Fake news w księgarni

18836960_10211760759927842_2319900695250898447_oPowszechne jest narzekanie, że w internecie jest mnóstwo złych informacji, kłamliwych, niedobrych fake newsów. A już na pewno na portalach społecznościowych. Lepiej nie zaglądać? Tyle tylko, że internet i jakiś tam Facebook jest taki jak my sami. To lustro, w którym odbija się nasza natura. Co innego książki, te to są poważne, wiarygodne itd. Czyżby?

W ubiegłym tygodniu zaszedłem do księgarni. Już się przyzwyczaiłem (ale nie zaakceptowałem!) do tego, że na półce z książkami o fizyce i astronomii leżą książki o astrologii… Obok książek popularnonaukowych leżą książki o UFO i innych fantastycznych andronach. I niby to wszystko tak samo wiarygodne…

Ale tym razem zajrzałem na półkę z książkami historycznymi. Lubię historię i szukałem czegoś dla siebie. Między książkami historycznymi (naukowe i popularnonaukowe) zobaczyłem pozycję o rodowodzie Słowian. Sięgnąłem z ciekawością, bo spodziewałem się czegoś nowego. Nowych ustaleń, nowych faktów. Przeglądając spis treści oczy otworzyły mi się szeroko. Moja wiedza historyczna jest na tyle podstawowa, żeby zareagować zdziwieniem… na pochodzenie Słowian od Atlantydy. Imperium Ariów i Wielka Lechia. Przecież to są bzdury, pełna fantastyka! Jeśli takie pozycje leżą na półce tuż obok innych książek historycznych, to jest to zwyczajnie fake news! Gdybym nie zajrzał do spisu treści, to bym kupił… A jeśli kupi to i przeczyta ktoś niewyrobiony, z wiedzą podstawową jeszcze początkującą? Zapewne potraktuje jako fakty… przecież w książce tak napisali. I to historycznej. Pełna mimikra.

Nie mam nic przeciw tego typu literaturze. Skoro są czytelnicy, to niech sobie będzie. Ale w księgarni nie powinny być wymieszane książki popularnonaukowe z fantazją i beletrystyką czy ezoteryką. Jest to ewidentne oszukiwanie kupujących. Czym się to różni od wymieszania faktów z faktoidami w internecie? Niczym. Czytelnik musi sam odróżnić prawdę od fantazji i ewidentnego fałszu. Czy to w księgarni, czy to w internecie. Tu mała dygresja. Niedawno byłem w Sopocie. Zaszedłem do tamtejszego Empiku. Dużo książek popularnonaukowych, na osobnej półce. Bez wymieszania. Czyli można. Wymaga tylko wiedzy od księgarzy co sprzedają.

Wróćmy do fake news. Towarzyszą nam od tysiącleci. Były jeszcze przed internetem i przed papierowymi książkami. To zwykła plotka. Błędne informacje powtarzane w dobrej wierze (bo sensacyjne, niezwykle) jak i ewidentne kłamstwa by wywołać odpowiednią reakcję. Zatem kłamstwa, manipulacje czy zwykłe historie spiskowe, miejskie legendy towarzyszą nam od tysiącleci. Czym innym są oczywiście historie zmyślone – literatura fikcji. Tworzymy opowiadania wiedząc, że jest to fantazja, by opowiadać ciekawe historie. Nie powinniśmy jednak mylić gatunków: literaturę fikcji i literaturę faktu. Historia jest historią, legenda jest legendą a fantazja jest fantazją.

Internet nie jest wolny od manipulacji i fake news. Musimy nauczyć się odróżniać fantazję od relacji i faktów. Tak jak nasi przodkowie musieli uczyć się reagować na plotki. Nie na darmo powstało przysłowie „lepiej roznosić wszy niż plotki.” Wszy są dokuczliwe i roznoszą choroby. A z przysłowia wynika, że plotki dla społeczeństwa są jeszcze bardziej szkodliwe.

Budka telefoniczna, ciem-na strona wójtowa i… ewolucja człowieka

19145711_10211855853785129_5095532999428229395_nBędzie to krótka opowieść o książkach, dzieleniu się i ewolucji człowieka. O budce telefonicznej także będzie (choć już poznikały z naszych ulic). Chcecie poznać tę opowieść? To czytajcie dalej.

Skończyłem czytać „Człowiek – biografia” Robina Dunbara. Fascynująca lektura o nowych hipotezach, dotyczących ewolucji człowieka i genezy języka. Książka warta szerszego omówienia. Tymczasem ograniczę się do zdawkowej relacji.

Dunbar analizuje behawior hominidów i człowieka. Zaczyna od więzi w „stadzie”- grupie hominidów i przyczynach powstawania większych grup (m.in. ochrona przed drapieżnikami i wewnątrzgatunkową konkurencją innych hord). Więcej osobników to większy stres. Iskanie jest jednym ze sposobów budowania więzi i niwelowania negatywnego stresu (wydzielanie endorfin). Tyle tylko, że pojawia się dylemat: jeść czy iskać? Czyli konflikt między potrzebą zdobywania pokarmu i budowania więzi (relacji) w grupie. Czas nie jest z gumy, coś za coś. Ewolucyjny wynalazek, najpierw śmiechu, a potem muzyki i w dalszej kolejności języka, umożliwił Homo sapiens budowanie liczniejszych więzi przy mniejszym nakładzie czasu. A liczniejsza grupa pokonać może inną hordę i wytworzyć więcej kontaktów, skutkujących innowacyjnością i nowymi technologiami. Ewolucja języka zaczyna się wg Dunbara od śmiechu. Potem pojawiła się muzyka: pieśń i taniec. A w końcu język i opowieści, budujące więź. Dundar pisze także o religii, umożliwiającej tworzenie dużych społeczności. Wspomina także o nieceniu ognia i kulturotwórczej roli wspólnego posiłku.

Tyle w telegraficznym skrócie. Ja do tego dodałbym internet i Facebook jako nową formę budowania więzi w jeszcze liczniejszej grupie. Ale to już inna opowieść, na inną okazję.

Jest więc książka i społeczna ewolucja człowieka. Pora na ćmy z Wójtowa. Ciemna strona podolsztyńskiego Wójtowa to w zasadzie… opowieść o ćmach z Wójtowa (Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa).  Opowieść tocząca się w internecie. Ale zaczęła się od spotkań w realu i malowania kamieni. I będzie kontynuacja w postaci półki bookcrossingowej w starej budce telefonicznej oraz o czytaniu na trawie. Nie będzie to pierwsza, wiejska półka bookcrossingowa (przykład z Kurzętnika), ale wielce sympatyczna.

Stowarzyszenie „Wspólne Wójtowo” zaprasza w dniu 24 czerwca o godz.16:30 mieszkańców i gości na uroczyste otwarcie Wymiennikowni Książek w Wójtowie, umiejscowionych w budkach telefonicznych na placu zabaw oraz na boisku leśnym. Projekt „Uwolnij książkę w Wójtowie” współfinansowany jest przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Olsztynie. Świętowane będzie także 10-lecie Stowarzyszenia „Wspólne Wójtowo”. Na okolicznościowym torcie, przedstawiona będzie historia działalności stowarzyszenia. Wójtowanie proszą o przyniesienie książek do Wymiennikowni. Czytaj więcej o wydarzeniu: http://dziedzictwo-kip.blogspot.com/2017/06/uroczyste-otwarcie-wymiennikowni.html

I ja tam będę, bajkę o żabie moczarowej przeczytam, kamienie pomaluję i noc świętojańska świętował będę.

Na zdjęciu wyżej: czytanie bajki kamishibai na miejskim skwerze. Znakomity pretekst by porozmyślać o ewolucji człowieka, kultury i formach budowania więzi.

Będzie opowieść, będzie wspólne jedzenie, będzie muzyka. Będzie więc budowanie więzi i dzielenie się wiedzą (opowieściami słownymi i zapisanymi w książkach).

Bajki w zielonych sukienkach, w sam raz na Dzień Ziemi

malowane_kamieniaDobre bajki są mądre w swej treści. Fabuła jest tylko przykrywką dla prawd ogólnych. Są bajki dla dzieci i są bajki dla dorosłych. Czasem dla jednych i drugich ale każdy dostrzega nieco inne treści. Dzieci skupiają się na fabule, dorośli na prawdach ogólnych. Bo patrzą przez pryzmat doświadczenia i już posiadanej wiedzy. Kiedyś były bajki o smokach, księżniczkach, rycerzach, miłości i przygodzie.

Zmieniło się nasze otoczenie i na Dzień Ziemi, przypadający 22 kwietnia, szczególnie gorąco polecam „Bajki w zielonych sukienkach” autorstwa Anny Mikity. O czym są te bajki? O oszczędzaniu, odpowiedzialności, o współczesnych problemach ludzi i zdewastowanego środowiska. O świecie widzianym oczyma dziecka ale ważnym dla dorosłych. Patrząc na skalę bezmyślnej wycinki drzew, ton nieposegregowanych odpadów, zaśmieconych jezior i lasów, o bioróżnorodności w mieście i poza miastem, takie bajki są nie tylko aktualne ale i niezwykle potrzebne. Do niedawna jeszcze bajki Anny Mikity były w zestawie lektur szkolnych. W nowych propozycjach już nie ma….

Przeczytałem „Bajki” z dużą przyjemnością. Zawierają aktualne problemy „ekologii” (stąd te tytułowe zielone sukienki). Czyli tego, czego ewidentnie w naszych społeczeństwie obecnie bardzo brakuje. Wadą książeczki, wydanej przez MAC w 2016 r., są trochę za małe litery (jak dla dzieci) i miejscami tło utrudnia czytanie niewprawnemu oku. Ale ta wada jest zaletą, bo mobilizuje dorosłych by czytali dzieciom bajki. Ważne ze społecznego punktu widzenia. A także sami dorośli przypomną sobie treści, o których na co dzień zapominamy.

Na olsztyński Dzień Ziemi zapraszam do księgarni, na Bookfest 2017. W godzinach 16.00-18.00 spotkać będzie można Autorkę „Bajek w zielonych sukienkach” i przy okazji pomalować kamienie. I ja się dołożę ze swoimi opowieściami o przyrodzie w mieście.

Na fotografii wyżej jest jeden z takich malowanych kamieni. Leży na skwerze przy ul. Starej Warszawskiej. Pomalowałem go w ubiegłym roku. Jak widać służy zabawie i edukacji 

program_BF

 

Nigdy za mało miejsca na książki w domu…

16473807_10210692791629302_5658595578921923419_nNałogowi alkoholicy mają wszywany esperal (nazwa leku, stosowanego w leczeniu alkoholizmu, umieszczanego pod skórą pacjentów). A co powinni wszywać sobie nałogowi czytelnicy? Gdy w domu nie ma już miejsca na nowe książki, a każda wizyta w księgarni grozi zakupem kolejnej ?

Ostatnio byłem w księgarni po odbiór książki, którą żona wcześniej zamówiła. Wszedłem więc do tego miejsca wodzącego na pokuszenie. Książek wartych przeczytania było wiele. Podobno w Polsce średnio codziennie wydawane są dwie książki… Nie oparłem się jednej, mimo że kusiło kilka. Od dawna nie mamy już miejsca w domu na kolejne książki. Obiecałem żonie, że do czasu remontu nie będę już kupował książek. A jednak, zostałem skuszony skutecznie. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz… 

Z opresji książkomaniaka wybawiła mnie urocza książniczka (pani, pracująca w Książnicy Polskiej!), wystawiła pisemne zaświadczenie z pieczątką i treścią, że „nigdy za mało miejsca na książki w domu.” Nie dość, że książki kuszą, to jeszcze sprzedawczynie są dowcipne… Nie sposób nie ulec.

Ale z takim „urzędowym” glejtem nie było strachu wracać z kolejną nadprogramową książką do domu. A żona jak to żona, zakup mojej książki zaakceptowała (bo był glejt z pieczątką) i poleciła pismo powiesić na ścianie. Żeby było ładniej to domalowałem chruścika z książką. Glejt być może wystarczy na kolejne zakupy… A może jednak omijać księgarnie z daleka? Może sobie wszyć coś pod skórę, jakiś antyksiążkokupnik?

ps. Od lat nadmiarowe książki oddaję do bibliotek lub uwalniam na półce bookcrosingowej. I zapisałem się do biblioteki. Wspólne użytkowanie dóbr (w tym przypadku literatury) jest chyba dobrym rozwiązanie. 

Wiosenne poznawanie przyrody z tatą lub dziadkiem

Syn już wyrósł. Niestety. Czekam na wnuki. Bo małe dziecko jest jak pies, wyciąga z domu na spacer, nawet największego leniucha. A że jest ciekawe (dziecko) to pyta o wszystko co wokół. Tak jak moja mała sąsiadka. Czasem przez okno widzę, jak co chwila się zatrzymuje, by w zaciekawieniu patrzeć co na chodniku, co pod krzakiem itd. Cieszy się życiem i o wszystko pyta. I można patrzeć na ślimaka, na mrówkę i opowiadać, opowiadać i przy okazji samemu dostrzegać różnorodność świata. I się nim cieszyć.

Wiosna wybuchła, wkoło pachnie kwitnącymi mirabelkami, świeżą zielenią. Tyle, że ten świat za oknem jest inny od tego, który znamy z telewizji i internetu. Jak tu więc dziecku opowiadać? Od tego są książki. Oraz internet. Zrobić zdjęcie i poprosić innych o rozpoznanie, potem doczytać i już można snuć opowieść. Opowieść prawdziwą. Chyba przedwczoraj na Facebooku zobaczyłem żółtą żabę. Ktoś się pytał co to jest (najpewniej żaba zielona, jeziorkowa tylko jakaś taka albinotyczna). Zachwyty innych. Grupowa konsultacja wskazuje na jakieś dziwne, albinotyczne zjawisko. Nigdy nie przypuszczałem, że mogą być żółte żaby u nas. Ciekawe jak często (rzadkie) to zjawisko?  A zdjęcie zachęca by samemu szukać odpowiedzi, sięgać do książek, szukać w przepastnych zasobach internetowych. Tylko komu teraz opowiedzieć o żółtej żabie? I o chruścikach, które przedwczoraj widziałem nad Łyną….

mikoluszkoprzyrodaSamemu, jako dorosły, to jakoś tak trochę głupio spacerować i przyglądać się żuczkom w trawie, kwiatom na drzewach. Co innego z dzieckiem. Można pokazywać świat komuś innemu.

Niedawno otrzymałem dobrą książkę dla dzieci (i dla tatusiów lub dziadków). Załączona obok jako ilustracja – „Z tatą w przyrodę” Wojciecha Mikołuszki. Pięknie ilustrowana przez Tomasza Samojlika. I co najważniejsze poprawna merytorycznie. Ciekawe opowieści o przyrodzie, ułożone fenologicznie. W kwietniu można z autorem obserwować żaby i traszki a na trzeciego maja pojawia się propozycja poznawania świata wodnych pluskwiaków, z płoszczycą, topielicą, pluskolcem czy nartnikami.

W sumie 43 opowieści o rodzimej przyrodzie (z wyjątkiem relacji z wycieczki do Ameryki), zainspirowane wycieczkami z własnymi dziećmi. I co najważniejsze poprawne merytorycznie, z rodzimymi gatunkami (z wyjątkiem, o którym wspomniałem). Książka dla dzieci i młodzieży, do rozbudzania zaciekawienia rodzimą przyrodą i zachętą do wycieczek, nawet po mieście. Ale to także książka do dorosłych, by wiedzieć jak zaplanować wycieczkę z własnymi dziećmi… lub wnukami. I co im ciekawego można pokazać.

Na mojej półce bibliotecznej znacznie pokaźniejszy zasób książek przyrodniczych. Trzeba to jakoś wykorzystać, by częściej chodzić na spacery. W czasie pierwszego weekendu majówego umówieni jesteśmy (dorośli) na foto-piknik entomologiczny, w Lesie Miejskim. To znowu będzie pretekst spacerów przyrodniczych. Już nie opowiadanie własnemu dziecku ale robienie zdjęć… by później opowiedzieć na blogu. I wspólnie zachwycać się rodzimą przyrodą i życiem wokół nas.

Własne dziecko wyrosło. Pozostaje Uniwersytet Dzieci i rodzący się wolontariat miejski. Co prawda ten ostatni planowany jest raczej do obsługi dużych imprez, ale dlaczego nie wykorzystać potencjału ludzi do pielęgnacji zieleni w parkach i skwerach oraz do … opowieści o przyrodzie i spotkań na trawniku. Ze sztuka, grą terenową czy planszową, zabawami i opowieściami o przyrodzie. O chruścikach, biedronkach, pokrzywach na zupę czy jadalnym Uchu Judasza.

Słów kilka na Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich

Dzisiaj w zasadzie jest moje święto, bo 23 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. W mediach zazwyczaj zapomina się o tym drugim członie – prawach autorskich. Naukowcy czytają, piszą i otrzymują wynagrodzenie z tytułu praw autorskich. Prowadzenie badań naukowych i nauczanie to w zasadzie powinna być praca twórcza, autorska (i najczęściej tak jest). A z prawem autorskim, plagiatami, kształceniem studentów, wiedzą open source i open access  spotykamy się coraz częściej w dyskusjach, prowadzonych w różnych miejscach i na różnym szczeblu. Temat i święto jak najbardziej na czasie w sensie globalnym i cywilizacyjnym.

Warto nie tylko czytać ale i respektować prawa autorskie jak i uwalniać wiedzę na wolnych licencjach, bo taka otwarta wiedza sprzyja innowacyjności i zawsze mieściła się w ideałach uniwersyteckiej nauki. W zderzeniu z nowymi technologiami na nowo przemyśleć musimy wiele spraw. Coraz więcej obywaleli – ze względu na coraz wyższe wykształcenie – na co dzień stosować musi prawo autorskie, w teorii i praktyce. Trzeba je więc w pełni zrozumieć. Bo jak nauczyć pisania i poprawnego korzystania z dorobku autorskiego, gdy się tego nie rozumie?

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich narodził się w 1995 r. (ojcem jest UNESCO ale matką europejska Katalonia). To doroczne święto, którego celem jest promocja czytelnictwa, edytorstwa i własności intelektualnej ochronionej prawem autorskim.
Pomysł narodził się w 1926 r. w hiszpańskiej Katalonii. Wtedy to wydawca Vicente Clavel Andrés przypomniał, że 23 kwietnia w Katalonii hucznie obchodzone jest święto narodowe i patrona tego regionu – Świętego Jerzego. Zgodnie z długą tradycją w Katalonii obdarowywano w ten dzień kobiety czerwonymi różami, mającymi symbolizować krew pokonanego przez Św. Jerzego smoka. Z czasem kobiety zaczęły odwzajemniać się mężczyznom podarunkami w postaci książek.

Nie mogę uwierzyć w ogłaszane statystyki czytelnictwa, że niby 60% społeczeństwa nie przeczytało w ciągu ostatniego roku żadnej książki. A czy kiedyś czytano więcej? A czy w tych statystykach uwzględniono czytanie tekstów w internecie? Czy uwzględniono czytelnictwo podręczników i literatury fachowej? Bo zapewne mniej czytamy (kupujemy?) książek czytanych dla rozrywki – konkurencją są inne media i inne formy. Rynek wydawniczy informuje jednocześnie, że stale wzrasta kupowanie książek takich jak poradniki, podręczniki, literatura specjalistyczna i fachowa. Bo Polacy się kształcą od przedszkola do seniora.

Jestem przekonany, że czytamy więcej, tyle tylko że inaczej i inne książki.
Co więcej, Polacy bardzo dużo piszą: blogi, esemesy, "ćwierkają", wypowiadają się pisemnie na portalach społecznościach. To są inne formy, przede wszystkim krótkie, niczym aforyzmy. Ale forma wynika z czasów i nośnika. Inaczej ale nie mniej!

Jak święto to i świętować warto, publicznie i prospołecznie (tworząc miejską przestrzeń publiczną). Przecież książka jest formą kontaktu międzyludzkiego. Dlatego wezmę aktywny udział w czytelniczym happeningu "Przyłap Olsztyn na czytaniu" (zobacz wydarzenie na FB) pod olsztyńskim ratuszem.

Przyniosę książę Januarego Weinera pt. "Życie i ewolucja biosfery". Jeszcze nie wiem, który fragment wybiorę do głośnego odczytania. To oczywiście jest książka naukowa (podręcznik akademicki), ale takie książki mogą być dobrze napisane i ciekawe w czytaniu, nawet do poduszki. Książki naukowe i popularnonaukowe to też książki, które są czytane a wydaje mi się, że w statystykach czytelniczych nie są ujmowane. W kieszeni będę miał e-booka z lekturami szkolnymi :). Czytanie to czytanie, nie ważne czy z papieru czy z ekranu :).

Naukowcy lubią bajki

Naukowcy lubią bajki, bo bajki to forma uogólnionego prawa. Naukowcy lubią także fantastykę naukową (science fiction) – bo jest to swoisty eksperyment myślowy (w przypadku biologii taki prekursor biologii syntetycznej). Bajki i fantastyka to efekt obserwowania realnego świata. Opowiadanie o świecie fikcyjnym jest zabiegiem oderwania się od konkretnego przypadku. Jest swoistą próbą uogólnienia. Próbą opowiadania o rzeczywistym świecie ale z wykorzystaniem innej formy literackiej.

W wieku szkolnym rozczytywałem się w literaturze science fiction. To w połowie ona rozpaliła moją chęć poznawnia świata w sensie uprawiania nauki. Bardzo ważnym elementem mojego zafascynowania biologią była twórczość Stanisława Lema, z Cyberiadą włącznie. Wspaniała, futurystyczna wizja i próba ujęcia ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej. Po kilkudziesięciu latach na moich oczach się to staje! Uogólnienia Stanisława Lema były trafne, a literacka forma rozpalała chęć do poznania i dociekania istory rzeczy. Tego nie dają podręczniki szkolne czy akademickie.

Żeby czytać obszerne podręczniki trzeba albo przymusu (oceną, egzaminem, odpytywaniem)… albo fascynacji. Fascynacja i ciekawość pozwala z zapałem czytać nawet kilkusetstronicowe podręczniki specjalistyczne tak, jak się czyta powieści czy kryminały.

Czy naukowcy potrafią pisać (opowiadać o swoich poszukiwaniach i odkryciach)? I dlaczego zostają naukowcami?

W literaturze także poszukujemy prawdy o nas samych, o świecie zewnętrznym, a nie tylko rozrywki. W fantastyce naukowej głównym bohaterem (wprost albo w dalekim ukryciu) jest naukowiec i badania naukowe.

Biały sznureczek czyli stop narzekaniu

"Powiedz STOP narzekaniu" to akcja Nowej Psychologii – biały sznurek założony na nadgarstku jest informacją dla rozmówców "ja nie narzekam", przypomina również temu, który go nosi, o tym aby cieszyć się z małych rzeczy.

W ciągu niespełna tygodnia wpis z apelem na FaceBooku (mordościenka – jak mawiają Pulaki z Wilni)  udostępniono 243 razy a chęć przyłączenia się zadeklarowało blisko 700 osób. Akcja się rozwija. Ja dowiedziałem się wczoraj, za pośrednictwem Książnicy Polskiej (zobacz zdjęcia). I też sznureczek noszę, co na zdjęciu wyżej uwieczniłem.

Trzy morały się nasunęły:

1. Optymisci żyją dłużej i zdrowiej. W mediach dominuje zabobon, że zła wiadomość, to "dobra" wiadomość (w sensie poczytna, przykuwająca uwagę) i że koniecznie trzeba narzekać, pałać świętym oburzeniem i wybrzydzać. W rezultacie zalewani jesteśmy ponadprzeciętnie i nienormalnie informacjami o wypadkach, morderstwach, skandalach, nieszczęściach wszelakich… (z negatywnymi skutkami dla zdrowia psychicznego i biologicznego) i zapominamy cieszyć się z drobnych rzeczy (a gdy się oglądamy wstecz często te drobne rzeczy postrzegamy jako wielkie i ważne…).

2. Do promocji potrzebna jest kreatywność, nie żadne wielkie pieniądze. Zwykły kawałek sznureczka (za darmo) zrobił promocję księgarni równie skuteczną jak "punkty lojalnościowe" czy wielkie banery. Wiedzy co prawda nie widać… ale efekty jest stosowania jak najbardziej.

3. Ksiągarnia czy biblioteka to nie jest tylko magazyn z książkami. To miejsce spotkania ludzi, bo przecież już sama książka jest formą spotkania człowieka z człowiekiem. Martwi zamykanie małych bibliotek z powodów "ekonomicznych". Nie dostrzega się ich kulturotwórczej i społecznej roli.

Książka jest świadkiem samotności

Pisze się w samotności, czyta się w samotności. Dlatego książka jest świadkiem naszych samotności (nie jednej a wielu). To bywają krótkie chwile samotności, ale są. Czasem arcydzieła powstają w bardzo długiej samotności, w czasie przysłowiowych 40 dni na pustyni. Bo samotność wycisza, izoluje od gwaru i umożliwia dojrzewanie myślom. Wcisza niczym życie w klasztorze.

Cytując czerpiemy z wysiłku (cierpienia, samotności) innych. Pisanie jest jak życie pszczolinki napiaskowej, bo pisanie to samotność w kolonii. Samotność jako indywidualne działania, ale w sąsiedztwie innych.

Książka jest zarówno świadkiem samotności jak i świadkiem spotkania. Poprzez książkę ludzie się spotykają. Czasami książka jest pretekstem do spotkania zupełnie bliskiego. Przykładem może być niedawny wieczór autorski w Kawiarni Literackiej i Filmowej z dr. Romanem Hołyńskim oraz rozmowy o nauce. Na moment olsztyńska kawiarnia naukowa stała się kapsułą antyfudbolową. O dziwo, w czasie Euro i w czasie studenckiej sesji, nie tylko zjawili się goście, to jeszcze toczyła się gorąca dyskusja o nauce, niczym kibiców po meczu (więcej zdjęć ze spotkania). To cudownie, że sprawy nauki rozpalają emocje a pytanie czym jest nauka staje się powodem do utarczek słownych i poszukiwań. Po spotkaniu wracamy do swoich samotnych rozmyslań przed kartką papieru lub klawiaturą i internetowym blogiem.

Blog – jako forma pisania i forma "książki" – też jest świadkiem samotności: piszemy w samotnosci i czytamy w samotności… Przed komputerowymi ekranami siedzimy najczęściej pojedynczo.

Książkowa "samotność" nie musi oznaczać braku działania zespołowego. A tego ostatniego ewidentnie brakuje Polakom w wielu wymiarach, także aktywności akademickiej. Działania zespołowego brakowało naszej drużynie w ostatnim meczu z Rosją.

"w Polsce najbardziej brakuje mu infrastruktury, współpracy i wsparcia; i tej instytucjonalnej, i tej w sferze psychologicznej. "
– pisze prof. Jadwiga Staniszkisz w artykule "Styl gry a szanse zwycięstwa". Sport jest tego przykładem. Współpracy i działania zespołowego brakuje nam w każdej sferze… niestety.

Ale to również ważne przasłanie do uniwersytetów, aby skupić się na ksztaceniu takiej właśnie kompetencji społecznej. Aby w odrobinie empatii spojrzeć na studenta jako podmiot i partnera dialogu, a nie jako przedmiot dekorujący samotne opracowywanie programów. Aby potem mówić do studentów a nie tylko w ich obecności
Z daleka wygląda podobnie, a przeciez różnica jest zasadnicza.
Bo praca zespołowa to nie to samo co praca w grupie… mimo, że z daleka widzimy podobne obrazy…