Research Gate – naukowcy też mają swojego Facebooka

ja_z_kalkmanem_3Research Gate – taki Facebook naukowców, działa już długo, ale ja rzadko tam zaglądam. Po prostu brakuje czasu i odpowiednich umiejętności. Nie starcza mojej umiejętności przestawienia stylu pracy, z tradycyjnej i papierowej na w pełni cyfrową. Mam jeszcze mocno analogowe przyzwyczajenia. Być może młodym będzie łatwiej. 

W każdym razie RG o mnie pamięta. Dzisiaj dostałem powiadomienie na skrzynkę mailową, że pojawiło się nowe podziękowanie w jakieś publikacji. No to z ciekawości zajrzałem jaka to publikacja i o co chodzi. Rzecz dotyczyła ważek (Odonata) Rumunii. Tak przypomniałem sobie letnią wyprawę do Rumunii przez Ukrainę. Było to 10 lat temu.

Rumunia w tym czasie należała do słabo zinwentaryzowanych ważkowo krajów europejskich. Aby tę białą plamę nieco wypełnić zorganizowane zostały europejskie warsztaty ważkowe własnie w Rumunii. Przyjechało kilkudziesięciu zawodowych i amatorskich badaczy z całej Europy. Dobry przykład dla ilustracji, że nauka ma charakter zespołowy i kumulatywny.

Nasz mały, polski zespół jechał samochodem przez Odessę. Zabraliśmy na Ukrainie koleżankę odonatolożkę (Elena wcześniej była u mnie na stażu). Miałem okazję poznać to urokliwe, piękne i wielokulturowe miasto. Potem wielokrotnie chciałem się wybrać na Ukrainę, do Odessy. Ale sytuacja międzynarodowa stała się mało sprzyjająca. Pozostaną wspomnienia i plany na przyszłość.

 17240488_10211017891396593_9038842751533538442_o

Zobaczyliśmy także kawałek Mołdawii i duży fragment Rumunii. Szukaliśmy oczywiście ważek (Odonata), w tym Cordulegaster heros. Ja oczywiście dodatkowo poszukiwałem chruścików. Podziwiałem krajobrazy dla mnie egzotyczne. Przepiękna wyprawa przyrodnicza i kulturowa. Na pewno podróże przyrodniczo kształcą. Można zobaczyć zupełnie inne ekosystemy i sytuacje przyrodcznicze.

Dawno o tej wyprawie zapomniałem. A teraz ukazała się publikacja i podziękowania odonatologiczne. Sięgnąłem po analogowy album ze zdjęciami Bogusława Daraża. Co prawda miałem aparat cyfrowy ale karta pamięci była mała i niewiele zdjęć zrobiłem. To były inne czasy. 10 lat to niby w życiu człowieka niewiele, ale w technologii to cała epoka.

Kiedyś podziękowanie (dokumentujące wkład pracy) czy cytowanie własnej pracy znaleźć można było przypadkiem, przeglądając czasopisma lub książki w bibliotece. Teraz, gdy wiele zasobów jest w formie cyfrowej, sam komputer wyszuka w odpowiedniej bazie danych. Niby jest łatwiej. Ale tego nowego świata trzeba się nauczyć. 

No więc uczę się, razem ze studentami. Takie to nauczeństwo epoki trzeciej rewolucji technologicznej… A co się jednego nauczę jako tako, to zaraz pojawia się jakaś nowinka. I trzeba uczyć się ponownie…. Umiejętność szybkiego uczenia się pozostaje kluczowa kompetencja w XXI wieku.

 rumuniaWP_20170313_17_29_18_Pro

 

Konferencja plakatowa – innowacja czy nabijanie naukowców w butelkę

konferencja_plakatowa

Kilka dni temu otrzymałem pocztą elektroniczną informację o konferencji z prośbą o upowszechnienie „Jednocześnie uprzejmie prosimy o przekazanie informacji osobom potencjalnie zainteresowanym udziałem w niniejszej konferencji.” Intrygująca była forma – konferencja plakatowa. Sporo ostatnio pojawia się różnych form komunikacji naukowej, od graficznych abstraktów przez mapy myśli po myślenie wizualne i sketchnoting. Zaciekawiło mnie i zacząłem poszukiwania. Tym bardziej, że jeśli mam upowszechniać, to chcę wiedzieć co to jest i czy wato. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem, więc zaciekawiony zagłębiłem się w lekturę i poszukiwania. Konferencję firmuje uniwersytet i jakaś spółka, wyglądało więc poważnie. Czy jest to jakaś formą komunikacji naukowej z wykorzystaniem nowych technologii? Warto sprawdzić.

Sam plakat naukowy nie jest czymś nowym, upowszechnił się w naukach przyrodniczych jakieś 20-30 lat temu, zupełnie niedawno zaczął upowszechniać się w naukach humanistycznych. Sesja plakatowa znana jest od dawna w naukach przyrodniczych, jako jedna z form konferencji, ale zawsze jest to tylko część spotkania: obok referatów, komunikatów, spotkań kuluarowych itd. O genezie powstania plakatowej formy przedstawiania wyników badań w czasie dużych konferencji pisałem już dawniej (z myślą o studentach): Plakat naukowy (poster) http://www.uwm.edu.pl/czachor/dyda/poster.htm 

Plakaty naukowe (dla rozróżnienia od afiszy i plakatów, używanych w kulturze i rozrywce nazywane są czasem posterem – językowo znaczy dokładnie to samo, ale przypisywany jest inny desygnat) narodziły się w czasach, gdy nie było jeszcze multimedialnych prezentacji a na konferencje przyjeżdżało dużo ludzi. Aby umożliwić wszystkim zaprezentowanie komunikatów naukowych, wymyślono właśnie formę graficzną w formie plakatu: z wykresami, schematami, krótkimi tekstami. Integralną częścią posteru jest sesja posterowa, gdy autor czuwa przy swoim dziele i odpowiada na pytania. Plakat jest niejako zachęta do dyskusji i jednocześnie pomocą dydaktyczną. Czasem naśladownictwo sprowadza się do formy a nie istoty i treści – widziałem już różne karykatury sesji posterowych. Ale to margines komunikacji naukowej.

Konferencji posterowej nie znałem do tej pory. Poszukałem w internecie innych „konferencji plakatowych”. Owszem, jest coś takiego (takie sformułowanie) ale oznacza sesję plakatową. Pod pojęciem „konferencja plakatowa” w naukach nieprzyrodniczych (nauki ekonomiczne i o zarządzaniu) rozumie się normalną konferencję (z referatami plakatowymi) z udziałem sesji plakatowej. A więc to samo co w naukach przyrodniczych tylko nazwa inna. Być może dla podkreślenia dominacji tej formy prezentacji wyników.

Wróćmy do intrygującej informacji z maila: Mamy zaszczyt i przyjemność zaprosić Państwa do udziału w I Interdyscyplinarnej Konferencji Plakatowej – „Cywilizacja zdrowia”. Zakres tematyczny bardzo pojemy co przy interdyscyplinarności powinno zapewnić bardzo liczny udział. Ale po zapoznaniu się ze szczegółami zauważyłem, że całość sprowadza się do wysłania graficznego plakatu naukowego lub prezentacji. Na żadną konferencję się nie jedzie. Jakieś wirtualne spotkanie? Jaki tego sens? I czym to się różni od normalnej komunikacji w necie: portali, stron, blogów naukowych? Tym, że nazywa się konferencją?

Marketingowo wskazuje, że naukowiec zdobędzie punkty (liczy się w sprawozdawczości i karierze) tak jak za udział w normalnej konferencji. Jasno jest więc określony cel. Opłata za punkty za niby udział w konferencji. Wymiana myśli i dyskusja? Ale jak? W zasadzie to płatny dostęp do materiałów innych naukowców – wąski, zamknięty krąg odbiorców. Ale przecież autorowi zależy na czytaniu i cytowaniu, żeby treść do kogoś dotarła, do innych specjalistów lub odbiorców. Konferencja naukowa nastawiana jest na komunikację a nie sztukę dla sztuki.

Koszty w sumie niewielkie:- 125 zł za samo uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna ) oraz 200 zł za uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna) plus artykuł w publikacji pokonferencyjnej w formie książki elektronicznej). Jak na konferencję to tanio, bo opłaty bywają wyższe. Tyle tylko, że w typowej konferencji naukowej takie opłaty (wpisowe) obejmują materiały konferencyjne: wydrukowaną książeczkę z abstraktami referatów, doniesień, posterów, czasem z referatami plenarnymi w obszerniejsze formie, do tego różne gadżety, notesy, koszulki i kawa z przekąską w czasie konferencji. Uczestnik musi jeszcze zapłacić za noclegi, wyżywienie i dojazd. Czyli udział w konferencji naukowej sporo kosztuje. A tu oferta bardzo tania. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że wszystko jest wirtualne to jednak bardzo drogo. Ile kosztuje umieszczenie na serwerze plików graficznych z plakatami i prezentacjami do obejrzenia?

Wszystko z obietnicą punktów. I sprawa wydaje się jasna, do kogo adresowana jest ta dziwaczna innowacja. Dla tych, co zbierają punkty. Skoro trzeba się wykazać aktywnością i punktami, to jest okazja. Wysłać kilka prac, to i punktów będzie więcej. Innowacyjna forma konferencji? Jak najbardziej, ale nie dotyczy form komunikacji a jedynie kreatywnego zdobywania punktów. Ile kosztuje punkt w nauce? Za cztery ministerialne po 125 zł, czyli wychodzi ze 30 zł (3 dychy). Taniocha. Papier w sprawozdaniach wszytko przyjmie. Wydaje mi się, że jest to jeden z objawów punktozy (w szkole jest to uczenie się dla stopni). I innowacyjna oferta dla zbieraczy punktów dla samych punktów. Ale może się mylę, to pierwsza taka konferencja (pierwsza o zdrowiu czy pierwsza w takiej formie), więc może strona koncepcyjna i komunikacyjna zostanie dopracowana i usprawniona.

Na stronie konferecyjnej znalazłem kilka informacji o plakacie, czym jest i jak go przygotować: „Celem plakatu naukowego ma być inspirowanie do wymiany poglądów pomiędzy autorem plakatu a jego odbiorcami. Dlatego też powinien być on przygotowany zgodnie z obowiązującymi standardami.” Ale jak ta wymiana poglądów ma wyglądać? Może pod plakatami są możliwości do komentowania tekstowego, tak jak na portalach internetowych? Może poprzez zebranie w jednym miejscu wielu prac ułatwiana jest dyskusja? Może ja starej daty człowiek jestem, ale mnie to nie przekonuje. Chyba, że takie plakaty będą przygotowane jako infografiki czy mapy myśli (ale nie ma tam takich sugestii). Na normalnej konferencji nawet nieśmiała osoba będzie włączona do dyskusji: łatwiej rozmawiać niż pisać, zwłaszcza że sesja posterowa to kameralne warunki i dyskusja w wąskim gronie kilku osób a nie publicznie na pełnej sali kilkudziesięciu-kilkuset osób. Można samemu zapytać lub ktoś inny zapyta. Poster to przecież jakaś forma niedokończona, niepełna, która łatwo dopowiedzieć i w rozmowie uzupełnić. Już lepiej żeby były to pełne prace, bo tam jest wszystko. Ale to już jest. Są różne specjalistyczne fora dyskusyjne, portale społecznościowe. Konferencja plakatowa niczego tu nowego nie wnosi a jest dodatkowo formą ułomną (przynajmniej w tak prezentowanej postaci). Na stronie konferencyjnej nie ma nic, co by wskazywało na wygodnej formy komunikacji elektronicznej. Nawet nie wiadomo czy coś takiego będzie. Ale dla zbieraczy punktów nie ma to znaczenia, bo przecież nie poszukują wymiany myśli.

Na konferencji plakatowej jest przecież i forma z prezentacją multimedialną (dlaczego więc w nazwie akcentuje się plakat?). Normalnie prezentacja jest tylko elementem ilustrującym wypowiedź ustną – referat czy wykład. A samodzielna prezentacja pozbawiona jest wielu ważnych elementów komunikacji naukowej. Na stronie z komentowaną konferencja plakatową takie jest wyjaśnienie: „Celem prezentacji multimedialnej stosowanej podczas e-konferencji jest wprowadzenie odbiorcę w poruszaną tematykę oraz zachęcenie go do zapoznania się ze stanowiącym pokłosie konferencji artykułem.” W sumie sprowadza się do zapowiedzi publikacji. Swoisty zwiastun. I za to trzeba zapłacić. W sumie jakiś ciekawy pomysł. Tyle tylko, że sam zwiastun (prezentacja) dostępny będzie dla tych, co wniosą opłaty. A zatem bardzo wąski krąg odbiorców. Takie pisanie do szuflady.

Forma i oferowane „funkcjonaności” przesłanej mi konferencji plakatowej nie zachęciła mnie do udziału i do upowszechniania (na stronie organizatora znalazłem jeszcze inna propozycję, konferencji międzynarodowej, ze znacznie wyższymi opłatami od 80 do 400 zł oraz dodatkową możliwością przesłania pliku dźwiękowego). Wydaje mi się pozorem komunikacji. Ale z poszukiwaniem nowych form z wykorzystaniem internetu bywa różnie. Trzeba próbować różnych rozwiązań, by sprawdzić które są sensowne a które ślepymi i nierokującymi sukcesu poszukiwaniami. Być może jednak, jeśli taka konferencja plakatowa powiązana będzie z wideoczatami, webinarium czyli poprzez rozszerzenie kontaktu, to być może się przyjmie i będzie rzeczywistą komunikacją w nauce. Czas pokaże. Może sama konferencja plakatowa to dobre rozwiązanie a tu jedynie zawiodła informacja i część marketingowa?

W każdym razie wskazuje na nowe kompetencje, potrzebne naukowcowi: inna forma plakatu naukowego, łączącego formy infografiki i myślenia wizualnego a w prezentacji zawarcia treści w sposób umożliwiający obejrzenie samodzielne. Może trzeba nauczyć się kręcenia filmików naukowych, jako samodzielnych wypowiedzi w dyskusji naukowej?

Pewnie więcej bym zrozumiał, gdybym w pełni w takiej konferencji plakatowej zauczestniczył i doświadczył na sobie. Jednak tematyka konferencji odbiega od moich zainteresować. Sama ciekawość formy nie jest jeszcze dla mnie wystarczająca. Może kiedyś.

 

ps. Wyżej zrzut ekranu ze strony internetowej, niżej plik reklamowy, załączony do maila

KonferencjaPlakatowa1

O tym, jak hydrobiolodzy kamień bentosem pomalowali

malowanie_3Działo się to w maju 2015 roku, w Karkonoszach, w czasie typowej konferencji naukowej. Żadni artyści, tylko biolodzy, zoolodzy, botanicy, hydrobiolodzy. A jednak kamienie malowali. Z przyjemnością. Dlaczego?

Nie często zjawiam się na warsztatach bentologicznych ale bardzo je lubię (bentos to organizmy wodne, żyjące na dnie zbiorników wodnych). W zasadzie spotkania takie nie liczą się już do dorobku naukowego i nie zapewniają punktów. I to jest ich największa zaletą bo przyjeżdżają ci, co chcą. Przyjeżdżają z ciekawości poznania i chęci dyskutowania a nie kolekcjonowania punktów do kariery naukowej czy zawodowej. Oczywiście, takie spotkania pomagają w rozwoju naukowym i wymianie myśli, są więc przydatne jak najbardziej. Mądry to wiem i za punktami (ocenami) się nie ogląda. Robi to, co sensowne.

Ogromnym atutem warsztatów bentologicznych jest część terenowa i możliwość zapoznania się metodyką badań terenowych w różnych środowiskach wodnych, jak i dotyczących specyfiki różnorodnych grup bentosu. Taka konferencja w formie ćwiczeń, można uczyć się od najlepszych i wymieniać doświadczania. Swoista szkoła letnia – naukowa majówka. W długiej swojej tradycji warsztaty bentologiczne znacznie się rozrosły – przyjeżdża więcej osób niż na początku – ale zachowały swój pierwotny, kameralny i warsztatowy charakter. Część referatowa ograniczona jest do niezbędnego minimum (doniesienia w formie posterów), dużo czasu przeznaczona jest na zajęcia terenowe, praktyczne oznaczanie różnych wodych bezkręgowców lub praktykowanie technik badawczych. Są też hydrobiologiczne i krajoznawcze  wycieczki.

Tym razem XXII Warsztaty Bentologiczne odbyły się pod koniec maja (21-23 maja 2015) w Przysiece koło Karpacza, na skraju Karkonoskiego Paku Narodowego. Głównym tematem były muchówki oraz badania monitoringowe bentosu w ciekach górskich. Przyjechało blisko 70 osób z całej Polski i Czech, studenci, doktoranci, pracownicy akademiccy jak i pracownicy WIOŚ czy parków narodowych. Celem warsztatów było przybliżenie zagadnień związanych z monitoringiem wód oraz zachęcenie do badań makrofauny rzek Sudetów.

malowanie_1

Malowanie kamieni odbyło się po raz pierwszy na warsztatach, jako forma spotkania integracyjnego i ułatwiającego dyskusje kuluarowe. Pomysł narodził się w głowie Małgorzaty Gorzel. Tak niecodzienny, że koniecznie trzeba było go zrealizować i szybko go podchwyciłem przywożąc farby, pędzle i inne niezbędne akcesoria. Z samego rana, 22 maja naznosiłem trochę kamieni z pobliskiego potoku. Samo malowanie rozpoczęło się po południu. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu do malowania włączyło się dużo osób (myślałem, że malować będzie 4-7 osób, ale okazuje się, że naukowcy są bardziej otwarci na nowe niż się na co dzień wydaje). Malowaliśmy i dyskutowaliśmy zarówno o bentosie żyjącym w wodach śródlądowych, o kolejnych warsztatach jak i i innych problemach naukowych. Aż zabrakło kamieni….

Ale przed ośrodkiem wypoczynkowym kamieni było dużo. I tak narodził się pomysł, by wspólnie pomalować jeden duży kamień. I znowu odzew był duży. Każdy malował swojego ulubionego przedstawiciela makrozoobentosu. I tu również toczyły się ciekawe dyskusje. Malowaliśmy na zmianę, bo wszyscy na raz by przy kamieni się nie zmieścili. Powstało wspólne dzieło malarsko-naukowe, o dużej możliwości interpretacyjnej. Jeśli zgodnie z moją sugestią właściciele ośrodka polakierowali, to malowany kamień długo oprze się deszczom i górskiej pogodzie.

Lista autorów (kolejność wpisywania się na kartkę), chyba nie wszyscy się zdążyli wpisać:

  • Stanisław Czachorowski,
  • Katarzyna Pieńczuk,
  • Małgorzata Gorzel,
  • Piotr Kubik,
  • Tomasz Krepski,
  • Joanna Pakulnicka,
  • Jan Wojtasik,
  • Barbara Wojtasik,
  • Mariola Krodkiewska,
  • Marta Hałaburda,
  • Anna Dzierżyńska-Białończyk,
  • Jakub Brdękiewicz,
  • Kamil Kondracki,
  • Janusz Żbikowski,
  • Anna Cieplok,
  • Aneta Spyra,
  • Izabela Czerniawska-Kusza,
  • Lucyna Koprowska,
  • Andrzej Kownacki,
  • Agata Rychter,
  • Joanna Galas,
  • Piotr Domek,
  • Dariusz Halabowski,
  • Agnieszka Sowa,
  • Iza Jabłońska-Barna,
  • Kamil Hupało,
  • Piotr Gadawski,
  • Michał Grabowski,
  • Tadeusz Namiotko,
  • Lucyna Namiotko,
  • Aleksandra Jabłońska.

Więcej zdjęć z warsztatów i malowania na Fecebooku 

 Na początku września będę malował kamienie …. z filozofami, w czasie VIII Festiwalu Filozofii

Czytaj też:

malowanie_2malowanie_4

Żądam państwowych gwarancji dla publikowania wyników badań i interwencyjnego płodzenia dzieci

55955d07bc4c41c5a47cb976ecd644b1_830x830Idąc w ślady górników (z deputatami węglowymi i innymi przywilejami) i wielkohektarowych rolników (z KRUSem), to i ja się czegoś domagam. Bo ciężkie jest życie naukowca, czasopisma nie chcą wszystkiego publikować, odrzucają co niektóre artykuły, każą poprawiać, uzupełniać itd. Jedne czasopisma są lepiej punktowana inne mniej, a w pracy wymagają punktów, czyli publikowania w renomowanych itd.

Ja chcę – w imieniu dziesiątek tysięcy naukowców (pracowników naukowych) – za swoją ciężką pracę „normalnej zapłaty za naszą pracę.” (cytat od protestujących rolników). Bo my ciężko pracujemy, praca nasza jest ważna i zapewnia postęp i rozwój gospodarczy a dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych młodych ludzi pracy w zawodzie naukowca znaleźć nie może. A chce, i to bardzo!

Ot młodzi ludzie, z doktoratami a pracy znaleźć nie mogą, opublikować wyników też nie mogą (a przynajmniej nie jest lekko, 16 filmów o tym ktoś nakręcił), grantów przez to nie dostają (bo za mały dorobek) –  tak jak rolnicy nie mogą dostać kredytów na zakup kolejnych hektarów (ma zaledwie 100, lub 300) bo za niskie ceny mleka, zboża, buraków i co tam jeszcze ziemia urodzi.

No więc domagam się gwarancji, że zawsze, cokolwiek wymyślę i napiszę to będzie opublikowane (a kredyty na telewizor, rower i deskorolkę wzięty, więc spłacać trzeba! We frankach.). I to w godziwie punktowanych czasopismach międzynarodowych (nie kredyty tylko publikacje). No i czytane! Mają czytać i cytować. I na to domagam się gwarancji rządowych, państwowych, unijnych i wszelakich.

A jako jednocześnie nauczyciel (akademicki, ale jednak nauczyciel) to domagam się interwencyjnego płodzenia dzieci – bo niż demograficzny zagraża naszemu zatrudnieniu (uniwersytety pustoszeją). Myślę, że nauczyciele szkól podstawowych, gimnazjalnych i średnich przyłącza się do tego postulatu.

Domagam się także, aby niniejszy tekst został uznany za ważny w dorobku naukowym i zapewnił stabilizację zawodową dając zatrudnienie aż do emerytury (spoko, tak dużo mi nie zostało, więc jakoś uda się wcisnąć w koncepcję emerytury publikacyjno-pomostowej).

Kto jeszcze dołączy ze swoimi postulatami grupowymi i zawodowymi?

Nie ukrywam, że ironiczny tekst napisałem pod wpływem inspiracji zamieszczonego rysunku Andrzeja Mleczki, opublikowanego w Polityce: http://www.polityka.pl/galerie/1604601,1,rysuje-andrzej-mleczko.read

ps. Czy ja wyraźnie zaznaczyłem, że jest to tekst satyryczny?

Genialni czyli o korzeniach dobrych zespołów naukowych

genialniPrzeczytałem przed świętami, ale ciągle jestem pod inspirujących wrażeniem książki Mariusza Urbanka pt. „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna.” Znakomita opowieść o nauce i uczonych (Steinhaus nie lubił słowa „naukowiec”). Opisuje dawne czasy ale jest ciągle aktualna. Gorąco polecam, dobrze napisana i wielowątkowa. Zainteresuje uczonego, naukowca jak i przeciętnego zjadacza chleba (ciekawa jest np. historia II Rzeczypospolitej i naszego antysemityzmu na uczelniach). W zakresie metodologii nauki i znaczenia współpracy, dialogu znakomicie koresponduje z dawniej przeczytaną książką Ludwicka Flecka pt. „Powstanie i rozwój faktu naukowego. Wprowadzenie do nauki o stylu myślowym i kolektywie myślowym”. Fleck nazywał te współpracę kolektywami myślowymi.  Lwów miał niezwykle przyjazny odkryciom klimat…

Na zachęcenie przytaczam malutki fragment, w którym Stanisław Ulam opowiada o jego pracy w Los Alamos:

Ale było w nich coś jeszcze: amerykańska umiejętność pracy zespołowej, gotowość do wypełniania mniejszych ról w imię wspólnego sukcesu, duch współpracy, tak kontrastujący z tym, co znałem z kontynentalnej Europy. Nawet we Lwowie, gdzie matematycy utrzymywali codzienny kontakt i spędzali wiele czasu razem w kawiarniach i restauracjach, nie miał [Stanisław Ulam] poczucia takiej wspólnoty, jak w Los Alamos. Decydowała o tym prawdopodobnie w równym stopniu izolacja ośrodka i poczucie misji ludzi, od których pracy Zależały losy świata.” Tego poczucia misji brakuje współczesnym uniwersytetom.

„Ulam najbardziej polubił Richarda Feynmana, młodszego o dziesięć lat, dziwaka i oryginała, którego od początku otaczała aura geniusza. Potrafił jednak zachowywać dystans do wszystkiego, co robił. Ulam zapamiętał, jak na jakimś spotkaniu wygłosił wiersz demaskujący głupotę skrywana za pozorną uczonością:

Zastanawiam się nad tym, że się zastanawiam,

Zastanawiam się nad tym, że się zastanawiam nad tym, że się zastanawiam,

Zastanawiam się nad tym, że się zastanawiam nad tym, że się zastanawiam, że się zastanawiam nad tym, że się zastanawiam…”

Warto przy tej okazji przypomnieć, że noblista Feynman nie przyjął lepiej płatnej oferty z bardziej prestiżowego uniwersytetu… i został w „prowincjonalnym”, bo cenił sobie możliwość bezpośrednich rozmów z uczonymi z innych dyscyplin. Cenił to, że może o odkryciach porozmawiać od razu z innymi naukowcami. Swoisty klimat otwartej dyskusji z lwowskiej kawiarni matematyków był ważniejszy niż prestiż i pieniądze.

A czy my współcześnie rozmawiamy o odkryciach? Grzęźniemy w biurokracji, nie spotykamy się ze sobą na uniwersytecie (chyba, że z tego są punkty do oceny, czyli nobliwe i punktowane choć nudne i jałowe konferencje indeksowane przez bazę Scopus). Chwalimy się przed sobą „za ile punktur publikacja” a nie co w niej jest. W książce Urbanka jest symboliczny fragment z czasów sowieckich we Lwowie, gdy uczonym narzucono normy wynalazków i odkryć… więc wpisywali, wiedząc, że sprawdzający politrucy i tak nic nie zrozumieją. W papierach przyrost odkryć być wręcz Stachonowski. Teraz i nasze sprawozdania mocno się rozrastają. Z uczonych staliśmy się naukowcami – pracownikami pracujący w nauce i piszącymi sprawozdania. Niewątpliwie Steinhaus z niechęcią do słowa „naukowiec” miał rację …

Turystyka naukowa

Najczęściej zwrot "turystyka naukowa" jest używany w pejoratywnym znaczeniu – odnosi się do naukowców, co to niby jadą na konferencję w celach naukowych a tak w zasadzie jadą zwiedzać. Zamiast nauki jest turystyka za publiczne pieniądze. Ale to margines.

Można jedna zastanowić się jaki jest wpływ naukowców na rozwój turystyczny regionu? I nie chodzi mi o jakieś konkretne badania naukowe i technologie. Pytanie dotyczy wpływu kapitału ludzkiego, zdawałoby się niewymiernego i nieuchwytnego.

W badaniach naukowych niezwykle ważna jest komunikacja naukowa, czyli dyskusje i wymiana myśli. We współczesnym świecie jest ona globalna i międzynarodowa. To nie tylko publikacje naukowe w czasopismach z relacjami z badań i dyskusjami teorii czy hipotez. To nie tylko wymiana korespondencji elektronicznej i kontakt za pośrednictwem nowoczesnych technologii i internetu. Komunikacja naukowa to także bezpośrednie spotkania międzyludzkie, w tym także kameralne "w cztery oczy". Żadna technologia takich bezpośrednich spotkań i dyskusji nie jest w stanie zastąpić.

Konferencje naukowe cały czas mają się dobrze – w jednym miejscu spotykają się specjaliści, by słuchać referatów, krótkich doniesień, oglądać i czytać plakaty naukowe oraz dyskutować plenarnie i kuluarowo. Efektem takich spotkań naukowych (ogólnopolskich czy międzynarodowych) są nie tylko wzajemne inspiracje czy szybki i kreatywny przepływ pomysłów. Efektem są późniejsze publikacje czy monografie oraz wspólne granty i badawcze inicjatywy. Ale są także uboczne efekty dla regionu.

Naukowcy spotykają się w różnych miejscach. Nie tylko w dużych miastach, często w maleńkich ośrodkach, blisko przyrody, w pewnym odizolowaniu od zgiełku świata. W takich warunkach dobrze się dyskutuje, jest czas na przemyślenia i refleksje.

Konferencje organizowane są najczęściej poza sezonem turystycznym (bo wolne miejsca i taniej). Naukowców na całym świecie systematycznie przybywa. Mają też pieniądze na badania oraz na upowszechnianie wiedzy, także w formie udziału w konferencjach, kongresach i sympozjach. To rosnąca i pokaźna grupa klientów dla branży turystycznej a jednocześnie bardzo trudna i wymagająca. Grupa bardzo wpływowa i opiniotwórcza.

Nocują, jedzą, czasem jeszcze zwiedzają. Wymagają tylko obecności sal seminaryjnych i wykładowych z nowoczesnym sprzętem audiowizualnym. Czasem przyjeżdżają z rodzinami (niejednokrotnie jako forma samousprawiedliwienia pracoholików i dbania o rodzinę), jest więc program dla osób towarzyszących, najczęściej właśnie przyrodniczo-kulturalny. Dla przyrodnika to poznawanie przyrody. Dodatkowe obserwacje i poznawanie świata. Dla humanistów po poznawanie innych kultur. Dlatego kongresy i sympozja są organizowane w różnych miejscach świata oraz na prowincji. Dwa w jednym, dyskusja i poznawanie. A pieniądze zostają na miejscu.

Warmia i Mazury mogłyby być nie tylko cudem natury ale i miejscem, gdzie są warunki do tworzenia. Do refleksji, dyskusji i spotkań naukowych.
Spotkania naukowe to dodatkowy napływ turystów. I to tych z górnej półki. Właśnie taki jest dodatkowy, uboczny wpływ środowiska naukowego (akademickiego) na region.

Kto decyduje o wyborze miejsca na sympozjum? Nie ma centralnej instytucji, bo decydują sami naukowcy, za każdym razem ktoś inny. Kierują się własnym rozeznaniem i rozpoznaniem miejsc. To klasa kreatywna bez centralnego zarządzania. Nie można więc lobbować w jednym miejscu. I całe szczęście.

Warto inwestować w naukowców…. Bo mogą zaprosić w urocze miejsce znacznie więcej klientów. Naukowcy, jako grupa o dużym autorytecie, mają dużą siłę opiniotwórczą. Potem goście zagraniczni wracają z wrażeniami. Mogą być ambasadorami, pokazując zdjęcia, pisząc relacje, opowiadając i zachęcając innych do odwiedzenie tych samych miejsc.
Rynek trudny, nie wystarczy reklama w gazecie czy baner. Po prostu trzeba bywać i pokazywać się na wszelkich spotkaniach naukowych. To się opłaca branży turystycznej. Opłaca się także mieć w regionie kapitał ludzki w postaci naukowców i uczelni wyższych.

O tym, dlaczego nawet naukowiec powinien się czasem zatrzymać i zastanowić

Pośpiech i cywilizacyjny wyścig szczurów wkradł się i w mury uniwersyteckie. Więcej i szybciej. Praca w zapatrzeniu na wskaźniki, punkty. Ile to mi puntów przyniesie a nie czy to ma sens. Tak jak szkolna nauka dla ocen – nie z ciekawości i wewnętrznej motywacji, ale żeby mieć jak najlepsze oceny. Rodzi to pokusę ściągania (w nauce są to np. plagiaty), poprawiania wyników, niezdrowej rywalizacji zamiast współpracy – bo trzeba być lepszym od kogoś… we wskaźnikach akurat uznanych za ważne i "na topie".

Uniwersytet nie jest izolowaną i samotną wyspą. Tkwi we współczesnym świecie mocno i głęboko. I to nie jest wada. Bo tkwi i w tym złym i w tym dobrym.

„Wspaniała umiejętność polegająca na zatrzymaniu się i zastanowieniu nad istotą i sensem docierających do nas bodźców, zamiast natychmiastowego i bezpośredniego poddawania się ich wpływowi, leży u podstaw największych intelektualnych i artystycznych dokonań ludzkości.”

Winfried Gallangher

Potrzebujemy klasztorów i pustelni. Nie po to tylko, żeby spędzić tam całe życie. Muszą być widoczne w naszym krajobrazie kulturowym, aby przypominały o potrzebie zatrzymania się i refleksji. Szybciej nie znaczy lepiej i więcej nie znaczy lepiej.  Potrzebujemy zakonów, aby udać się tam chociaż na chwilę.

Zatrzymanie się i refleksja to takie swoiste, duchowe rekolekcje, potrzebne każdemu naukowcowi. Każdemu człowiekowi. Refleksja i dystans pozwala lepiej wykonywać swoje codzienne zadania.

Jak rozmyślać, kiedy od razu oczekuje się od nas odpowiedzi? Nie mamy czasu na refleksję. Pustelnie i zakony są dla ludzkości niezwykle potrzebne. A dla pracy uniwersyteckiej spacer umożliwiający wyciszenie i rozmyślanie.
Lub dłuższy urlop bez wyrzutów sumienia i popędzania codziennymi, rozpraszającymi obowiązkami…

Czy genologia to nauka o genach?

Nauka się rozrasta jak dryfujący kontynent. Przybywa naukowców, dziedzin i specjalizacji. W tak dużej liczbie pracujących aktywnie osób i dyscyplin urywa się kontakt a komunikacja natrafia na coraz liczniejsze bariery. Tak jak izolowane barierami geograficznymi czy ekologcznymi gatunki – język (języki?) nauki ewoluuje na osobnych wyspach. Trudno powiedzieć czy bardziej allopatrycznie czy sympatrycznie, bo naukowcy mówią coraz bardziej odmiennymi językami. I nie tylko o różne języki narodowe chodzi a o hermetyczne i specjalistyczne języki poszczegółnych dyscyplin.

Naukowcy tak jak Adam, napotykane zjawiska nazywają (nadają im nazwy). Ale ponieważ jest wielu Adamów, żyjących na osobnych wyspach, ewolucja terminologii przebiega w mniejszej czy większej izolacji. Czasem tylko dochodzi do zaskakujących spotkań i odkryć niespodziewanych konwergencji.

Dla mnie przez lata genetyka była nauką biologiczną, zajmującą się dziedziczeniem i genami. Co prawda słowo "genetyczny" ma w biologii dwa znaczenia, pierwsze starsze i odnosi się do pochodzenia (nie tylko organizmów ale i innych obiektów przyrodnicznych). Taki pewnie jest źródłosłów samych genów i genetyki. Obecnie jednak raczej genetyczny  utożsamiany z DNA i czymś, uzależnionym od genów. Pomijając  fakt, że w życiu codziennym jest to słowo-wytrych.

Jako biolog z zaskoczeniem spotkałem się z genologią, nauką humanistyczną, zajmująca się typami, rodzajami literackimi. Genetyka i genologia jakkolwiek mocno podobne, zajmują się  zupełnie czymś innym. Podobnie z entomologią, etymologią i enologią. Nawet w samej biologii fenologia to coś innego i nie związanego z fenetyką. Dlaczego jedne nauki nazywamy -logią a inne -tyką? Czy są jakieś podobieństwa między prawidłowościami ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej?

Pod tymi zawiłościami naukowej terminologii łatwo przemykają się inne ludzkie aktywności, które w nazewnictwie, niczym mimikra, upodobniają się, podszywają pod naukę. Przykładem jest rumpologia.

Konsiliencja, integracyjna jedność wiedzy, jest chyba nam potrzebna także jako duży projekt badawczy i wysiłek cywilizacyjny. Bo przecież nie tylko o ujednolicenie terminologii chodzi, Ważniejsze jest zintegrowanie teorii z różnych dziedzin (swoiste ułożenie puzzli, aby do siebie pasowały i dawały jeden obraz). Skoro świat wokół nas jest jednością, dlaczego nasza wiedza miałaby być tak mocno pofragmentowana i odizolowana od siebie?

Kopernik, Darwin i Mendelejew – biesiadna popularyzacja nauki

Co łączy Mikołaja Kopernika, Karola Darwina i Dmitrija Mendelejewa? To, że jak każdy kiedyś się urodzili. Można więc obchodzić ich urodziny, rocznice itd., i oczywiście spotykać się z tej okazji. Tak jak u cioci na imieninach.

Wczoraj obchodziliśmy urodziny Mendelejewa, niebawem Dzień Darwina (12 lutego) i urodziny Kopernika (w Olsztynie świętowane w tym roku wyjątkowo hucznie i oficjalnie). Naukowców jest wielu, każdego dnia będą jakieś rocznice, urodziny. Tylko trzeba poszukać i ludziom oznajmić i wyjaśnić. Może rozwinie się sztuka toastów, tak jak w Gruzji? Tym razem z celebrowaniem wiedzy o świecie i naukowcach? 

Biesiadna popularyzacja wiedzy i nauki? A dlaczego nie!
Sympozjum sięga korzeniami starożytnej Grecji. Z tego języka wywodzi się nazwa, gdzie syn – oznacza wspólny, posis – picie. Biesiadny stół łączy a jeszcze bardziej dyskusje o świecie i nauce. Tak jest do dzisiaj. Mamy jedynie bogatszy zestaw potraw i trunków. Herbata i kawa uratowały Europę przed plagą pijaństwa. A teraz na dodatek mamy jeszcze całą gamę soków owocowych i gazowanych napojów. Picie nie musi więc oznaczać nałogu alkoholowego.

Dzień Darwina obchodzimy co roku 12 lutego (także w Olsztynie), urodziny Kopernika w tym roku bardzo oficjalnie, a Mendelejewa upamiętnia m.in. portal naukowy Mendeley. Mendeley to darmowe, dostępne na licencji zamkniętej oprogramowanie służące zarządzaniu, organizacji i dzieleniu się publikacjami naukowymi, odkrywaniu naukowych statystyk i współpracy on-line.
Piszą więc o biesiadnym świętowaniu uczonych nie mam na myśli jakiegoś pijaństwa. Myślę jedynie o okazji do wysublimowanych spotkań i pogłebionej dyskusji, spotkań poza oficjalnymi salami akademickimi (zob. trzecia kultura)

Dlaczego wspominam Mendelejewa? Bo zajmował się m.in. przepisami dotyczącymi składu wódki. Po rezygnacji z posady na Uniwersytecie Petersburskim (obraził się na władze, gdy ujął się za studentami domagającymi się liberalizacji systemu władzy, a minister oświaty przysłał mu ordynarny list z naganą) od 1893 roku był dyrektorem Urzędu Miar i Wag. Tutaj opracował nowe państwowe przepisy dotyczące produkcji napojów spirytusowych i sprecyzował w sposób naukowy, niejasne dotąd, potoczne pojęcie "wódka". Jako skutek jego prac, w 1894 roku zostały wprowadzone ukazy carskie określające zawartość etanolu w wódce na poziomie 40% objętościowych, a przyjęty przez władze oficjalnie jako narodowy trunek o nazwie Moskiewski Specjał został opatentowany.
Czasem dobrze, gdy niepokorny naukowiec opuści mury uczelni i zacznie pracowac poza uniwersytetem :). Oby więcej takich niezależnych myslowo i niepokornych naukowćów pracowało na uniwersytetach!

Mendelejew to człowieka wyjątkowego umysłu i niesamowicie szerokich zainteresowań. Podobnie jak Kopernik i Darwin. W dzisiejszym świecie skrajnej specjalizacji to wyjątkowe zjawisko (jeśli jeszcze wśród naukowców występuje). Zasłynął syntezą w naukach chemicznych i opracowaniem układu okresowego pierwiastków, który zna każdy uczeń. Ale przy okazji biesiadnego dyskutowania o nauce i naukowcach warto przypomnieć, że Dymitrij Mendelejew był najmłodszym z siedemnaściorga rodzeństwa (czy w erze jedynaków wiemy co to jest rodzeństwo?), w dorosłości nosił bujną brodę i długie włosy, które strzygł raz do roku, przed letnimi upałami.

Lubimy anegdoty o uczonych, często nieprawdziwe. Mendelejew do swojej syntetycznej tablicy okresowej pierwiastków dochodził przez długie lata pracy, ale w obiegowej anegdocie „zobaczył ją nagle we śnie”. Ten błysk olśnienia mógł nastąpić, ale był poprzedzony latami pracy, latami rozmyślań i setkami nieudanych prób. Przez miesiąc był bigamistą (przez lata jednak żył w separacji z pierwszą żoną). Zgodnie z obowiązującym prawem nie mógł zawrzeć małżeństwa wcześniej jak 7 lat po rozwodzie. Przekupił jednak popa i ślub dostał zanim się rozwiódł. Ówczesne władze bardzo go ceniły i darowały mu tę bigamię. Gdy pewnien rosyjski arystokrata zwrócił się do cara po zgodę na wcześniejszy ślub i powołał się na przypadek Mendelejewa, car odpowiedział: „To prawda, że Mendelejew ma dwie żony, ale przecież mam tylko jednego Mendelejewa.”

Mendelejew palił mnóstwo papierosów, a obok jego biurka zawsze stało wiadro z wodą, w którym topił niedopałki. W obecnych przepisach nie mógłby palić w miejscach publicznych. W sumie, to z jego nałogu tytoniowego nie warto brać przykładu. Tak jak i z tego, że był śpiochem, bo wstawał około południa. Ale za to pracował do 3-4 w nocy. Był więc typem sowy i nocnego marka.

Zamieszczony wyżej rysunek pochodzi z fecebookowej strony crazy nauka

Profesor Klara Bartkowska – zaduszkowe wspominki

 

Nie zawsze możemy być na grobach tych, których wspominamy. Nie tylko rodzina rozsiana jest po świecie, także mogiły dobrych ludzi, których spotkaliśmy w swoim życiu. Modlitwa za duszę zmarłych możliwa jest w każdym miejscu. Odwiedzać groby możemy także myślą i wspominaniem…

Przed trzema dniami dotarła do mnie pocztą druga część drugiego tomu zoologii pod red. prof. Czesława Błaszka (na fotografii wyżej). Najpierw duża radość, bo po kilku latach prac redakcyjnych ukazał się podręcznik do zoologii, w którym jestem autorem jednego rozdziału (oczywiście o chruścikach). Sympatyczny finał prac. W informacji o autorach wiele znanych osób, przyjaciół. To chyba będzie ostatni papierowy podręcznik do zoologii w języku polskim. Bo taki podręcznik do bardzo duże, zespołowe przedsięwzięcie. Naukowcy nie podejmują się często takich prac, raz na 20-30 lat. A biorąc pod uwagę zmiany, jakie się w upowszechnianiu wiedzy dokonują oraz w wyglądzie podręczników, za jakiś czas wydawane będą jedynie multimedialne podręczniki w wersji elektronicznej i internetowej… Coś odchodzi powoli w przeszłość. Co wcale nie znaczy, że jest mniej wartościowe…

W tym podręczniku autorem jest nieżyjąca już prof. dr hab. Klara Bartkowska, wybitny i ceniony zoolog, wieloletni kierownik Zakładu Zoologii Systematycznej Wydziału Biologii, UAM w Poznaniu. Prace nad podręcznikiem trwały kilka lat, w tym czasie odeszła od nas Pani Profesor…

Profesor Klarę Bartkowską wspomnam niezwykle ciepło. Jest dla mnie symbolem życzliwych ludzi z Wydziału Biologii w Poznaniu, gdzie dojeżdzałam by obronić doktorat i habilitację. Była recenzentem mojej pracy doktorskiej. Była wyjątkowo ciepła i otwarta w kontaktach. Miała bardzo dobrą opinię wśród studentów. Panią profesor spotkałem także na konferencjach naukowych. Kiedyś spotkaliśmy się na konferencji w Białowieży. I wtedy nie tylko podniosła mnie na duchu ale i zmobilizowała do napisania rozprawy habilitacyjnej. W tamtym czasie, po różnych trudnościach, drobnych intrygach i takim typowo polskim zniechęcaniu, czy "rzucaniu kłód pod nogi", życzliwe zmobilozowanie Pani Profesor bardzo mi się przydało. Napisałem co napisać miałem i znowu pojechałem do Poznania…

Cudownie jest spotykać mądrych, życzliwych i dobrych ludzi na swojej drodze. Obyśmy tak ścieżki swojego życia wybierali, aby takich ludzi spotkać jak najwięcej i jak najczęściej. I obyśmy to my byli takimi dla innych.

Człowiek nie całkiem umiera, nie całkiem odchodzi. Żyje w pamięci innych, a naukowiec także w publikacjach i podręcznikach, w których nadal naucza i upowszechnia wiedzę.

Pani Profesor urodziła się 16 lutego 1939 r. w Poznaniu. W 1956 r. rozpoczęła studia na Wydziale Geologii na Uniwersytecie Wrocławskim, po trzech latach przeniosła się na Wydział Biologii Uniwersytetu Wrocławskiego a w 1960 r. na Wydział Biologii i Nauk o Ziemi UAM w Poznaniu. W 1965 r. obroniła pracę magisterską, poświęconą jej ulubionym owadom – pchłom. Tej grupie owadów poświęciła całe swoje naukowe życie. W tym samym roku rozpoczęła studia doktoranckie w Zakładzie Zoologii Systematycznej… i z tą jednostką naukową związała się na całe dalsze życie (w dzisiejszym świecie naukowej mobilności już chyba nieosiągalne). W 1973 r. obroniła pracę doktorską, poświęconą pchłom polskich Tatr. Praca doktorska zostało opublikowana w czasopiśmie Fragmenta Faunistica. Habilitację uzyskała w 1985 r. Jej praca habilitacyjna uzyskała nagrodę ministra w 1987 r.

Prof. Klara Bartkowska zatrudniona była na stanowisku docenta w latach 1988-1991, a na stanowisku profesora UAM w latach 1991-2005.
Zmarła 23.08.2010 r.

Jej naukowy dorobek obejmuje 46 publikacji, w tym cztery monografie, jak również wiele komunikatów konferencyjnych, ulotnych wystąpień ustnych i nieoszacowana wymiernymi indeksami praca dydaktyczna. Była członkiem kilku towarzystw naukowych, m.in: Polskiego Towarzystwa Zoologicznego (była przez wiele lat członkiem zarządu oddziału poznańskiego), Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”, Polskiego Towarzystwa Entomologicznego (dwukrotnie była wiceprezesem tego). Otrzymała Złota Odznakę PTEnt. Była także czonkiem komitetu redakcyjnego czasopism naukowych, m.in.: „Badania Fizjograficzne na Polską Zachodnią” (od 1994 r.) oraz "Polish Entomological Monographs".

Prof. Klara Bartkowska była wieloletnim kierownikiem Zakładu Zoologii Systmematycznej (w latach 1991-2005). Była promotorem 5 prac doktorskich, recenzentem 4 prac doktorskich i jednej habilitacyjnej (w tym i mojej), 70 prac magisterskich oraz 20 prac licencjackich.

Naukowcy
wspomnienia o innych naukowcach piszą w czasopismach naukowych, np. Baraniak E., Nowosad A., 2010. In memoriam profesor Klara Bartkowska (1939-2010). Polskie Pismo Entomologiczne, 79: 339-334.
  Sensownym miejscem utrwalania zobiektywizowanych i pozbawionych emocji informacji biograficznych są różnego typu encyklopedie, np. Wikipedia  Klara Bartkowska. Ale brak tam miejsca na emocje i być może na to, co najważniejsze.

Dlatego i ja zapalam, swoją wirtualno-blogową świeczkę w Dzień Zaduszny. Coraz więcej będzie takich wspomnień…

(na zdjęciu zapomniany fragment cmentarza w Olsztynie oraz okładka podręcznika do zoologii).