest Ameryka Północna i Ameryka Środkowa po północny zachód Ameryki Południowej. W Polsce od dawna hodowany jest jako zwierzę akwariowe (domowe). Ale żółwie żyją długo i czasem się znudzą domowemu hodowcy. A ten z litości i w dobrej wierze… wypuszcza do środowiska. Niech sobie żyje.

Luki w wiedzy przyrodniczej skutkują obecnością gatunków inwazyjnych (obcych). Co złego z faktu wypuszczenia gatunku na wolność? Gdyby ktoś wypuścił w Ameryce, nie byłoby problemu. Ale ten żółw czerwonolicy ze względu na zdolności aklimatyzacyjne staje się, gatunkiem inwazyjnym, który może stanowić konkurencję dla rodzimego żółwia błotnego (Emys orbicularis).Niby humanitarne działania przynoszą skutki negatywne dla naszej przyrody. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane – jeśli towarzyszy temu ignorancja. Bo w skali globalnej może ubyć jednego gatunku. W ekosystemie żółw czerwony będzie pełnił taką sama rolę jak nasz żółw błotny ale w skali globalnej zmniejszy się różnorodność biologiczna.

Innym przykładem może być pijawka lekarska (Hirudo medicinalis). Nasz rodzimy gatunek od stuleci wykorzystywany w medycynie ludowej. Na skutek eksploatacji wyginął w niektórych miejscach a w innych został wprowadzony przez człowieka (stanowiska antropogeniczne). Niemniej nasza pijawka lekarska ze względu na zagrożenie została objęta ochroną (od 1995 roku). W Czerwonej Księdze IUCN została wpisana w kategorii NT. W Polskiej czerwonej księdze zwierząt została zaliczona do kategorii VU (gatunki wysokiego ryzyka, narażone na wyginięcie). Ale moda na hydroterapię wróciła. Gatunek chroniony nie może być wykorzystywany w handlu zatem wykorzystywana przez hirodoterapeutów jest Hirudo orientalis. Teoretycznie hirudoterapeuci powinni wszystkie pijawki po wykorzystaniu zabijać. Chyba się tak nie dzieje bo w warunkach naturalnych w Polsce znajduje się już w przyrodzie Hirudo orientalis. W rezultacie nasza pijawka lekarska też jest zagrożona jeszcze bardziej. Pojawia się konkurent.

Znajomość zasad ekosystemowych w życiu codziennym jest tak samo ważna jak umiejętność obsługi komputera. Brak wiedzy może przynosić szkody nie tylko indywidualne ale i w skali regionalnej czy globalnej.

Fot. Elżbieta Gordon‎ (źródło grupa Przyrodnicy, Facebook)

Nie ma Ojczyzny bez miłości i ochrony przyrody ojczystej

14591640_10209729895157492_4395132419957597248_n

„Nie ma Ojczyzny bez miłości i ochrony przyrody ojczystej, więc ucząc kochać i szanować przyrodę krzewimy miłość Ojczyzny”

prof. Adam Wodziczko, 1932 rok.

A ja mam taką propozycję, przynajmniej na jeden dzień. Zrecykluj swoje śmieci i porządnie wynieś do śmietnika, włóż do odpowiedniego  pojemnika (nie zostawia w torbie przed). Jeśli palisz, to nie wyrzucaj petów przez okno. A jeśli żujesz gumę, to nie rzucaj jej na chodnik. Będzie choć trochę piękniej i estetyczniej. Jeśli masz piec w domu to nie pal śmieciami i nie zanieczyszczaj powietrza. Zostaw trochę liści na trawniki, dla dżdżownic i jeży. Przejdź się choć jednego dnia pieszo, samochód zostaw w garażu. I powietrze będzie czystsze i Ty fizycznie sprawniejszy.

Cóż po wielkich słowach jednego dnia, cóż po ostentacyjnym machaniu flagami… gdy na co dzień będziesz szpecił piękno Twej ojczyzny, zatruwał powietrze i niszczył przyrodę?

Bardziej od capstrzyków i apeli odpowiada mi patriotyzm dnia codziennego, z szacunkiem do przyrody włącznie. 

Czym się żywi zgniotek cynobrowy? (Z dygresjami o kontekście wiedzy i źródłach błędów)

800pxCucujus_cinnaberinus_partKilka dni temu zapytała mnie żona, „czym się żywi zgniotek cynobrowy” (zastanawiasz się czytelniku, co to ten zgniotek cynobrowy? Widać do szkoły nie chodzisz albo nie masz dzieci w wieku szkolnym). A wszystko za sprawą pojawienia się tego gatunku w podręcznikach szkolnych. Dlatego pytają nauczyciele, pytają uczniowie, pomagają sobie na portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych. Przy okazji odkryłem dużą skalę kształcenia „horyzontalnego” (wymiana informacji między uczniami, w odróżnieniu od przepływu informacji pionowej, od nauczyciela do ucznia). Internet chcąc nie chcąc wypełnia ważną funkcję ułatwiania kształcenia poziomego, nieformalnego.

Skoro jest w podręczniku i na dodatek zasugerowana praca domowa… to informacji poszukują zarówno nauczyciele (muszą wiedzieć, czy odpowiedzi uczniów są poprawne) jak i uczniowie. Ci ostatni chyba sprawniej sobie radzą z wykorzystywaniem interetu do konsultacji. Wszyscy się uczymy.

Czym się żywi zgniotek cynobrowy? Proszę odpowiedzcie to na jutro a jak nie będzie zadania to 1 😦 liczę na odpowiedź.” A na pytanie „Jak zbudowany jest zgniotek cynobrowy?” ktoś szybko udziela odpowiedzi: „Należy do grupy owadów. Jest małej wielkości. Składa się z niewielkiej głowy, średniej wielkości tułowia, sześciu nóżek i cieniutkich czółek. Jego charakterystyczną cechą jest płaski tułów. Występuje w różnych zbiorowiskach roślinnych, także w lasach gospodarczych. Mam nadzieję że będzie dobrze też mam to zadanie :)”

Zacznijmy od pytania pierwszego (czym się żywi). W wyszukiwarce Google najwyższa pozycja to link do Encyklopedii Onet Wiem: „Zgniotek cynobrowy, Cucujus haematodes, chrząszcz z rodziny zgniotkowatych (Cucujidae). Ma 11-15 mm długości. Występuje pod korą drzew liściastych. Zarówno postacie dorosłe jak i larwy mają silnie spłaszczone ciało. Zgniotek odżywia się larwami korników i innych owadów szkodników.” Jak zaraz udowodnię, odpowiedź nie jest precyzyjna, nawet trochę błędna. I można nawet ustalić skąd się ta nieprecyzyjna informacja wzięła. Po drugie pomylone są nazwy gatunkowe. Zgniotek cynobrowy to Cucujus cinnaberinus, natomiast Cucujus haematodes to naukowa nazwa zgniotka szkarłatnego, mniejszego gatunku (więc może to ten bardziej żywi się larwami korników?).

Można się domyślać, że zgniotek cynobrowy jest drapieżnym owadem. Ale czy odżywia się larwami korników (czy jest w stanie do nich dotrzeć, przecisnąć się) i czy tylko owadami szkodnikami? Nie weryfikuje swoich ofiar pod kątem szkodliwy dla człowieka czy nie. Zje to, co upoluje.

W Encyklopedii Leśnej interesujący nas owad opisany jest nieco dokładniej: „Cucujus cinnaberinus (Scopoli, 1763) – chrząszcz z rodz. zgniotkowate (Cucujidae). Zasiedla suche lub obumierające drzewa, głównie liściaste, rzadziej iglaste. Zarówno postacie dojrzałe, jak i larwy żyją pod lekko odstającą korą drzew stojących lub leżących. Są one bardzo drapieżne i odżywiają się larwami i poczwarkami owadów podkorowych. Gatunek naturowy [znajduje się w załączniku do Natury 2000 – s.cz.] i chroniony.” Odpowiedź jest o tyle poprawniejsza, że wskazuje na miejsce życia ofiar- żyją pod korą. Zapewne więc trafią się i larwy korników, larwy innych owadów, uznawanych przez leśników za szkodniki jak i wszystkich innych. Ale i ta odpowiedź nie jest jeszcze pełna. Duża drapieżność larw wnioskowana jest chyba po ich dużej ruchliwości.

Skoro mamy najprostsze odpowiedzi (zaspokoją najmniej cierpliwych) to może poznajmy lepiej biologię tego rzadkiego gatunku. Zdecydowana większość uczniów, nauczycieli i rodziców zobaczy tego chrząszcza jedynie na ilustracji w książce lub na zdjęciu w internecie. A jeśli spotka to może pomylić z innym, podobnym (ale jeszcze rzadszym) gatunkiem – zgniotkiem szkarłatnym (Cucujus haematodes).

800pxCucujus_cinnaberinus_side

Cucujus cinnaberinus (Scopoli, 1763), zgniotek cynobrowy, gatunek saproksylobiontyczny, wybitnie leśny chrząszcz o skrytym trybie życia, uważany za relikt lasów pierwotnych. Dlatego uważany jest za gatunek wskaźnikowy. Dawniej rodzaj Cucujus nazywany był kleszczor (zapewne od charakterystycznych przydatków na ostatnim segmencie odwłoka u larw), zgnietek, zgniotek.

Zgniotek cynobrowego to chrząszcz o długości ciała 11–15 mm. Owady dorosłe (stadium imago) pojawiają się na przełomie lata i jesieni (inni autorzy wskazują, że obserwowane są w maju i czerwcu – ale to chodzi o owady, które przezimowały) i zwykle nie opuszczają miejsc swojego rozwoju, pozostając tam aż do wiosny (obserwowano jednak imagines w listopadzie, przy ciepłej pogodzie). Dlatego w tym czasie raczej ich nie widujemy (chyba, ze ktoś odłupie korę drzewa). Owady dorosłe obserwuje się zwykle dopiero w maju i w czerwcu. W późniejszym okresie pojawiają się bardzo sporadycznie, aż do całkowitego zaniku obserwacji.

Ciało tak larw jak i postaci doskonałych jest silnie spłaszczone. Stąd nazwa – zgniotek. Taka płaska budowa ciała jest przystosowaniem do życia pod korą i przeciskania się w wąskich szczelinach między korą a drewnem. Głowa jest duża z silnymi żuwaczkami. Oczy niewielkie, kuliste. Od góry głowa, przedtułów i pokrywy maja barwę cynobrowo-czerwonej. Spód ciała, żuwaczki i odnóża są czarne. Tak więc zgniotek jest cynobrowy (dla facetów po prostu – czerwony) widziany od góry, od dołu jest czarny. Na głowie, przedpleczu i pokrywach widoczna jest charakterystyczna mikrorzeźba. Błoniaste skrzydła drugiej pary są dobrze rozwinięte i dzięki temu chrząszcze dobrze latają. Tak przynajmniej wnioskujemy, bowiem rzadko obserwowane są chrząszcze latające.

Chrząszcze odbywają rójkę (lot godowy, w celach znalezienia partnera i kopulacji) w maju, wyszukując martwe drzewa, których łyko znajduje się już w stadium rozkładu, a drewno jest dopiero w początkowej fazie tego procesu. Muszą to być na dodatek grube (duże drzewa). Przypuszcza się, że samice składają jaja późną wiosną lub wczesnym latem. Aktywne chrząszcze widywana są w czewrwcu.

Stadium larwalne trwa co najmniej dwa lata. Larwy mają ciało silnie zesklerotyzowane, bursztynowej barwy. Na końcu odwłoka występują charakterystyczne struktury sklerytowe (ważna cecha diagnostyczna). Największe osiągają 26 mm długości. U owadów stadia larwalne są zazwyczaj większe niż postacie dorosłe. Larwy żerują pod korą przez dwa lata. W niektórych opracowaniach podaje się, że larwy prowadzą drapieżny tryb życia, odżywiając się głównie larwami i poczwarkami innych owadów. W innych uważa się, że są grzybożerne ze skłonnościami do drapieżnictwa (zwłaszcza w stadium larwalnym). Starsze źródła podają, że zgniotkowate (Cucujidae) są drapieżcami korników i innych owadów, żyjących w środowisku pod korą ale może (pierwotnie) dotyczyć to innych gatunków niż zgniotek cynobrowy, bowiem informacja odnosi się do rodziny z kilkudziesięcioma gatunkami – współcześnie do rodziny zgniotkowatych zalicza się jedynie 4 gatunki z dwóch rodzajów. Być może ta starsza informacja, odnosząca się do całej, szerokiej w gatunki rodziny, jest źródłem informacji, że zgniotek cynobrowy żywi się larwami korników. Upraszczanie informacji (synteza) bez uwzględniania kontekstu może prowadzić na manowce. Ta sama nazwa rodziny… ale współcześnie zaliczane są 4 gatunki (w Polsce) a 30-40 lat wcześniej nawet kilkadziesiąt gatunków (obecnie wliczone do innych rodzin).

Podsumowując: czym się żywią larwy zgniotka cybobrowegosą saprofagami i drapieżnikami (czyli zjadają inne owady, grzyby i rozkładające się łyko).

Według nowszych, entomologicznych opracowań zarówno larwy, jak i owady doskonałe odżywiają się rozłożonym łykiem, poprzerastanym grzybnią (m.in. Aspergillus sp., Trichoderma sp., Ceratocystis sp.). Mogą też zjadać larwy i poczwarki owadów żyjących pod korą np. kózkowatych oraz wylinki larwalne i inne resztki pochodzenia zwierzęcego, znajdujące się pod korą. Larwy często spotykane są gromadnie. Zaniepokojone, reagują gwałtownymi ruchami na boki (głowy i tułowia). Wyrośnięte larwy budują pod korą jajowate komory poczwarkowe i przepoczwarczają się, co zajmuje, według różnych autorów, 6–7 lub 10-12 dni. Przepoczwarczenie następuje późnym latem w łyku, w miejscu rozwoju larwy. 

Owady dorosłe i larwy żyją pod korą starych (grubych) drzew i ściętych pni (powalonym przez wiatr lub ściętych przez człowieka), przede wszystkim jodeł, buków, dębów, grabów i topoli. W Polsce zgniotek cynobrowy występuje głównie w górach (w Karpatach związany z niższymi położeniami górskimi, znany wyłącznie z kilku stanowisk w Beskidzie Niskim i Bieszczadach, jest przedmiotem ochrony w dwóch karpackich obszarach Natura 2000: „Ostoi Magurskiej” i „Ostoi Jaśliskiej”) i w Puszczy Białowieskiej, a więc tam, gdzie lasy zachowały się w najbardziej pierwotnym stanie (z dużą liczba dużych i martwych drzew). Martwe drzewa są atrakcyjne dla zgniotka po 2-3 latach od chwili obumarcia i atrakcyjność ta utrzymuje się przez okres około 8-10 lat. Czasem dłużej – uwarunkowane jest to czynnikami mikroklimatycznymi.

Siedliskiem występowania zgniotka są lasy, które zachowały choćby częściowo swój naturalny charakter. Spotykany jest także w lasach gospodarczych, jednak warunkiem jego utrzymywania się w środowisku leśnym jest obfite i stałe (ciągłe)występowanie obumierających i obumarłych drzew o większych pierśnicach, powyżej 30-40 cm, będących już w ostatnim stadium rozkładu (gatunek rozwija się pod korą martwych drzew, w których łyko znajduje się w mniej lub bardziej zaawansowanych stadium rozkładu, a drewno jest w początkowych fazach rozkładu).

Drzewami, pod korą których spotykana zgniotka, są głównie: topole osiki, dęby, klony, jesiony, wiązy. W Karpatach spotykany był również pod korą starych, martwych jodeł, sosen i świerków. Gatunek ten był obserwowany w borach sosnowych i jodłowych, grądach, buczynach, lasach łęgowych i wielu innych. Zasiedla drzewa martwe i obumierające, zarówno stojące, jak i powalone czy złamane, a stopień ich oświetlenia ma niewielkie znaczenie. Larwy zasiedlają drzewa należące do różnych gatunków iglastych oraz liściastych. Podstawowym warunkiem jest ciągła podaż martwych i obumierających drzew.

Jest to gatunek leśny, relikt lasów pierwotnych. Związany z zamierającymi lub martwymi starymi drzewami, o dużej średnicy i grubej korze, która nieco odstaje, a wilgotne łyko zasiedlone jest przez grzyby. Znajdowany pod korą drzew liściastych, rzadziej iglastych, zarówno stojących jak i leżących. Najczęściej osik, dębów, klonów, buka, wierzby iwy, jesionu, wiązu i trześni oraz jodły, świerka i sosny.

zgniotek_mapkaGatunek chroniony w Polsce. Zagrożeniem dla gatunku jest usuwanie z lasu martwych drzew, co drastycznie zmniejsza jego bazę pokarmową (i siedlisko), coraz bardziej izolując pozostałe jeszcze stanowiska. Gatunek ma największe szanse przetrwania na terenach leśnych rezerwatów ścisłych i w parkach narodowych. W użytkowanych gospodarczo drzewostanach należy pozostawiać pewien procent drzew martwych aż do ich całkowitego rozkładu, aby zapewnić siedlisko rozrodu i życia dla zgniotka cynobrowego. Do niedawna uważano, że zgniotek cynobrowy należy do reliktów lasów pierwotnych, i że jego rozsiedlenie w naszym kraju ogranicza się do północnego wchodu (Puszcza Białowieska) i gór (Sudety, Góry Świętokrzyskie, Karpaty). Jednak badania prowadzone od 2000 roku przyczyniły się do odnalezienia nowych stanowisk tego chrząszcza w wielu różnych rejonach, w tym także nad Wisłą w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego. Występowanie tego gatunku na innych stanowiskach w dolinie Wisły wydaje się więc prawdopodobne. Stwierdzenia te mogą mieć charakter reliktowy lub być efektem współczesnej dyspersji i rekolonizacji terenów leśnych (w miarę poprawy warunków siedliskowych).

Zgniotek cynobrowy wymieniony jest w załącznikach II i IV dyrektywy siedliskowej (Natura 2000). W polskiej „Czerwonej liście zwierząt ginących i zagrożonych” umieszczony z kategorią LC (najmniejszej troski), natomiast w Czerwonej liście IUCN – z kategorią NT.

Zgniotek cynobrowy występuje w Europie Środkowuej i Połnocnej, zasięg występowania sięga Europy Południowo-Wschodniej oraz zachodniej Syberii

Na koniec kilka informacji o rodzinie zgniotkowatych (Cucujidae) – to mieszkańcy lasów (w większości). Chrząszcze żyjące pod korą drzew, gdzie polują in inne owady. Silnie spłaszczone ciało jest przystosowaniem do życia podkorowego. Większość gatunków żyje w krajach o ciepłym klimacie (gatunki tropikalne osiągają wielkość do 3 cm), w Europie Środkowej występuje około 50 gatunków, w Polsce – od czterech do kilkudziesięciu, w zależności od źródła – w wyniku rewizji część gatunków poprzenoszono do innych rodzin, zatem w starszych opracowaniach rodzina zgniotkowatych jest liczniejsza w gatunki). Zgniotkowate są zazwyczaj barwy brązowej, rzadziej niebieskiej czy czerwonej. Niektóre gatunki przystosowały się do siedlisk ludzkich, żyją w przechowalniach gdzie uważane są za szkodniki magazynowe. Przykładem może być Ahasverus advena oraz spichrzel surynamski (Oryzaephilus surinamensis). Ten ostatni to szkodnik magazynów żywności, przede wszystkim ryżu i mąki czy produktów mącznych, z którymi został zawleczony w różne części świata. Niektórzy autorzy zaliczają spichrzela do rodziny Sylvanidae.

Ilustracje – autor: Siga (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)%5D, via Wikimedia Commons

Mapka http://www.gios.gov.pl/siedliska/pdf/przewodnik_metodyczny_cucujus_cinnaberinus.pdf

Źródła informacji

Kolczasty pasożyt co straszy w jeziorze Jasnym i o tyfusie od zielonych jabłek

Bosmina_z_Jeziora_JasnegoKiedyś każde jezioro, bagno, uroczysko, miało swojego utopca, rusałki czy inaczej zwanego demona, co na życie ludzi czyhał. Dzisiaj również wymyślamy strachy, czasem w dobrej, wychowawczej intencji. Przykładem jest Bosmina co na zdrowie kobiet ponoć czyha. I to w Jeziorze Jasnym. Czy ta Bosmina to jakaś nowa, współczesna rusałka, samowiła, południca czy inna latawica? Zaraz wyjaśnię.

Czasem w argumentacji, zwłaszcza z dziećmi, idziemy na skróty. Zamiast długiego uzasadnienia (bo wymagałoby to naświetlenia wielu spraw) straszymy policjantem, kominiarzem i czym tam tylko jeszcze, co pod ręką jest: „jak nie będziesz grzeczny to cię ten pan zabierze.”

Z dzieciństwa pamiętam smak niedojrzałych, zielonych jabłek papierówek. Kwaśne, małe, ale myśmy na podwórku zrywali i zjadali. Bo to były pierwsze owoce. Dziecięca niecierpliwość. Rozsądku w tym nie było, bo gdyby poczekać, to byłoby więcej większych i smaczniejszych owoców – rozpływających się w ustach delikatnych papierówek. Trochę było w tym syndromu wspólnego pastwiska.

Dorosły jest wybredniejszy w smaku, kwaśnego jabłka nie zje. Ale dzieciaki to inna kategoria. Myśmy jedli, czasem po pierwszym ugryzieniu – wyrzucali. Dorośli nas straszyli, że od jedzenia zielonych (niedojrzałych) jabłek można dostać tyfusu. Nie wiem, czy w to wierzyli, czy to był tylko „tani” sposób na ochronę niedojrzałych owoców. Intencje z tym tyfusem niby dobre – wychowawcze i dla ochrony jabłek, by miały czas dojrzeć. Ale myśmy i tak jedli, tylko z uzasadnieniem, że nie wolno po zielonych jabłkach pić zimnej wody – bo dopiero wtedy na tyfus zachorujemy. A poza tym, było już dawno to po wojnie, żadnego tyfusu na oczy nie widzieliśmy, więc nie był dla nas groźny.

Może ktoś tę bujdę z tyfusem wymyślił, by owoce chronić… ale potem takie zabobony żyją swoim życiem. Są rozpowszechniane… z pokolenia na pokolenie. A jak ktoś odkryje fałsz, to brak zaufania rozciąga na szersze spektrum zjawisk i… osób. Niby więc intencje dobre ale skutek bywa opłakany. W dalszej perspektywie. Może więc warto włożyć wysiłek i nie tylko dziecku od razu uzasadnić prawdziwy sens oszczędzania niedojrzałych jabłek? Przy okazji można uczyć odpowiedzialności za wspólne dobro. Trudne. Wymaga wysiłku w wielokrotnym argumentowaniu. Ale daje trwały efekty na lata, nie tylko w odniesieniu do niedojrzałych papierówek.

Po tym dłuższym (ale uzasadnionym) wstępie pora przejść do rzeczonej Bosminy. Na Facebooku pojawiła się gorąca prośba: „Stanisław Czachorowski – wzywam na pomoc w objaśnieniu tego stworka z Jasnego.” Chodziło o tego stwora, zamieszczonego na ilustracji wyżej. Z początku nie zrozumiałem w pełni sytuacji. Bo, to co widać, to przecież skorupiak, wioślarka (Cladorera). Bardzo oryginalny kształt pozwolił odszukać i doprecyzować, że to z rodziny Bosminidae, rodzaj Bosmina, gatunek najprawdopodobniej Bosmina coregoni. Zajrzałem na podlinkowany film, z wykładem, gdzie Bosmina jako groźny pasożyt się pojawiła.  I tam usłyszałem niezwykłą informację, że oto ta Bosmina występuje w Jeziorze Jasnym (to akurat nie jest nic dziwnego) i że jest kolcogłowym pasożytem, zagrażającym kobietom, które w jeziorze by się kąpały. Sugestia była jednoznaczna i poparta autorytetem pracownika Parku Krajobrazowego. Że niby jest mała, ta Bosmina, i żyjąc w kwaśnych wodach jeziora dystroficznego może przenikać do narządów rodnych kobiety i tam dalej żyć w środowisku kwaśnym, stając się pasożytem.

Teraz zrozumiałem alarmistyczny wpis na Facebooku z prośbą o wyjaśnienie. Kobiety mają prawo być zaniepokojone. Bać się czy nie bać, choć to nie demon lecz zwierzę? Co prawda o czymś takim (pasożytnictwie bosminy) nigdy nie słyszałem. Bosmina wydawała mi się po prostu planktonicznym skorupiakiem i nic więcej. Ale skoro ponoć można w jeziorze zarazić się rzęsistkiem pochwowym (nie weryfikowałem tego poglądu, ale wielokrotnie go słyszałem z różnych ust), to może i coś z tym skorupiakiem może być na rzeczy. Szybko sięgnąłem do internetu oraz książek hydrobiologicznych i parazytologicznych. Ani śladu o przypadkach bytności bosminy (skoro nazwę spolszczam, to pisane już z małej litery, bo przecież krowa, koń i okoń też piszemy małą literą, wyżej używałem nazwę Bosmina jako nazwę własną, tak jak imię – nie odnosi się to do nazwy naukowej) w kobiecym ciele, ani tym bardziej jakimkolwiek pasożytowaniu.

Obejrzałem ponownie podlinkowany film. Tym razem nie tylko krótki fragment o opisywanym skorupiaku ale całość, by poszukać dodatkowych szczegółów i zrozumieć kontekst. Okazało się, że opowieść o pasożytniczym skorupiaku referujący usłyszał od pracownika Parku Krajobrazowego Pojezierza Iławskiego, gdy ten „nakrył” ich na kąpieli w rezerwacie. Jezioro Jasne ma czystą wodę, ale jest rezerwatem. Kąpiel jest zabroniona. Bo kapiący się ludzie nie tylko zakłócają ciszę i przyrodniczy mir, ale i nieświadomie eutrofizacją wodę (wprowadzając biogeny), co jest zgubne dla przyrody całego ekosystemu jeziornego. Najprawdopodobniej historię o bosminie wymyślili pracownicy parku by odstraszyć od kąpieli w rezerwacie. Zapewne człowiek bardziej dba o własne zdrowie niż o wspólne dziedzictwo przyrodnicze (bioróżnorodność). Musiałby taki przeciętny turysta zrozumieć czym są jeziora oligotroficzne i dystroficzne, czym jest i jakie skutki przynosi eutrofizacja i jak człowiek do tego się przyczynia.

Raz puszczona bujda (nawet w dobrych intencjach) skutecznie się rozprzestrzenia, narastając stopniowo legendą. A czy chroni jezioro? Nie jestem pewien, Mężczyzn nie odstraszy. Ponadto może ktoś się nie wykąpie, ale wysika się nad jeziorem. Dostarczy biogenów (azot i fosfor). Lub wyrzuci śmieci do jeziora. Kolczasty pasożyt w ten sposób mu nie zaszkodzi, ale ekosystem jeziora na pewno na takim procederze straci.

Skoro już wiemy że Bosmina coregoni nie jest groźnym dla człowieka pasożytem, to dowiedzmy się o tych skorupiakach czegoś więcej. Na stronach angielskojęzycznych dowiedzieć się można że ma nazwę water flea. Pchał wodna? Ale jest to określenie wszystkich wioślarek. W naszych wodach spotkać możemy pchlicę wodną (Podura aquatica), ale to jest „owad” bezskrzydły, skoczogonek. Również dla człowieka w pełni bezpieczny – nazwę swą wzięła od sposobu poruszania się po powierzchni wody. Nawet Erazm Majecki w swym „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” z 1894 roku nie odnotowuje polskiej nazwy dla rodzaju Bosmina. Podaje tylko czeską nazwę – chobotnatka. Też uroczo. Natomiast nasza słoniczka odnosi się do innego gatunku.

Bosmina coregoni Baird, 1857 (synomim Eubosmina coregoni) – to pełna nazwa gatunkowa tytułowego kolczastego „potwora”. Oczywiście pewności całkowitej nie mam, że to ten gatunek. Bo nie jestem specjalistą od skorupiaków i planktonu a oznaczałem tyko na podstawie dostępnych mi książek. Bosminidae żyją w pelagialu i litoralu jezior oraz innych w zbiornikach wodnych (jeden żyje w wodach morskich). Występują na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą). Na świecie znanych jest 18 gatunków, w Europie – 8, a w Polsce cztery. Bosmina longispida występuje w północnej Polsce a B. maritima w wysłodzonych wodach Morza Bałtyckiego. Pozostałe gatunki są pospolite: B. coregoni i B. longirostris.

Bosmina coregoni występuje w wielu odmianach (różniących się morfologicznie), charakterystycznych dla różnych typów troficznych jezior. Na dodatek tak jak i u innych gatunków z rodzaju Daphnia, występuje cyklomorfoza – w ciągu roku kolejne pokolenia różnią się wyglądem. Zmienia się np. kształt głowy. Dawniej naukowcy tłumaczyli to zjawisko zmianami w temperaturze i gęstości wody, obecnie popularniejsze jest wytłumaczenie ekologiczne: obroną przed małymi drapieżnikami (pozorne zwiększanie wielkości ciała i utrudnianie schwytanie). Bosmina coregoni występuje także w Północnej Ameryce, gdzie dostała się jak gatunek zawleczony, najprawdopodobniej z wodami balastowymi. Tam jest gatunkiem obcym.

Ale to nie wszystkie niezwykłości związane z bosminą. Należy do tych planktonicznych skorupiaków, które wykonują dobowe wędrówki do góry i w kierunku dna. W nocy podpływają ku górze, gdzie jest więcej pokarmu (fitoplankton) natomiast w ciągu dnia kryją się głębiej, gdzie światło nie dochodzi. Dla takiego małego skorupiaka codzienna wędrówka w górę i na dół, kilkanaście metrów, to duży wysiłek. Ale jeść się chce a drapieżnik groźny. Te dobowe, pionowe wędrówki także tłumaczone są unikaniem drapieżników. Szczątki bosminy dobrze zachowują się w osadach dennych, dlatego wykorzystywane są przez hydrobiologów w różnorodnych analizach paleolimnologicznych. Bosmina coregoni zanika w miarę eutrofizacji jezior a jej miejsce zajmuje B. londirostris. Zatem kąpiel w Jeziorze Jasnym (rezerwat przyrody) groźny jest nie dla człowieka ale dla tejże Bosmina coregoni.

Myślę, że warto odwoływać się do poczucia odpowiedzialności za otaczającą nas biosferę i bioróżnorodność. Wystarczy moim zdaniem solidna edukacja by w poczuciu odpowiedzialności turyści nielegalnie nie kąpali się w rezerwacie. Ani innych złych dla przyrody działań nie podejmowali. Trudniejsza droga, ale skuteczniejsza w długiej perspektywie czasowej.

ps. Jeśli napisać – bosmina, to oznacza zwierzę (nazwa spolszczona), jeśli Bosmina – to imię własne domniemanego wodnego demona, a jeśli Bosmina – to oznacza naukową nazwę rodzajową. Niewielka różnica w pisowni a wiele zmienia w odbiorze. Tak jak laska i łaska. Jedna kreseczka, jedna litera.

Fot. Krystyna Kasprzak z prezentacji, wyświetlanej na ekranie

O czerwończyku z Jeziora Płociduga czyli co się nam w ochronie przyrody udało

Przedwczoraj, idąc ścieżką przez osuszone, dawne Jezioro Płuciduga Mała, zobaczyłem niezwykłego motyla. Pośród licznym rusałek kratkowców (Araschnia levana, pokolenie letnie) i bielinków, zobaczyłem samicę czerwończyka nieparka (Lycaena dispar). Co w tym niezwykłego? Ano niezwykle jest to, że w mieście można spotkać gatunek naturowy (umieszczony w załącznku Dyrektywy Siedliskowej obszarów Natura 2000). Uganiają się za nim przyrodnicy z całej Europy, a on w mieście sobie żyje. Aparatu nie miałem, żeby uwiecznić spotkanie (na górze zdjęcie z ubiegłych lat z innego miejsca), bo zaskoczenie moje było duże.

Kilka dni temu widziałem wydrę w Olsztynie, bobry mieszkają na moim osiedlu "w krzakach przy parkingu". Dzika przyroda i rzadkie gatunki w zasięgu ręki? Wracając tą ścieżką kilka godzin później zobaczyłem innego, prześlicznego motyla – mieniaka tęczowca (Apatura iris). Trzeba chyba aparat fotograficzny stale nosić ze sobą…

Ale to przykład, że działania w zakresie ochrony przyrody odnoszą skutek. Bóbr niegdyś rzadki, czy wydra, stają się pospolite. To owoce wytrwałej i wieloletniej pracy i starań wielu ludzi. W przypadku bobra czy łosia, ze względu na liczną populację, powinny być objęte planową gospodarką łowiecką, aby regulować ich liczebność (bo i tak giną pod kołami samochodów). Teraz powinniśmy skoncentrować wysiłki na innych, obecnie zagrożonych, gatunkach. Opinia publiczna jest w jakimś sensie mocno "zapóźniona" i siłą bezwładu koncertuje się jeszcze na gatunkach, które wymagały intensywnej ochrony przed wielu laty. Ale to zupełnie inną opowieść (bo niektóre treści wydają się kontrowersyjne, a więc wymagają staranniejszego i dokładniejszego wyjaśnienia).

Wróćmy do czerwończyka nieparka. Czemu się nim zajmować, kiedy w Polsce wydaje się jeszcze stosunkowo pospolity? W Polsce jeszcze tak, ale w innych krajach jest już rzadki a na przykład w Wielkiej Brytanii wyginął. Brytyjczycy kosztem sporych pieniędzy próbują go reintrodukować. A my w Olsztynie mamy to za darmo…

Czerwończyk nieparek (nazwa taka, bo wyraźny dymorfizm płciowy, jakby samiec i samiczka były nie do pary) to motyl o aktywności dziennej. Łatwo go więc zauważać na kwiatach w czasie wakacyjnych spacerów. Zazwyczaj występuje jedno pokolenie w roku, ale w sprzyjających warunkach mogą być i dwa. Dorosłe motyle spotkać można już od czerwca. Fruwają do końca sierpnia (gdy drugie pokolenie się pojawi).

Gąsienice tego motyla żerują na szczawiu lancetowatym, ale ostatnio coraz częściej konsumują także inne gatunki szczawiu. Występuje w niewielkich zagęszczeniach.
Nawet gdy występuje, to nie jest liczny. Każde spotkanie to przygoda (są podobne gatunki, więc nie wszystko co czerwone to czerwończyk nieparek, ale rozpoznać łatwo).

Wpisany został na listę gatunków "naturowych", bowiem na wielu stanowiska w Europie wyginął, przede wszystkim na skutek zanikania torfowisk. W połowie XIX wieku wyginął całkowicie w Wielkiej Brytanii. W Polsce gatunek chroniony, na czerwonej liście zwierząt umieszczony z kategorią  LR (niższego ryzyka). Na międzynarodowej czerwonej liście IUCN jako  gatunek niskiego ryzyka (LR). W Konwencji Berneńskiej wymieniany w II Załączniku. W Dyrektywie Siedliskowej wymieniany w Załącznikach II i IV. Wynika, że jakiś "ważny" ten motyl. Bo jest jednocześnie wskaźnikiem stan środowiska.

Związany jest z podmokłymi łąkami oraz torfowiskami niskimi. Możliwe, że występują czerwończyki nieparki na mokradłach po dawnym Jeziorze Płociduga Mała oraz na podmokłych łąkach nad Łyną w okolicach Brzezin (dawne Jezioro Płociduga Duża). Mamy więc w Olsztynie na prawdę wspaniałą przyrodę. I dobrze byłoby ją zachować a nie degradować.

Dorosłe motyle w poszukiwaniu nektaru, którym się odżywiają, odwiedzają różne gatunki roślin kwiatowych, preferując głównie te mające kwiaty o barwie fioletowej i żółtej, rzadziej białej.
Zagrożeniem dla tego gatunku owada jest zmiana warunków siedliskowych (gdzie występuje i się rozwija), w tym przede wszystkim melioracje i osuszanie terenów podmokłych.

Do uratowania tego gatunki (i innych podobnych, choć mniej znanych) potrzebne jest odpowiednie gospodarowanie przyrodą. Czyli zachowanie siedlisk poprzez ekstensywne użytkowanie łąk wilgotnych i nie dopuszczaniu do ich zarastania oraz utrzymywaniu śródleśnych oczek wodnych, wokół których występują rośliny żywicielskie gąsienic.

Dzisiaj będę w Marcinkowie pod Mrągowem na II Świecie Róź i otwarciu pierwszej na Mazurach motylarni. Motylarnia będzie miała moim zdaniem przede wszystkim znaczenie edukacyjne. Będzie zwracała uwagę na potrzeby ochrony bioróżnorodności, a w szczególności ochronę motyli i ich siedlisk. W czasie uroczystości przewidziany jest mój krótki wykład na wolnym powietrzu. Opowiem o tym, że motyle są jak ptaki – bowiem niektóre gatunki na zimę odlatują do ciepłych krajów. Że są jak muchy, bo są piękne (dostrzec piękno można wtedy, gdy się bliżej przypatrzymy). Że są jak ludzie, bo się w ciągu życia zmieniają. I że są jak lwy, bo bywają drapieżnikami. Tyle na zachętę, szczegóły na wykładzie w mazurskich ogrodach.

O skójce z grubą skorupką, monitoringu środowiska i guzikarstwie

Jako dziecko wakacje spędzałem zazwyczaj nad małą rzeczką. Uregulowana, płytka, piaszczysta. Wtedy żyły tak jeszcze raki szlachetne i kiełbie. W płytkiej wodzie rzeki Liwny zbieraliśmy muszle małży. Teraz wiem, że były to skójki malarskie. Ale z pewnością było tam więcej gatunków. Muszle zachwycały mieniącą się masą perłową.

Z dzieciństwa pamiętam jeszcze jakieś starodawne, nierówne guziki z masy perłowej. Mieniły się, ale każdy był jakiś ciut inny. I było ich mało. Więc do zabawy chętniej wybierałem jednakowe guziki plastikowe.

Wspomnienie guzików z masy perłowej przywołały mi dwa fakty, wcześniejsze odwiedziny z Muzeum Mazowieckim w Płocku i wystawy o sochocińskiej manufakturze guzikarskiej i ostatnie wyjazdy terenowe, związane z monitoringiem skójki gruboskorupowej (Unio crassus). No i wcześniejsze wpisy na blogu poświęcone szczeżui pospolitej, po których zacząłem się zastanawiać czy ze szczeżui wyrabiano guziki?
(czytaj 1, 2, 3)

Skójka gruboskorupowa, jako gatunek naturowy, została objęta monitoringiem państwowym. Niestety na mapie badanych rzek brakuje tych z Warmii i Mazur. Może więc warto odnotowywać miejsce jej występowania (zob. Skójka gruboskorupowa w Olsztynie).
Liczną populację skójki gruboskorupowej w tym roku widziałem w rzece Pasłęce, od Bażyn aż po Pelnik. Jest liczna i ma się dobrze. Od lat widuję ją w rzece Łynie, w Lesie Warmińskim, Olsztynie i na wysokości Smolajn. Pojedyncze okazy spotykałem także w rzece Kirsnie. Natomiast na mapce rozmieszczenia tego gatunku w Polsce, nasz region to jedna wielka biała plama („Poradniki ochrony siedlisk i gatunków – skójka gruboskorupowa 1032”, Katarzyna Zając). Po prostu brakuje informacji o tym gatunku. Aż dziwne.

Skójka gruboskorupowa jest dużym słodkowodnym małżem. Średnie wymiary muszli mogą różnić się znacznie w zależności od stanowiska, w Polsce znajdowane muszle o wielkości 4,4 do 7,2 cm (K. Zając, „1032 Skójka gruboskorupowa”, Biblioteka Monitoringu Środowiska, i dalsze informacje). Tak dużych muszli nie sposób przeoczyć w czasie badań terenowych, nawet okazów martwych, żyjących wcześniej w danym siedlisku. Wygodne do inwentaryzacji są puste muszle, po martwych małżach. Wyraźnie palcami można wyczuć, że muszla jest grubsza niż u innych skójek. Ponadto nie niepokoimy tego gatunku (nie wyjmujemy z wody żywych małży).

Skójka gruboskorupowa jest filtratorem, odżywiającym się sestonem (odfiltrowuje z wody glony, drobne zwierzęta planktonowe, martwą materię organiczna). Na ogół przebywa zakopana w osadach dennych (tylko tylny koniec muszli z syfonami wystaje ponad powierzchnię dna), ale jest widoczna gołym okiem. Dojrzałość płciową osiąga przy długości muszli 30–40 mm. Do rozrodu przystępuje wiosną (kwiecień i maj).
Tak jak i inne skójkowate w cyklu życiowym ma pasożytnicze glochidium (czytaj więcej). Żywicielami glochidiów skójki gruboskorupowej są: ciernik (Gasterosteus aculeatus), cierniczek (Pungitius pungitius), jelec (Leuciscus leuciscus), kleń (Leuciscus cephalus), strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus), okoń (Perca fluviatilis), wzdręga (Scardinius erythrophtalamus) i głowacz białopłetwy (Cottus gobio). Inne gatunki mogą być nieodpowiednie – przyczepiające się glochidia mogą być przez system odpornościowy usuwane i uśmiercane. Sporym kłopotem mogą być gatunki obce i inwazyjne. Układ pasożyt-żywiciel to złożony system, kształtujący się przez wiele lat.
Jeżeli potencjalne ryby, żywiciele glochidiów skójki gruboskorupowej występują a skójki brakuje, to najwyraźniej siedlisko jest nieodpowiednie dla przeżycia tego małża.

Pasożytowanie trwa zwykle około czterech tygodni, po czym młode małże opuszczają ciało żywiciela i rozpoczynają samodzielne życie. Przez 2–5 lat żyją zakopane w osadach dennych (w tym stadium jest trudne do wykrycia w cieku, bez specjalistycznego sprzętu nie zobaczymy ich w rzece). Starsze osobniki najczęściej tworzą skupienia, składające się z osobników obu płci.
Skójki należą do organizmów długowiecznych. Maksymalna długość życia osobników różni się w zależności od populacji, złożone z osobników krótko żyjących, w których maksymalna długość życia wynosi 8 lat, oraz długożyjące – 23 lata. W Skandynawii dożywają 70 lat. Można postawić pytanie, czy na Warmii i Mazurach są przyjazne warunki do długiego życia skójek?

Długi okres życia sprawia, że jeśli w danej rzece skójka gruboskorupowa pojawiała się nawet okazjonalnie, to pozostawałyby żywe lub martwe dorosłe osobniki. Stabilność siedliska w skali wieloletniej jest ważna dla przetrwania tego gatunku. Dlatego został wybrany do monitoringu stanu środowiska.

Siedliskiem skójki gruboskorupowej są czyste wody bieżące (duże potoki, strumienie i rzeki) z piaszczystym lub piaszczysto-żwirowym dnem, małż ten preferuje rzeki krainy lipienia i brzany. Zdarza się, że występuje także w innych siedliskach, np. w rejonie, gdzie rzeki wpadają do jeziora i w wypływach rzek z jezior.

Skójka gruboskorupowa zasiedla rzeki dość szybko płynące w porównaniu do cieków zasiedlanych przez inne gatunki skójkowatych, jednak osobniki tego gatunku występują zazwyczaj w takich miejscach, gdzie prędkość przepływu wody spada, przeważnie w strefie przybrzeżnej.
Jako gatunek wrażliwy na zanieczyszczenia, skójka gruboskorupowa jest bardzo dobrym wskaźnikiem czystości wód. Zatem to zanieczyszczenie wód jest głównym czynnikiem sprawiającym zanikanie tego gatunku z naszych wód. Drugim jest melioracja, czyli bagrowanie rzek (zobacz zdjęcia z poprzedniego wpisu). Dla pogodzenia celów odwodnieniowych i ochrony bioróżnorodności proponuje się etapowe pogłębianie cieków, tak aby z części niebagrowanych organizmy zdążyły przejść do już oczyszczonych.

Zwierzęta te prowadzą na ogół osiadły tryb życia. W wypadku, gdy warunki pogorszą się (np. na skutek spadku poziomu wody), skójki mogą przemieszczać się na stosunkowo niewielkie odległości, w ciągu godziny są w stanie pokonać dystans około dwóch metrów. Tak więc dyspersja tego gatunku odbywa się przede wszystkim w stadium larwalnym, w okresie pasożytowania na rybach (zobacz też wpis o szczeżui). O obecności gatunki (kolonizacja, rekolonizacja cieków) w dużym stopniu decyduje obecność odpowiednich gatunków ryb.

Wędrówka małża przez osady denne pozostawia charakterystyczne rowki w podłożu, szczególnie dobrze widoczne w drobnych osadach (cecha ta ułatwia wykrycie obecności gatunku w rzece). Gdy niekorzystne warunki mają większy zasięg w przestrzeni i czasie (np. powódź, zima) małże spowalniają metabolizm, rezygnują z normalnej aktywności i w takim stanie usiłują przetrwać.
W ostatnich kilkudziesięciu latach wiele siedlisk skójki gruboskorupowej uległo degradacji lub daleko idącym przeobrażeniom, głównie na skutek zanieczyszczenia wody oraz regulacji rzek. Czy na występowanie skójki i wielkość populacji ego gatunku mogło mieć wykorzystywanie jej jako surowca do produkcji guzików?

Zachęcam do obejrzenia wystawy pt. „Sochocińskie guziki – ślad dawnej tradycji” lub odszukania w internecie towarzyszącej jej broszurze.
Chyba trzeba udać się do Sochocina i sprawdzić, z jakich mięczaków wyrabiano tam guziki. Na razie udało mi się dotrzeć, do dwóch fotografii ( http://xenna.com.pl/sochocinskie-guziki/, http://tc.ciechanow.pl/fotoreportaz-172-sochocinskie_guziki.html#/resources/image/fotoreportaze/big/172/200912151850550.jpg
Na zdjęciu widać, że do produkcji guzików wykorzystywano skójki, w tym skójkę gruboskorupowa, malarską i zaostrzona. Nie widać szczeżui. Być może dlatego, że szczeżuje mają zbyt cienką muszlę. Najbardziej odpowiednia wydaje się skójka gruboskorupowa.

Sochocin, zlokalizowany na północnym Mazowszu, niedaleko granicy naszego regionu, lokowany był na prawie chełmińskim w 1385 r. Położony nad Wkrą oraz w pobliżu jej dopływów (m.in. Łydyni). Jakie małże tam teraz żyją? Ciekawe. Wkra mnie zawsze kusiła pod względem chruścików. Trzeba będzie kiedyś zrealizować marzenia i zaspokoić ciekawość.

Kiedy rozwinęła się manufaktura guzikarska w Sochocinie, w drugiej połowie XIX w. Sochocin był miejscowością typowo rolniczą. Rzemiosło i handel były słabo rozwinięte. Mieszkańcy poszukiwali nowych źródeł zarobkowania. I tak powstały tam zakłady rzemieślnicze guzikarskie. Być może, guziki, które pamiętam z dzieciństwa tam zostały zrobione.
W tym czasie, pod rosyjskim zaborem w Królestwie Polskim, rozwijał się przemyśl włókienniczy (zwłaszcza w okolicach Łodzi, Kalisza, Sieradza, Warszawy). Wzrosło więc zapotrzebowanie na guziki. Kiedyś wyrabiane z drewna, potem były produkowane z muszli mięczaków (ale morskich). W 1866 r. powstała pierwsza na północnym Mazowszu fabryka guzików z masy perłowej w Krasnem. Surowcem do produkcji guzików były muszle małży morskich, pochodzące z basenu Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego. Produkcja więc opierała się na importowanej bioróżnorodności.
Nieznane są dokładnie gatunki dużych i twardych muszli morskich mięczaków, z których przed II wojną światową sochocinianie produkowali guziki. W samym Sochocinie zostały pojedyncze fragmenty muszli morskich, które dawniej po wycięciu krążków, usypywano w wielkie hałdy lub wyrzucano na drogi w celu ich utwardzenia. Nie dziwmy się więc obecności na Mazowszu muszli egzotycznych mięczaków. Kultura łączy się z przyrodą czasami w zaskakujący sposób.

Po II wojnie światowej, w czasie które wymordowano Żydów i wielu polskich mieszkańców, produkcja guzików w Sochodcinie powoli się odradzała. Zmieniły się warunki gospodarcze i zabrakło importu czarnomorskich i indyjskich muszli mięczaków. A zapotrzebowanie na guziki było duże. Najpierw korzystano z tego, co pozostało na wysypiskach. Z niektórych muszli udawało się jeszcze wyciąć coś na guziki. Ale i to szybko się skończyło. Zainteresowanie sochocińskich guzikarzy zwróciło się w kierunku rodzimych małży. Czy wykorzystywano małże z Wkry? Być może, ale albo było ich za mało, albo było to głównie szczeżuje. Od dawna działająca cukrownia w Glinojecku zapewne przyczyniła się do zamieszczenia Wkry i zaniku wrażliwych skójek, w tym skójki gruboskorupowej.

Wcześniej już pisałem o tym, że małże nasze skarmiano świniom. Zapewne jako uzupełnienie paszy białkowej. Rolnicy nadwiślańscy, od Dobrzynia nad Wisłą aż po, Wyszków czy Nowy Dwór Mazowiecki co roku wypływali łodziami na połów małży(na bezrybiu i małż ryba?). Płynęli aż do Narwi i Bugu (a więc nie tylko z Wisły małże pochodziły). Następnie parzyli je wrzątkiem, otwierali i wyjmowali ze środka mięso, którym karmili zwierzęta. Bezużyteczne muszle usypywali w ogromne pryzmy. To był odpad poprodukcyjny. Te bezużyteczne mięczakowe hałdy wypatrzyli sochocinianie i wyprosili możliwość zabrania muszli niby w celu wysypania ich na błotniste uliczki i utwardzenia podłoża. Kiedy wydało się, że służą do wyrobu guzików, później nadwiślańscy rolnicy zaczęli żądać zapłaty, początkowo symbolicznej, potem wyższej.

Ale nie cena przyczyniła się do upadku sochocińskiego guzikarstwa. Eksploatacja mięczaków wynikała z potrzeb rolniczych. Guzikarstwo wykorzystało tylko odpad „poprodukcyjny”. Ciekawe jest jednak jak dawna była tradycja skarmiania świniom rzecznych małży i jaki skutek wywierało to na populacje tych mięczaków. Dane współczesne, już bez eksploatacji, pokazują ze najbardziej szkodliwe jest zanieczyszczenie wód oraz regulacja rzek.

Rzemieślnicy z Sochocina po swojemu nazywali surowiec. Ciekawe czy nazwy: „wiślanki”, „bużanki” oraz „narwianki” wiązały się z konkretnymi gatunkami małży i ich przydatnością do produkcji guzików, czy też z innego powodu nadawali takie nazwy. Wątpię także czy do produkcji guzików wykorzystywano szczeżuje (ale na pewno te muszle docierały). Resztki muszli, pozostałe po wyborowaniu krążków na guziki, wysypywano na ulice celem utwardzenia nawierzchni. Teraz to znakomity materiał badawczy do poznania bioróżnorodności. Dziedzictwo kulturowe wspaniale łączy się z dziedzictwem przyrodniczym.

Państwo socjalistyczne niechętnie patrzyło na przydatne rzemiosło. To była pierwsza przyczyna upadku sochocińskiego guzikarstwa. Drugim było wprowadzenie łatwych w produkcji i w bogatym wzornictwie guzików plastikowych. Guzikarstwo w Sochocinie, bazujące na lokalnej bioróżnorodności, zakończyło się przed rokiem 1963. A więc przed moim narodzeniem. Zostały tylko gdzieś pojedyncze guziki w pościeli czy koszulach.

Czy na fali rosnącej mody na lokalność i rękodzieło, powróci zainteresowanie muszlami krajowych małży? Może ozdoby, pamiątki, może w sztuce użytkowej? I czy potrafimy korzystać z lokalnej bioróżnorodności nie niszcząc jej? To znaczy umiejętnie korzystać z zasobów przyrodniczych, umożliwiając jej odtwarzanie się?