Zmrocznik przytuliak z Uroczyska Deresze

DereszeWiele par oczu potrafi zobaczyć więcej niż jedna para, nawet specjalisty. Dlatego rozwija się nauka obywatelska. To znaczy – wykorzystanie wiedzy i aktywności tak zwanych wolontariuszy. Mogą oni być w wielu miejscach jednocześnie, obserwować, dokumentować i przesyłać dane do ośrodków naukowych. Z dużej liczby danych, nawet obarczonych niedokładnością czy drobnymi błędami, można wykonać bardzo ciekawe analizy. Sam jestem zaskoczony informacjami, jakie pojawiają się w komentarzach i w korespondencji, w nawiązaniu do opublikowanych na blogu krótkich informacji przyrodniczych. Mimo że nie jest to żadna zorganizowana akcja udało się zebrać sporo interesujących informacji o zasięgu występowania niektórych gatunków owadów i roślin – widać przesuwanie się granic zasięgów.

Przykładem niech będzie zdjęcie gąsienicy motyla, które wykonano w Uroczysku Deresze (okolice wsi Giławy na Warmii). Wystarczy zwykły aparat fotograficzny, zintegrowany z telefonem komórkowym. Gąsienica zwróciła uwagę swoim nietypowym wyglądem i ubarwieniem. Nie trudno było ją rozpoznać, wystarczyło sięgnąć do entomologicznych książek – to, że akurat gąsienica jakiegoś zawisaka, to było widać na pierwszy rzut oka. Wystarczyło sprawdzić którego. Osobiście nigdy tego gatunku w terenie nie widziałem – jedynie namalowałem na butelce, bo niezwykle urokliwy.

Na górnym zdjęciu (fot. Katarzyna Przedwojewska) gąsienica zmrocznika przytuliaka (Hyles gailii syn. Celerio galii), motyla (nocnego, czyli ćmy) z rodziny zawisakowatych (Sphingidae). Dolne zdjęcie, już z postacią dorosłą, także jakiś czas temu otrzymałem (od pani Magdy Markiewicz z Motylarni w Marcinkowie k. Mrągowa). Ale niestety zbyt długo leżało w „szufladzie”. Tym sposobem jednocześnie opisuję znaleziska larwy i imago rzadkiego gatunku.

Zmrocznik przytuliak (podobny do niego jest zmrocznik wilczomleczek, znacznie częstszy i łatwiejszy do zaobserwowania) jest gatunkiem holarktycznym, czyli o szerokim zasięgu występowania. Występuje w całej Polsce. Jest jednak gatunkiem stosunkowo rzadkim, dlatego nie często jest widywany. Gąsienice żerują na wierzbówce kiprzycy (Chamaenerion angustifolium) oraz na przytulii pospolitej (Galium mollugo) i przytulii właściwej (Galium verum). Nazwę gatunkową motyl wziął od rośliny, przytulią zwanej, a nie od przytulania. Jeśli już to przytula się roślina. A zmrocznik – bo to typowy motyl nocny, aktywny o zmroku. Poza wymienionymi roślinami gąsienice czasami żerują także na innych gatunkach roślin zielnych.

13427848_1176582589061317_5097959965885545915_nDorosłe motyle można spotkać od początku maja do początku lipca, a jeśli występuje drugie pokolenie to także w sierpniu i połowie września. Gąsienice spotkać można od lipca do października (uwzględniając drugie pokolenie). Gąsienice żerują o zmierzchu i za dnia, w nasłonecznionych miejscach: przy rowach przydrożnych, przy torach i na łąkach. Spotkać je zatem można na śródleśnych łąkach, zrębach, nasłonecznionych stokach, parkach, ogrodach oraz przy drogach i torowiskach.

Przepoczwarczenie następuje w czasie zimy, w oprzędach na ziemi lub płytko pod jej powierzchnią.

Motyle dorosłe (imagines) latają w słoneczne dni i o zmroku. Samce przylatują do samiczek także w godzinach popołudniowych (co odróżnia je od innych zawisaków z grupy sphinksów).

Bibliografia:

Buszko Jarosław, Atlas motyli Polski. Część II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki, Warszawa 1997.

Heintze Jerzy, Motyle Polski, atlas, część pierwsza. Warszawa 1990

Zmrocznik przytuliak (wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Zmrocznik_przytuliak

Motyle z papieru

motylezpamieru2Współczesne obcowanie z przyrodą w XXI wieku jest inne niż kilkadziesiąt lat temu. Żyjemy w miastach. Częściej widzimy ją w… ekranie telewizora, komputera czy na kartach książek. Nie jest więc tak lokalna i fenologiczna tak jak kiedyś. Jest bardziej globalna. Nawet dalekie jest bliskie. A egzotyczne może być to, co na pobliskiej łące. Całkiem inaczej niż w czasach mojego podwórkowego dzieciństwa. Bo łatwiej w telewizji zobaczyć amerykańskie motyle.. i to o każdej porze roku.

Znajoma z dziećmi wycinała motyle z papieru. Przeróżne i kolorowe. Pełna fantazja i…różnorodność, wynikająca z dostępnych materiałów. Edukacyjna zabawa z dziećmi i okazja do opowieści o świecie.

A czy tak kolorowe bywają nasze, rodzime gatunki. A i owszem.

Białe bielinki, polowiec szachownica, Żółte szlaczkonie, cytrynek latolistek czy nawet paź królowej. Prawda, że i nazwy są cudne? W sam raz do zabawy z dziećmi. Niebieskie są modraszki i mieniaki tęczowce. A czerwone? Są i czerwone… czerwończyki, kilka gatunków. I zielone są, np. zieleńczyk ostrężyniec. Fioletowy jest pazik dębowiec. O czarnych i brązowych nie wspominając, tych jest wiele. Do tego przeróżne wzory ubarwienia. Gatunków tak dużo, ze na kilka lat opowieści by starczyło. Znacznie trudniej wypatrzyć je w środowisku naturalnym.

Jest więc różnorodność biologiczna lokalnie bogata i zróżnicowana. Żeby ją zobaczyć, trzeba wyjść na spacer i uważnie się przyglądać. Ale potrzebna też jest wiedza, by dostrzegać to co się widzi. I dostrzegać znacznie głębszy kontekst przyrodniczy. Czyli widzieć to, co niewidoczne.

Zamyśliłem się o wiośnie i przyrodzie, bo dostałem zadanie: opracować pomoce dydaktyczne (to znaczy projekt) dla przedszkola. By opowiadać o przyrodzie w różnych porach roku. Ale o jakiej fenologii opowiedzieć: o tej, która jest poza miastem i pamiętam z dzieciństwa, czy o tej, którą widzą i doświadczają współczesne przedszkolaki? W tych rozmyślaniach konsultuję się z najbardziej kompetentnymi osobami: młodymi mamami i przedszkolankami. One wiedzą więcej, o co teraz pytają małe dzieci i jak widzą przyrodę…. na przykład w mieście. Bo chciałbym opracować te pomoce bardziej dla dzieci… niż dla siebie i swoich wspomnień.

Dzieci są inspirujące. Uczą nas inaczej patrzeć na to, co codziennie mijamy.

Pawice czyli wiedza w głowie kontra umiejętność szukania informacji

pawiceKształcenie opiera się na przekazywaniu informacji i wiedzy. To drugie to coś więcej niż suma wiadomości, to system pojęć i relacji między nimi. Najczęściej nazywamy tak definiowaną wiedzę rozumieniem. I nie łatwo to sprawdzić w teście czy kolokwium. Jak poznać po pracy pisemnej, podającej informacje, że odpytywany rozumie a nie tylko pamięta?

Przez tysiąclecia uczenie się było jednak zapamiętywaniem i ćwiczeniem rozumienia zapamiętanej wiedzy. Liczyło się przede wszystkim to co w głowie. Z czasem wynaleziono pismo. I wiedza gromadzona była nie tylko w głowach ludzi ale i w książkach i czasopismach. Do umiejętności dialogu z drugim człowiekiem (bo w taki sposób odbywa się transfer wiedzy z jednej głowy do drugiej) doszła umiejętność odszukiwania informacji w bibliotekach. Już nie sztuka zadawana pytań ale sztuka przeszukiwania katalogów, czasopism i półek bibliotecznych.

Umiejętność szukania staje się niezwykle ważna. Ale bez własnej wiedzy (nie tylko wiadomości ale i rozumienia) trudno zadać trafne pytanie drugiej osobie czy odnaleźć potrzebną informację w coraz to większych zasobach bibliotecznych. Teraz doszedł internet, który zbliżył nas do wiedzy zapisanej w plikach. Nadmiar informacji, nadmiar „książek” do przeczytania. Do tego szalony postęp w przyroście wiedzy i wiadomości przy szybkim dezaktualizowaniu się różnych informacji. Jeszcze nigdy ludzie nie mieli tak łatwego dostępu do tak ogromnego repozytorium wiedzy. Dzięki mobilnemu internetowi z dowolnego miejsca możemy przeszukiwać zasoby całej ludzkości. Zagubić się łatwo. Bo co z opasłej encyklopedii gdy się czytać nie umie? Tylko ozdoba na półce.

To czego teraz uczyć na studiach? Wiadomości (faktów), rozumienia tych informacji, szukania potrzebnych informacji czy korzystania z własnej wiedzy? Najpewniej wszystkiego, tylko w odpowiedniej proporcji. W zasadzie skupiamy się na przekazywaniu wiedzy i odpytywaniu, a wyszukiwania informacji studenci uczą się sami. Na przykład moje sposoby wyszukiwania informacji, których nauczyłem się na studiach i na początku mojej pracy naukowej…. są teraz mało przydatne. Sam do biblioteki dużo rzadziej chodzę… W zasadzie sporo uczę się od własnych studentów (nauczeństwo jako metoda pedagogiczna). Zatem edukacja (kształcenie) to przede wszystkim potrzeba tworzenie dobrej przestrzeni edukacyjnej i wspólne odkrywanie tajemnic świata. Jest to kwintesencja uniwersytetu, tyle że zmieniły się sposoby odkrywania.

Rok temu, na zajęciach z autoprezentacji, wymyśliłem termin nauczeństwo dla opisania sytuacji, w której od dawna się znajdujemy nie tylko na uniwersytetach. W tym roku kolejny raz przedmiot ten (tym razem pod nazwą prezentacje publiczne) realizuję w formie zgrywalizowanej (gamifikacja). O powodach napiszę kolejnym razem. Teraz skupię się na umiejętności poszukiwania informacji w XXI wieku, czyli co jest potrzebne studentowi a ja nie potrafię ich tego jeszcze dobrze nauczyć (staram się jedynie stworzyć dobre warunki edukacyjne – stąd elementy grywalizacji).

Rozgadałem się literami (bo jak można gadać, gdy się pisze?), pora przejść do meritum. Kilka dni temu otrzymałem przez Facebooka powyższe zdjęcie wraz z zapytaniem „co to jest”. Czasami dostaję takie różne zapytania, kierowane do specjalisty. A portale społecznościowe umożliwiają zupełnie nowe formy komunikacji i… edukacji pozaformalnej. Gdy zobaczyłem rzeczone zdjęcie, przypomniały mi się różne obrazy – sięgnąłem do już posiadanej wiedzy, zgromadzonej przez lata we własnej głowie (pamięci, w neuronach). To jest najprostsze i najszybsze. Obraz skojarzył mi się z kokonem chrząszczy wodnych z rodziny kałużnicowatych (Hydrophilidae), konkretnie kałużnicy. Kilka lat temu coś podobnego widziałem w czasie badań w Delcie Wisły. Przypomniałem sobie, że widziałem też w książce. Starym zwyczajem zacząłem szukać w domowym księgozbiorze. Ale nie znalazłem (dopiero po kilku dniach). Bo nie pamiętałem gdzie (w której książce). Pierwszy ślad więc już był. W korespondencji dopytywałem się o kolejne szczegóły. Zdjęcie pochodziło z Florydy, a więc fauna tamtejsza dla mnie nie jest znana (pomijając fakt, że całej krajowej przecież też nie znam). Może to jakieś amerykańskie kałużnicowate? Ale na drzewie? Nie zgadzało się siedlisko. Chyba, że jak u niektórych chruścików jaja składane są nad wodą, by wylęgające się larwy spadały wprost do zbiornika wodnego (siedlisko życia). Przyroda w swej różnorodności jest niesamowicie zaskakująca.

Kolejnym pomysłem, wynikającym z już posiadanej wiedzy i doświadczenia terenowego, było skojarzenie z kokonami pająków. Sam widziałem u knapiatka (Knapiatek, latarnia wróżki czy odwrócony kieliszek ?).  Wielkość i kształt się nie zgadzały, ale przecież to inny kontynent, inna fauna. Więc może poszukiwać wśród pająków? Autorka zdjęcia pisała, że jej kojarzyło się z kokonem modliszki. Jak to wszystko sprawdzić? Zacząłem szukać w Google, wpisując j kluczowe słowa i wybierają obrazy. Kilkanaście minut poszukiwań nie dało zadowalających rezultatów. Kształt przypominał trochę poczwarkę motyla – rusałki osetnika, ale inne szczegóły się nie zgadzały, więc nie szukałem wśród poczwarek.

Pora na grywalizację. Poprosiłem o pomoc studentów, formułując zadanie dodatkowe. Czy chciałoby im się szukać, gdybym poprosił w tradycyjnej formie na zajęciach? Czy fabuła grywalizacyjna miała znaczenie motywacyjne? Trudno mi to teraz rozstrzygnąć (szukam odpowiedzi już od roku). W każdym razie zebrałem wszystkie informacje i ze zdjęciem umieściłem jako zadanie dla chętnych: „Taki o to list ze zdjęciem otrzymałem: Nie jest to sprawa śmierci i życia a jedynie kompletnej niewiedzy ( i 3 wspólnych znajomych). Jedyne info jakie mam to, że „owo” coś ma rozmiar ok 1,7 na 2,5 cm i niekoniecznie jest mieszkańcem Polski. Zdjęcie jest z Florydy. zagadki wciągają… Z opisu wiadomo tylko jakie „to” ma rozmiary, że częścią kokonu jest suchy liść i że zdjęcie zrobione było na Florydzie. kokon wisi w pobliży wody, jeziora.”

I studenci szybko znaleźli. Zaczęły pojawiać się odpowiedzi. Ale ja doprecyzowałem, że ma być z dowodem i argumentacją. Czyli nie jak na kolokwium udzielić poprawnej odpowiedzi (przecież sam jej nie znałem) ale jak w autentycznym rozwiązywaniu zagadek naukowych (i nie tylko naukowych) – z uzasadnieniem (przekonaniem, dostarczeniem potwierdzających linów i zdjęć). Zadane otwarte z nieznaną odpowiedzią: nie trzeba zgadywać co prowadzący ma na myśli i jakiej oczekuje odpowiedzi.

Najpewniej studenci na początku tak jak ja szybko szukali w swojej pamięci podobnych obrazów lub zjawisk (wiedza już posiadana). A potem zaczęli szukać z wykorzystaniem internetu (zadawać pytania „specjalistom”). I poszło im to znacznie lepiej niż mi. Zapewne wiedzę entomologiczną oraz doświadczenia (zaobserwowane w przyrodzie obiekty) mam większą. Ale oni szybciej i sprawniej dotarli do właściwych informacji w przepastnym internecie. Wynika, że potrafią lepiej zadawać pytania „wujkowi Google” – w komunikacji internetowej są sprawniejsi ode mnie. A przecież to ja mam ich uczyć komunikacji naukowej. No tak, uczę ich. Ale wszystkiego nie wiem. Zwłaszcza w zakresie nowej rzeczywistości, której nie było wcześniej. Uczymy się jej razem. A cyfrowi tubylcy wiedzą nierzadko więcej. I potrafią swą wiedzę zastosować w praktyce.

Na początku pojawiły się sugestie odnoszące do pająków, np. Anna P. „Nephila clavata – Długość samicy wynosi od 17 do 25 mm, a samca ok. 7 mm. Ciało tego gatunku pająka jest w kolorze żółtym i granatowym, odnóża w żółto-granatowe pasy, jedynie karapaks jest barwy białej. Na spodniej stronie odwłoku znajduje się czerwone ‚znamię’. Jesienią samce spędzają czas na pajęczynie samicy w celu kopulacji. Samica składa kokon na ogół ukryty na drzewie, z którego wykluwa się około 400-1500 młodych pająków. To jedyny dowód jaki posiadam.” Damian M. „Może to tygrzyk paskowany (Argiope bruennichi)?”. Mariola P. „Ja obstawiam Heteropoda venatoria”.

Potem pojawiły się pomysły na różne motyle, Przemysław M. „A może to Eumaeus atala? Michał P. „W pierwszym momencie pomyślałem o mrówkach tkaczkach, ale nie zgadza się ani rozmiar kokonu ani miejsce jego znalezienia. Następnym skojarzeniem był Araneus dimidiatus, pająk budujący gniazdo w skręconych liściach. Ostatecznie jednak, po chwili poszukiwań, zdecydowanie stawiam na ćmę Io (Automeris io), występującą na Florydzie i budującą takie właśnie kokony. (…) Skoro potrzeba dowodów, to oto dowody. Zasadniczo po samym kokonie ciężko jest na sto procent określić, jaki to gatunek, lecz bez wątpienia jest to kokon ćmy z rodziny Pawicowatych (Saturniidae). Nie jestem już aż tak bardzo pewien czy to akurat Automeris io, ponieważ rozmiar kokonu może być nieco za mały, ale w każdym razie jest to jakiś jego krewniak”.

Do wypowiedzi dołączone były zdjęcia i linki do artykułów i zdjęć. link 1, link2, itd.

A jak szukali?

Przemysław M. „Najpierw klasycznie – prawy przycisk myszy na zdjęcie i opcja „szukaj obrazu w Google”. No ale niestety się nie udało. No to trzeba było pokombinować. Najpierw wyszukiwałem „kokony motyli”, potem „motyle na Florydzie”, wpisywałem wymiary ciała dodając wyraz kokon w języku angielskim, kolejno „kokony liść”, „kokony Floryda”, coś mnie naszło, żeby sprawdzić jak wygląda kokon modliszki (bo akurat przeglądając zdjęcia w Googlach natknąłem się na jej zdjęcie), skoro modliszki to i karaczany, „owady Florydy”. Przez pewien czas skupiłem się na pająkach, później znowu „owady Floryda”, i z polską i z angielską, „kokony drzewa”, „Allegro” (chwilowe zwątpienie w sukces). Wpadłem na pomysł, że skoro szukałem motyli to czemu ominąłem ćmy. „Ćmy kokony”, „Ćmy Floryda”, po parę kombinacji tych samych sformułowań i po polsku i po angielsku, aż dziwnym zrządzeniem losu natrafiłem na stronkę powyżej.”

Facebook jako narzędzie komunikacji? A czemu nie, można prowadzić dialog on-line, kształcenie ustawiczne, e-learning i kształcenie pozaformalne, ale także uzupełniać komunikację typowych, tradycyjnych zajęć.

A nad grywalizacją muszę jeszcze popracować. I swój pomysł dopracować. Na razie to prototyp, który testuję wspólnie ze studentami. Poznajemy i odkrywamy.

O szlaczkoniu sylwetniku co z kawiarni do kawiarni naukowej inspirację przenosi

szlaczkonSzlaczkoń sylwetnik  namalowany na butelce ma w pewnym sensie wymiar symboliczny. Podarowany został w olsztyńskiej kawiarni na dobry początek kawiarni naukowej w Lidzbarku Warmiński, która niebawem najpewniej rozpocznie działalność.

Opowieść zaczniemy od szlaczkonia, namalowanego na butelce. To samiec, bo samiczka jest inaczej ubarwiona, mniej żółtego – więcej białego koloru ma na skrzydłach. Tak wyraźny dymorfizm nie u wszystkich gatunków motyli (czy owadów w ogóle) jest widoczny.

Szlaczkoń sylwetnik (Colias crocea) to motyl z rodziny bielinkowatych. Częściej widujemy u nas podobnego do niego szlaczkonia siarecznka (Colias hyale) . Warto przy okazji dodać, że z tego rodzaju w Polsce występuje kilka gatunków. W dawnych ksiązkach nosi polską nazwę długolotek, krzewnik, listkowiec, odłogowiec, szlaczkoń.

Szlaczkoń sylwetnik jest motylem wędrownym, potrafiącym fruwać na dalekie dystanse i można go spotkać w biotopach nietypowych dla tego gatunku (pojawia się tam, gdzie się nie rozwija). W sprzyjających warunkach pojawia się w całej Europie, nawet na kilka lat. Występuje jednak w ciepłych rejonach Europy i Afryki (wybrzeża Morza Śródziemnego), w Azji (zasięg aż do Afganistanu). W Polsce nie ma osiadłej populacji (przynajmniej nie było bo wraz ze zmianami klimatu wszystko może się zdarzyć). Gatunek ten pojawia się sporadycznie, w sprzyjających okoliczności pogody i klimatu a także dynamiki migracji. Liczebność tego motyla uzależniona jest od liczby przylatujących migrantów. Można się tu pokusić o dygresję , że przyroda ma także swoich migrantów. Nie wiem, czy sylwetnik stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla naszej przyrody.

Szlaczkoń sylwetnik jest gatunkiem ubikwistycznym, spotykanym na otwartych terenach (także na odłogach, stąd polska, dawna nazwa). Roślinami żywicielskimi są: koniczyna (różne gatunki), lucerna, cieciorka pstra, komonica zwyczajna. Spotkać go można na polach jak i terenach ruderalnych z roślinnością wczesnosukcesyjną, na torowiskach kolejowych, przydrożach. Ale w czasie przelotów spotkać go można nawet wysoko w górach. W dogodnych warunkach w ciągu roku mogą rozwinąć się aż trzy pokolenia, a dorosłe motyle fruwają aż do początków listopada.

Butelka też ma swoja historię. Przywieziona została z Sycylii przez młodego naukowca (przywieziona z oryginalną zawartością!), który był tam na letniej szkole matematycznej. W jakimś sensie rzeczona butelka odbyła więc podróż podobną do migracji szlaczkonia sylwetnika. Po ozdobieniu motywem entomologicznym… powędrowała do Lidzbarka Warmińskiego, do Oranżerii Kultury.

Butelka podarowana została w czasie dyskusji w kawiarni. A rozmawialiśmy o potrzebie powstania kawiarni naukowej w Lidzbarku Warmińskim. I taka inicjatywa najpewniej w tym roku zaistnieje, jako kawiarnia naukowa i edukacja pozaformalna, w połączeniu z wystawami oraz wykładami o przyrodzie, malowaniem kamieni, wycieczkami przyrodniczymi i … dyskusjami filozoficznymi. Myślę, że będzie jeszcze okazja i w Lidzbarku o motylach i innych owadach opowiedzieć. Mam nadzieję, że już niebawem.

O chrząszczach, motylach i wróżbach andrzejkowych

kamienie_i_owady

Jak bardzo szybko zmienia się świat wokół nas widać po andrzejkowych wróżbach. Niezależnie od tego czy rozpatrujemy te wróżby jako zabobony i świat mitologiczny czy jako zabawę towarzyską, a więc małe wydarzenie kulturalne, to odbija się w nich obraz świata, który nas otacza. Kiedyś była to przyroda, rośliny, zwierzęta. Na przykład dawniej na Warmii w andrzejkowy wieczór wróżono z chrząszczy: „Poszukiwano w ziemi chrząszczy! Błyszczący oznaczał, że przyszły wybranek będzie wojskowym, biały – młynarzem, a czarny – kominiarzem. Po kształcie odgadywano też, czy będzie zamożny, czy biedny.” (Izabela Treutle, Andrzeju, daj mi męża… )

Dzisiaj owadów (takich z chityny i hemolimfy) obok siebie tak często nie widujemy, bo żyjemy w innym środowisku. Zastanawiam się jakie to chrząszcze mogły być wykorzystywane w andrzejkowych, warmińskich wróżbach, czyli co w pobliżu wiejskiego domu mogło się wróżącym pannom nawinąć pod rękę. Błyszczące to mogły być niektóre gatunki biegaczy (Carabidae) – te rzeczywiście gdzieś na ziemi, w polu, czy ogrodzie można spotkać. Podobnie z czarnymi chrząszczami bo i takie są gatunki wśród biegaczowatych. Błyszczące mogłyby być bogatkowate (Buprestidae), lub inne próchnojady z rodziny żukowatych (Scarabeidae), np. kruszczyca złotawka i inne, podobnie zielonometaliczne. Ale te ostatnie dwie rodziny związane są raczej z drewnem i drzewami. Jakoś z ziemią można je powiązać, przynajmniej leśną. Czarnych owadów w drewnianej, wiejskiej chacie (i obejściu: stodole, oborze, chlewie) możnaby spotkać dużo więcej, zarówno z kózkowatych (Cerambycidae) jak i czarnuchowatych (Tenebrionidae). Przecież nie muszą być żywe (a więc mogły zachować się z okresu letniego czy wczesnowiosennego, leżąc martwe gdzieś w kącie.). Białych chrząszczy – jako dorosłych (stadium imago) – to nie znam. Ale larwy chrząszczy są zazwyczaj białe (przynajmniej te żyjące w glebie czy próchnie), poczynając od pędraków, które w ziemi znaleźć na pewno można. Pozostaje tylko pytanie co dawniej za chrząszcze uważano. Czy larwy też były uważane za chrząszcze? Przecież inaczej wyglądają. I czy tylko chrząszcze? Bo na przykład całkiem współcześnie powstały pomnik chrząszcza w Szczebrzeszynie jest pasikonikiem. Owady były wokół nas na co dzień. Sam pamiętam z babcinej wiejskiej chaty.

I jeszcze jedno pytanie ciśnie mi się na klawiaturę: czy ówczesne panny wiedziały gdzie odpowiednich chrząszczy szukać – bo wiadomo, że szczęściu warto pomóc. Jeśli marzyłby się jakiś młynarz zamożny, to znając przyrodę łatwiej go sobie wywróżyć. I jak poznać czy wróży bogatego czy biednego męża? Bo tłustości i kształtach?

Owady do wróżenia wykorzystywane były nie tylko jesienią, ale i wiosną. Na Polesiu dawniej wierzono, że jak wiosną zobaczy się pierwszego motyla białego (to musiałby być jakiś bielinek, zimujący w stadium imago), to wróży on urodzaj na krowie mleko. Jeśli natomiast żółtego (inny motyl z tej samej rodziny – latolistek cytrynek), to wróży urodzaj na miód pszczeli (Latolistek cytrynek – podwójny śpioch i zwiastun wiosny)

Bielinki wydają się pospolitymi motylami, wszystkie pospolicie nazywamy bielinkami kapustnikami (bo zapewne coś ze szkoły pamiętamy). Tymczasem pospolitsze są inne, np. bielinek rzepnik (Pieris rapae), który jest mniejszy od bielinka kapustnika, rozpiętość skrzydeł waha się w granicach 42-46 mm. Motyl ten należy do rodziny bielinkowatych (Pieridae). Na wierzchołku (krawędzi) przedniego skrzydła znajduje się czarna plamka. Czarnych plamek jest więcej – u samca na skrzydłach występują jeszcze dwie plamki, u samicy – trzy. Spód tylnego skrzydła jest żółtawy z czarnym przyprószeniem a żyłki nie wyróżniają się od tła. Motyle pokolenia wiosennego i letniego nieco się różnią w ubarwieniu – wykształceniem ciemnych plam i stopniem przyprószenia czarnymi łuskami.

Bielinek rzepnik występuję w lasach, zaroślach, sadach, ogrodach, terenach ruderalnych, na polach, miedzach. Jest liczny i powszechny w całej Polsce i Europie. W górach występuje do wysokości 2 000 m n.p.m. Występują 2-3 pokolenia w ciągu roku. Dorosłe motyle pojawiają się już na początku kwietnia i są obecne aż do czerwca. Wiosenne pojawienie się dobrze nadaje się na wróżby, o czym same motyle z pewnością nie wiedzą. A i dzisiaj, rolnik pracujący na polu w klimatyzowanej kabinie swojego wypasionego ciągnika raczej przyrody nie dostrzega. Przynajmniej tych malutkich owadów. Wróćmy do bielinka rzepnika – kolejne pokolenie pojawia się w lipcu. Możemy je obserwować do września, czasem jeszcze w październiku. Zimuje w stadium poczwarki.

Gąsienice – koloru matowo zielonego z jasnymi bokami i jednym jasnym pasem – żerują na roślinach z rodziny krzyżowych (Cruciferae), w szczególności na kapuście, na pieprzycy (Lepidium sp.), gęsiówce (Arabis sp.), czosnaczku, nasturcji oraz na rozedzie (Roseda sp.). Gąsienice mogą wyrządzać szkody na polach kapusty oraz w ogrodach, gdzie zjadają nasturcje. Gąsienice pierwszego pokolenia żerują na roślinach dziko żyjących, natomiast gąsienice drugiego pokolenia chętnie i często żerują na uprawach. Bielinek rzepnik występuje w Europie, północnej Afryce, strefie umiarkowanej w Azji. Gatunek został zawleczony do Ameryki Północnej i Australii.

Współcześnie owady znamy bardziej z ilustracji i telewizji. Nawet jak w ramach towarzyskich spotkań wykonujemy transfer owadów na kamienie (na zdjęciu takie właśnie spotkanie w Dywitach), to często są to ilustracje owadów tropikalnych. Przyrodę bardziej znamy z internetu niż ze swojego sąsiedztwa. Być może w ramach odtwarzania warmińskich tradycji narodzi się zwyczaj wróżenia…. z wykorzystaniem kamieni, na których będą ilustracje chrząszczy. Trzeba tylko teraz stworzyć propozycję atrakcyjnych zawodów potencjalnych i pożądanych mężów. Bo współczesne panny raczej nie marzą o młynarzy czy kominiarzu. W każdym razie pomysł na zabawę towarzyską jest taki: najpierw spotykać się na zajęciach z rękodzieła (malowanie lub transfer owadów na kamieniach) a potem rozmaite wróżby. I jeszcze konieczne jest przypisanie różnym gatunkom owadów (lub tylko chrząszczom) zawodów wymarzonych mężów….. Pomijając fakt, ze współczesne panny tak nie spieszą się z zamążpójściem tak jak dawniej… Może więc i element zamążpójścia trzeba we wróżbach z bioróżnorodnością w tle zmienić?

A czegóż życzyć by sobie chciały współczesne dziewczyny i kobiety?

Szkolne lektury z butelkami w tle – przywracanie wartości

czytanie_przasnysz_1Malując butelki, czasem wyszperane ze śmietnika, leżące w lesie czy jeziorze, przywracam im wartość (subiektywną). Jeszcze raz spoglądamy na ten sam przedmiot, ale już z innej perspektywy. Dostrzegamy nie bezwartościowy śmieć, szpecący polską przyrodę, lecz surowiec do dalszej pracy. A potem ozdobę lub sztukę użytkową: niecodzienne opakowanie do nalewek, soku, wazon na kwiaty, pojemnik na zioła itd.

Pamiętacie lektury szkolne? Czasem wspominamy je sympatycznie, czasem jako nudną katorgę (więc zamiast czytać lepiej skorzystać ze streszczeń i opracowań). Mają dać nam wspólną płaszczyznę kulturową. Ale pamiętamy tylko to, co nasze dziecięce, uczniowskie oczy zdołały dostrzec. Niejednokrotnie nie były to nasze odkrycia tylko powielane, nieciekawe, przebrzmiałe fascynacje dawnych pokoleń. I Ameryka odkrywana po raz setny. Nuda….

Do lektur szkolnych wróciłem kilka lat temu. A to za sprawą e-booka, zaopatrzonego we wszystkie szkolne lektury, który dostałem wraz z nagrodą za popularyzację nauki. Urządzenie okazało się wygodne w podróży i w łóżku (przedsenne czytanie). Małe i lekkie. W przeciwieństwie do domowego regału zmieści się w e-booku znacznie więcej książek. Nie ma problemu z miejscem na rozrastającą się domową bibliotekę.

I zacząłem czytać te same książki co kiedyś. Te same lektury, ta sama czytająca osoba… ale zupełnie inne treści (refleksje, spostrzeżenia) do mnie docierały! Dostrzegałem inne szczegóły, inne akcenty. Jakbym czytał inną książkę. Czytałem przez pryzmat zupełnie innych doświadczeń życiowych i aktualnych problemów, właściwych dla wieku mocno dojrzałego. O wartości dzieła nie przesądza ono samo lecz także doświadczenie i wiedza czytającego. Poznanie ma charakter systemowy. Podobnie w nauce: nie ma gołych, obiektywnych faktów. Postrzegamy je przez pryzmat paradygmatu i większej całości jaka jest już w naszej głowie. Do obserwacji wiec potrzebne są nie tylko przyrządy badawcza ale i teoria (paradygmat), wiedza już posiadana. Obserwacje modyfikują tę naszą wiedzę, czasem mocno przeorganizowując wewnętrzny system wiedzy. Zmieniają system… ale nie pojawiają się na bezludnej pustyni…

Warto więc sięgną po rzeczy „wyrzucone”, zapomniane, odłożone w kąt na półkę. Przeczytać ponownie i dostrzec dawniej niewidoczne treści, konteksty, które posłużą do innych interpretacji. A wspólne czytanie to także budowanie więzi. Odkrywanie ich na nowo. Przecież wspólne, narodowe czytanie organizuje się nie dlatego, że część jest analfabetami. Są bowiem rzeczy, które znacznie przyjemniej robić wspólnie. Odkrywać nowe wartości w zapomnianych lekturach jak i nowe wartości w małej wspólnocie.

Za sprawą biblioteki w Przasnyszu moje malowane butelki towarzyszyć będą tegorocznemu, narodowemu czytaniu. Bibliotekarze w Przasnyszu wybrali z Lalki Bolesława Prusa rozdział „Jak wygląda firma J.Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek?”. I wpadli na pomysł, że jako jednym z elementów wystroju wnętrza będą właśnie moje malowane butelki. Po butelki przyjechali ponad 100 km.

Narodowe czytanie przez szkło butelki. Niecodzienne asocjacje, także w kontekście malowania kamieni w czasie Festiwalu Filozofii i w Olsztynie. Tworzenie więzi przez sztukę oraz przez wspólne czytanie w miejscu publicznym. Biblioteki się zmieniają, to już nie są tylko magazyny z książkami do wypożyczenia, to coraz bardziej kulturotwórcze miejsca spotkań i życia społecznego. Odkrywanie kulturotwórczej roli tych miejsc dzieje się na naszych oczach. Spotkania w realu tu i teraz, ale i spotkania przez przestrzeń i czas, za pośrednictwem książek. A teraz i Internetu. Zupełnie nowe więzi i relacje w cyfrowym społeczeństwie epoki trzeciej rewolucji technologicznej.

I na koniec mała dygresja. Lektury często wydają się nudne (gdy czytamy w szkole). Bo ile razy można czytać kryminał, gdy znamy zakończenie? Nic nie ma już do odkrycia? Ale możemy poszukać dodatkowych niuansów i coś jeszcze odkryć? Ale nie po 10. czy 100 razach czytania! Tak jak z „odkrywaniem” fotosyntezy czy Ameryki. Dawne pokolenia przeanalizowały lektury w tę i z powrotem. Nuda. Można od razu sięgnąć do streszczeń i opracowań? To nauczyciel musi być twórczy, przecież to uczniowie odkrywają po raz pierwszy dla siebie. Kluczem jest ciekawość nauczyciela (zaraźliwa, przekazywana za pomocą prawdziwych emocji), zarówno przy analizowaniu (odkrywczym) lektury jak i fotosyntezy. To jego kondycja, ciekawość i zaangażowanie są kluczowe dla szkoły. To nauczyciel musi twórczo umieszczać w nowym kontekście czasów i problemów atrakcyjnych dla współczesnej młodzieży. Warto więc inwestować w nauczycieli, by byli wypoczęci i mieli dobre wsparcie. I tego im życzę w nowym roku szkolnym.

A że kształcenie ustawiczne i pozaszkolne jest znakiem czasu, to narodowe czytanie lektur jest nie tylko edukacyjne dla nas samych, ale i może być mądrym wsparciem szkoły. Twórzmy sytuacje edukacyjne i środowisko edukacyjne. Nie pozostawiajmy szkoły i nauczycieli samych w trudnym dziele edukacji i tworzenia wspólnych, ogólnonarodowych podstaw kulturowych. Byśmy mieli o czym ze sobą rozmawiać. I byśmy chcieli.

Fot. Miejska Biblioteka Publiczna w Przasnyszu

czytanie_przasnysz_2

O dukatach co na drzewach w Barczewie spotkać można

czerwoczyk_dukacikOstatnio Barczewo porównano do Los Angeles…, bo w herbie ma dwa anioły. Ale żeby dukaty rosły na drzewie? W sumie to nie dukaty a dukaciki i nie rosły tylko przysiadły na liściu. Bo o motylu będzie to opowieść. O czerwończyku dukaciku.

W czasie fotospaceru  w Barczewie, w lipcowe wczesne popołudnie, zobaczyłem czerwono mieniącego się motylka, co na chwilę przysiadł na liściu kasztanowca. Z początku myślałem, że to czerwończyk nieparek. Motyl był daleko a aparat, który akurat miałem w ręku, nie mógł zrobić dobrego zbliżenia. Dopiero w domu się przyjrzałem. Nie było charakterystycznych czarnych kreskowatych plamek, a więc nie mógł być to czerwończyk nieparek. To samiec czerwończyka dukacika.

Czerwończyk dukacik (Lycaena virgaureae) należy do rodziny modraszkowatych (Lycaenidae). Samiec ma skrzydła z wierzchu w kolorze złocisto-czerwonym – stąd to porównanie do złotego dukata. Po bokach widoczna jest czarna obwódka. Przepiękny.

Owady dorosłe spotkać można od początku czerwca do połowy sierpnia. Typowym środowiskiem są śródleśne łąki, polany, skraje lasów. A ja go spotkałem w małym miasteczku, w Barczewie. Nad rzeczką, wśród kasztanowców. Na zdjęciu widać także ślady zerowania innego motyla – to szrotówek kasztanowiaczek (Cameraria ohridella). Te ślady to brązowe plamy na liściach kasztanowca. W środku są małe gąsienice, minujące (czyli jak górnik, drążące małe korytarze) liście. Ale wróćmy do czerwończyka.

Czerwończyk dukacik to gatunek palearktyczny (zawsze można sobie wygooglać i sprawdzić, gdyby ktoś nie wiedział co oznacza gatunek palearktyczny lub Palearktyka). W Polsce można go spotkać w całym kraju, jakkolwiek Marcin Sielezniew i Izabela Dziekańska w książce o motylach dziennych zaznaczają, że jest rzadziej obserwowany w centrum kraju oraz na terenach zabudowanych lub intensywnie użytkowanych rolniczo. Barczewo to małe miasteczko, więc nie trudno z okolicznych łąk zalecieć motylom do miasta. Tym bardziej, że to motyl, który łatwo przemieszcza się na duże odległości. Owady dorosłe czerwończyka dukacika przez cały dzień szukają kwiatów z nektarem. Nocują gromadnie w wyższej roślinności. Samce są terytorialne. W osłoniętych i nasłonecznionych miejscach ustanawiają swoje „rewiry”. Tam czekają na samiczki. Zaplemnione samiczki nie mają ochoty na kolejne, zbędne amory. Aby uniknąć naprzykrzania się ze strony samców, kryją się na spodniej stronie liści. Samiczki są mniej kolorowo ubarwione.

Gąsienice żyją na szczawiu zwyczajnym (Rumex acetosa) i szczawiu polnym (Rumex acetosella). Tam ich można szukać od marca do czerwca.

Ale w Barczewie już wcześniej pojawił się czerwończyk…. Na kamieniu. Namalowany przez Annę Wojszel.  Teraz sobie leży przed Galerią Synagoga. Niżej fantazyjny chruścik (już mojego autorstwa). Chruścików tez na pewno sporo jest w Barczewie bo to i dwie rzeczki i staw młyński.

Tak, małe warmińskie miasteczka mają swoje urokliwe tajemnice. Trzeba tylko uważnie patrzeć. I powoli spacerować. Jak to w cittaslow.

11745462_10206298104284865_5374344739604458654_n

A zawisak to ćma czy motyl?

zawiska_tawulec_2Język potoczny nie zawsze pokrywa się z klasyfikacją naukową. W życiu codziennym zachodzenie na siebie pojęć, różnorodne ich stosowanie, po prostu nam nie przeszkadza. Bo różny jest kontekst użycia jak i różne potrzeby. Nauka porządkuje pojęcia, klasyfikuje i systematyzuje by komunikacja była możliwie precyzyjna, bez żadnych niedomówień. Na styku języka potocznego i naukowego dochodzi do zabawnych nieporozumień. Bo są zwierzęta, ptaki, ryby owady… W tym znaczeniu zwierzęta ograniczane są do ssaków. Podobnie z zawartym w tytule pytaniu czy zawisak to motyl czy ćma. Bo w języku potocznym są motyle i ćmy.

W języku naukowym motyle to nazwa rzędu Lepidoptera, łuskoskrzydłe. Ćmy, czyli motyle nocne są motylami. Na dodatek samo pojęcie „ćma” jest nieostre – niektóre motyle nocne aktywne są w dzień. I na dodatek mają różne plany budowy, kształty, czasem odbiegając od naszego stereotypu ćmy. Entomolodzy więc systematykę rozbudowali znacznie bardziej dokładnie, ale w życiu codziennym używamy z powiedzeniem określeń ćma i motyl.

Skąd nazwa zawisak? Najpewniej od sposobu fruwania i pobierania pokarmu przez owady doskonałe – niczym koliber zawisają w powietrzu przy kwiecie i trąbką spijają nektar. Ponieważ znacznie więcej o przyrodzie wiemy z telewizji, a w telewizji w filmach przyrodniczych pokazują kolibry, to widząc coś podobnego za oknem czy w ogródki, zdaje się nam, że widzimy kolibry na Warmii i Mazurach. Wielokrotnie zwracano się do mnie z podobnym zapytaniem, czy to możliwe, żeby w Olsztynie (lub okolicach) żyły kolibry.

A na zdjęciach zawisak tawulec (Sphinx ligustri), który kilka dni temu zaobserwowany był w Wójtowie pod Olsztynem (zdjęcia – Beata Jakubiak). Owad jest duży, rozpiętość skrzydeł może dochodzić nawet 12 cm. To już duże zwierze. Wzbudza zainteresowanie i podziw nawet, gdy siedzi nieruchomo. Zawisak tawulec jest prawie tak duży jak zmierzchnica trupiagłówka.

Zawisak tawulec podobno jest gatunkiem pospolitym, jednakże łatwiej spotkać w przyrodzie gąsienice. Są zielone z „kolcem” na końcu odwłoka i ukośnymi białymi z elementami ciemniejszymi (fioletowymi) – pasami na całym ciele. Zaniepokojone gąsienice przyjmują pozę obronno-odstraszającą: pozycję sfinksa (podobnie jak gąsienice zmierzchnicy trupiej główki) – unoszą i esowato wyginają przednią część ciała. Dorosłe motyle (stadium imago) spotkać można od maja do lipca. Czasem występuje drugie pokolenie w roku. A czasem poczwarka zimuje dwa razy – cykl życiowy wydłuża się o rok. W przyrodzie nic stałego, zawsze się znajdą jakieś wyjątki i anomalie. Czasem, te anomalie przynoszą sukces rozrodczy – bo „trafiają” na anomalie przyrodnicze (lepiej przespać rok w ziemi niż trafić na zupełnie nieodpowiednie warunki i nie przeżyć). Gąsienice zawisaka tawulca spotkać można od lipca do września, żerują na liściach bzu, ligustru, śnieguliczki, jesionu, klonu polnego, kaliny, tawuły (od tego krzewu pochodzi nazwa gatunkowa) i forsycji. Na zimę zakopują się w ziemi, gdzie następuje przeobrażenie w poczwarkę. Zimują w stadium poczwarki. Po przepoczwarczeniu na wiosnę pojawiają się owady doskonałe. Zawisak tawulec jest gatunkiem palearktycznym, występuje w całej Polsce.

Jest niewątpliwie pięknym motylem. Maluję go właśnie na butelce, zainspirowany zdjęciem. Ale kusi mnie, by pojechać do Wójtowa i na dużym kamieniu namalować zawisaka tawulca. Niech by był widoczny dla wielu i w ciągu dnia. I niech miejscowi wiedzą jak cudna otacza nas bioróżnorodność. I o tym, że zawisak jest jednocześnie ćmą i motylem.

zawiska_tawulec_1

O tym jak gryzuń zamieszanie na tarasie wywołał

nastroszpolpawikOwady, zwłaszcza te duże, wywołują w nas uczucie zaniepokojenia, niezwykłości, czasem strachu i odrazy. Są jakieś takie obce. Jako bezkręgowce mają zupełnie inny plan budowy, w niczym do nas nie są podobne. Co innego z kręgowcami – każde małe kaczątko, kociątko, jeżątko wywołuje u nas odruch sympatii i czułości. A młody owad, na przykład taka larwa czy gąsienica motyla, czy wzbudza chęć pogłaskania, przytulenia? Gdy więc spotkamy dużego, nietypowego owada, jakiegoś „owadomotykla”, to zaraz dzwonimy do telewizji (czytaj Owadomotyl czyli nastrosz topolowiec jako nocna moczytrąbka). Albo wrzucamy na jakiś portal społecznościowy i szukamy wyjaśnienia.

Tak też zrobiła Katarzyna Enerlich, gdy o poranku na swoim tarasie zobaczyła coś wielkiego-niezwykłego. Cyk zdjęcie i prośba o pomoc „Taka sytuacja u mnie na tarasie, pomóż! Zidentyfikuj!” A skoro zostałem wywołany do tablicy, to sięgnąłem do książek. Od razu widać, że to para motyli przyłapana in flagranti (gwoli ścisłości, ani przestępstwa nie było ani nijakiej zdrady małżeńskiej, ot owady tak mają). Widać, że jakieś zawisaki (Sphingidae). Ale żeby rozpoznać gatunek, trzeba było sięgnąć do książek.

Po ubarwieniu tułowia i pierwszej pary skrzydeł uwiecznione na zdjęciu motyle (ćmy) wydały mi się nastroszem półpawikiem. Poprosiłem o jeszcze jedno zdjęcie. I już wątpliwości nie miałem. Było widać charakterystyczne pawie oko na drugiej parze skrzydeł. Fakt, motyl duży, rozpiętość skrzydeł dochodzi prawie do 8 cm (7-7,8 cm). A tu jeszcze dwa, więc wielkość zwielokrotniona. Nietypowe skrzydła dodają odrobiny niesamowitości. Emocje uzasadnione. A na dodatek przygodny turysta nie wie czy to groźne czy nie (przecież pierwszy raz w życiu widzi).

Nastrosz półpawik (Smerinthus ocellatus) zwany jest też gryzuń półpawik. Nastrosz to pewnie od kształtu skrzydeł. Półpawik – to od plam na skrzydłach drugiej pary, przypominających pawie pióra. Ale dlaczego gryzuń? Motyle (dorosłe) przecież nie gryzą, mają trąbkę, którą spijają nektar. Gryźć może jedynie gąsienia, pięknie ubarwiona na zielono z „kolcem” na końcu odwłoka. Gryzie oczywiście rośliny, bo jest roślinożerna. Gąsienice żerują od lipca do września na wierzbach, czasem na brzozie, jabłoni, gruszy, czeremsze, kalinie koralowej i topoli. Na zimę zakopują się w ziemi, gdzie następuje przepoczwarczenie. Owady dorosłe można spotkać od połowy maja do końca lipca. Jak na motyle nocne przystało żerują głównie nocą. A najczęściej spotkać je można w sadach, ogrodach, lasach liściastych i mieszanych, parkach oraz nadrzecznych zaroślach.

Nastrosz półpawik jest gatunkiem pospolitym w Polsce, ale ze względu na nocny tryb życia raczej go nie widujemy. Dlatego spotkanie z tym przepięknym zawisakiem wywołuje takie emocje i sensacje. Nastrosz dawniej lokalnie nazywany był także: lśniook, pawik, pawik nocny, półpawik, slniok, gryzuń, zmrocznica.

Po co mu te pawie oczy? Wcale nie do ozdoby, ale żeby przestraszyć. Po rozpostarciu skrzydeł nagle ukazują się… oczy. A skoro oczy to pewnie jest tu jakieś duże zwierzę, ptak (sowa) lub jakiś drapieżny ssak. Takie oczy mogą wystarczyć małego, owadożernego amatora nastrosza półpawika. Oczywiście pod warunkiem, że jest kręgowcem (ten drapieżnik).

Para nastroszy w miłosnej pozie przetrwała do wieczora – tak przynajmniej relacjonowała Katarzyna Enerlich. Nie wiem, czy swoimi wyjaśnieniami uspokoiłem mrągowską pisarkę, ale się starałem. Owad duży ale nie groźny dla człowieka, nie ugryzie, szkód w domu i obejściu nie na robi. Co najwyżej spije trochę nektaru. Ale to wszytko nocą, gdy domownicy śpią i nic nie widzą.

(Oba zdjęcia autorstwa Katarzyny Enerlich)

10341678_906906362710113_3533493623765027527_n

Poziomkowa Krasna Pani z Puszczy Białowieskiej

krasopanigasienicaPrzeglądając zdjęcia z Puszczy Białowieskiej, wykonane kilka lat temu, natknąłem się i na tę śliczną gąsienicę. To krasopani poziomkówka. Zatem krasna czyli piękna pani. Bo zaiste motyl dorosły jest piękny, zwłaszcza jak rozpostrze skrzydła. Wtedy widać nie tylko dostojny rysunek czarnych, z białymi i żółtymi plamkami, skrzydeł, ale i drugą parę, przepięknie czerwoną i z czarnymi plamkami na brzegach. Krasny to zarazem i piękny i czerwony. Motyl jest tak urokliwy, że już malowałem go na butelkach (zdjęcie niżej). Ale jak widać na wyżej załączonym zdjęciu gąsienica (czyli larwa) też jest prześlicznej urody. Motyl średniej wielkości, rozpiętość skrzydeł 4,8-5,4 cm. W Polsce spotykany na terenie całego kraju ale lokalnie.

Krasopani poziomkówka może być uznana za gatunek charakterystyczny (w sensie dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego) dla naszego regionu. Po pierwsze ma rozmieszczenie europejskie, po drugie preferuje lasy i tereny podmokłe. Jest więc w jakimś sensie wspomnieniem dawnej puszczy Prusów oraz mocno uwodnionego Pojezierza Mazurskiego. A poza tym jest piękna i zmienna w ubarwieniu, przez co symbolicznie nawiązuje do naszej warmińsko-mazurskiej wielokulturowości.

Gatunek występuje w dwu zasadniczych odmianach barwnych, najczęściej spotykamy okazy typowe z czerwonym zabarwieniem skrzydeł drugiej pary. Ale występują też takie z żółto zabarwionymi. Ta forma jest rzadsza i nazywana flava. Zmienny jest także układ plam i połysk skrzydła – może być zielonkawy, niebieskawy lub fioletowy. Zwiększa to jeszcze zróżnicowanie w ubarwieniu. Niektórzy entomolodzy na podstawie zmienności ubarwienia wyróżniają podgatunki, np. Panaxia dominula pompalis występuje w dolinach alpejskich otwartych na południe.

Dorosłe motyle pojawiają się w połowie czerwca i obserwować można je jeszcze przez cały lipiec. Niby ćma ale aktywna za dnia. Spotkać je można w pobliżu zbiorników wodnych. Loty godowe samców odbywają się w słoneczne dni przy ciepłej i bezwietrznej pogodzie. Występuje jedno pokolenie w roku. Gąsienice pojawiają się już w sierpniu. Zimują i obserwować można je do końca maja. Mnie się udało zrobić zdjęcie w kwietniu, w Puszczy Białowieskiej, kilka lat temu. Przepoczwarczenie odbywa się na ziemi. Poczwarka jest czarna (od czarnego do czerwono-czarnego ubarwienia) z luźnym, białawym oprzędem.

Motyle są płochliwe i nie łatwo je zaobserwować. Aktywne są zarówno w dzień jak i w nocy (przylatują do światła). Najłatwiej zobaczyć tego ślicznego motyla, gdy idąc przez las przypadkowo wypłoszymy go z roślinności, w której się skrywa. O tej porze roku to tylko larwy spotkać można. Trudniej je wypatrzyć ale nie są tak płochliwe i nie potrafią szybko uciec. Łatwiej więc zrobić zdjęcie. Dorosłe motyle (a w zasadzie ćmy, bo zaliczane są do motyli nocnych) latają w ciągu dnia, gdy świeci słońce, głównie późnym popołudniem, szukając kwiatów, a w nocy przylatują do światła jak na ćmy przystało.

Krasopani poziomkówka (Callimorpha dominula synonim Panaxia dominula) znana jest także pod nazwami: niedźwiedziówka krasopani, krasa, moźnica (te dwie ostatnie to nazwy używane w XIX w.). Krasopani poziomkówka to motyl z rodziny niedźwiedziówkowatych (Arctidae). Nazwa rodziny wzięła się zapewne od mocno owłosionych gąsienic. Poziomkowa Krasna Pani (że ją tak poetycko nazwę) spotykana jest w miejscach wilgotnych, w podmokłych lasach, nad strumieniami, na polanach z jeżynami i pokrzywami. Preferuje więc siedliska ciepłe, wilgotne i prześwietlone (m.in. lasy łęgowe i olsy). Gatunek spotykany lokalnie, w miejscach występowania często liczny. W górach występuje do wysokości 2 500 m. Występuje w całej Europie, aż po Kaukaz, ale rozmieszczenie ma wyspowe i rozproszone. Nie występuje w Irlandii, Szkocji i Holandii. Miejscami występuje pospolicie i licznie, w innych rzadko i nielicznie.

W młodości, czyli w stadium gąsienicy, krasopani poziomkówka odżywia się roślinami runa, są polifagami. Gąsienice spotkać można na pokrzywie, roślinach z rodziny wargowatych (np. na jasnocie), niezapominajce, jaskrze, poziomkach a także na krzewach maliny i wiciokrzewie.

Dorosłe, mają dobrze rozwinięte narządy gębowe (co odróżnia je od większości innych niedźwiedziówek, u których ssawka jest zredukowana), służące do pobierania nektaru. Na kwiatach siada by spijać nektar, natomiast na wilgotnej ziemi by napić się wody. Ani z butelki plastikowe, ani z kranu. Tak po prostu, jak nasi przodkowie, prosto z ziemi.

krasopanibutelka

Źródła:

  • Heiko Bellmann „Owady”, Multico, Warszawa 2007.
  • Jarosław Buszko „Atlas motyli Polski. Cześć II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki.” Warszawa 1997.
  • Jerzy Heintze „Motyle Polski, atlas część pierwsza”, WSiP, Warszawa 1990.
  • Ivo Novak „Motyle”, Warszawa
  • Erazm Majewski, „Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich”, 1894 r.
  • Helgard Reichholf-Riehm, „Motyle” (seria leksykon przyrodniczy), GeoCenter, Warszawa 1996.
  • Jiri Zahradnik „Przewodnik Owady”, Warszawa 1996.