Masło wiedźm czyli wiedźmy i czarownice z przyrodniczego punktu widzenia

Tremella_mesenterica_a1_Jerzy_OpioaJak podaje Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” ćma zmierzchnica (Sphinx a więc jakiś zawisak) jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś za wcieloną duszę wiedźmy lub zmory. Mamy więc jakiś entomologiczny i przyrodniczy aspekt poszukiwania genezy wiedźm. Nie wiem czy chodziło Moszyńskiemu o zmierzchnicę trupią główkę (O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera) czy dowolną ćmę z grupy zawisaków (albo jakąkolwiek dużą ćmę). Sama zmierzchnica trupia główka u nas rzadko się pojawiała. To motyl śródziemnomorski. Więc może w wierzeniach ludowych chodziło o ćmę w ogóle lub ćmę z rodziny zawisakowatych. Ewentualnie jest to kulturowe zapożyczenie, które do tradycji ludowej trafiło z książek poprzez kościół lub pański dwór.

Z kolei u Erazma Majewskiego (Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych z 1889 roku) pod polską nazwą „wiedźma” kryje się motyl Nymphalis velleda. Niestety nie mogę odszukać współczesnej, naukowej nazwy tego owada. Majewski użył chyba jakiegoś starszego synonimu. Natomiast pod nazwą „czarownica” kryła się u niego Circaea – roślina, zwana także czarnokwit, czarownik, czartawa, czartownik, czyrnidło, niewieście psiny.

Czartawa pospolita (Circaea lutetiana L.) to gatunek rośliny wieloletniej z rodziny wiesiołkowatych. Występuje w całej Europie, na znacznym obszarze Azji oraz w Afryce Północnej. W Polsce gatunek ten jest stosunkowo częsty i pospolity. U Majewskiego zapisana także pod nazwami: czarownica paryzka, czarownik, psiny niewieście (te psiny niewieście mocno mnie zastanawiają, co to znaczy i skąd się wzięło). W Rusińskim – czarnocvit, w chorwackim – vilenicka trawa, bahornica, carownik. Nie mogłem doszukać się wykorzystanie tejże rośliny w medycynie ludowej. Natomiast jako czarownik, czarnokwit, niewieście psiny wymieniana jest w „Zielniku czarodziejskim to jest zbiór przesądów o roślinach” Józefa Rostafińskiego z dopiskiem „Circe zamieniała nim ludzi w bestye rozmaite, w kamienie, drzewa i cokolwiek chciała”. Wskazywałoby to na zapożyczenie z kultury śródziemnomorskiej. Więcej doszukałem się w „Medycynie dawnej i współczesnej” Henryka Różańskiego (http://rozanski.li/1056/circaea-czartawa-w-ziololecznictwie-domowym/):  „W zielu czartawy występują flawonoidy (witeksyna, izowiteksyna, wicenina, orientyna w formie glikozydowej), leukoantocyjany, kwas synapinowy, cynamonowy, galusowy, kawowy i ferulowy. Surowcem jest ziele zbierane do jesieni, najlepiej w czasie kwitnienia i owocowania. Ziele z owocami zawiera więcej fitosteroli niż przed kwitnieniem. Herbatka z ziela czartawy działa odtruwająco i moczopędnie, nieznacznie wpływ na układ krążenia. W większych dawkach może mieć ochronny wpływ na wątrobę i rozkurczowy na drogi żółciowe, wreszcie żółciopędny. Prawdopodobnie poprawia też krążenie oczne i stabilizuje strukturę ścian naczyń krwionośnych. Napar nadaje się do codziennego picia zamiast herbaty, jest smaczny i zawiera antyoksydanty oraz wymiatacze wolnych rodników, substancje hamujące generalnie stany zapalne i rozkurczowe na mięśnie gładkie.(…) Dawki naparu z czartawy: zioło całkowicie bezpieczne, napar można pić szklankami. Wykazuje synergizm z głogiem, nawłocią, kaliną (kwiat i owoc), liściem i owocem borówki, diosminą, fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, wiesiołkiem, miłorzębem i glistnikiem.” Nie wiem czy te właściwości są potwierdzone medycznie i czy są to współczesne ustalenia czy też może pochodzą z przeszłości (utrwalone w tradycji ludowej). Bo przecież w każdym zielu coś się znajdzie, jeśli tylko poddać naukowej analizie. Mam na myśli różnorodne substancje biologicznie czynne. Można sądzić, że „magiczne” właściwości czartawy zawędrowały do nas wraz z literaturą starożytną (przez piśmienny kościół lub dwór). Mało prawdopodobne by była umocowana w dawnej tradycji prasłowiańskiej.

Znalazłem jeszcze grzyba o nazwie masło wiedźm. Tyle, że jest to tłumaczenie z języka angielskiego – witches’ butter. Zatem nazwa z wiedźmą powstała na Wyspach Brytyjskich a nie u nas. Niemniej chodzi o grzyba u nas występującego – trzęsaka pomarańczowożółtego (Tremella mesenterica Retz). W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi.

W tradycji anglosaskiej, a co za tym idzie i w języku, więcej grzybów nosi nazwy diabelskie i czarownicze: witch’s hat – kapelusz czarownicy (wilgotnica czerniejąca Hygrocybe conica, grzyb lekko trujący, powoduje zaburzenia trawienne), destroying angel – niszczycielski anioł (muchomor jadowity – ten na pewno jest trujący), sevil’s urn – urna diabła. W jakimś stopniu można zaliczyć także dead man’s fingers (palce trupa, palce umarlaka – Palce umarlaka w Puszczy Białowieskiej). W polskie tradycji mamy tylko trującego „szatana” – borowika szatańskiego Rubroboletus satanas.

Dużo więcej demonów słowiańskich i prasłowiańskich kryje się w nazwach owadów takich jak wieszczki, wieszczyce, rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy itd. Dużo jest także w nazwach roślin (czarcie żebro itd.).

c.d.n. gdy powrócę do poszukiwań etnograficznych.

Fot. Jerzy Opioła, Wikimedia Commons https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tremella_mesenterica_a1.JPG

Mądziak malinowy czyli obcych od razu widać

dziwak_1Otrzymuję sporo różnych zapytań o identyfikację różnych gatunków i próśb o wyjaśnienie spotykanych niezwykłości. Niestety nie jestem w stanie na wszystkie te prośby odpowiedzieć od razu. Proszę mi wybaczyć. Zaległości przybywa.

Dzisiaj opiszę jedno, niezwykłe spotkanie z przyrodą. Zazwyczaj gatunki obce łatwiej zauważamy. Bo jest to coś nowego. O gatunkach pospolitych mało się pisze… Może należałoby częściej.

„Podczas moich bezskutecznych internetowych poszukiwań informacji na temat dziwnego grzyba, który wyrósł rodzicom na działce pod krzakiem agrestu, natknęłam się na Pana stronę. Może będzie Pan wiedział, co to takiego? Będę wdzięczna za informacje.

Pozdrawiam

Agnieszka Wojtanowska”

List otrzymałem we wrzeniu. Gatunek jest bardzo charakterystyczny. Początkowo myślałem, że to mądziak psi. Ale po zajrzeniu do fachowych książek okazało się, że to mądziak malinowy. Grzyb o mało przystojnym wyglądzie (tak jak sromotnik bezwstydny, czytaj:  Czarcie jajo czyli dlaczego przez owady tak cuchnie w lesie).  A o zapachu mało przyjemnym, podobnie jak i innych gatunek obcego grzyba (Okratek australijski w Szklarskiej Porębie oraz  Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?).

Tak jak wyżej wymienione mądziak malinowy (Mutinus ravenelii), zwany także czasem mądziakiem szkarłatnym, to grzyb z rodziny sromotnikowatych (Phallaceae). Pochodzi z Ameryki Północnej, u nas jest gatunkiem obcym. Podobny do niego jest mądziak śliczny (Mutinus elegans), również pochodzący z Ameryki Północnej. Rodzimym gatunkiem jest mądziak psi (Mutinus cannus).

Mądziak malinowy pochodzi z Ameryki Północnej, w Europie pojawił się w połowie XX wieku (pierwszy raz zanotowano w Berlinie w 1942 r.) W Polsce pierwszy raz zaobserwowano mądziaka malinowego w Krakowie w 1965 roku. Grzyb ten występuje w miejscach wilgotnych i bogatych w próchnicę: w szklarniach, wysypiskach śmieci, w parkach, na z łąkach, ogrodach i zanieczyszczonych lasach. Wydaje się, że preferuje wyższe temperatury. Dawniej był umieszczony na liście gatunków chroniony, ale od 2004 został z tej listy zdjęty. Uznany jest za gatunek obcy i ekspansywny. 

Tak jak i inne grzyby z tej rodziny mądziak malinowy wydziela nieprzyjemny zapach, wyczuwalny z odległości kilku metrów, zwabiający muchy (gatunki żywiące się odchodami lub padliną). Nieprzyjemny zapach mądziaka malinowego przypomina zapach fekalii lub psującego się mięsa. Owady padlinożerne, zwabione miłym dla nich zapachem, siadają na owocniku mądziaka, a do ich odnóży przyklejają się zarodniki. Owady roznoszą zarodniki na dość duże odległości. Zaobserwowano, że owocniki tego grzyba są chętnie i bez szkody dla ich zdrowia zjadane przez psy. Być może podobnie jest z mądziakiem psim – stad jego nazwa.

Owocniki mądziaka spotkać można od czerwca do listopada.

Bibliografia

fot. Agnieszka Wojtanowska

Kubecznik i stare notatki – wreszcie znalazłem

Będzie o sensie sporządzania notatek, gromadzenia danych i rozbudzaniu ciekawości oraz przyczynach spadku czytelnictwa. Prawie pół roku temu pisałem o kubeczniku i starych notatkach (Kubecznik co wspomnienia przyrodnicze z dzieciństwa przywołał). Dzisiaj je przypadkiem znalazłem. Szukałem czegoś innego, a w ręce wpadł mi stary zeszyt.

Wtedy nie wiedziałem co to jest. Dzisiaj już wiem. Notatkę zapisałem w zeszycie w 1977 roku, prawie 40 lat temu. Zaintrygował mnie swoim kształtem i dziwnością, to zrobiłem rysunki. Wtedy nie było aparatów cyfrowych w aparatach telefonicznych. Bo nie było ani telefonów komórkowych ani fotografii cyfrowej. Był zeszyt i ołówek. Na drugiej stronie zanotowałem „naliczyłem 40 grzybów, w tym 4 dojrzałe i 2 dojrzewające. Rysunek jest prawie naturalnych rozmiarów.”

Świat się nieustannie zmienia, nie tylko w zakresie przyrody. Utrwalanie przemijającego służy poznawaniu. Bo te różne mniej lub bardziej dokładne notatki mogą być potem zbierane i analizowane. Korzystają historycy, korzystają biolodzy. Nowe technologie pozwalają na znacznie więcej niż kiedyś. Zbieranie, gromadzenie, przechowywanie i udostępnianie obserwacji, danych jest warunkiem uprawiania nauki. W zasadzie studentów uczymy tej rzetelności i skrupulatności. Tak wiec wykształcenie biologiczne (przyrodnicze) to coś więcej niż wiadomości o grzybach, roślinach, zwierzętach czy genach. I uczymy interpretować obserwowane zjawiska. A najważniejsze, że ta metodologia dostępna jest każdemu i od zaraz. Nawet na podwórku, zwłaszcza  w wakacje. Można notować w zeszycie jak i w internecie.

Od dłuższego czasu przez media przewija się lament, że Polacy mało czytają (książek). Ostatnio moja żona zwróciła mi uwagę, że to nie chodzi o znajomość liter. Chodzi o potrzebę poznawania świata. Bez wątpienia ma rację, wszyscy uczą się czytać i pisać, a tylko niewielu czyta systematycznie. Najwyraźniej nie czują potrzeby nie tylko czytania ale i poznawania świata.

A jeśli tak, to świadczy to o rodzinie i naszej szkole (systemie edukacji), że nie rozbudzają ciekawości (od przedszkola po doktora). Pierwszym i najważniejszym elementem budowania wartości i budzenia ciekawości poznawczej jest rodzina. Szkoła uzupełnia. Czasem nadrabiać powinna deficyty z najbliższego otoczenia. Każde dziecko jest ciekawe świata. Jak to więc się dzieje, że dorastając traci tę pasję poznawczą? Spadek czytelnictwa jest tylko elementem większej całości – spadku chęci poznawania świata (brak ciekawości i otwartości). Czytanie książek niewątpliwie sprzyja poznawaniu, odkrywaniu i powiększaniu swojej wiedzy o świecie. Ale przecież nie o samą umiejętność czytania chodzi. W naszych szkołach znikają eksperymenty, znikają pracownie. Przeładowane programy skłaniają do przekazywania treści (i sprawdzania efektywności tego przekazu) a nie podtrzymywaniu i rozbudzaniu ciekawości. Teraz chyba przezywamy renesans  eksperymentowania, czego przykładem są centra nauki i pikniki naukowe. 

To nie tablety czy smartfony powodują spadek czytelnictwa. Czytać można z papieru jak i z ekranu. Przyroda, nawet na podwórku, sprzyja rozbudzaniu ciekawości. Kiedy wiosna w pełni rozkwita, może warto częściej wychodzić na podwórko by poobserwować jak trawa rośnie, co robią mrówki, dokąd ślimak idzie.

Ja tymczasem zabieram się do wymyślania propozycji dla przedszkola.. by rozbudzać ciekawość świata już u najmłodszych. W zasadzie nie rozbudzać co jej nie gasić…. O dorosłych nie zapomnę. Można zacząć już od zaraz.

Jaja czarownicy (wiedźmy) czyli dlaczego świat widzimy podwójnie

czarciejajawsloikuEtnograficzne spojrzenie w przeszłość jest dla mnie okazją do refleksji nad tym jak dawniej ludzie rozumieli świat. Ot choćby takie jaja czarownicy (wiedźmy). Rosną w ziemi. Czasem zwane są czarcimi jajami lub okiem smoka. Skąd takie połączenie bytów magicznych z przyrodniczą rzeczywistością? I dlaczego teraz, patrząc na to samo, inaczej postrzegamy rzeczywistość? Fakt, że rzadziej bywamy w lesie, stąd i jaja czarownicy znamy raczej z obrazków w internecie niż osobistego doświadczenia.

Rozumienie przyrody i interpretacja otaczającego nas świata dokonuje się przez to, co widzimy, z czym się stykamy oraz przez pryzmat tego, co już wiemy, co sobie wyobrażamy. Świat widzimy podwójnie: z zewnątrz (obserwowane fakty) jak i z wewnątrz – poprzez nasz już istniejący system wiedzy, model świata. Dlatego ludzie patrzą na to samo… a co innego widzą (w sensie dostrzegają, interpretują). Wiedza jest systemem – ma postać rozwijającego się organizmu (organizmalne, systemowe podejście do wiedzy): rośnie, powiększa się przez nowe fakty, ale i stale się przebudowuje, restrukturyzuje. Jak rozwijający się owad: najpierw jajo, potem larwa, poczwarka i w końcu imagines. Rośnie na wielkość ale i zmienia się. Wiedza nie jest murem z cegieł, który rośnie przez proste sumowanie, dodawanie kolejnych cegiełek.

Jeśli tak spojrzeć na edukację, to inaczej zorganizujemy środowisko edukacyjne – bardziej jako inkubator, a nie jako taśmę produkcyjną. Jeśli więc znajdziemy czarcie jako lub jajo czarownicy… to przydałby się jakiś inkubator. Wtedy zobaczymy co z niego się wykluje.

Umieściłem obrazek, z czarcimi jajami w słoikach, z zadaniem dla studentów (element dydaktyczny grywalizacji): „Zadanie dla dociekliwych Niziołków o zacięciu przyrodniczym. Co to jest w tych słoikach i czy daje się zjeść. Ewentualnie do czego służy. Za rozwiązanie nagroda czeka. Bo w słoikach jakieś magiczne rzeczy się znajdują. To i nagroda będzie należyta.” I znowu studenci mnie zaskoczyli szybkością znalezienia odpowiedzi. „Czyżby to był niejadalny sromotnik smrodliwy?” „Sromotnik smrodliwy. (…) strona w języku rosyjskim i choć tego języka nie znam to przy pomocy różnych narzędzi stwierdzam, że możliwym jest to, że jest to zjadliwe w takowej formie. Nawet wypisane są potencjalne skutki pozytywne takie jak np. zapobieganie nowotworom.” „i jest nawet coś w języku polskim czyli w słoiku jest sromotnik zalany wódką/spirytusem”, „Czy są to młode owocniki sromotnika smrodliwego w kształcie jaja-nazywane czarcimi jajami? Wbrew pozorom młode owocniki są jadalne i całkiem smaczne. Owoce po przekrojeniu przypominają oko smoka. No i można przygotować nalewkę. Mają one właściwości prozdrowotne.”

widzmajajoTeraz już wiadomo co to za obiekt i że kiedyś nazywano młode owocniki czarcimi jajami. O oku smoka nie słyszałem. Ani o wyskoczce ani o jajach wiedźmy. Mówią też o tym „śmierdząca morel”, ale to chyba nie bardzo magiczne…. „Kobiety stosowały rozdrobnione świeże grzyby wymieszane ze śmietaną, jako maseczkę odmładzającą. Zmarszczki się wygładzały, a kobiety były odmłodzone. Mówi się, że sromotnik ma właściwości pobudzające popęd płciowy i miłość zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn”

Wydawało mi się, że o sromotniku bezwstydnym sporo już wiedziałem, także w kontekście etnograficznym. Ale w dialogu ze studentami dotarłem do zupełnie nowych określeń – np. jaja czarownicy (wiedźmy). Nic tylko posadzić kwokę i wysiedzi… jakiegoś czarta lub czarownicę (wiedźmę).

Etnograficzne spojrzenie na przyrodę jest podróżą w przeszłość. Można zobaczyć dawne patrzenie na rzeczywistość, gdzie rzeczywistość magiczna miesza się i przenika z rzeczywistością materialną. Wpływać na losy świata można więc nie tylko realnymi działaniami ale i poprzez siły magiczne.

Można byłoby więc pomyśleć, że dawniej ludzie byli ciemni i niewykształceni bo widzieli wszędzie jakieś siły magiczne, czarcie jaja, uroki, zaklęcia, najróżniejsze dziwaczne i oderwane od życia interpretacje. My, w XXI wieku to co innego, wszechstronnie wykształceni i oświeceni. Hmmm. A mi się wydaje że całkiem tacy sami. Bo i teraz szukamy wróżb w internecie lub telewizji, mówimy o płaskiej Ziemi, dewolucji (profesor biologii !), zamachu w oponie (pisał o tym inżynier), rozpylaniu helu, sztucznej mgle, czarnej wołdze i setce innych legend miejskich czy teorii spiskowych, ruchów antyszczepionkowych, piewcach broni elektromagnetycznej itd. Czym się one różnią od wyśmiewanych przez nas dawnych wierzeniach? Tylko słownictwem.

Ale wróćmy do jaj czarownicy. Przypomina mi się wiosna na wsi, u babci. Wtedy jaja wysiadywała kwoka, nie tylko kurze. Bo jeśli podłożyć jej jajko kacze czy gęsie – to także wysiedzi. A jeśli w lesie zobaczyć coś, co jajo przypomina? Jakieś takie nietypowe, inne. To co z niego może się wylęgnąć? Tylko coś magicznego, demonicznego. Bo wiadomo, że z jaja zawsze się coś wylęgnie. Z czarciego jaja w lesie wyrasta cuchnący owocnik sromotnika, wyglądem przypominającym prącie – sromota w zapachu i wyglądzie!. Znowu jakieś odniesienie do płodności. Samo jajko jest symbolem rodzącego się życia, witalności. Nic tylko takie czarcie jajo przynieść do domu i wsadzić pod kwokę. Tak czy siak, musi mieć jakieś cechy magiczne. Być może stąd się bierze ludowe przekonanie o leczniczych właściwościach.

Sromotnik bezwstydny, zwany także sromotnikiem cuchnącym (Phallus impudicus), wydziela zapach dla człowieka nieprzyjemny (padlina z miodem) ale miły dla owadów padlinożernych. Dlatego zwabia muchy. A te roznoszą jego zarodniki. Podobno sromotnik bezwstydny znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa, jako najszybciej rosnący grzyb na świecie (prędkość jego wzrostu osiąga 5 mm na minutę – dosłownie rośnie w oczach). Spotkać go można w lasach liściastych i mieszanych. Częściej go wyczuwamy niż widzimy.

W Rosji grzyby te uznaje się za posiadające właściwości lecznicze (stąd te słoje z młodymi owocnikami) i tam są nawet uprawiane w ogrodach i sadach. Grzyb użytkowy, tak jak pieczarki czy boczniaki. Ale przecież nie na codzienne i zwykłe spożycie. Jako lekarstwo. Lub jakbyśmy modnie powiedzieli – żywność funkcjonalna. Nie mam pojęcia czy przypisywane mu właściwości lecznicze zostały przez kogokolwiek zbadane i potwierdzone, czy też raczej jest to współczesna legenda (mocno zakorzeniona etnograficznie), ubrana w nowe słownictwo i słowa kluczowe. Znajdujemy więc wszystko to, co dla współczesnego człowieka jest ważne: usuwanie z organizmu cholesterolu, normalizacji ciśnienia krwi (znachorzy leczą nadciśnienie za pomocą nalewki ze sromotnika!). Nalewka na wódce zalecana jest na bóle brzucha (w sumie wypić alkohol etylowy nie zaszkodzi, nie wiadomo więc co pomaga), stosowana jest do przemywa ran (i tu również może wystarczyłby sam alkohol?). W internecie można znaleźć informacje, że nalewką z czarcich jaj (lub jak kto woli jajami wiedźmy)  leczy się dnę moczanową, choroby nerek, bóle stawów i reumatyzm (tu stosowane zewnętrznie). Jeśli komuś mało to sromotnik jest skuteczny w przypadku raka (choroby nowotworowe), odleżyn, różycy i ukąszeń (nie wiem czego, ale kąsają nas różne zwierzaki małe i duże), bólach zębów, rozwolnieniu, opryszczce. Stymuluje wzrost włosów i leczy łysienie, zwiększa potencję mężczyzn. Czyli dla każdego coś dobrego. Uniwersalne panaceum.

 

A na zakończenie talerz pełen jaj. Może ktoś pisankę zrobi?

jajawielkanocne

Źródła ilustracji i informacji:

Kubecznik co wspomnienia przyrodnicze z dzieciństwa przywołał

perydioleKilka dni temu na Facebooku zobaczyłem dwa niezwykłe zdjęcia pani Katarzyny Witkowskiej, przedstawiające grzyba o nazwie kubecznik pospolity. To znaczy nazwę poznałem dopiero po doczytaniu, ale sam obraz przywołał wspomnienia z dzieciństwa, kiedy rodziły się moje zainteresowania przyrodnicze.

Nie wiem kiedy to było, czy w szkole podstawowej, czy w szkole średniej. Nie pamiętam co było impulsem, być może jakaś książka. Założyłem zeszyt, gdzie zacząłem prowadzić notatki z obserwacji przyrodniczych. Kiedy zakwitły rośliny (obserwowane koło bloku lub na spacerze nad Wisłą), jakie widziałem ptaki itp. Przerysowywałem skamieniałości znalezione na kupie żwiru itd. Nie było dużo tych notatek. A w Imielnicy (pod Płockiem) na działce znalazłem dziwne grzyby. Były jakieś inne od wszystkich mi znanych, więc zrobiłem rysunek. Wtedy nie wiedziałem co to był za dziwny gatunek. Zeszyt chyba zaginął, ale rysunek został w pamięci. I gdy zobaczyłem zdjęcia pani Witkowskiej – wspomnienia wróciły.

Przy okazji poszukam tego zeszytu. Wszystko w nim było, notatki przyrodnicze, wiersze, jakieś bazgroły. Jak znajdę to zamieszczę mój rysunek, tu na blogu. W innym zeszycie zapisywałem obserwacje migracji ślimaków winniczków. Byłem na wakacjach, na wsi. A w krzakach i chaszczach spotkałem winniczki. Zrobiłem plan terenu (gdzie odbywały się przeliczne zabawy w Robinsona i wiele innych przygód wakacyjnego dzieciństwa), nadawałem nazwy „geograficzne”, a spotykane ślimaki oznaczałem numerami, rysując ołówkiem cyfry na ich muszlach. Notowałem gdzie je spotkałem (do tego potrzebne były mi owe „nazwy geograficzne” – o GPS wtedy nikt nie słyszał). A potem ponownie szukałem i notowałem miejsce powtórnego spotkania. Chciałem sprawdzić jak daleko mogą wędrować i ile ich jest. Codziennie spotykałem inne ślimaki (powtórnych spotkań było niewiele). Albo ich tam było rzeczywiście dużo, albo ołówkowy grafit szybko się ścierał. Może i ten zeszyt z wakacyjnymi obserwacjami i „naukowymi” notatkami się gdzieś zachował? Może teraz potrafiłbym opracować te obserwacje i wyciągnąć jakieś sensowne wnioski?

Niebawem Noc Biologów, wielu młodych (ale i także dorosłych) ludzi przyjdzie posłuchać wykładów, uczestniczyć w doświadczeniach i pokazach. Może i w kolejnych głowach narodzi się pasja naukowa i zaczną uczyć się naukowej rzetelności notowania obserwacji i eksperymentów. Bardzo bym chciał.

Coś wypada napisać o kubeczniku, uwiecznionym na zdjęciu (wnętrze owocnika z perydiolami). Kubecznik pospolity (Crucibulum laeve (Huds.) Kambly) to grzyb z rodziny pieczarkowatych (Agaricaceae). Po raz pierwszy gatunek ten opisany został w 1778. Nie jest jadalny więc w pospolitych atlasach grzybów go nie znajdziecie. Jest saprofitem, rozwija się na szczątkach drewna, opadłych gałęziach, spotkać go można w zaroślach, lasach, nad potokami, przy drogach. Ja spotkałem w szopie… Nie wiem czy został tam na patyku przyniesiony czy się rozwinął w szopie. Kubecznik pospolity jest gatunkiem szeroko rozprzestrzenionym. Występuje głównie na półkuli północnej (Ameryka Północna i Środkowa, Europa, Azja), ale spotkać można go też w Australii i Nowej Zelandii. W Polsce jest gatunkiem pospolitym. Ale ja w naturze widziałem go tylko raz, kilkadziesiąt lat temu. Może nie wiem gdzie i kiedy go szukać?

Przyroda nieustannie się zmienia. Warto prowadzić systematyczne obserwacje i notować je w dowolnym notatniku. Nawet zwykłym zeszycie. A współcześnie możemy dokumentować także fotograficznie.

*  *  *

Znalazłem! (6 maja 2016), notatki z roku 1977.

kubecznik

Wełniczka czyli stokrotki na drzewie

welniczka

Gruszki na wierzbie a stokrotki na modrzewiu? Wydaje się niemożliwe. Kiedy jednak patrzy się na owocniki wełniczki pasożytniczej to odnosi się wrażenie, że są to stokrotki albo rumianki. Oczywiście, tylko na zdjęciu (fot. Mirosława Wantoch-Rekowska), gdy nie mamy odniesienia do rzeczywistej wielkości. Niemniej warto uważnie patrzeć pod nogi, bo kryje się tam niepozorne piękno.

Wełniczka pasożytnicza (Lachnellula willkommii) to grzyb z niewielkimi owocnikami. Należy do rodziny przezroczkowatych (Hyaloscyphaceae), grzyby te mają miseczkę orzęsiona na brzegu. Stąd nawa – wełniczka, niby pokryta wełną. Grzyby z rodziny przezroczkowatych należą do saprifitów lub pasożytów. Wełniczka jak sama nazwa gatunkowa wskazuje należy do pasożytów. Owocniki grzybów z rodzaju Lachnellula (około 20 gatunków) mają miseczkę zwykle pomarańczową, zazwyczaj pasożytują na drzewach iglastych.

Wełniczka pasożytnicza (Lachnellula willkommii, synonim Trichoscyphella willkommi), występuje na opadłych gałązkach modrzewia (Larix). Owocniki są niewielkie, 2-5 mm szerokości. Brzegi wełnisto owłosione, środek pomarańczowo-żółty. Dokładniej rozpoznać gatunki można po zarodnikach (niezbędna obserwacja pod mikroskopem). Tego urokliwego grzyba spotkać można cały rok. Podobny jest kuzyn wełniczka gałązkowa (Lachnellula occidentalis), jest jednak saprofitem. Jak widać od saprofityzmu do pasożytnictwa niewielka droga.

Piękno jest wokół nas, choć nie zawsze je dostrzegamy. Najpierw grzybnia wełniczki rozwija się w drewnie, zupełnie dla nas niewidoczna. Dostrzegamy tylko owocniki. Ale i one są małe, więc trzeba uważnie patrzeć pod nogi. I nie spieszyć się, bo ominie nas wiele cudownych widoków.

Źródło: Barbara Gumińska i Władysław Wojewoda, „Grzyby i ich oznaczanie”, wyd. III, PWRiL, Warszawa 1985.

Żółciak siarkowy, jadłem, bardzo smaczny

Jak w swej książce trafnie zaznaczył Marshall MacLuhan „zasoby naturalne (…) istnieją dzięki kulturze i umiejętnościom danej społeczności.” Pisał to w kontekście informacji (istnieją dzięki wspólnej wiedzy i umiejętnościom społeczeństwa), ale dobrze oddaje wpływ człowieka na środowisko i integralną koewolucję dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Żółta „huba” rosnąca na drzewach jest tego dobrym przykładem.
Nawet społeczności łowiecko-zbierackie wpływają na otaczająca przyrodę. Udomowienie roślin i zwierząt (domestykacja) jest kolejnym krokiem w silniejszym wpływie na środowisko i narastającym zarządzaniu zasobami przyrody. No i silniejszym, wzajemnym uzależnieniu człowieka i gatunków, które wykorzystuje (koewolucja).

Wbrew pozorom sporo zostało w nas z pierwotnych łowców –zbieraczy, mimo że wiedza o jadalnych roślinach i zwierzętach dziko występujących powoli zanika w codziennej praktyce (przyrasta w książkach i zasobach internetowych). Teraz coraz częściej „polujemy” i „zbieramy” w super marketach.

Wiedzę co i jak jeść w największym stopniu uzyskujemy w rodzinie i najbliższym kręgu znajomych. A nasze kulinarne gusty i smaki kształtują się w pierwszych kilku latach życia. Gotowanie nie tylko zmieniło ale w dużym stopniu stworzyło człowieka. Znakomicie ten proces opisuje Richard Wrangham z książę „Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka”.

Należę jeszcze do pokolenia, które zbiera w lesie jagody, borówki, maliny i grzyby. Rozpoznawania grzybów w największym stopniu nauczyłem się na wakacjach, od wujka i babci. To wtedy nauczyłem się zbierać surojadki, koźlaki, maślaki, czerwone łebki, prawdziwki, kurki, opieńki i olszówki. Już na Mazowszu od kolegi nauczyłem się zbierać i jeść kanie. Znajomi z Białorusi częstowali mnie zupełnie dziwacznymi grzybami. Okazywały się jadalne (ale po odpowiednim kulinarnym przygotowaniu). W ostatnich latach w zdecydowanej większości robię grzybom jedynie zdjęcia. Cieszy ich widok i świadomość, że są jadalne. Jest to radość z oglądanie tego co jest bez konieczności posiadania (w tym skonsumowania).

Znajomości tego, co można zjeść i jak przyrządzić, ludzkość uczyła się przez setki tysięcy lat. I zawsze było to lokalne. Społeczności ludzkie są bardzo mobilne. Wędrujemy po świecie i spotykamy coraz to inną przyrodę i coraz inne gatunki roślin, grzybów i zwierząt. Głód często zaglądał nam w trzewia. Lokalnej i konsumpcyjnej różnorodności biologicznej uczyliśmy się albo od tubylców albo sami eksperymentując. Dzisiejsze, bogate dziedzictwo kulinarne, okupione zostało wieloma eksperymentami, śmiercią, zdrowiem, bólami brzucha, wymiotami itd. Nikt o tym anonimowych bohaterach już nie pamięta. Teraz sięgamy do książek i do internetu, dawniej była to tylko pamięć społeczna, przekazywana z pokolenie na pokolenie (stąd szacunek dla starości i siwizny). Czasem coś dodawaliśmy, czasem o czymś bezpowrotnie zapominaliśmy.

Żółciaka sarkowego znałem od dawna. Nawet wyczytałem w książkach, że jest jadalny. Ale dopiero niedawno skosztowałem. Poczęstowała mnie słuchaczka studiów podyplomowych (sam grzyb zebrany w Olsztynie, na osiedlu – jak widać na grzyby wcale nie trzeba jeździć do lasu). Był to smażony w panierce i marynowany w zalewie słodko-kwaśnej. W smaku bardzo podobny do marynowanej, smażonej na wzór mazurski, sielawy. Doznania kulinarne zaskakujące. Teraz spróbuję sam. Z ciekawości i chęci przeżycia przygody.

Żółciak siarkowy, bo o nim mowa, nosi naukową nazwę Laetiporus sulphureu, należy do grzybów z rodziny żagwiowatych (Polyporaceae). Nazwa trochę tautologiczna bo obie części odnoszą się do żółtego koloru. Ale dwuczłonowa nazwa gatunkowa jest wielkim wynalazkiem w porządkowaniu nazw gatunków. Żółciał siarkowy ma podobno około 70 synonimów naukowych. Teraz nazewnictwo porządkowane jest i pilnowane przez kodeks nomenklatury biologicznej. Precyzyjne zapisy wskazują, którą nazwę uznać za obowiązującą a które za starsze synonimy. Bo w starszych książka z różnych krajów można spotkać te inne nazwy. I warto wiedzieć co konkretnie się za nimi kryje. Precyzja w nauce jest niezwykle ważna.

W polskich nazwach znaleźć możemy także i inne określenia na żółciaka siarkowego: huba żółta, żagiew Rostafińskiego, żagiew topolowa, grzyb siarkowy, huba siarkowa. Lokalne nazewnictwo powoli ustępuje za sprawą globalizacji w postaci powszechnie dostępnych w księgarniach atlasów do rozpoznawania grzybów. Pismo, a zwłaszcza druk, ujednolica. Internet przyspiesza ten proces.

Owocnik żółciaka jest charakterystyczny i raczej nie do pomylenia z innymi grzybami, zwłaszcza trującymi. Owocniki w kolorze żółtym, czasem z odcieniem pomarańczowym są zazwyczaj bez trzonu, grubomięsiste, przyrośnięte bokiem do drzewa, o średnicy 10-30 cm i grubości 2-5 cm. Najczęściej owocniki rosną dachówkowato jeden nad drugim.

Żółciak jest gatunkiem kosmopolitycznym (poza Antarktydą występujący na wszystkich kontynentach, no ale na Antarktydzie nie ma drzew), powinien być więc powszechnie znany. Ale mało kto go zbiera w celach konsumpcyjnych. Zapewne dawniej było inaczej. Obecnie w Holandii nie zbierają do jedzenia nawet koźlaków czy prawdziwków. Jedynie grzyby kupowane w supermarkecie uznawane są za jadalne. A więc pierzarki, boczniaki czy uszaki bzowe (grzyby mun). Dla współczesnego człowieka istnieje tylko to, co można kupić w sklepie….

Żółciak siarkowy najliczniej spotykany jest na półkuli północnej, zwłaszcza w Ameryce Północnej i w Europie. W Polsce jest pospolity. Owocniki pojawiają się głównie w maju i czerwcu, ale spotkać można je aż do września. Młodsze owocniki są intensywnie żółte, potem nieco blakną . Zazwyczaj grzyb ten występuje w parkach, sadach, ogrodach, na przydrożnych drzewach, powalonych pniach. W lasach jest rzadszy. A więc krajobraz antropogeniczny wyraźnie mu sprzyja. W jakimś sensie jest to więc grzyb synantropijny. Występuje głównie na drzewach liściastych (np. w lasach łęgowych), na drzewach iglastych spotykany jest bardzo rzadko. Podobno owocniki rosnące na cisach są trujące (może przez substancje przenikające z cisa?). Najczęściej atakuje dęby, brzozy, wierzby, topole, robinie akacjowe i drzewa owocowe.

Przez leśników uważany jest za grzyb chorobotwórczy (a więc za szkodnika). Atakuje głównie drzewa liściaste, zarówno osobniki osłabione, jak i te w pełni zdrowe. Zanim pojawią się owocniki, grzybnia długo rozrasta się w środku drzewa. Powoduje intensywną brunatną zgniliznę drewna, najpierw w twardzieli, później w bielu. Pień drzewa w środku staje się pusty (jakby wydrążony) i tworzy się dziupla. Opanowane przez niego drzewo ginie w ciągu kilku lat. Najczęściej owocniki powstają na jeszcze żywym drzewie.

Dla przyrodników jest to gatunek dziuplotórczy. Tworzy więc siedliska dla wielu bezkręgowców. Sam jest wykorzystywany przez wiele gatunków owadów.

Grzyb jest jadalny ale po obgotowaniu (10-20 minut). Surowe owocniki są trujące. Przed spożyciem wymagają płukania (w tym pozbycia się resztek kory i małych mieszkańców czyli sześcionogich zjadaczy grzybni), obgotowania i odlania wody, dopiero potem można je dalej przetwarzać. W smaku jest przyjemny, nieco kwaśny (w starszych owocnikach lekko gorzki) o aromatycznym zapachu grzybowym.

W przepastnych zasobach internetowych znalazłem wiele przepisów kulinarnych na żółciaka (w niektórych krajach jest ceniony i uważany za ekskluzywny, a więc kosztowny przysmak). Bez trudu znalazłem przepisy na flaczki z żółciaka siarkowego, sznycle, paprykarz, pasztet z żółciaka czy marynowany w zalewie miodowo-korzennej. Jest tego zapewne więcej, bo kreatywność kulinarna ludzi jest ogromna. Można więc go smażyć, dusić, gotować, marynować.

Podobno wysuszony żółciak był bardzo dobrym materiałem do krzesania ognia krzesiwem. Współczesny człowiek z krzesiwa nie korzysta, więc pamięć o takim wykorzystaniu pozostaje już tylko w książkach.