Superbelfrzy i konektywizm czyli Edukacyjna Moc On-Line

21192330_1690839237653508_2404539666702252848_n

Co to jest konektywizm? Kim są Superbelfrzy i co to jest EduMoc?

Superbelfrzy RP (Rzeczypospolitej Polskiej) to grupa aktywnych i innowacyjnych nauczycieli. Sami się zorganizowali, działają sprawnie choć nieformalnie. Uczą się w działaniu i zespołowo. Działają w sieci ale i spotykają się na rzeczywistych spotkaniach, przy okazji różnorodnych konferencje edukacyjnych jak i na szkoleniach czy konferencjach samodzielnie organizowanych. Jest to ruch całkowicie oddolny, samodzielny i społeczny. Występują w roli nauczających jak i jednocześnie uczących się (nauczeństwo jak się patrzy). Poznają nowe środowisko edukacyjne, wykorzystują technologie IT, myślografię i wiele innych prostych ale nowatorskich metod i narzędzi (także analogowych, zrobionych z recyklingu). Są nauczycielami a zarazem doradcami metodycznymi i konsultantami. I eksperymentują. Przede wszystkim na sobie. Są więc poznawczo odważni. I zafascynowani szkołą XXI wieku. I na koniec coś w odniesieniu do konektywizmu: są zbiorową, współpracująca w sieci, mądrością (wiedzą) rozproszoną. 

I oto Superbelfrzy RP po raz drugi organizują własną konferencję. Otwartą dla wszystkich choć liczba miejsc jest ograniczona. Udział jest bezpłatny i on-line – zatem dostępny dla każdego, nawet z odległej prowincji. Też w tej konferencji o niezwykłej Mocy Edukacyjnej wezmę udział. W tym roku to będzie moje trzecie aktywne uczestnictwo w internetowej konferencji. Zupełnie nowa rzeczywistość, której trzeba się nauczyć. Ale będę się szkolił w doborowym towarzystwie: odważnych i pozytywnie myślących nauczycieli

Nieco zabawne jest to, że naukowiec uczy się nowych form komunikacji od nauczycieli. Teoretycznie powinno być odwrotnie. Ale mamy zupełnie nową rzeczywistość trzeciej rewolucji technologicznej. Lubię się uczyć. Zwłaszcza od autentycznych, zafascynowanych i pozytywnie zakręconych edukatorów. 

21231568_1690839120986853_5267969837025454525_n

Konferencja EduMocOnline to impreza organizowana przez Superbelfrów RP, złożona z szeregu równocześnie odbywających się webinariów (wideokonferencji), spotkań, warsztatów i wykładów. Przez 12 godzin webinaria będą prowadzić nauczyciele z udziałem specjalistów z dziedzin związanych z edukacją, pracowników naukowych uniwersytetów oraz gości specjalnych, Martina Ebnera z Austrii i Hansa de Four z Belgii.

Wśród tematów konferencji znajdą się:

  • Edukacja Mobilna
  • Nowoczesne technologie na rożnych przedmiotach
  • Ocenianie
  • Promocja szkoły
  • Otwarte zasoby edukacyjne
  • Relacje w edukacji
  • Edukacja w oparciu o projekty Interdyscyplinarne projekty społecznie zaangażowane
  • Programowanie i kodowanie
  • Dyskusja panelowa „Co z tą szkołą?”

Więcej na stroni: http://www.superbelfrzy.edu.pl/edu-moc-online-2017/

oraz w facebookowym wydarzeniu: https://www.facebook.com/events/1580126902007630/

Czasem nawet jest bardzo dobrze, gdy się komputer zepsuje

komputer

Każda awaria komputera lub systemu przez lata wiązała się dla mnie z dużym stresem. Bo oznaczać to może utratę danych a na pewno długi i żmudny proces instalacji oprogramowania i sprzętu. Nic miłego. Awaria zdarzyła się w czasie zajęć, akurat gdy chciałem wyświetlić studentom prezentację. Kilka błędów, potem próba w pośpiechu naprawiania i jeszcze więcej kłopotów. W końcu konieczność przywracania ustawień fabrycznych. Jednym słowem kompletna klapa. A jednak była to bardzo korzystna i miła sytuacja. Zaskakujące? No to przeczytaj całość.

Przed paroma miesiącami skusiłem się na aktualizację systemu na Windows 10. Nowe ustawienia i funkcje nie bardzo mi się spodobały, bo trzeba było znowu uczyć się i przyzwyczajać. Ale najgorsze było to, że „zgubiłem” wi-fi. Po prostu nowy system nie rozpoznał karty. I na zajęciach nie mogłem skorzystać z internetu, by studentom pokazać treści, o których wspominałem (nawet nie było możliwości udostępnienia internetu z komórki). Ale znając niedogodność można było wcześniej zrobić zrzuty ekranu i tak wybrnąć z kłopotu. Niedawno system się zaktualizował i wi-fi wróciło. Pełnia szczęścia. Ale jednocześnie coś mi się stało z padem. Nie zauważyłem tego, bo korzystam z myszy. Idąc na wykład zabieram komputer bez myszy. I tu niemiła niespodziana, nie mogę uruchomić prezentacji. Na szczęście było blisko i byłem na sali trochę wcześniej. Wystarczyło by pobiec po mysz i poradzić sobie ze sprzętem. Trochę jednak zdenerwowania było. 

Ale teraz pojawił się większy problem. W trakcie seminarium chciałem uruchomić prezentację. Włożyłem kabel od rzutnika przy zamkniętym laptopie. A on tak czasem ma, że wtedy wyświetla tylko obraz na ekranie. Ale nic, pomyślałem, że pozmieniam ustawienia patrząc tylko na ekran. Niestety chyba coś źle kliknąłem. Postanowiłem wyjąć kabel i obudzić jeszcze raz mój laptop. A tu kompletna kicha, zniknął obraz z ekranu. Próba restartu wymuszonego – cały czas problem. Kilka minut chaotycznych działań i kompletna klapa. W czasie seminarium łatwo przejść na „przekaz analogowy”. Ale za chwilę mam wykład. Prezentację zgrałem na laptopa kasując z pendriva… więc poszukiwanie po południu zastępczego komputera mija się z celem…

Przywracanie ustawień i systemu się nie powidło. Pozostaje tylko przywrócenie ustawie fabrycznych (sprzed kilku lat). Za chwilę wykład a ja mam niesprawny sprzęt i żadnej szansy na pomoc (instalowanie systemu i oprogramowania, które odtworzy prezentację, potrwa co najmniej kilka godzin, jak zwykle zresztą). I co tu robić? Strach w oczy zagląda. Panika?

Wchodząc na salę wykładową myślałem o odwołaniu wykładu lub przeniesieniu. Pierwsza refleksja: jak bardzo jesteśmy bezradni bez coraz bardziej uzależniającej elektroniki. Normalnie na konferencję robię sobie wydruk całej prezentacji. A teraz nie miałem nic, nie tylko prezentacji do wyświetlenia ale i notatek.  To był pierwszy zysk z komputerowej katastrofy: refleksja.

Na sali była tablica z kredą i flip chart z mazakami. Nagłe olśnienie z zachętą studentów: przecież mogę mówić bez komputera. Wcześniejsze ćwiczenia w myśleniu wizualnym, w rysnotkach i myślografiach dodatkowo mnie przygotowały mentalnie i technicznie. Bez komputera też dam radę. Fakt, że trochę chaotycznie (bo z zaskoczenia), ale można było opowiadać, rysując na tablicy i na papierze. Bo o ekologii trudno mówić samymi słowami – schematy są bardzo przydatne. To była druga korzyść – dostrzegłem potencjał notowania wizualnego i wcześniejsze ćwiczenia bardzo się przydały. Może w przyszłości trzeba świadomie zrezygnować z komputera i przygotować się do wykładu rysowanego? Tak dla urozmaicenia?

Studentom obiecałem tak jak zawsze podesłać slajdy z prezentacji w pliku pdf. Ale do tej pory służyły one przypominaniu treści wykładowych. Na slajdach były animacje, układające się w  opowieść. Trzeba zatem te fragmenty przygotować z… dźwiękiem lub dodatkowym opisem. Nigdy tego nie robiłem. A teraz jestem niejako przymuszony. To trzecia korzyść z mojej komputerowej katastrofy: nauczę się czegoś nowego. Przydatne będzie zwłaszcza dla studentów nieobecnych na wykładzie. Albo jako materiały uzupełniające do wykładów i zajęć, dostępne on-line. 

Idąc rano do pracy myślałem co i jak trzeba zrobić by odtworzyć laptop do pracy. Jak ustawić parametry przy karcie sieciowej by mieć dostęp do internetu (warunek instalacji większości programów). Dawno tego nie robiłem. I jak zainstalować  z serwera program antywirusowy? Trzeba będzie wezwać fachowców, oby znaleźli czas przez cały dzień. W minorowym nastroju zadzwoniłem. I tu wielka niespodzianka, pan z obsługi komputerowej pomógł mi w ustawieniach przez telefon. szybko i sprawnie. Co więcej instalację systemu antywirusowego zrobił zdalnie, bo powiedział jak mam włączyć specjalną obsługę. Kolejne miłe zaskoczenie. Technologia posunęła się do przodu a i obsługa personalna jakby milsza i sprawniejsza. To kolejne pozytywne odkrycie. Przy okazji przypomniałem sobie o internetowym serwisie pracowniczym. Pół roku temu się tam zalogowałem. Ale nie korzystałem. Teraz ponownie przypomniałem sobie o jego istnieniu. 

Pozostało zainstalować programy. Przy okazji system parę razy pobierał aktualizację. Kilka godzin siedzenia przy komputerze. Zmarnowany czas? Nie. Siedziałem i wymyślałem jak tu zrobić na regularnych, kursowych zajęciach (np. seminarium) zaliczenie w postaci… escape room (pokoju niespodzianek). Projektowałem i zginałem lapbooki oraz przypomniałem sobie stary sposób składania  papierowych listów. Umiałem to robić w czasach szkolnych. Jakieś 40 lat temu. Przypomniałem sobie! Co za radość.

Awaria komputera to stres i czas stracony na przywracanie? Tak było do tej pory. Ostatnia awaria okazała się bardzo inspirująca i edukująca. Bo byłem na to nieświadomie przygotowany ćwicząc myślenie wizualne, lapbooki i poszukując różnych rozwiązań edukacyjnych (np. escape room w wersji edukacyjnej). 

Małe wyjaśnienie. Utraty plików się nie bałem, bo pomny wcześniejszych problemów mam już kopie na przenośnym dysku, Utrata danych byłaby największą stratą. A przymusowe odstawienie od komputerowej rutyny może okazać się inspirujące i owocne edukacyjne.

 

Świat cyborgów tuż za progiem?

cyborgifbW młodości zaczytywałem się literaturą fantastyczno-naukową, o robotach, sztucznej inteligencji i przejmowaniu władzy nad ludźmi przez maszyny. To była fantazja…. Ale odnoszę wrażenie, że fantazja staje się codziennością. Wszystko przez postęp technologiczny i nieustanny rozwój nauki?

Kilka dni temu skusiło mnie, by wziąć udział w psychozabawie, zaoferowanej przez Facebooka. „Kliknij a przekażemy Ci wiadomość o Tobie”. Takich automatycznych testów psychologicznych jest wiele. Gadać z maszynami (programami)? Raczej nie klikam, ale tym razem mnie podkusiło by sprawdzić. Po kilku sekundach przyszła obrazkowa odpowiedź (załączona wyżej) – nie jest jakaś odkrywcza, raczej w kategorii „Cyganka prawdę Ci powie”. Czy to program komputerowy mnie poznał i potrafi coś powiedzieć o moim charakterze? Oczywiście, że nie. Za programem kryje się człowiek, który ułożył program.

W młodości też wypełniałem gazetowe testy, by o sobie się czegoś dowiedzieć. Trwały dłużej, bo trzeba było odpowiedzieć na kilkanaście pytań, zaznaczyć, a potem zliczyć punkty i odczytać odpowiedź. Teraz program robi to automatycznie… analizując aktywność na Facebooku. W zasadzie nie wiem co i jak zostało przeanalizowane. Dałem dostęp zewnętrznemu programowi do swojej aktywności. W USA rozważany jest pomysł, aby przy wydawaniu wizy starający się podał login i hasło do swojego konta na Facebooku – aby służby sprawdziły i przeszukały aktywność pod kątem walki z terroryzmem.

Jak na razie to nie maszyny nas prześwietlają a programy ułożone przez człowieka. To takie „nauczanie programowane” – trzeba wcześniej stworzyć algorytm. A że komputery mogą policzyć szybciej i więcej, to i możliwości analizy są bez porównania większe niż kiedyś. I znacząco tańsze. Nie zmienił się tylko człowiek i jego ciekawość oraz chęć manipulowania innymi.

Najwięcej zależy od człowieka i teorii, na bazie której budowane są takie analizy. Czy komputery nas szpiegują? Więc powinniśmy polikwidować wszystkie nasze ślady w internecie i elektronice? A co z monitoringiem przemysłowym na ulicy i w budynkach? W zasadzie to nic nowego, w czasach analogowych, nawet przed dziesiątkami tysięcy lat, obserwując człowieka wyrabialiśmy sobie opinię na temat innego człowieka (trafnie lub błędnie – też zależało od wizji świata, jaką obserwujący miał w swojej głowie). Ale potrzeba było być obok tego człowieka i długo obserwować (analizować mimikę, słowa, poczynania – jednym słowem zjeść z nim beczkę soli). Gdy pojawiło się pismo, wtedy do poznania człowieka wystarczyła analiza jego pisanych tekstów, zarówno grafologiczna jak i analiza słów i zdań (w tym kontekstu powstających dokumentów). Od stuleci zajmują się tym naukowcy różnych specjalności. Zawsze wymagało do długiego kształcenia się i długiej analizy. „Powielanie” naukowców i specjalistów jest zawsze długotrwałe i kosztowne. Skopiować program jest dużo łatwiej i szybciej.

Komputery nie są mądrzejsze tylko bez porównania szybsze. Tymi nowymi możliwościami interesuje się biznes by dotrzeć jak najtrafniej z ofertą reklamową, interesują się służby specjalne i interesują się politycy. Za pomocą programów komputerowych tworzone są proste teksty dziennikarskie jak i rozsyłane nieprawdziwe informacje. Te ostatnie wykorzystywane są na przykład w kampaniach wyborczych, co mogliśmy na bardzo dużą skalę ostatnio obserwować w USA. W Polsce też.

Bać się? Nie. Jak nigdy wcześniej potrzebna jest umiejętność krytycznego myślenia, analizowania dopływających informacji oraz selekcjonowania, weryfikowania, sprawdzania w wiarygodnych źródłach. Zatem potrzebne jest wykształcenie i to dobre wykształcenie. Znaczenie edukacji i umiejętnego stosowania metody naukowej jest wielkie w wieku XXI. Większe niż do tej pory.

Żyjemy w wieku nauki i gospodarki oraz społeczeństwa opartego na wiedzy. Na dobre i na złe.

Instrukcja obsługi Bamboo Spark wraz z refleksjami o myśleniu wizualnym oraz komunikacji międzyludzkiej

bamboo_sparkDo komunikacji skutecznej potrzebna jest wyobraźnia i empatia (wyćwiczone neurony lustrzane, jakby napisali neurobiolodzy). Najłatwiej się o tym przekonać czytając instrukcję obsługi całkiem nowego dla nas urządzenia. Czyli takiego, z którym jeszcze nie mieliśmy odczynienia, zatem i nie bardzo wiemy jak się tym posługiwać. Instrukcje piszą ci, którzy i tak wiedzą jak to działa (więc im są niepotrzebne), dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą. Jako biolog wielokrotnie miałem przyjemność (czasem wątpliwą) korzystania z różnych kluczy do oznaczania gatunków istot żywych. Dobrze napisany klucz (instrukcja do rozpoznawania i identyfikowania gatunków) jest zrozumiały dla tego, który pierwszy raz z danymi organizmami się spotyka (jednak znacznie częściej wymaga już sporego doświadczenia i wiedzy). Ale jest i wiele źle napisanych. Po prostu niekomunikatywnie. Podobnie jest z instrukcjami.

Autorom nie brakuje wiedzy merytorycznej… ale czasem brakuje wyobraźni i empatii. Niespełna rok temu Kupiłem Bamboo Spark (na zdjęciu wyżej), zachęcony prezentacją na konferencji naukowej a potem filmikami reklamowymi, które wyglądały pięknie (w sieci). Ale ja nie potrafiłem poprawnie skorzystać z tego urządzenia. Szukałem w sieci, ale znalazłem tam tylko „recenzje” niezwykle pochlebne i równie mało przydatne. Aby innym oszczędzić stresów na końcu zamieszczę moją instrukcję obsługi, niezbyt doskonałą, ale pisaną z perspektywy tego, który nie wiedział jak.

Ale najpierw kilka dygresji. Zrozumienie jest ważne, zrozumienie jak działa a nie tylko że trzeba wcisnąć taki lub inny guzik. Przypomina mi się z czasów szkolnych moja przygoda z fotografią (analogową). Odbierając jakieś zdjęcie do legitymacji szkolnej, w zakładzie fotograficznym zobaczyłem jak jakiś klient rozwija rolkę filmu, by wskazać które zdjęcia ma fotograf wywołać. Widziałem negatyw. Za jakiś czas dostałem aparat fotograficzny (małoobrazkowy). Kupiłem w sklepie rolkę kliszy, poczytałem o czułości itd. oraz zrobiłem trochę zdjęć. I żeby sprawdzić jak wyszło… wyjąłem film z aparatu i rozwinąłem film. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem matową taśmę a zdjęć ani jednego. Spróbowałem jeszcze z raz z kolejną rolką filmu. Rezultat taki sam. To, co widziałem w scence u fotografa, nijak nie chciało u mnie zaistnieć. Naśladowałem czynności bez zrozumienia procesu… Dopiero za jakiś czas, w szkole średniej zająłem się fotografią ze zrozumieniem. Filmy w ciemni wkładałem do pojemnika, by je utrwalić a z negatywów, na powiększalniku i z odpowiednimi odczynnikami wywoływałem zdjęcia. Młode pokolenie, wychowane na fotografii cyfrowej zapewne nie rozumie o czym piszę, ale mniejsza o to.

W czasie konferencji, przy stoisku zapoznałem się z działaniem elektronicznego notatnika Bamboo Spark. Wydał mi się dobry do notowania ręcznego i szybkiego przenoszenia do komputera. Trochę się dopytałem. Ale osoba prezentująca nie powiedziała mi kilku ważnych rzeczy (a ja nie wiedziałem, że powinienem o nie zapytać). Zapewne wydały jej się oczywistymi. A ja kupiłem sobie ten drogi gadżet. Rozpakowałem w domu i spróbowałem uruchomić i wykorzystać. Nie jest taki prosty jak piszą (i pokazują na reklamowych filmikach) w obsłudze i stosowaniu. Interfejs dla mnie okazał się nieintuicyjny. Być może dlatego, że do tej pory głównie korzystałem ze sprzętu dostosowanego do oprogramowania Microsoftu. A najwyraźniej sprzęt i oprogramowanie Bamboo Spark jest w stylu pracy Apple.

Kolejna trudność to niekompatybilność sprzętowa. O tym nie uprzedził mnie sprzedawca ani witryna sklepowa ani dostępne w sieci poradniki-omówienia blogowe. Zobaczyłem kabelek ze złączem USB. Pomyślałem, że podłączę do laptopa i będę mógł przerzucać pliki z „notesu”. Nic z tych rzeczy. Kabelek służy jedynie do ładowania baterii owego Bamboo Spark. Telefon, jakim dysponuję jest na systemie Windows, a przed rokiem nie było dostępnego oprogramowania (teraz nie sprawdzałem jeszcze). Na szczęście miałem tablet na Androidzie. Więc z pomocą syna udało mi się z trudem rozgryźć instrukcję, zainstalować i użyć. Jednak po kilku próbach z notowaniem, nawet wykorzystaniem notatek na blogu, zarzuciłem. Drogi gadżet okazał się mało użyteczny i mało wygodny.

Jak wygodnie przenosić odręczne notatki do Internetu? Okazało się, że wystarczy zrobić zdjęcie zwykłym aparatem telefonicznym i korzystając z mobilnego Internetu wysyłać, gdzie tylko dusza zapragnie lub za pomocą przewodu z USB przerzucać do laptopa. Owszem Bamboo Spark daje inne możliwości ale przy swej uciążliwości ze zrozumieniem jak to wszystko działa, zalety nie były tak duże, bym na stałe korzystał. Leżał w kącie i obrastał intelektualnym kurzem.

Po blisko roku znowu powróciłem do tego urządzenia, a to za sprawą myślenia wizualnego (ryślenie, myślografia). Wreszcie znalazłem (dostrzegłem) jakieś sensowne zastosowanie. Samo przenoszenie notatek odręcznego pisma dla siebie samego było zbyt mało użyteczne by zaprzątać siebie głowę tym kosztownym gadżetem. Natomiast rysowanie i notowanie graficzne, by dzielić się z innymi, wydało mi się dobrym i użytecznym zastosowaniem.

Sięgnąłem po urządzenie i instrukcję… I znowu schody. Kilka godzin rozwiązywania łamigłówki. Bo ani instrukcja nie była użyteczna, ani dostępne materiały w sieci. Ten, co opracował, wiedział co i jak. I jemu ta instrukcja się najwyraźniej podobała. Ale warto przypomnieć, że instrukcja jest dla tego, co jeszcze nie wie i chce się dowiedzieć. Najwyraźniej producent i handlowcy nie troszczą się o klienta. Niech se kupi i się martwi. Po kilkunastu godzinach klątwowania, próbowani, wreszcie jako tako zrozumiałem o co chodzi i i jak na prawdę tym się posługiwać. Wadą Bamboo Spark jest to, że dla notowania wizualnego zbyt mały jest obszar roboczy (format połowy kartki czyli A5). Trzeba byłoby pisać małymi literkami albo oddzielnie rysować części, które się potem poskłada. Teraz już wiem, że przydałby się większy model. Ale wtedy nie będzie tak użyteczny w noszeniu w torbie. Ponadto nie będę kupował nowego skoro mam ten.

bamboo_komunikacjaWydaje mi się wygodny do pracy zespołowej i dzielenia się z innymi. To znaczy próbuję wykorzystać do opracowywaniae notatek graficznych (przykład obok), które prześlę np. studentom lub współpracownikom, do dalszego wykorzystania.

Czyli tak, notowanie w Bamboo Spar (do 50 stron się zmieści w podręcznej pamięci). Notes estetyczny, niewielki i lekki, więc zawsze zabrać można i nosić w podręcznej torbie. Potem, w dowolnym momencie (w trakcie wykładu lub po) można przerzucić do smarfonu lub tabletu. Ten pierwszy jest mały i za wiele się na jego ekpranie z plikiem graficznym nie popracuje. W tablecie, jako większym obszarze roboczym, można notatki nieco skorygować, uzupełnić kolorami itd.

Trzeba pamiętać jedynie, że używa się aż trzech różnych programów(skojarzonych ze sobą) – to dodatkowy kłopot w zrozumieniu działania i zapamiętaniu, co w którym da się zrobić.

Prosto z tabletu (program Inkspace, wcześniej była ikonka pomarańczowego B, więc za jakiś czas też się może zmienić) można wyeksportować pojedyncze notatki w formacie jpg, png czy PDF (jest jeszcze format will, ale to wewnętrzny i tylko do używania w obrębie aplikacji skojarzonych z tym sprzętem). Najłatwiej było mi wyeksportować plik graficzny od razu do Facebooka, np. do grupy (osoby, dla których przeznaczony) oraz do wirtualnego Dysku Google (czy poczty elektronicznej lub galerii obrazów na tablecie – stąd już mogę sobie przerzucić przez kabelek do laptopa). Format will umożliwia wyeksportowanie do chmury (inkspace.wacom.com) oraz do innego programu notatnika (Bamboo Paper – ikona z niebieską literką B – zdjęcie niżej). Trzy różne programy-miejsca, podobne lecz różne interfejsy. Trochę trwało, zanim się połapałem. O wyjaśnieniu takich oczywistości w instrukcji nie ma mowy. Szkoda.

Czyli już na tablecie można trochę te notatki obrobić, połączyć w jeden notatnik (kilka oddzielnych kartek, dodać zdjęcia) i zapisać-wyeksportować np. w pliku PDF. Można także zamienić odręczne notatki w plik tekstowy (o ile oczywiście program dobrze odszyfruje nasze pismo). Jeszcze nie nauczyłem się dobrze korzystać z tych trzech różnych programów (z chmurą włącznie).

ikony

Zatem za pośrednictwem tabletu udało mi się poprzez Facebook, Dysk Google i chmurę (można zainstalować program na laptopie z Windowsem i połączyć się z inkspace.wacom.com ) pobrać pliki graficzne na własny komputer i dalej już w znanych mi obszarach, funkcjonować.

Teraz muszę tylko poćwiczyć i dopracować tworzenie notatek wizualnych, by po przesłaniu ich do grupy studentów stanowiły formę kart pracy na zajęcia lub notatek wizualnych z wykładów (streszczenie). Poćwiczę, poeksperymentuję i za jakiś czas zdam relację. Niech i inni sami nie odkrywają ukrytej Ameryki po raz setny.

 

 

Obiecana Instrukcja dla Bamboo Spark

Rysowanie jest proste, włączyć – jak się świeci na niebiesko dioda, to rysuj. Naciśnij gdy skończysz na jednej stronie i rysuj na następnej. Przechowuje do 50 stron, więc można sporo zanotować.

Włącz tablet/smartfon. Włącz program Inkspace (wcześniej była ikonka z pomarańczowym B, teraz jest kropelka nad rombem). Program sam przypomni o włączeniu Bluetooth. Sparuj czyli przenieś notatki z notesu na tablet. Procedurę parowania trzeba robić za każdym razem, a ja myślałem, że tylko raz a potem to wystarczy tylko nacisnąć (tak jak w filmiku reklamowym). W tym czasie nastąpi przeniesienie notatek na tablet – w programie widać będzie wszystkie pojawiające się strony. Można palcem lub rysikiem dopisywać i wygumkowywać czyli dokonać korekty. Można fragment wyciąć i przesunąć w inne miejsce notatek. Można eksportować w formatach: jpg, png, pdf i will (do tego co zainstalowane na talbocie, np. FB, poczta elektroniczna, Google+, Google Dysk). Żeby wyeksportować do chmury w inskpace.wacom.com to trzeba wybrać eksportuj will.

Teraz otwórz program Bamboo Paper. Tu już można więcej, można użyć kolorowego długopisu czy markera (za dodatkowe funkcje trzeba zapłacić ekstra). Można wejść w chmurę inkspace i tam dokonywać drobnych zmian, eksportów itd. W chmurze można pracować na laptopie, po wcześniejszej instalacji oprogramowania.

Jak nauczę się pracy z tym urządzeniem i skojarzonymi z nim programami, to opiszę ponownie (już bardziej dokładnie i przejrzyście). Muszę po prostu zrozumieć jak to działa. W pełni a nie tylko pobieżnie.

inkspace

 parowanie

Niżej  obszar roboczy w chmurze:

chmura1

Konferencja plakatowa – innowacja czy nabijanie naukowców w butelkę

konferencja_plakatowa

Kilka dni temu otrzymałem pocztą elektroniczną informację o konferencji z prośbą o upowszechnienie „Jednocześnie uprzejmie prosimy o przekazanie informacji osobom potencjalnie zainteresowanym udziałem w niniejszej konferencji.” Intrygująca była forma – konferencja plakatowa. Sporo ostatnio pojawia się różnych form komunikacji naukowej, od graficznych abstraktów przez mapy myśli po myślenie wizualne i sketchnoting. Zaciekawiło mnie i zacząłem poszukiwania. Tym bardziej, że jeśli mam upowszechniać, to chcę wiedzieć co to jest i czy wato. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem, więc zaciekawiony zagłębiłem się w lekturę i poszukiwania. Konferencję firmuje uniwersytet i jakaś spółka, wyglądało więc poważnie. Czy jest to jakaś formą komunikacji naukowej z wykorzystaniem nowych technologii? Warto sprawdzić.

Sam plakat naukowy nie jest czymś nowym, upowszechnił się w naukach przyrodniczych jakieś 20-30 lat temu, zupełnie niedawno zaczął upowszechniać się w naukach humanistycznych. Sesja plakatowa znana jest od dawna w naukach przyrodniczych, jako jedna z form konferencji, ale zawsze jest to tylko część spotkania: obok referatów, komunikatów, spotkań kuluarowych itd. O genezie powstania plakatowej formy przedstawiania wyników badań w czasie dużych konferencji pisałem już dawniej (z myślą o studentach): Plakat naukowy (poster) http://www.uwm.edu.pl/czachor/dyda/poster.htm 

Plakaty naukowe (dla rozróżnienia od afiszy i plakatów, używanych w kulturze i rozrywce nazywane są czasem posterem – językowo znaczy dokładnie to samo, ale przypisywany jest inny desygnat) narodziły się w czasach, gdy nie było jeszcze multimedialnych prezentacji a na konferencje przyjeżdżało dużo ludzi. Aby umożliwić wszystkim zaprezentowanie komunikatów naukowych, wymyślono właśnie formę graficzną w formie plakatu: z wykresami, schematami, krótkimi tekstami. Integralną częścią posteru jest sesja posterowa, gdy autor czuwa przy swoim dziele i odpowiada na pytania. Plakat jest niejako zachęta do dyskusji i jednocześnie pomocą dydaktyczną. Czasem naśladownictwo sprowadza się do formy a nie istoty i treści – widziałem już różne karykatury sesji posterowych. Ale to margines komunikacji naukowej.

Konferencji posterowej nie znałem do tej pory. Poszukałem w internecie innych „konferencji plakatowych”. Owszem, jest coś takiego (takie sformułowanie) ale oznacza sesję plakatową. Pod pojęciem „konferencja plakatowa” w naukach nieprzyrodniczych (nauki ekonomiczne i o zarządzaniu) rozumie się normalną konferencję (z referatami plakatowymi) z udziałem sesji plakatowej. A więc to samo co w naukach przyrodniczych tylko nazwa inna. Być może dla podkreślenia dominacji tej formy prezentacji wyników.

Wróćmy do intrygującej informacji z maila: Mamy zaszczyt i przyjemność zaprosić Państwa do udziału w I Interdyscyplinarnej Konferencji Plakatowej – „Cywilizacja zdrowia”. Zakres tematyczny bardzo pojemy co przy interdyscyplinarności powinno zapewnić bardzo liczny udział. Ale po zapoznaniu się ze szczegółami zauważyłem, że całość sprowadza się do wysłania graficznego plakatu naukowego lub prezentacji. Na żadną konferencję się nie jedzie. Jakieś wirtualne spotkanie? Jaki tego sens? I czym to się różni od normalnej komunikacji w necie: portali, stron, blogów naukowych? Tym, że nazywa się konferencją?

Marketingowo wskazuje, że naukowiec zdobędzie punkty (liczy się w sprawozdawczości i karierze) tak jak za udział w normalnej konferencji. Jasno jest więc określony cel. Opłata za punkty za niby udział w konferencji. Wymiana myśli i dyskusja? Ale jak? W zasadzie to płatny dostęp do materiałów innych naukowców – wąski, zamknięty krąg odbiorców. Ale przecież autorowi zależy na czytaniu i cytowaniu, żeby treść do kogoś dotarła, do innych specjalistów lub odbiorców. Konferencja naukowa nastawiana jest na komunikację a nie sztukę dla sztuki.

Koszty w sumie niewielkie:- 125 zł za samo uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna ) oraz 200 zł za uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna) plus artykuł w publikacji pokonferencyjnej w formie książki elektronicznej). Jak na konferencję to tanio, bo opłaty bywają wyższe. Tyle tylko, że w typowej konferencji naukowej takie opłaty (wpisowe) obejmują materiały konferencyjne: wydrukowaną książeczkę z abstraktami referatów, doniesień, posterów, czasem z referatami plenarnymi w obszerniejsze formie, do tego różne gadżety, notesy, koszulki i kawa z przekąską w czasie konferencji. Uczestnik musi jeszcze zapłacić za noclegi, wyżywienie i dojazd. Czyli udział w konferencji naukowej sporo kosztuje. A tu oferta bardzo tania. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że wszystko jest wirtualne to jednak bardzo drogo. Ile kosztuje umieszczenie na serwerze plików graficznych z plakatami i prezentacjami do obejrzenia?

Wszystko z obietnicą punktów. I sprawa wydaje się jasna, do kogo adresowana jest ta dziwaczna innowacja. Dla tych, co zbierają punkty. Skoro trzeba się wykazać aktywnością i punktami, to jest okazja. Wysłać kilka prac, to i punktów będzie więcej. Innowacyjna forma konferencji? Jak najbardziej, ale nie dotyczy form komunikacji a jedynie kreatywnego zdobywania punktów. Ile kosztuje punkt w nauce? Za cztery ministerialne po 125 zł, czyli wychodzi ze 30 zł (3 dychy). Taniocha. Papier w sprawozdaniach wszytko przyjmie. Wydaje mi się, że jest to jeden z objawów punktozy (w szkole jest to uczenie się dla stopni). I innowacyjna oferta dla zbieraczy punktów dla samych punktów. Ale może się mylę, to pierwsza taka konferencja (pierwsza o zdrowiu czy pierwsza w takiej formie), więc może strona koncepcyjna i komunikacyjna zostanie dopracowana i usprawniona.

Na stronie konferecyjnej znalazłem kilka informacji o plakacie, czym jest i jak go przygotować: „Celem plakatu naukowego ma być inspirowanie do wymiany poglądów pomiędzy autorem plakatu a jego odbiorcami. Dlatego też powinien być on przygotowany zgodnie z obowiązującymi standardami.” Ale jak ta wymiana poglądów ma wyglądać? Może pod plakatami są możliwości do komentowania tekstowego, tak jak na portalach internetowych? Może poprzez zebranie w jednym miejscu wielu prac ułatwiana jest dyskusja? Może ja starej daty człowiek jestem, ale mnie to nie przekonuje. Chyba, że takie plakaty będą przygotowane jako infografiki czy mapy myśli (ale nie ma tam takich sugestii). Na normalnej konferencji nawet nieśmiała osoba będzie włączona do dyskusji: łatwiej rozmawiać niż pisać, zwłaszcza że sesja posterowa to kameralne warunki i dyskusja w wąskim gronie kilku osób a nie publicznie na pełnej sali kilkudziesięciu-kilkuset osób. Można samemu zapytać lub ktoś inny zapyta. Poster to przecież jakaś forma niedokończona, niepełna, która łatwo dopowiedzieć i w rozmowie uzupełnić. Już lepiej żeby były to pełne prace, bo tam jest wszystko. Ale to już jest. Są różne specjalistyczne fora dyskusyjne, portale społecznościowe. Konferencja plakatowa niczego tu nowego nie wnosi a jest dodatkowo formą ułomną (przynajmniej w tak prezentowanej postaci). Na stronie konferencyjnej nie ma nic, co by wskazywało na wygodnej formy komunikacji elektronicznej. Nawet nie wiadomo czy coś takiego będzie. Ale dla zbieraczy punktów nie ma to znaczenia, bo przecież nie poszukują wymiany myśli.

Na konferencji plakatowej jest przecież i forma z prezentacją multimedialną (dlaczego więc w nazwie akcentuje się plakat?). Normalnie prezentacja jest tylko elementem ilustrującym wypowiedź ustną – referat czy wykład. A samodzielna prezentacja pozbawiona jest wielu ważnych elementów komunikacji naukowej. Na stronie z komentowaną konferencja plakatową takie jest wyjaśnienie: „Celem prezentacji multimedialnej stosowanej podczas e-konferencji jest wprowadzenie odbiorcę w poruszaną tematykę oraz zachęcenie go do zapoznania się ze stanowiącym pokłosie konferencji artykułem.” W sumie sprowadza się do zapowiedzi publikacji. Swoisty zwiastun. I za to trzeba zapłacić. W sumie jakiś ciekawy pomysł. Tyle tylko, że sam zwiastun (prezentacja) dostępny będzie dla tych, co wniosą opłaty. A zatem bardzo wąski krąg odbiorców. Takie pisanie do szuflady.

Forma i oferowane „funkcjonaności” przesłanej mi konferencji plakatowej nie zachęciła mnie do udziału i do upowszechniania (na stronie organizatora znalazłem jeszcze inna propozycję, konferencji międzynarodowej, ze znacznie wyższymi opłatami od 80 do 400 zł oraz dodatkową możliwością przesłania pliku dźwiękowego). Wydaje mi się pozorem komunikacji. Ale z poszukiwaniem nowych form z wykorzystaniem internetu bywa różnie. Trzeba próbować różnych rozwiązań, by sprawdzić które są sensowne a które ślepymi i nierokującymi sukcesu poszukiwaniami. Być może jednak, jeśli taka konferencja plakatowa powiązana będzie z wideoczatami, webinarium czyli poprzez rozszerzenie kontaktu, to być może się przyjmie i będzie rzeczywistą komunikacją w nauce. Czas pokaże. Może sama konferencja plakatowa to dobre rozwiązanie a tu jedynie zawiodła informacja i część marketingowa?

W każdym razie wskazuje na nowe kompetencje, potrzebne naukowcowi: inna forma plakatu naukowego, łączącego formy infografiki i myślenia wizualnego a w prezentacji zawarcia treści w sposób umożliwiający obejrzenie samodzielne. Może trzeba nauczyć się kręcenia filmików naukowych, jako samodzielnych wypowiedzi w dyskusji naukowej?

Pewnie więcej bym zrozumiał, gdybym w pełni w takiej konferencji plakatowej zauczestniczył i doświadczył na sobie. Jednak tematyka konferencji odbiega od moich zainteresować. Sama ciekawość formy nie jest jeszcze dla mnie wystarczająca. Może kiedyś.

 

ps. Wyżej zrzut ekranu ze strony internetowej, niżej plik reklamowy, załączony do maila

KonferencjaPlakatowa1

Innowacja …. w połowie roboty

wyastawadachowkowaKręte i długie są drogi wymyślania nowych rozwiązań. W zasadzie hipertekst istniał od dawna (przynajmniej w formie zalążkowej). Bo czym innym są powołania, cytaty i cytowanie? Odsyłaniem do innych źródeł, zarówno w celu „znajdź więcej na ten temat” jak i uwiarygodnienia. Ba, nawet w kulturze oralnej było odwoływanie się „a iksiński powiedział, widział etc.”.

Na przestrzeni dziejów rosła szybkość docierania do „odsyłaczy” aż hipertekst wyłonił się w całej swej elektronicznej okazałości. Szybkość docierania do Iksińskiego (aby dopytać o więcej lub zweryfikować poprawność powoływania się na jego słowa) była niewielka a czasem niemożliwe było fizyczne dotarcie. A bez bezpośredniego kontaktu i rozmowy nie było przekazu. Gdy pojawił się druk zwiększyła się możliwość weryfikacji i docierania do pierwotnych źródeł, ale dalej było to kłopotliwe. Do bibliotek i księgozbiorów było daleko a zbiory niewielkie. Weryfikacja powołania czy cytacji była czasochłonna i pracochłonna.

Kolejnym przyspieszeniem było „wynalezienie” publikacji. Ale docieranie i sprawdzanie wszystkich źródeł, zawartych w czytanej publikacji, było dalej kłopotliwe i czasochłonne. Więc niewielu z tych możliwości praktycznie korzystało. W wielu przypadkach przepisywano bez sprawdzania. Pozorowany rytuał napędzany pośpiechem i koniecznością dużej wydajności.

Komputery i elektronika zmieniły wiele. Tekst nie musiał być linearny, hipertekstowe przekierowania w jednym dokumencie, jak i odwołania do innych za pomocą internetu, stworzyły zupełnie nowe możliwości. A w zasadzie pokusa by łatwo sprawdzić cytowanie, znaczenie słowa (już bez pracochłonnego sięgania do słowników czy encyklopedii) rozpraszała. Te oszałamiające możliwości utrudniły czytanie tekstów. Bo skoro łatwo można sprawdzić, iść do przekierowania, to łatwo zagubić się w dygresjach. Łatwo utracić kontakt z pierwotnymi tekstem. Zwłaszcza przy korzystaniu z zasobów inetrnetowych łatwo zagubić się w gąszczu pobocznych informacji i stracić kontakt z właściwym tekstem. Co, co kiedyś wynikało z ograniczeń, teraz musi być osiągane siłą woli i koncentracją. Zbyt duże możliwości rozpraszają.

Mobilny internet powszechnie dostępny zmienił jeszcze więcej. A w zasadzie dopiero stwarza takie możliwości. Dopiero uczymy się dostrzegać i wykorzystywać potencjał mobilnego internetu. Media stały się hybrydowe. Prasa wymieszana została z radiem i telewizją a do tego z namiastka bezpośredniej rozmowy (aktywizujące komentarze i portale społecznościowe). Środowisko akademickie powoli odkrywa te możliwości. Zmieniają się tradycyjne formy komunikacji naukowej. Już nie tylko seminaria, referaty, publikacje i sesje posterowe (a przecież poster to naukowa nowinka, upowszechniona w naukach przyrodniczych zaledwie dociera do nauk humanistycznych).

Eksperymentuję i ja  tworząc różnorodne innowacje. Na seminarium 12 grudnia sprawdzałem swój kolejny prototyp (na zamieszczonym zdjęcie dwie formy, na planszach i na dachówce). Działa. Oczywiście dostrzegam sporo różnych mankamentów, nie do końca trafnych rozwiązań. I będę to poprawiał w następnych realizacjach. Droga do innowacji jest długa. Wykonałem zaledwie kolejny krok, ani pierwszy ani ostatni. Eksperymentowanie pozwala zrozumieć proces i technologię. I wiem co trzeba wcześniej przygotować. Z pozoru wygląda to prosto i łatwo. Ale ważna jest treść. Ta jednak powstaje długo.

Hybrydowe formy komunikacji w nauce stają się faktem. Dla wielu jeszcze jako mglista fantazja, dla innych – rodząca się innowacja. Dla mnie jest to drugie. I to nabywane aktywnie i twórczo a nie biernie z trzeciej ręki (bo gdzieś w gazecie wyczytałem).

Kulturalna wieża Babel, czyli o niezauważanej wielokulturowości w komunikacji

Długo się wahałem, czy upublicznić poniższe przemyślenia i obserwacje. Nie jest moją intencją wytykanie komuś błędów czy niedociągnięć. Mimo posługiwania się konkretnym przykładem chcę pisać o szerszym zjawisku i opowiedzieć o bardziej ogólnych sprawach. Po pierwsze, mój blog jest dla studentów, z którymi dyskutuję o różnorodnych formach wypowiedzi publicznych. Niniejszy wpis będzie więc o charakterze materiałowo-dokumentacyjnym i jako swoiste studium przypadku. Po drugie traktować będzie o niedostrzeganej wielokulturowości i nieporozumieniach, wynikających z nieuświadamiania sobie tej wielokulturowości. Po trzecie spotkanie było publiczne.

[more]

Pewnego dnia o poranku wysłuchałem na portalu naukowym wideo wykładu profesora z Kanady o tym, jak powinny wyglądać referaty na seminariach naukowych i po co naukowcy jeżdżą (ściślej – powinni jeździć) na konferencje naukowe. Profesor Edward Potworowski jest przedstawicielem nauk przyrodniczych. Mówił o tym, że referat powinien mieć jeden prosty przekaz, że wstęp powinien stworzyć napięcie, potem powinien pojawić się problem i żeby starać się dotrzeć do każdego słuchacza. Ale żeby to osiągnąć, trzeba wiedzieć do kogo się mówi. A zakończenie powinno być rozwiązaniem problemu.

Z takim nastawieniem tego samego dnia poszedłem na spotkanie, które było tak reklamowane:
„W poniedziałek 10 czerwca 2013 roku w Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie (…) drugie spotkanie seminaryjne z cyklu „Kultura pod pochmurnym niebem”. Tym razem (…) pod hasłem „Czy można wymyślić przyszłość? czyli o sensowności tworzenia lokalnych strategii i polityki kulturalnej.” Gośćmi CEiIK-u byli Bohdan Skrzypczak i Edwin Bendyk, w spotkaniu uczestniczyła też współautorka „Diagnozy kultury Warmii i Mazur” prof. Barbara Fatyga.

Jak planować przyszłość w kulturze? Czemu ma służyć polityka kulturalna? Jakie są zagrożenia dla realizacji takich planów i jak je można przewidzieć?”.

Spotkało mnie spore rozczarowanie, bo nie zastałem tam tego, czego się spodziewałem. Poirytowanie wynikało w dużym stopniu… z nieuświadomienia sobie uczestnictwa w innej kulturze komunikacji. Irytowała mnie niedostrzeżona odmienność i podstawowe błędy w komunikacji. Ale te błędy wynikają z innego punktu widzenia. Być może wielu irytacji codziennych byśmy uniknęli, gdybyśmy zdawali sobie sprawę z wielokulturowości w jakiej żyjemy. I nie chodzi tylko o różne języki, różne narodowości – te dość łatwo dostrzegamy i identyfikujemy. Myślę o różnicach w sposobie myślenia, tradycji komunikacji, różnych stylów myślenia, różnych subkultur, czy na gruncie naukowym o różnicach między stylem nauk przyrodniczych (ścisłych) a np. humanistycznymi.

Moje irytacja wynikała z faktu…że nie potrafiłem być gościem w obcej kulturze i oczekiwałem tego samego co u siebie…

Narzekamy na wolne pociągi i opóźnienia. Narzekamy na nieefektywne spotkania, będące złodziejami czasu. Ale z drugiej strony czy wszystkie spotkania muszą być nastawione na maksymalną efektywność? Może „seminarium” jest tylko pretekstem do spotkania, bez wyraźnego celu? Spotkać się nie po to, aby osiągnąć jakiś cel merytoryczny, ale żeby pobyć ze sobą, licząc, że być może (ale nieobowiązkowo) coś z tego wyniknie.

Być może wielką sztuką we współczesnym wielowymiarowo wielokulturowym świecie jest umiejętne odczytanie różnych komunikatów i wyciągnięcie właściwych wniosków.  Ja nie umiałem poprawnie przewidzieć i odczytać, stąd moje rozczarowanie tym, że nie dostałem tego, czego się spodziewałem.

Można poniższe pisanie moje odebrać jako krytykę ale także jako wyraz niezrozumienia innej kultury spotkań. W jednej kulturze może być to antyprzykład „jak nie należy wygłaszać publicznie referatów”, ale w innej to może być przykładem dobrego spotkania. To samo a postrzegane zupełnie inaczej. Bo postrzegamy przez pryzmat innych, niewidocznych kultur społecznych.
Dysonans wynikający z wielokuturowości. Moje niezadowolenie i rozczarowanie (temat obiecywał wiele) wynika z innego języka, i nie musiało być wspólne dla innych uczestników. W sumie byłem „obcokrajowcem”, z trudnością wczucia się w inną kulturę.

Dwójka prelegentów sugerowała, że być może będzie jakiś dialog. Nic z tych rzeczy. Najpierw mówił długo jeden (drugi się nudził, tak jak publiczność), potem była zmiana. Tytuł był dla mnie atrakcyjny ale zawartość była inna. W sumie były to drobne refleksje nad metodologią Foresigth, ale bez podsumowania, bez pokazania wypracowanej strategii i scenariuszy. Luźne dywagacje. Po co? Bez jasnego przekazu.

Był długi wstęp bez jasnego przekazu i rosnące poirytowanie przynajmniej jednego słuchacza. Moim zdaniem bardzo słaba komunikacja, stracony wstęp i stracona publiczność, trudno było to potem nadrobić. W sensie wystąpień publicznych duża porażka.

40 minut mówienia nie wiadomo o czym, bez jasnego przekazu. Ja spodziewałbym się wprowadzającego wstępu, jasnej tezy i dowodu tej tezy, ilustracji wywodów przykładami i konkretami. Było nie wiadomo o czym (słuchaczu zgadnij o czym mówię?), potem wywnioskowałem, że o metodzie i realizacji, takie luźne opowieści.

Nie rozumiem tej kultury spotkań. Zapewne są potrzebne. Żeby nie czuć dyskomfortu trzeba zaakceptować wielokulturowość i zamiast oczekiwać dopasowania świata do siebie, postarać się choć na chwilę wczuć w daną kulturę. Owszem, na spotkaniu padło sporo ciekawych stwierdzeń, więcej oczywiście w dyskusji.

Wstęp dwóch prelegentów zbyt długi. Zupełnie niepotrzebny. Czuć było chęć podyskutowania, ale publiczność musiała odczekać obowiązkową, ponad godzinną prelekcję, aby móc się wypowiedzieć. Czy prelegenci czuli w obowiązku długo mówić, bo organizatorzy zapłacili, więc trzeba wypełnić czymś czas? Ale słuchaczom nikt za siedzenie nie płaci, więc im na przeciąganiu bynajmniej nie zależało…

Chyba prelegentom zabrakło przemyślenia co chcą powiedzieć. Takie tam pogaduszki jak na towarzyskim, przypadkowym i niezobowiązującym spotkaniu przy kawie.
Tematem miało być myślenie strategiczne, kultura i rozwój regionalny. Seminarium w nazwie w realizacji wykład. Ale może tak „kulturowcy” i socjolodzy rozumieją seminarium?

Pierwszy prelegent – dr Bohdan Skrzypczak – bez kontaktu wzrokowego z publicznością. W efekcie było to głównie mówienie do siebie i do swoich notatek. Dr Skrzypczak dwa razy wstawał i rysował coś na tablicy. Było to ożywcze. Cały przekaz był dla mnie biologa hermetyczny i mało konkretny – czytanie danych z kartki. Czy prelegent wiedział po co to odczytuje czy tylko żeby się odbyło, żeby wypełnić czas lub żeby odbył się jakiś rytuał? Takie mgliste przeczucie, że coś powinno być, ale bez realnej umiejętności jak to zrobić? Tak to odebrałem.
Po 15 minutach dopiero nastąpiło otwarcie się do publiczności, zarówno w słowach jak i postawie ciała (otwartej).
Wstęp słaby, długi okres rozgrzewania. Zupełnie inna kultura i tradycja komunikacji. Oczekiwanie na spóźnialskich (rozpoczęcie 5 minut po czasie, a potem i tak wchodzili spóźnialscy). Ta niepunktualność wpisana chyba w tradycję. Mnie to irytuje.

We wstępie brak było czytelnego, jasnego przekazu. Nie było to tylko moje odczucie, bo po prelekcjach pierwszym pytaniem z sali było właśnie o to, co było przekazem, żeby streścić i wyłuszczyć.
W czasie wystąpienie dr Skrzypczaka redaktor Bendyk zajmuje się aparatem. Ewidentnie nudzi się. Pewnie jak publiczność. Czeka na swoją kolej. Chyba dwugłos nie był przygotowany i przemyślany. Zaprosili dwóch i niech się coś dzieje. Szkoda czasu na takie spotkania. Ja wyszedłem po 3 godzinach, czyli tuż przed końcem. Trzygodzinne seminarium? Straszna rozrzutność czasu, zważywszy, że na końcu miasta, więc jeszcze trzeba doliczyć długi czas na dojście i powrót. Duża inwestycja w zabieganym życiu, oczekuje się wiec, że będzie warto. Nie było. Dla kilku trafnych myśli, w tym wypowiedzianych z sali?

Po 40 minutach sala szepcze. Po jakimś czasie swoje wystąpienie zaczął redaktor Edwin Bendyk, obietnicą że będzie krótko. To wzbudziło nadzieję i ożywienie na sali. Wywód pana Bendyka w większości klarowny i przejrzysty (choć nie było krótko, jak zapowiedział), z ciekawymi przykładami. I w miarę jasnym przekazem. Ale też nie bardzo wiadomo było po co. Wszystko przez brak wstępu i określenia ram i celu całego spotkania (nie myślę tu o organizatorach). Widać wprawę publicysty i lepszą komunikację – najwyraźniej trening pisania dziennikarskiego jest ważniejszy niż doktorat. Może więc naukowcy powinni więcej pisać w mediach (a nie tylko dla siebie w publikacjach) ?

Szkoła – same mury nie gwarantują tworzenia. Te dygresje były trafne i ciekawe. Bendyk był postawą ciała otwarty na publiczność i mówiący do niej. Zapamiętałem też coś
o roli bibliotek, że gromadzenie, selekcjonowanie i udostępnianie informacji (charakterystyczne, że z wypowiedzi dr Skrzypczaka niczego nie zapamiętałem, tylko że gdzieś jacyś górnicy narobili bałaganu), biblioteki jako miejsce spotkania wokół treści, ale też selekcja informacji. 55 minuta minęła i Edwin Bendyk zboczył w chaos. Na moment. 60 minuta – sala już nie słucha. Bendyk werbalnie i postawią ciała (obrócona głowa i gestykulacja) zwraca się do kolegi przy stole prezydialnym, tamten potakuje głową, pełna utrata kontaktu z publicznością. 65 minuta powrót wzroku na salę. Była mowa o ACTA. 70 minuta, zakończenie – też bez jakiegoś wyraźnego podsumowania „może na razie tyle”. Boże, jakie na razie, ponad godzina!

Redaktor Bendyk stwierdził, że winny jest system, żeby coś zmienić trzeba stanąć obok systemu (ale żeby stanąć obok systemu, to trzeba zdefiniować ów system, same ogólniki nie wystarczą). Ustawianie się pod źródła finansowania, zmienić sposób myślenia.

Z sali pada pierwsze pytanie o główną myśl wypowiedzi prelegentów, bo słuchacz nie „załapał”. Ja zresztą też.
Dyskusja ciekawa (zaczęła się po półtorej godziny) – wstęp referatowy ewidentnie za długi.
Po dwóch krótkich pytaniach i niejasnych odpowiedziach, dłuższa wypowiedź obecnej prof. Fatygi – w zasadzie była to recenzja-komentarz wystąpień. Ocena nauczyciela lub ocena recenzenta. Może taka jest tradycja seminariów socjologicznych, ale dla mnie to nie pasowało, przynajmniej do tego spotkania otwartego dla publiczności (nieumiejętność wyjścia z własnej kultury i dostosowania się do sytuacji?). Bo sala chciała dyskutować. Sala oczekiwała konkretów, swoistego uporządkowania wiedzy o świecie, pomocy w zrozumieniu tego, co wokół nas i porad, co robić.
Nawet na prowincji ludzie chcą zrozumieć co się dzieje, a kultura to przecież wprowadzanie ładu.

Widoczny był także swoisty konflikt pokoleń – młody słuchacz na smartfonie sprawdził w Google co to jest Foresight. Młodzi mówią krótko w kontraście do rozwlekłości prelegentów (zwłaszcza pierwszego). Sami używają języka z nawiązaniem do internetu… co jest niezrozumiałe dla starszego pokolenia.

Z sali w dyskusji wypływało znacznie więcej emocji, ożywczej i inspirującej emocji. Nie wystarczają ogólniki, że jacyś politycy czy enigmatyczny system jest winien. Młodzi chcą konkretów. Polityk z daleka jako swoisty kozioł ofiarny, przynęta na żer… ale publiczność nie poszła tym tropem, nie dała się zwieść tym „samograjem”, pytała o konkrety i polemizowała.
Nie doczekałem końca, tuż przed upływem trzeciej godziny wyszedłem. Dyskusja była znacznie ciekawsze od referatowego wstępu do tej dyskusji.

Na podsumowanie kilka wniosków.

Wniosek 1. Są różne kultury, różne style, różne rytuały i kody komunikacyjne. Między nimi może być brak porozumienia. Kiedy jedziemy do innego kraju, gdzie ludzie się różnią wyglądem i językiem, gdy z przyczyn językowych mamy trudności z komunikacją, jesteśmy chyba bardziej otwarci na innych. Bo ta inność jest bardziej widoczna, namacalna. W społeczeństwie wielokulturowym, zwłaszcza gdy mówimy pozornie tym samym językiem, trudniej o dostrzeżenie tej inności, więc i łatwiej o irytację.
Trzeba więc nauczyć się być gościem, ale to wymaga umiejętności rozpoznania różnych kultur, subkultur, różnych rytuałów. Ja się irytowałem, bo zbyt późno dostrzegłem różnice rytuałów, różnicę w stylu spotkań. Dla mnie tytuł obiecywał coś innego, i słowo seminarium obiecywało coś innego.

Wniosek 2. Umiejętność wystąpień publicznych jest bardzo potrzebna nie tylko pracownikom akademickim. Bez tego nie ma sprawnej komunikacji.

Wniosek 3. Prowincja jest ciekawsza i bardziej autentyczna, niż się sądzi. Tu też są ludzie oczekujący konkretów i objaśniania rzeczywistości. Samo pojawienie się "autorytetu", nie wystarczy. Musi ów autorytet mówić z sensem i na temat. Nawet w najmniejszej wiosce socjologicznie i kulturalnie coś kipi i tam też oczekuje się na zinterpretowanie świata. Na prowincji się żyje i dyskutuje. Szanuj słuchacza, nawet tego maluczkiego, z prowincjonalnego Olsztyna czy małej wioski.

Wniosek 4. Komentowane spotkanie jest i dla mnie nauką. Każdego słuchacza trzeba traktować poważnie i podmiotowo, a nie przedmiotowo.

Jedna ze słuchaczek zabrała emocjonalnie ale bardzo trafnie głos.
Czuje, że coś się dzieje, coś się zmienia właśnie przez kulturę, ale oczekuje objaśnienia i wyznaczenia celów, ukierunkowania w działaniu, przekonania do czegoś. To jest być może motywacja przychodzenia na takie spotkania i seminaria. Oczy zwrócone na autorytety… a tam pustka i ględzenie. Stąd rozczarowanie.

Ale opisywane spotkanie może być odebranie inaczej, oto przykład z internetu:

"Bohdan Skrzypczak z Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL na podstawie swoich doświadczeń oraz dotychczasowych analiz przedstawił do dyskusji następujące tezy:
1.W dokumentach strategicznych brak wizji zmiany oraz procesów wspólnotowego/ społecznego jej konstruowania.
2.Scena lokalnej polityki kulturalnej powinna angażować nowych aktorów indywidualnych i grupowych.
3. W pracy nad polityką kultury warto zastosować reakcyjne i emancypacyjne metody „badania w działaniu”.
4. Dla większości instytucji kultury najważniejszym strategicznym priorytetem ich funkcjonowania jest skoncentrowanie się na aspektach technicznych działalności (finanse, budynki, wyposażenie), a nie tych związanych z sercem komunikacji międzyludzkiej.

Z kolei Edwin Bendyk, dziennikarz, publicysta i pisarz pracujący w tygodniku „Polityka”, omówił możliwość wykorzystania metody FORESIGHT’u* w planowaniu przyszłości. Wg tej metody, dzięki zbiorowemu wysiłkowi intelektualnemu ekspertów i uczestników danego procesu da się w dużym stopniu przewidzieć nie tylko trendy i kierunki rozwoju, ale również potencjalne zagrożenia i ślepe uliczki. Metoda ta stosowana w planowaniu strategicznym, z pewnością może mieć zastosowanie w kreowaniu polityk kulturalnych samorządów lokalnych.

Wystąpienia te były punktem wyjścia do gorącej dyskusji. (…). "

Przeczytaj też inne refleksje z tego spotkania