Jak prezentować w inny niż pisany sposób? (relacja z Wrocławia cz. 7.)

babeczki_z_polonistyki Popularyzacja nauki to jeszcze jedna forma komunikacji w ramach literatury faktu. Literatury rozumianej oczywiście w bardzo szerokim sensie, bo jeśli jest to film czy webinarium to przecież nie składa się z liter i pisma jako takiego. Możliwości współczesnej techniki umożliwiają nam opowieści i komunikację na zupełnie nowe i stare, przedliteraturowe sposoby. Z jednej strony jest o poszerzanie wiedzy o świecie, budowanie indywidualnego paradygmatu (modelu świata), ale z drugiej strony jest to także budowanie relacji i więzi między ludźmi.

Podzielam pogląd, że nauka jest elementem kultury. Przywykliśmy do pisanej formy prezentowania treści edukacyjnych i naukowych (czyli także kulturowych). Ale jest to nie tylko nie jedyna, ale i nie najstarsza forma komunikacji międzyludzkiej. Tak zwana popularyzacja nauki (wiedzy) to z jednej strony element kultury współczesnego, wyedukowanego społeczeństwa, a z drugiej coraz mocniej rozwijająca się forma edukacji pozaformalnej. Bo w czasach trzeciej rewolucji technologicznej zmieniają się nam szkoły i uniwersytety. Wymyślamy je na nowo, dostosowując do potrzeb i środowiska kulturowego.

Tytułowe pytanie pochodzi z panelu dyskusyjnego, który odbył się w listopadzie 2017 roku na Politechnice Wrocławskiej (zobacz program debaty). Jak prezentować w inny niż tradycyjny, pisany sposób? A chociażby na Facebooku, na uczelnianych fan page i innych, coraz to nowych, portalach społecznościowych, na których przekaz może odbywać się w formie pisanej ale zbliżonej do kultury słowa mówionego (niczym plotki z kolokwializmami) ale i przez filmy, obrazy, schematy. Nowe, hybrydowe formy, których się dopiero uczymy.

Pojechałem do Wrocławia by podzielić się swoimi przemyśleniami na temat opowieści o tematyce popularnonaukowej (literatura faktu) i zaprezentować punkt widzenia biologa ewolucjonisty. Chciałem podkreślić, że człowiek to istota społeczna, której społeczny mózg kształtował się na długo przed wynalezieniem pisma i literatury. Chciałem także zaznaczyć aspekt dydaktyczny – punkt widzenia promotora (i wykładowcy), bowiem prowadzę seminarium dyplomowe już od kilkunastu lat i z częścią problemów, poruszonych na spotkaniu, borykam się na co dzień, w czasie zajęć ze studentami. Chciałem przekazać swoją wiedzę i czegoś się nauczyć. A teraz w odcinkach spisuję uporządkowaną relację z dyskusji panelowej w Bibliotechu Politechniki Wrocławskiej.

Sporo czasu w dyskusji poświęcono uproszczeniom na blogach. Czy w podążaniu za atrakcyjnością i komunikatywnością stawiać bardziej na uproszczenia czy jednak na ścisłość? Czy można to pogodzić? Da się, ale to wymaga wysiłku. Kto za to zapłaci? Czyli czy liczyć na misję pracowników akademickich czy też zdać się na blogi i portale, utrzymujące się z reklam (a więc w pełni aktywność pozaakademicka)? Niezależnie od tej drugiej możliwości wydaje mi się, że w ramach trzeciej, społecznej misji uniwersytetu pracownicy powinni upowszechniać naukę a nie tylko „gonić” za publikacyjnymi punktami. Przecież utrzymujemy się (pensje i pieniądze na badania) z podatków obywateli. Niech coś do nich w przystępnej formie wraca. Mamy taki moralny i obywatelski obowiązek.

W jaki sposób prezentować w inny niż pisany? I to w sytuacji niedosytu a jednocześnie nadmiaru informacji. Żyjemy w pośpiechu i nadmiarze dopływających bodźców i informacji. Oczekujemy więc, że ktoś za nas przefiltruje z tego szumu rzeczy najlepsze i najważniejsze. Z oczywistych względów kierujemy się ku autorytetom. Tylko jak je znaleźć? Stąd być może społeczne oczekiwanie, że naukowcy będą do nas częściej i przystępniej mówić, pisać, objaśniać. W czasie dyskusji padło pytanie i propozycja zarazem, żeby instytucje naukowe zabierały zdanie w sprawach ważnych społecznie i aktualnie „wałkowanych” w mediach. Tego w zasadzie do tej pory nie było.

Tytułowe pytanie odnosi się także to prezentacji na wykładach, z wykorzystaniem rzutnika multimedialnego i… pokazywania słów na ekranie. W takim kontekście pojawia się pytanie czy prezentacja w Power Poincie to skuteczna droga czy już przeżytek? Niewątpliwie prezentacja multimedialna jest bardzo wygodna (dla wykładającego), bo łatwo ją przygotować, przenieść i zaprezentować (czasem niestety odczytać). Kiedyś wzbudzała zainteresowanie, jako nowość. Ale przez lata spowszedniała. Warto na marginesie przypomnieć, że Power Point to nie jest Power Text…

Na wykładzie z prezentacją (jak i na blogu czy fanpage), trzeba po prostu opowiedzieć ciekawą historię z zakresu literatury faktu, w zależności od sytuacji i kontekstu (do kogo i w jakich warunkach mówimy/piszemy). Z wykorzystaniem mowy, pisma, filmu czy nawet teatru. Czytanie z ekranu jest nudne. Opowiedz, napisz, narysuj, zagraj. Byle ciekawie i z sensem.

A czy pozwalać studentom w czasie zajęć i na wykładach korzystać z telefonów komórkowych? Czy telefony komórkowe przeszkadzają? Wykładowcom i studentom. To może być ich sposób notowania, np. robienie zdjęć ważniejszych treści wyświetlanych na ekranie. Albo poszukiwanie niezrozumiałych słów lub terminów specjalistycznych? Tego nie wiemy. Zakładamy raczej, że nie uważają, że lekceważą i w tym czasie plotkują na „Facebookach” lub za pomocą esemesów. A przecież nie musi to być trafna diagnoza.

W nawiązaniu do nagminnego korzystania z telefonów warto przypomnieć, że studenci teraz mniej czytają. To jednak niezbyt precyzyjna odpowiedź. Mniej czytają w tradycyjnych książkach, ale więcej w nośnikach elektronicznych, w krótkich formach i z dużą liczbą ilustracji. Czyli czytają ale trochę inaczej. Co więcej, teraz więcej osób pisze, nawet przeciętniacy. I dobrze. Ćwiczą się w wypowiedziach. Nie bójmy się tego przesytu. W treningu przeciętniacy stają się wybitni i sprawni. A piszą w innych formach, bardzo krótkich (esemesy, tweety itd.) i z dużą interaktywnością.

Mam do komunikacji międzyludzkiej i tej na wykładach podejście ewolucyjne i rozpatruję w długiej osi zmian w rozwoju Homo sapiens. Najpierw nasi przodkowie przez dziesiątki tysięcy lat żyli tylko w kulturze słowa. Teraz też korzystamy z tej formy, ale znacznie w mniejszym zakresie i nie tylko jako jedynej i wyłącznej. W kulturze mówionej, gdzie informacje zapisywane były jedynie w mózgach poszczególnych osób, niezwykle ważne było zapamiętywanie. Słuchając opowieści lub będąc uczestnikiem wydarzenia pojawia się problem: jak zapamiętać. By za jakiś czas komuś innemu tę zapamiętaną treść otworzyć, przekazać. Z przyczyn li tylko mnemotechnicznych w kulturze słowa pojawił się rym i rytm w poezji, melodia w pieśni, taniec i teatr (ruch i relacje międzyludzkie). A być może malowidła naskalne w jaskini były pierwszy „power pointem” – obrazami, służącymi zapamiętaniu i zilustrowaniu opowieści czy przekazu wiedzy lub opowieści z obrazem otaczającego świata.

Logikę i dramaturgię opowieści wykorzystujemy w części lub całości w referatach, wykładach, panelach dyskusyjnych, dyskusjach. Ale nasi słuchacze mają dodatkowe umiejętności i pamięć zewnętrzną (mogą zanotować, nagrać itd.). Tyle się zmieniło i pewne dawniej ważne i logiczne elementy straciły swój sens. Wiersze straciły rym i rytm bo nie są już niezbędne do zapamiętania treści. Przecież można zapisać…. I do otworzenia wykorzystać pamięć zewnętrzną. Trzeba tylko umieć zakodować a potem odkodować. A notować można przecież nawet rysunkiem…. Albo telefonem komórkowym.

Nie tak dawno w historii ludzkości, ale dawno w stosunku do naszego życia, pojawiło się pismo a potem druk (ułatwienie powielania i rozsyłania zapisanych treści). Początkowo pismo naśladowało wytwory kultury słowa (rym i rytm), z czasem wytworzyło własne, specyficzne i unikalne formy. Mimo ograniczeń w formie komunikacji przywykliśmy i w pełni zaakceptowaliśmy formy pisane w przestrzeni akademickiej z biblioteką w centralnym miejscu uniwersytetu. Publikacja, książka, skrypt, list, publikacja. Słowa układają się linearnie, czasem tylko przerywane ilustracjami. Niekoniecznie ludzki mózg tak pracuje…

Kolejnym krokiem w tej ewolucji kulturowej komunikacji było wynalezienie przekazu na dalekie odległości. Telegraf po raz pierwszy umożliwił przekaz informacji szybszy niż poruszający się człowiek (z informacją ustną czy pisemną). Potem pojawił się telefon, radio, telewizja. Te ostatnie to przekaz masowy z filmem i audycją radiową. Mimo, że te technologie mają już kilkadziesiąt lat to nie weszły jeszcze na trwałe w akademicką edukację (a małymi wyjątkami). A teraz mamy jeszcze nowoczesne technologie z globalnym inetrnetem: kolejna eksplozja zupełnie nowych form… umożliwiających częściowy powrót do dawnych, przedpiśmiennych tradycji: formy hybrydowe, webinarium, czat, wideotransmisja.

I jak w tym nowym świecie ma się znaleźć wykład z prezentacją multimedialną (np. w Power Poincie)? Efekt nowości już minął a czytanie z ekranu do osób piśmiennych i z dostępem do źródeł mija się z celem. Wykładowcy umieszczają tekst na slajdach bo łatwiej im zapamiętać to, co chcieliby przekazać. Wygodne. Ale nie dla słuchacza. Przydałby się jakiś komponent interaktywny, albo „stary” z kultury słowa mówionego, albo nowoczesny z multimediami i interaktywnym internetem. Przecież słuchacze zazwyczaj mają telefony z dostępem do internetu. Prezentacja z komputera jest… czasem tylko elementem rytuały: należy wyjść i coś na ekranie pokazać. Bo tak się robi i robiło. Jeśli jednak wykładowca pomyśli o odbiorcy to bez trudu dobierze odpowiednie formy komunikacji. Oczywiście jeśli ma coś do przekazania… W sumie każdy ma, jeśli tylko zechce nad tym się zastanowić nieco głębiej.

Po co słuchacz ma słuchać? Jak go zmotywować? Otrzyma nowe, oryginalne informacje? Wykładowca występuje w roli strażnik tajemnicy, A może usłyszy nowe interpretacje, nowe hipotezy. A może spotka człowieka z pasją naukową i emocjami?

Jak zachęcić do słuchania nie tylko słowem pisanym? Ucz się, to jest ważne, będzie na kolokwium lub egzaminie? Zaufaj profesorowi/autorytetowi, że to jest ważne i przydatne. Ale studenci nie mają zaufania bo zbyt dużo przypadkowości i niskiego poziomu. Ludzie potrzebują sensu, trzeba go im pokazać. Na samym początku. Mam wiedzę i emituję ją nie patrząc czy i jak dociera? Oprócz prawdziwej wiedzy są i podróbki (zawsze były!), nie ma na 100% sprawności w doborze kadry akademickiej.

Na koniec mała dygresja, odnosząca się do przebiegu debaty. Prowadzący studenci-moderatorzy nie za bardzo pilnowali czasu i paneliści mówili za dużo i z długo. I tu pojawia się dylemat moderatora – dbać o dyscyplinę czasową i w ten sposób zapewnić realizację wcześniej przygotowanego scenariusza, czy pozwolić toczyć się własnym nurtem i godzić się na niezrealizowanie pewnych punktów programu (bo zabraknie czasu)? Dyskusja jest czymś żywym i nie do końca zaplanowanym. Nie zawsze trzymanie się sztywno scenariusza jest dobrym rozwiązaniem. Sam czasami mam takie dylematy, gdy występuję w roli moderatora czy przewodniczącego zebrania. Decyzja jest trudna i na pewno uzależniona od sytuacji.

c.d.n.

Artyści i kujoni w szkole

„Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać.”

Miłosz Brzeziński

Zabiegi, aby pozostać artystą nie są łatwe. Bo artysta ma inne pomysły niż cała reszta i to jest niezwykle cenne w pracy w XXI wieku. Bo artysta jest kreatywny i innowacyjny. W dobrej firmie nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szukać będzie w książkach sprzed 10 lat. Albo jeszcze gorzej, będzie szukał w swojej głowie, odtwarzając wykładowe notatki sprzed 20 lat.

Szkoła często jednak kujonów lubi. Ściślej, dawny kujon lubi młodego kujona, bo nie zadaje pytań, nie zmusza do poszukiwania nowych rozwiązań. Biurokracja lubi pozory, byleby w papierach ładnie wyglądało…

„Mózg nie jest dobry w zapamiętywaniu szczegółów, ale jest dobry w wyciąganiu wniosków”

Miłosz Brzeziński

Szkoła uczy wielu rzeczy niepotrzebnych (w tym kujoństwa). Szkoła wyższa (uniwersytet) także.  A jednoczesnie nie uczy rzeczy niezwykle ważnych w pracy i codziennym życiu. Nie uczy autentycznej pracy zespołowej. Innym przykładem jest taniec. A przecież tańczymy przez całe życie (albo w smutku stoimy pod ścianą lub siedząc przy stole upijamy się wódką). W szkole nie ma już okazji, trzeba uczyć sie poza szkołą, samodzielnie i indywidualnie. Szkoła nawet nie stwarza sytuacji do nauki tańca ( i wielu innych potrzebnych rzeczy, taniec jest tu tylko wyrazistym przykładem). W tańcu można się nauczyć asertywności, empatii, można poprawić kondycję i zyskać na zdrowiu. I jest to coś, co na pewno każdy będzie potrzebował  – a nie wzoru na pole trójkąta, biurokratycznych lekcji patriotyzmu czy analizy jakiegoś wiersza. Chodzi mi o treśc a nie formę. Bo uczymy się wzoru na pole trójkąta i nanalizy wiersza, aby coś rozwiązać a nie dla zapamiętania, wkucia i wyrecytowania na egzaminie.

Ale jeśli chcesz być szczęśliwy, pielęgnuj w sobie artystę. I nie musi to zawodowe śpiewanie, granie na klawesynie czy malowanie. To może być cokolwiek, robione z pasją, autentyzmem i z potrzewy wewnętrzej.

A ja tymczasem wracam do malowania butelek. Tak weekendowo.

Aha, kiedyś trzeba będzie opuścić mury szkoły, takiej czy siakiej. I na co przyda się perfekcyjnie opanowane kujoństwo? Studencie drogi, do Ciebie się zwracam… Sesja sesją, ale idź potańczyć oraz pielęgnuj przyjaźnie. To, co wkuwasz na egzamin (przejść go trzeba, to fakt) niebawem zupełnie nie będzie Ci potrzebne. A przyjaźń i umiejętności interpersonalne zadecydują od Twoich przyszłych sukcesach zawodowych. O szczęśliwym życiu nie wspominając :).

 

Uczenie się w oparciu o kompetencje

W Krajowych Ramach Kwalifikacji mocno akcentuje się kompetencje i zorientowanie na efekty kształcenia. Uczenie się w  oparciu o kompetencje w środowisku nauczycielskim jest już znane i dyskutowane. Warto przytoczyć (przypomnieć) kilka fragmentów (z małymi skrótami, modyfikacjami i dygresjami):

Uczenie się w oparciu o kompetencje wymaga innego niż tradycyjne podejścia do nauczania. W edukacji w oparciu o kompetencje podkreśla się rolę środowiska, w którym zachodzi proces uczenia się, umożliwiającego uczniom (studentom) pełne zaangażowanie (i zbliżenie do realnych warunków a nie sztucznych sytuacji akademickich). Ważne jest więc tworzenie środowiska edukacyjnego, sytuacji edukacyjnych, swoistego całościowego kontekstu.

Znaczące konteksty, w których uczniowie czy studenci odczują przydatność i znaczenie umiejętności, nabywanych w naturalny sposób.
Jest to uczenie się do realnego świata a nie tymczasowych warunków szkoły.

Podejście multidyscyplinarne.

Kompetencje są z natury rzeczy holistyczne, skutkiem czego metody nauczania również muszą mieć charakter integracyjny i całościowy (bo życie codzienne jest całościowe).
Kupując ziemniaki w sklepie w całościowy sposób korzystamy z matematyki, botaniki, języka jako komunikacji itd.

Konstruktywne uczenie się.

Konstruktywne (konstruktywistyczne) uczenie się jest postrzegane raczej jako proces budowania własnej wiedzy w relacji do otoczenia niż absorbowanie wiedzy przekazywanej przez innych. Wymaga aktywności a nie sprawności zapamiętywania. Uczenie się (budowanie własnego systemu wiedzy) skupia się na konstruowaniu modeli, produktów, wytycznych, złotych zasad, relacji i innych namacalnych wytworów. Stanowi to przeciwieństwo procesów kształcenia polegających na przetwarzaniu informacji bez praktycznego wykorzystania wiedzy.

Wspólne, interaktywne uczenie się (między innymi z rówieśnikami, nauczycielami oraz instytucjami – a przecież uniwwersytet to pierwotnie wspólnota uczących i nauczanych – powracamy więc do korzeni).

Zasadniczą ideą przyświecającą edukacji w oparciu o kompetencje jest pomoc uczniom w rozwijaniu i budowaniu ich własnej wiedzy oraz poszukiwanie sposobów optymalnego wykorzystania sprawności innych ludzi w ramach procesu uczenia się.

Współpraca i interakcja są domenami nauki, ułatwiają również uczenie się w innych obszarach. Konieczna jest postawa otwarta, w ramach której nauczanie uwzględnia dialog między studentami i nauczycielami akademickimi w zakresie oczekiwań, potrzeb, celów, itd.

Uczenie się refleksyjne, to nie tylko koncentrowanie się na kluczowych sprawnościach, ale także na samym procesie uczenia się. Refleksja między innymi nad własnymi potrzebami, motywacją, przyjętym podejściem, postępami, wynikami wpływa na rozwój umiejętności (strategii) uczenia się, które można nazwać metakompetencjami.

Osobiste uczenie się. Uczenie się jest procesem konstruowania osobistej wiedzy – budowania własnych modeli na bazie poznawanych modeli i uzyskiwanych informacji. Informacje, wiedza, strategie mają dla jednostki sens o tyle, o ile stają się integralną częścią własnej wiedzy i kompetencji tej osoby. W zakresie nauczania oznacza to, że studenci powinni się identyfikować z kontekstami, ludźmi, sytuacjami i zainteresowaniami istniejącymi w poznawanych domenach nauki.

Źródło

Optymizm jako lekarstwo na depresję i na brak osiągnięć

Idealne społeczeństwo to nie tylko wyselekcjonowani z wysokim IQ (przykładowa literacka krytyka takiej wizji w Pianoli Kurta Vonneguta). Nie tylko wiedza, ale i umiejętność współpracy z innymi, także wartości duchowe i etyczne, sa ważne. To zdolność do rozpoznawania i nazywania swoich emocji, jak i zdolność do rozpoznawania emocji innych (empatia), niezwykle ułatwia rozumienie świata i działania w nim.

Zdolność do relaksacji to najważniejsza umiejętność emocjonalna, której można się nauczyć lub nauczyć swoje dzieci lub swoich podopiecznych… studentów. Uniwersytet powinien być nie tylko magazynem książek, sprzętu laboratoryjnego oraz miejscem, gdzie zdaje się egzaminy i pisze kolokwia. Powinien być przestrzenią w której wychowujemy i stwarzamy dobre warunki do rozwijania umiejętności emocjonalnych.

W kiepskich warunkach ludzie się wypaczają, jak na przykład w czasie ostatniej wojny światowej także i Polacy dopuszczali się zbrodni wobec Żydów (znany efekt eksperymentu psychologicznego z przydziałem ról na strażników i więźniów). Trudno jest nam się teraz z tym zmierzyć. Niech więc uniwersytet będzie wspólnotą, tworzącą dobre warunki do uczenia się pożądanych postaw społecznych, duchowych i rozwijania nie tylko IQ ale i EQ.

Zdolność do relaksacji pomaga kontrolować emocje i wspomaga system odpornościowy (połączenie systemu nerwowego i immunologicznego w organizmie jest już znana). Wiele problemów emocjonalnych spowodowanych jest przez brak (niedostateczna ilość) serotoniny. Pobudzać wydzielanie serotoniny w organizmie można poprzez wysiłek fizyczny (min. 90 minut dziennie, sport tak ważny sport na uniwersytecie! – w zdrowym ciele zdrowy duch), poprzez niskokaloryczną, niskotłuszczowa dietę (posiłki częste, maksymalnie 5 godzin przerwy między posiłkami, a więc jedno, tłuste wieczorne żarcie to zły styl), światło dzienne (spacer poza murami, ławeczki w parku i przestrzeń publiczna w mieście). W końcu sen – brak snu, powoduje spadek o 20% serotoniny w mózgu. Studencie – wyśpij się, a będziesz szczęśliwszy! I qw końcu pobudzanie inteligencji emocjonalnej – tworzenie bajek i ich opowiadanie. Czyli twórczość i fantazja. Bajkoterapia to także budowanie w „wirtualnym” świecie poprawnych relacji i pobudzanie inteligencji emocjonalnej. Trzeba jąa trenować.

Dla chcących więcej polecam książkę Lawrence E. Shapiro „Jak wychować dziecko o wysokim EQ. Poradnik dla rodziców" (2003).

Jakie mogą być relacje student-profesor? Wróg, partner czy obcy?

Parafrazując Ryszarda Kapuścińskiego i jego uwagi, dotyczące postawy w zetknięciu z inną "niższą” kulturą, w odniesieniu do traktowania studentów na uczleniach, można wymienić następujace, możliwe postawy:

postawa belferska (pouczanie, traktowanie studenta jak dziecko),

postawa arystokratyczna (podkreślanie własnej wyższości, chłodny, pogardliwy stosunek do studenta, nastawienie na splendor i rytuał),

postawa ironiczno-kpiarska (traktowanie studenta jako obiektu satyry, jako pajaca, jako półgłówka),

postawa dominacji agresywnej (nacechowana nienawiścią, złośliwością, wściekłością, a przynajmniej niechęcią),

postawa rezygnacji (akceptowanie studenta takim, jakim jest, jednak z przekonaniem, że jest "niższy" i nic się nie da zrobić),

postawa życzliwości (trochę paternalistyczna, ale serdeczna),

postawa partnerska (przyjmowanie studenta jako równego sobie, jako człowieka tak samo poznającego świat).”

Jakie postawy są najczęstsze? A jakie najbardziej pożądane?

Nauka dla oceny czy odpowiedzialność za własny rozwój?

Dyskusja w środowisku akademickim wokół krajowych ram kwalifikacji i budowy programów studiów na bazie efektów kształcenia, skłoniła mnie do refleksji nad ocenianiem za efekty uczenia się. Do ocen przywykliśmy już od szkoły podstawowej, a w kulturze funkcjonują już od dawna. Czym jest ocena i dla kogo ona jest wiarygodną informacją?

W opracowywanym nowym systemie budowania programów studiów istotne jest co absolwent wie i potrafi – mniej istotne w jaki sposób nabył wiedzę i umiejętności. Musimy w ocenianiu (a właściwie walidacji) uwzględnić nie tylko kształcenie formalne, ale także kształcenie pozaformalne oraz uczenie się nieformalne. Jest to skupienie się na efektach uczenia się, a nie na procesie przekazywania informacji. Świat wokół nas gwałtownie się zmienia, ale podstawowe kompetencje pozostają te same: używamy narzędzi (co prawda już nie siekierki kamiennej czy kosy ani liczydła), współpracujemy w grupie, działamy samodzielnie, dbając o swój rozwój osobisty i zawodowy.

Według nowych propozycji to na tych kompetencjach trzeba się skupić a nie na dyktowaniu instrukcji obsługi konkretnego urządzenia. Poza oczywistymi wiadomościami czy umiejętnościami, konieczne będzie zastanowienie się nad kompetencjami czyli m.in. postawami, w tym odpowiedzialności za własny rozwój naszego studenta.

W XXI w. niezwykle ważną jest umiejętność uczenia się i to przez całe życie. Wymaga tego szybko zmieniający się rynek pracy. Bowiem narzędzia i informacje zmieniają się nie tylko w ciągu całego pokolenia, ale już w ciągu kilku lat. Na przykład jeszcze nie tak dawno uczestniczyłem w konferencji, na której przedstawiano płytki CD jako nowinkę technologiczną. Obecnie ta nowinka jest już schodzącą z rynku przestarzałą i niemalże już muzealną technologią. Nie da się więc sensownie zaplanować tradycyjnego kształcenia zawodowego, a jedyną gwarancją stałej zatrudnialności jest zdolność do ciągłego uczenia się. Do tego potrzebna nie tylko sama umiejętność ale i postawa odpowiedzialności (swoisty „silnik” wewnętrzny). Jak mierzyć postępy w nauczaniu? Tradycyjnie służą temu oceny cyfrowe wystawiane w dzienniku szkolnym, w indeksie, na dyplomach. Oceny różnicują uczniów-studentów na tych lepszych i tych „słabszych”, są informacją przy przyjmowaniu na kolejne szczeble edukacji czy w zatrudnianiu pracowników.

Nic dziwnego, że staramy się mieć jak najwyższe oceny. Najłatwiej ocenić wiadomości, trudniej ocenić umiejętności. Zupełnie poza „widocznością” tradycyjnego oceniania znajdują się postawy, w tym odpowiedzialności za własny rozwój. Wiele umiejętności szkolnych przydatnych jest … tylko w szkole. Rywalizujące nastawienie na zdobywanie jak najlepszych ocen skłania do oszukiwania (głównie samego siebie), w postaci ściągania (tym bardziej, że część sprawdzanej wiedzy jest zupełnie nieprzydatna i zbędna), uczenia się rozwiązywania testów, odczytywania intencji wykładowcy-egzaminatora: odpowiedzieć tak, aby być najwyżej ocenionym. Czyli przede wszystkim uczymy się jak zdobyć dobrą ocenę (a nie jak zdobyć wiedzę i kompetencje potrzebne w życiu). Często prymusi – ci, którzy uzyskują najlepsze oceny – nie są lepszymi pracownikami ani nie osiągają sukcesu na rynku pracy. Skąd taki paradoks? Bo w szkole lub na studiach to nauczyciel-wykładowca wskazuje odkąd-dokąd należy się nauczyć. Niejednokrotnie brakuje postawy wewnętrznej odpowiedzialności za własny rozwój i skupieniu się na rozwiązywaniu problemów. Przy postawie odpowiedzialności ocena jest tylko czymś pobocznym, uzyskiwanym niejako przy okazji, stanowi jedynie miernik dodatkowy a nie cel sam w sobie.

Przyzwyczajeni do uczenia się na ocenę, w życiu zawodowym skupieni jesteśmy na „wskaźnikach”. Jeśli obecnie najważniejszą miarą oceny pracownika są publikacje z listy filadelfijskiej, to całą aktywność tam kierujemy. Nauczyciel w szkole eliminuje ze swojej klasy uczniów słabszych lub z deficytami… bo zaniżają mu wskaźniki, a przez to nauczyciel jest gorzej oceniany. Na uczelniach szef (lub kolega z pracy) dopisuje się do publikacji, nie dlatego że czuje się współautorem odpowiedzialnym za wynik, ale żeby zyskać punkty, niezbędne do rozwoju administracyjnego i kariery. Naukowcy przestają uczestniczyć w konferencjach bo… nie ma z tego „punktów” i nie liczą się do awansu. Podobnie studenci dopisują się do sprawozdania (jeden pracuje, inni się dopisują).

Rywalizacja „ocenowa” staje się czymś oczywistym i powszechnym, zapominamy o rzeczach najważniejszych i o istocie uczenia się. Uczymy się przecież nie dla ocen a dla samych siebie, aby umieć rozwiązywać konkretne problemy osobiste, życiowe, zawodowe.

W szkołach wymyślono już ocenę opisową, zastępująca ocenę cyfrową. Na uczelniach wyższych tego systemu dopiero się uczymy, skupiając się uczeniu postaw a nie tylko przekazywaniu informacji. Ocena cyfrowa jest w jakimś stopniu walidacją umiejętności i kompetencji a nie oceną czasu i wysiłku prowadzącego zajęcia. Czy będziemy potrafili skupić się na studencie i jego rozwoju, czy też tylko na wskaźnikach i własnych ocenach? Czy będziemy wzmacniali trendy przynoszące sukces naszym podopiecznym i inwestowali w ich przyszłość? Od tej dyskusji nie uciekniemy w czasie dyskusji wokół budowy programów studiów na bazie efektów kształcenia.

Ocena jest jak lustro: przeglądając się w lustrze widzimy czy i jak daleko jesteśmy od stanu pożądanego. Ale jeden chce mieć jasny garnitur, inny chce ubrać się na sportowo. Nie ma więc jednej miary i jednego wzorca. Ocena ma charakter kontekstowy – ważne w jakich okolicznościach stawiana, czyli jakie kryteria stosował oceniający.

Metafora akuszera prawdy


"Każdy z nas miał z pewnością jakiegoś wychowawcę. Co mu zawdzięcza? Myślę, że nie odbiegnę od prawdy, gdy powiem: przebudzenie. Najpierw szliśmy przez życie, nie wiedząc, o co naprawdę w życiu chodzi, jakby w półśnie. Głos wychowacy wyrwał nas z tego snu. Resztę trzeba już było zrobić samemu. Sokrates porównywał pracę wychowacy do zabiegów położnej, która pomaga matce przy porodzie. Dzięki pracy wychowacy rodzi się w duszy człowieka jakaś prawda. Prawda ta staje się siłą człowieka. Wychowaca prawdy tej nie stwarza, jak połóżna nie stwarza dziecka. On tylko pomaga, dolączając do wysiłków człowieka swój wysiłek. Mimo to jego pomoc okazuje się często niezbędna – cenna, jak cenne jest ludzkie życie."

ks. Józef Tischner

Dobrze to oddaje preferowana przez mnie wizje nauczyciela akademickiego i uniwersytetu. Mozna odwołac się także go modelu "nauczyciela ignoranta" w sensie koncepcji pedagogicznej.