Czy biedronkę azjatycką wpuścić do domu?

biedronka_i_mszyceKilka dni temu pan redaktor zaprosił mnie do Radia Olsztyn bym udzielił odpowiedzi na pytanie, jakie przesłał im słuchacz. Chodziło o biedronki azjatyckie co na zimę pojawiają się w domu. Na wsi do domu ciągną myszy z pola. Prawidłowość znana od dawna. W mieście nie ma tego problemu bo otoczenie domów jest inne. Kontekst zmienia wiele. Nie wskakujemy na stołki ze strachu przed małymi gryzoniami ale boimy się biedronek. Każdy ma swojego zająca (nawiązując do klasyki bajek z morałem).

Współczesne nasze mieszkania są bardzo sterylne i mało w ich niestety zwierząt i innych organizmów. Badania medyczne ostatnich lat przekonują, że zbytnia sterylność bardziej szkodzi niż pomaga. System odpornościowy naszego organizmu musi się nauczyć poprawnie działać, w innym przypadku „wariuje” alergiami. Wspólnotowość widoczna jest także w teorii. W biologii coraz głośniej mówi się o hologenomie, wspólnotowości. A w praktyce codzienne sięgamy po probiotyki. Mamy w sobie co najmniej 1,5 kg bakterii… i bardzo dobrze, bo bez nich życie byłoby nie tylko smutne ale i niemożliwe. Tu mała dygresja skierowana do pań, walczących z nadwagą – spokojnie ze 2 kg można ująć z wagi, bo to przecież bakterie i jak ubrania nie musimy liczyć…

Ale i zwierzęta w domu mogą być pożyteczne. Ja pająków nie wyganiam. Dłużej przeżyją jedynie te synantropijne i semisynantropijne. Krzywdy mi nie robią, a komara czasem zjedzą (ku mojej radości spokojnego snu). Niech więc sobie mieszkają. W naszych domach nie ma już za bardzo szpar i niezaimpregnowanego drewna, gdzie mogłyby żyć różne chrząszcze, a owady chronić się na zimę. Biedronki i złotooki kryją się w szpary okien. Moje osy, co za oknem mieszkały (O osie dachowej, co za moim oknem mieszka), po przymrozkach zniknęły. Zapewne tylko zapłodnione samice gdzieś poszukały schronienia na zimę. Nikomu krzywdy nie zrobiły a przy śniadaniu było co oglądać (O trzmielówce co do gniazda os się wkrada).

Nie ma w mieście miejsc, gdzie mogłyby chronić się na zimę drobne zwierzęta. Tak jak budek lęgowych dla ptaków, tak i dla bezkręgowców potrzeba schronień w nowych miejskich blokowiskach. W części tę funkcję pełnią hotele dla owadów. Ale to za mało. Grabimy liście z trawników, wycinamy spróchniałe i stare drzewa, to gdzie mają się chronić owady i inne bezkręgowce? Zmuszone sytuacją przychodzą zmuszone do naszych domów.

Człowiek lubi kontakt z przyrodą i potrzebuje do życia kontaktu z roślinami i zwierzętami. Dlatego mamy w domach tyle kotów i psów (czasem trochę świnek morskich, rybek w akwarium i świerszczy w terrarium, a w zasadzie insektarium). Ale jest ich w mieście zbyt dużo – znaczy się kotów i psów. Stanowią obciążenie i dla nas i dla dzikiej przyrody. Taka biedronka, co schroni się w szparze okna, też jest zwierzątkiem sympatycznym. Można poobserwować, poznać cykl życiowy itd. A nie trzeba wyprowadzać na spacer i nie trzeba sprzątać biedronkowych kup z chodnika. Same korzyści. Dla komfortu mieszkańców warto stawiać na osiedlach estetyczne i trwałe karmniki dla ptaków, by ludzie mogli dokarmiać. Teraz i tak to robią, rzucając nieestetycznie chleb na prawnik. Przydałoby się więcej hoteli dla owadów i domków dla biedronek. I karmników dla dżdżownic. A to tego kompostowników na jesienne liście. Raz że przyjazne środowisku, dwa obniżają koszty utrzymania czystości, a po trzecie mają walory edukacyjne (przydomowy, miniogród zoologiczny). Można siąść z dzieckiem (albo i bez) na ławeczce i poobserwować. A potem wymienić się obserwacjami na Facebooku.

Wróćmy do biedronki azjatyckiej, co wzbudza przerażenie (więcej o biedronkach azjatyckich, gatunku inwazyjnym w tekście: O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Są rzeczywiście gatunkiem obcym i nowym w faunie Polski. W Olsztynie pojawiły się w 2010 roku, teraz jest ich bardzo dużo. Sam późnym latem tego roku obserwowałem masowe występowanie w pobliżu mojego domu (załączone zdjęcie wyżej). Zajadały sobie mszyce, licznie i masowo występujące na trzcinach i innych roślinach. Groźne dla człowieka nie są (i mszyce i biedronki). Więcej w tym nieuzasadnionego strachu, wynikającego z niewiedzy niż jakiegokolwiek zagrożenia.

Tak, biedronka azjatycka jest gatunkiem obcym i inwazyjnym. Dużo wcześniej występowała we wschodniej Ukrainie, ale do nas dotarła… z zachodu Europy. Tam z kolei dostała się z USA. Dlaczego dotarła do nas z zachodu mimo, że występowała na wschodzie? Bo po drodze „załapała” pasożyta – mikrosporidia. Teraz stanowią ich swoistą broń biologiczną. Biedronki azjatyckie przystosowały się do współżycia z własnym pasożytem. Ale gdy inna biedronka, np. nasza poczciwa siedmiokropka, zje jaja lub larwy biedronki azjatyckiej, do zdycha zatruta właśnie tymi mikrosporidiami. Przeciwnie, gdy biedronka azjatycka zje jaja lub larwy biedronki dwukropki czy siedmiokropki to ma się dobrze. Czyli sukces wynika ze wspólnotowości, z obecności innego gatunku, z cudzych genów. Biolodzy podadzą to jako przykład hologenomu. My możemy wyciągnąć inny dla siebie morał: że warto coś/kogoś mieć w sobie lub swoim sąsiedztwie. To daje przewagę ewolucyjną. Tak jak te pająki, co komary wyjadają. Albo małe gryzki co pleśń zjadają. Same korzyści.

Zatem … „biedronkę przytul zamiast psa”. Psów i kotów i tak jest zatrzęsienie. A biedronkami, motylami czy złotookami prawie nikt się nie opiekuje.

Motyl, łąka i kultura

skansen_469Gdy wydaje się nam, że już wszystko znakomicie rozumiemy i wszytko wiemy, pojawiają się fakty, które uczą nas pokory. Biologia jest dobrym przykładem oraz ostatnio zyskującą popularność teoria hologenomu. Pozwala inaczej spojrzeć na ewolucję i dominująca w kulturze teorię egoistycznego genu. A w kulturze póki co popularny jest sukces jednostki, wspierany odwoływaniem się do genów.

Na łące, każdy ma swój czas. Są rośliny, które kwitną na wiosnę, na przykład taki podbiał pospolity. Najpierw zakwita, potem dopiero wypuszcza liście i rośnie. Są rośliny, które kwitną latem a są i takie, które swoje uwodzicielskie piękno ukazują jesienią, gdy inne dawno przekwitły. Dlaczego piszę o uwodzicielskim pięknie kwiatów? Bo wabią owady w celach seksualnych. A w zasadzie reprodukcyjnych, by zwabione sześcionogi przeniosły pyłek i nastąpił zapylenie (zapłodnienie) krzyżowe (korzystna rekombinacja materiału genetycznego). Ten wysiłek się opłaca. Przylatujący do kwiat motyl, pszczoła czy trzmiel jest nagrodą w konkursie piękności. Przeniesie pyłek na inny kwiat.

Z nagrodami w kulturze jest podobnie. Są artyści, co sławę zdobywają w młodości, na progu swej działalności, kariery. Są i tacy, którzy długo pracują, zdawałoby się zupełnie niezauważeniu, niedocenie. A pod koniec życia rozkwitają sławą i lecą do nich nagrody, niczym pszczoły do nektaru. A są i tacy, których sława spotyka po śmierci. Każdy ma swój czas. Niejednokrotnie szybka nagroda rozleniwia (ile z tak zwanych cudownych dzieci odniosło sukces w życiu dorosłym?). Gdy przychodzi wcześnie… zabiera czas na pracę i doskonalenie, obciąża psychicznie bo wszyscy wkoło oczekują kolejnych sukcesów i wygranych. Tak jak jeleń na rykowisku, kto dużo ryczy jeść nie ma czasu. Chwila chwały przemija. Kwiat przekwita.

Nagrodą w kulturze są różne dyplomy, konkursy, statuetki, sława wśród ludu .. i uznanie krytyków. A co jest nagrodą w przyrodzie? Wydaje się że jest nią sukces reprodukcyjny i przekazywanie genów. Mit egoistycznego genu zrodzony przez biologów znakomicie funkcjonuje we współczesnej kulturze, we wszystkich jej wymiarach. Kult seksu jest widoczny wszędzie, w teatrze, filmie, literaturze, nowych mediach itd. Widoczny jest nawet w etyce, która wskazuje na ewolucyjne uzasadnienie i domniemaną ekologiczną korzyść. Przekazanie genów wydaje się celem najważniejszym. Ale czy na prawdę wszystko już wiemy jak one są przekazywane? W kulturze sława i sukces (widoczność globalna) wydają się najważniejsze, bo one wskazują na docenienie i wartość artystyczną. Po to zakwitają kwiaty by wabić lepiej od innych.

Po to batalion tokuje i stroszy swoje pióra, jeleń ryczy a ptaki śpiewają, by zwabić jak najlepsze samice do siebie. I z najlepszymi samcami czy samicami wydać swoje potomstwo, dobrze zainwestować swoje geny. W doborze płciowym wygrywa ten, który przekaże swoje geny, czyli wcześniej uwiedzie samiczkę lub wybierze najlepszego samca.

Nie tak dawno przeprowadzono badania genetyczne na ptakach śpiewających. W ten sposób zbadano kto jest rzeczywiście ojcem piskląt tak pieczołowicie karmionych. Ptaki tworzą pary, samiec śpiewem podbija serce samiczki i razem wysiadują jajka, karmią pisklęta itd. Wierna para na całe życie lub tylko na jeden sezon lęgowy. Ale okazało się, że duży odsetek najpiękniej śpiewających samców wychowuje… nie swoje potomstwo. To więc jak jest z tą nagroda w doborze płciowym? Nie tego geny przetrwają, który najpiękniej śpiewał i został nagrodzony wyborem najwartościowszej samiczki?

W kulturze być może jest podobnie – nie zawsze w pamięci potomnych (i kulturze w dłuższym okresie czasu) zostają dzieła i autorzy nagradzani w najprzeróżniejszych konkursach, festiwalach, honorowani przez szacowne gremia takie czy inne. Zostaje na trwałe w kulturze także i to, co szare, niepozorne, niewidoczne, niedocenione. I jeszcze jedno biologiczne porównanie mi się nasuwa. Zostańmy przy kwiecie i lecącej do niego pszczole. Lecą do kwiatu, jak do nagrodzonego celebryty, owady zapylające po nektar ale i drapieżniki czy pasożyty. Czai się gdzieś pająk kwietnik by upolować znęconego zapachem i kolorem owada-zapylacza. Zjawiają się larwy oleicy, by wraz z pszczołami samotnicami dostać się gniazda i rozpocząć swój cykl pasożytniczy. Maja więc nagrody i swoją ciemną stroną (ujmując to w przenośni). Każdy ma swój czas na nagrodę. Niektórzy na początku, inni na końcu karety, inni po śmierci.

Ostatnio spotkałem się z ciekawą definicją twórcy „ludowego” (wypowiedź z festiwalu „Wszystkie mazurki świata” – ale można uogólnić), który tworzy z potrzeby serca. Taki twórca stoi w tle, służy procesowi (sztuce, przeżywaniu), służy zbiorowości. Sukcesem jest udane wydarzenie artystyczne, potańcówka a nie sława. Ważne, by ludzie tańczyli przy muzyce a nie by przede wszystkim oklaskiwali artystę. Typ artysty koncentruje się bardziej na sobie i celebrowaniu uznania, na wchodzeniu w rolę artysty oklaskiwanego, na bycie na piedestale. Występ jest ważniejszy niż wydarzenie. Oklaski przemijają. Co zostaje? Czyj sukces? Jednostki-artysty (teoria egoistycznego geny) czy zbiorowości, w której tworzy twórca „ludowy” (teoria hologenomu – bo biolodzy i taką teorię stworzyli, która powoli do kultury przenika). O hologenomie wypada napisać szerzej i dokładniej – i niebawem tak uczynię.

W kulturze być może jest podobnie – nie zawsze w pamięci potomnych zostają dzieła i autorzy nagradzani w najprzeróżniejszych konkursach, festiwalach, honorowani przez szacowne gremia takie czy inne. Zostaje na trwałe w kulturze także i to, co szare, niepozorne, niewidoczne, niedocenione. Ten niezauważony wpływ dostrzeże jedynie ten, kto wykona badania „genetyczne” i uwidoczni rzeczywisty wpływ i przenikanie się kulturowych oddziaływań. W kulturze anonimowej, ludowej (w szerokim sensie a nie tylko rustykalnym) najwyraźniej chyba widać to, co zostało na dłużej. Tak jak w sukcesji na łące, są gatunki efemeryczne, które raz pięknie zakwitają, ale nie zostawiają po sobie potomstwa – w kolejnych latach zakwitają inne gatunki.

Jest to rozszerzona wersja felietonu, jaki wysłałem do kolejnego numeru VariArtu.

Endosymbioza (symbiogeneza), Gaja i hologenom

Dzisiaj (czwartek 25 kwietnia), obchodzona jest bardzo okrągła sześćdziesiąta rocznica opisania struktury DNA. W związku z tą rocznicą, mniej więcej przed miesiącem dostałem do odrobienia pracę domową:

 „Nazywam się Rafał Marszałek i jestem autorem bloga naukowego nicprostszego (http://nicprostszego.wordpress.com). (…) Przygotowuję obecnie nowy projekt – kolekcję tekstów, które chciałbym opublikować w formie statycznego bloga pod koniec kwietnia, w ramach upamiętnienia sześćdziesiątej rocznicy odkrycia DNA. Chciałbym, aby jeden z tych tekstów był kolekcją wypowiedzi polskich blogerów naukowych (zarówno hobbystów, jak i badaczy), odpowiadających na jedno proste pytanie: Jakie, Pańskim zdaniem, są trzy najważniejsze odkrycia w biologii od czasu opisania struktury DNA? (…).”

Pytanie było trudne i intrygujące. Zmusiło do przemyśleń. W biologii tak wiele się dzieje, że trudno jednej osobie ogarnąć wszystkie odkrycia. A jeszcze trudniej wybrać coś, co byłoby najważniejsze. Dokonałem więc bardzo subiektywnego wyboru. To mój pogląd na biologię, mocno skażony specjalnością naukową i osobistymi zainteresowaniami.

Tym co łączy wymienione w tytule oraz uszczegółowione niżej odkrycia jest umacnianie się paradygmatu wspólnotowości (wzajemnego wpływu i uzależnienia, kontekstowości srodowiskowej), uorganizowania i złożoności życia, także w wymiarze genetycznym. Jest to w jakimś sensie przeciwwaga dla dawnego „dogmatu” jeden gen – jedno białko i swoistego indywidualizmu darwinowskiego, redukcjonizmu (mechanicyzmu). Wiążą się te odkrycia z naszymi poglądami na ewolucję organizacji życia (organizacji biologicznej). Jest to jakieś przełamywanie indywidualizmu i teorii egoistycznego genu, swoiście rozumianego mechanicyzmu. Wspólnotowość i wzajemne uzależnianie elementów szczególnie widoczne są w ekologii. Stąd być może takie moje subiektywne podejście.
Jestem przecież ekologiem… i filozefem przyrody :).

Jako pierwsze wymieniłbym odkrycie cyklicznej endosymbiozy – wyjaśnienie powstania komórek eukariotycznych. Lynn Margulis miała ogromne kłopoty z opublikowaniem swoje pracy i swojej koncepcji. Jej rewolucyjną w sposobie myślenia pracę przyjęto dopiero chyba w 23. czasopiśmie naukowym. Teraz ta teoria jest w każdym podręczniku biologii. Cykliczna endosymbioza tłumaczyła obecność obcego DNA w komórce (poza jądrowego) i pokazywała powstawanie nowych gatunków poprzez integrację, łączenie. Teraz możemy nazywać ten proces symbiogenezą i znaleźliśmy bardzo dużo podobnych przykładów. Podobne problemy miał prof. Berger, publikując w Polsce swoje badania dotyczące hybrydyzacji żab zielonych. Nie mieściło się to w wąsko rozumianym paradygmacie darwinowskim powstawania gatunków poprzez wydzielanie się linii ewolucyjnych. Dzielić się – tak, ale nie łączyć się, nie integrować.

Drugie odkrycie to koncepcja Gai – zintegrowanej, całościowej biosfery, najczęściej kojarzonej z nazwiskiem Lovelocka – ale twórców tej koncepcji było wielu, tak jak i wiele było nazw. Kolejny poziom organizacyjny życia z uwzględnieniem relacji między bardzo różnymi elementami. W nowej wersji przedstawiana jest jako hipoteza Medei (Peter Ward). Koncepcja biosfery jako całościowy poziom organizacji powoli ugruntowuje się, zmieniając układ podręczników do ekologii. Z Polski wymienić warto prof. Januarego Weinrera i jego „Życie i ewolucja biosfery”. Tradycyjny układ treści od osobnika, poprzez populację i ekosystem aż do biosfery, zastąpiony został odwrotna kolejnością. To uwidocznienie nieco innej koncepcji i uznanie czego innego za ważne. Za jednostkę podlegającą ewolucji uznano więc nie tylko geny, nie tylko gatunki ale i całą biosferę, z człowiekiem jako gatunkiem zwornikowym.

I w końcu ostatnie odkrycie – hologenom. Dopiero się pojawia w publikacjach i za jakiś czas może pojawi się w podręcznikach, ale jest efektem spojrzenia na organizm nie tylko jako na osobnika genetycznego ale jako swoisty ekosystem. Bez genów i enzymów mikroorganizmów w przewodzie pokarmowym nie bylibyśmy w stanie żyć i funkcjonować. Takie podejście poprzedzone zostało badaniami nad mikrofilmami bakteryjnymi i coraz lepszym poznaniem funkcjonowania różnych układów ekologicznych. Poznanie genomu człowieka było swoistym rozczarowaniem, że tak mało mamy genów. Ale poza detronizacją zmusiło do zastanowienia skąd bierzemy do funkcjonowania resztę niezbędnych „genów”.

Przedstawione trzy odkrycia są drogą rozwoju nauki od genomu do hologenomu. Wiążą się z pełniejszym poznaniem DNA i relacji między różnymi organizmami. W moim subiektywnym odczuciu są elementami głębokich zmian w biologii i w biologicznym paradygmacie, jaki na naszych oczach się dokonuje. Zwieńczeniem będzie jakaś integrująca teoria. Wiemy, że się rodzi, ale nie wiemy jak i gdzie zostanie w wersji pełnej sformułowana.