Zapytaj astronautę czyli jak spełniają się marzenia

Zapytaj_astronaute_okadka Jako kilkunastoletni chłopiec zaczytywałem się w książkach science-fiction i zafascynowany byłem perspektywą lotów w kosmos. Marzyłem by samemu polecieć, np. z misją kolonizacyjną Marsa. Interesowałem się już wtedy biologią i myślałem, że biolog na pewno się przyda. Ale jednocześnie czułem, że moje marzenia są jakieś nierealne. Podbój kosmosu był za razem blisko i bardzo daleko. Wydawało się, że już zaczniemy latać a ciągle się proces wydłużał. Może po prostu za słabo chciałem? Bo Tin Peake marzył i poleciał. I teraz przeczytałem jego książkę pt. „Zapytaj astronautę” (Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie), w tłumaczeniu Zbigniewa Kościuka, a wydaną przez Wydawnictwo Kobiece (Białystok, marzec 2018).

Lektura książki zbiegła się z widowiskowym wysłaniem rakiety z samochodem przez Munka. Na nowo kosmos stał się bliski i realny. Może więc znowu zacząć marzyć o wielkich podróżach, wyzwaniach i nieziemskich przygodach?

„Nie pozwólcie nikomu, aby powiedział wam, że nie możecie czegoś osiągnąć” – te słowa Tima Peake’a odnieść można nie tylko do podróży w kosmos. Książkę czyta się świetnie i poza ciekawostkami z życia astronauty dowiedzieć się można wielu ogólnych rzeczy. Znowu poczułem się jak chłopiec, który marzy o przygodach.

Rozczytywałem się w książkach Stanisława Lema. Ale Tim Peake znacznie bardziej realnie i namacalnie przedstawił codzienne życie astronauty: od przygotowań i treningów, po życie codzienne na stacji kosmicznej i trudach lądowania oraz powtórnej aklimatyzacji do życia na Ziemi. Autor przedstawił to tak obrazowo, że poczułem się jakbym sam poleciał na misję do międzynarodowej stacji kosmicznej. Opowieść o życiu astronauty ułożona jest w formie pytań i odpowiedzi. Powstawała z pytań… zadawanych za pośrednictwem Facebooka i Twittera – portali społecznościowych. Bardzo współczesna forma i niecodzienny sposób tworzenia treści. Ale może tak będzie już coraz częściej?

Tim Peake to pierwszy Brytyjczyk, który dotarł na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Spędził tam blisko pół roku na badaniach i eksperymentach w stanie nieważkości. My też mamy swojego kosmonautę – Mirosława Hermaszewskiego. Ale zabrakło chyba takiego medialnego podejścia w promocji misji kosmicznych. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna to przede wszystkim niezwykłe laboratorium badawcze. Nauka to proces zespołowy, nic więc dziwnego, że badania prowadzą duże zespoły międzynarodowe.

Nie jest łatwo zostać astronautą. „Ścieżka prowadząca w kosmos jest usiana wieloma poniżającymi sytuacjami w rodzaju wziernikowania esicy, endoskopii, lewatywy oraz niekończącego się poszturchiwania i opukiwania.” Ale nie trzeba być prymusem w szkole. O wiele ważniejsze są marzenia i wytrwałość w dążeniu do celu. Z tego samego chyba powodu podobały mi się „Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisław Lema.

Współcześnie naukowiec i pilot mają równe szanse by zostać astronautą. W 2009 roku z dwudziestu kandydatów na astronautę połowa nie miała doświadczenia pilota wojskowego. Zatem można marzyć i w laboratorium naukowym o lotach kosmicznych. Byleby zadbać o zdrowie i kondycję.

Astronautą może zostać nauczyciel, inżynier, lekarz medycyny lub osoba wykonująca inny zawód.(…) Przede wszystkim, niezależnie od tego, co studiowałeś, powinieneś być w tym naprawdę dobry. Jest to zalecenie o charakterze ogólnym i nie odnosi się tylko do lotów kosmicznych. Bo jak pisze Peake „wykształcenie akademickie lub lotnicze mogą doprowadzić was do rozmowy kwalifikacyjnej, ale robotę astronauty dostaniecie dzięki zapałowi i entuzjazmowi, charakterowi i odpowiedzialności.

Mocno w pamięci utkwił mi fragment o tym, dlaczego na stacji kosmicznej trzeba wolno i ostrożnie zdejmować skarpetki. Po prostu złuszcza się naskórek (pięty stają się bardzo delikatne) i może unosić się jako kłopotliwy pył i kurz dość długo w warunkach mikrograwitacji. Niespodziewany kłopot. W warunkach ziemskich na takie drobiazgi nie zwracamy uwagi. A jak załatwiać naturalne potrzeby fizjologiczne w warunkach nieważkości? Tego też można się dowiedzieć ze wspomnianej książki. Jak w kosmosie pierze się ubrania? Czy jedzenie smakuje tak samo? Jak pachnie kosmos i próżnia? Co dzieje się z naszym organizmem? I czy można wziąć udział w londyńskim maratonie będąc w … kosmosie. Tego wszystkiego doświadczają astronauci a bardzo duże zespoły na Ziemi starają się to technicznie i koncepcyjnie rozwiązać.

Bliski jest podbój kosmosu. To będzie nasza wielka przygoda. Gramy w wielkiej, międzynarodowej drużynie, która tego dokona. A na razie można wziąć do ręki książkę Tima Peake’a i poznać życie na stacji kosmicznej. Codzienne życie astronauty.

A co jeszcze z omawianej lektury warto zasygnalizować? Na przykład to, że posiadanie szerokich doświadczeń, np. pracy w międzynarodowym środowisku, zawsze będzie dużą zaletą, podobnie jak zdolności językowe. A także tak zwane kompetencje miękkie: praca w grupie, umiejętność podejmowania decyzji, zdolności przywódcze, umiejętność pracy w warunkach stresowych itd. Przydadzą się każdemu, nie tylko w kosmosie.

Czytaj także:

Pajędza (czarownica), która Antarktydzie zagraża i być może uczestniczyła w andrzejkowych wróżbach

1024pxPoa_annuaBiolodzy szukają w genach pozostałości po biologicznej przeszłości poszczególnych gatunków. Z różnych okruchów rekonstruują filogenezę i dawne pokrewieństwo różnych taksonów. W kulturze jest podobnie. Przykładem niech będzie jędza. Ale co to za jędza (czarownica), co by zagrażała Antarktydzie? To już nie krowom mleko zabiera, uroków nie rzuca, dzieci nie podmienia a Antarktydzie zagraża? No cóż, widać globalizacja swoje zrobiła. Wszystko po kolei wyjaśnię, czytajcie cierpliwie.

Zaczęło się kilka dni temu na seminarium. Referat studenta dotyczył rośliny, wiechliny rocznej zwanej także wykliną roczną (Poa annua L.). Ale ludowa nazwa tej rośliny to pajędza. Wcześniej już spotykałem tę nazwę w botanicznym zestawieniu, ale nie zwróciła mojej uwagi. Jednak, kiedy od kilku miesięcy doczytuję różne etnograficzne opracowania, dotyczące wiedźm i czarownic, moja uwaga na jędze i wiedźmy jest wyczulona. Teraz dopiero więc pajędzę dostrzegłem. Ale zanim opiszę zagrożoną Antarktydę (co i dlaczego), najpierw zajmijmy się rzeczona jędzą.

W słowniku języka polskiego PWN jędza ma dwa znaczenia: 1. «zgarbiona starucha z długim nosem – postać z bajki uosabiająca zło», 2. pogardliwie «kłótliwa i dokuczliwa kobieta». W Słowniku Języka Polskiego w zestawieniu Baba-Jędza oznacza „1. wiedźma z bajki; Baba Jędza, 2. niesympatyczna lub brzydka kobieta, czarownica; baba jaga; baba-jaga.” Jeśli kiedyś jędza uosabiała zło (np. Baba Jędza, Baba Jaga), to może miała związek jakiś z czarownicami i wiedźmami? Gdzieś w dawnych wierzeniach (systemie wiedzy o świecie) naszych przodków? Wskazuje na to opis, zamieszczony w Wikipedii: „Jędza, jęza, jęga, zła baba, jędza baba, jędzyna – demon starosłowiański, pierwotnie zła bogini, wyobrażająca chorobę i gniew, po chrystianizacji zdegradowana do miana gniewliwej, wychudzonej czarownicy, o charakterze strzygi, porywająca i pożerająca dzieci. Była starą, wysoką, chudą, bardzo złą kobietą, zamieszkującą pustkowia. Wykradała matkom dzieci, zasadzała do klatek, wykarmiała, a następnie upieczone lub surowe pożerała.” Łączenie jędzy (pajędzy) z czarownicami i wiedźmami jest więc jak najbardziej właściwe. Zapewne nie dotrzemy do pełnej rekonstrukcji znaczeniowej, ale coś już wiemy.

Aleksander Brϋckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego tak opisuje: „jędza, jędzona (ludowe), złośnica i czarownica, z jęg-ja, do lit. engti uściskać, ingti ubożeć, ignasti ubolewać; z g ocalało w nazwie rus. baba-jaga (z jęga), dla czarownicy. Byłby to więc pierwotnie demon (żeński) choroby, bólu.” O ile zła konotacja demona Jędzy (Jęgi), przynoszącej chorobę i ból, odnoszącej się do czarownicy, a współczesnej do kobiety starej, złej i wrednej, nie budzi wątpliwości, to jaki ma to związek z trawą?

Wiechlina roczna, wyklina roczna (Poa annua) – nazwa zwyczajowa – pajędza. Do tej pory nazwa trawy – wyklina – wydawała mi się zwykła i oczywista. Ale teraz dostrzegam znacznie więcej. W końcu dlaczego trawę nazywano wikliną (szczegóły niżej)? Przecież współcześnie pod nazwą wiklina kryje się wierzba, krzew, wykorzystywany w plecionkarstwie. Ma chyba związek z rokitą, rokicina, gęstymi łozowiskami. Od których nazwę chyba wziął nasz pospolity diabeł Rokita. Rokita – bo mieszkający, psocący w wierzbowych łozowiskach, krzakach itd. No cóż, etnografia i etymologia pozwalają zobaczyć więcej w zwykłych słowach… Wiechlina – to nazwa od typu kwiatostanu (wiecha).

Ale wróćmy do naszej pajędzy – dwa inne określenia: wyklina i wiklina też są tajemnicze i chyba ze sobą powiązane. Zatrzymajmy się jednak przy biologii tej trawy. Jest to gatunek kosmopolityczny, który wraz z człowiekiem rozprzestrzenił się po całym świecie. Można by powiedzieć, że jest to ikona globalizacji. A ze względu na swoją wszędobylskość uważany jest za jeden z najkłopotliwszych chwastów świata (także w Polsce). Niczym jakaś wredna czarownica czy jędza.

Pajędza została zawleczona także do Antarktyki (Antarktyda i wyspy znajdujące się wokół tego kontynentu). Jest trzecim gatunkiem roślin naczyniowych, występujących we florze Antarktyki. Po raz pierwszy została zauważona na przełomie lat 1984/85 przy głównym budynku polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. Od tej pory znacznie się rozprzestrzeniła. Czym się martwić? Od przybytku głowa nie boli? Kolejny gatunek być może wzmocni ekosystem Antarktyki. Zwłaszcza, że wraz z ociepleniem, zmniejsza się powierzchnia lodu i rozpoczyna się sukcesja ekologiczna. Lokalnie więc można by uznać pojawienie się pajędzy jako dobry znak. Tyle tylko, że jest ekspansywna i zagraża dwóm innym, rodzimym gatunkom roślin antarktycznych. O ile wiechlina roczna wszędzie występuje, to gatunki antarktyczne już nie są tak rozprzestrzenione. Zatem w skali globalnej grozi nam utrata bioróżnorodności. A przecież te dwa zagrożone gatunki roślin mogą się nam do czegoś „przydać”. Pajędza więc zagraża różnorodności biologicznej w Antarktyce tak jak kiedyś Jędza czyniła zło i przynosiła choroby. Tym razem szkodzi na Antypodach. I to za sprawą człowieka. Bo najpewniej przywlekli ją naukowcy… lub turyści, coraz liczniej odwiedzający Antarktykę. W Polsce wiechlina roczna rośnie przy droga, rowach, w ogrodach, na pastwiska i polach uprawnych (jako chwast). Rośnie również w miejscach intensywnie wydeptywanych (np. ścieżki).

Wróćmy do tajemniczej nazwy „pajędza”. U Erazma Majewskiego (1894 rok), Poa annua zapisana została pod nazwą zwyczajową jako wiklina roczna, wyklina (po chorwacku lasji matere božje). Z kolei pajędza odnosi się do skorupiaka Scyllarus (także płaskonóg – to ostatnie zostało, ogólnym pokrojem skorupiak ten przypomina krępą, grzbietobrzusznie spłaszczoną langustę). Dlaczego pajędza przeszła ze skorupiaka morskiego na trawę? I czy pajędza ma coś z wikliną lub wyklinaniem? I skąd takie zestawienie pa-jędza? Że niby jędza pa-pa, czyli żegnaj jędzo?

O wiklinie i diable Rokicie pisałem wyżej. Wyklina natomiast kojarzy się z wyklinamiem czyli z ciskaniem gromów, ciskaniem lub rzucaniem klątw (to już oczywista domena wiedźmy i czarownicy, łącznie z rzucaniem uroków), złorzeczeniem, przeklinaniem (w sensie rzucaniem klątwy a nie używaniem brzydkich wyrazów), piętnowaniem, potępianiem , smaganiem, ekskomunikowaniem, krytykowaniem, odsądzaniem od czci i wiary, narzekaniem, psioczeniem, lżeniem, obrażaniem, wymyślaniem, zrzędzeniem, urąganiem, wyzywaniem itd. W słowniku synonimów języka polskiego dla słowa wyklinać znajdują się 54 synonimy. Bogactwo wielkie.

Ale co wspólnego ma niepozorna trawa – wiechlina roczna, pajędza, wyklina – z jędzami, czarownicami i z wyklinaniem? Czy jest to jakieś przypadkowe nadanie nazwy zwyczajowej przez szukających inspiracji dawnych botaników? Czy też może jest to jakiś zapomniany ślad wykorzystywania tejże małej, niepozornej trawy w dawnych praktykach magicznych? Może odstraszających jędze? Na razie pozostaje to dla mnie tajemnicą. Ale może kiedyś, przypadkiem natrafię na kolejny ślad. Może ktoś podzieli się swoją wiedza? Może była wykorzystywana w jakichś wróżbach?

Fot.  Rasbak,  CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=95915

Konferencja plakatowa – innowacja czy nabijanie naukowców w butelkę

konferencja_plakatowaKilka dni temu otrzymałem pocztą elektroniczną informację o konferencji z prośbą o upowszechnienie „Jednocześnie uprzejmie prosimy o przekazanie informacji osobom potencjalnie zainteresowanym udziałem w niniejszej konferencji.” Intrygująca była forma – konferencja plakatowa. Sporo ostatnio pojawia się różnych form komunikacji naukowej, od graficznych abstraktów przez mapy myśli po myślenie wizualne i sketchnoting. Zaciekawiło mnie i zacząłem poszukiwania. Tym bardziej, że jeśli mam upowszechniać, to chcę wiedzieć co to jest i czy wato. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem, więc zaciekawiony zagłębiłem się w lekturę i poszukiwania. Konferencję firmuje uniwersytet i jakaś spółka, wyglądało więc poważnie. Czy jest to jakaś formą komunikacji naukowej z wykorzystaniem nowych technologii? Warto sprawdzić.

Sam plakat naukowy nie jest czymś nowym, upowszechnił się w naukach przyrodniczych jakieś 20-30 lat temu, zupełnie niedawno zaczął upowszechniać się w naukach humanistycznych. Sesja plakatowa znana jest od dawna w naukach przyrodniczych, jako jedna z form konferencji, ale zawsze jest to tylko część spotkania: obok referatów, komunikatów, spotkań kuluarowych itd. O genezie powstania plakatowej formy przedstawiania wyników badań w czasie dużych konferencji pisałem już dawniej (z myślą o studentach): Plakat naukowy (poster) http://www.uwm.edu.pl/czachor/dyda/poster.htm

Plakaty naukowe (dla rozróżnienia od afiszy i plakatów, używanych w kulturze i rozrywce nazywane są czasem posterem – językowo znaczy dokładnie to samo, ale przypisywany jest inny desygnat) narodziły się w czasach, gdy nie było jeszcze multimedialnych prezentacji a na konferencje przyjeżdżało dużo ludzi. Aby umożliwić wszystkim zaprezentowanie komunikatów naukowych, wymyślono właśnie formę graficzną w formie plakatu: z wykresami, schematami, krótkimi tekstami. Integralną częścią posteru jest sesja posterowa, gdy autor czuwa przy swoim dziele i odpowiada na pytania. Plakat jest niejako zachęta do dyskusji i jednocześnie pomocą dydaktyczną. Czasem naśladownictwo sprowadza się do formy a nie istoty i treści – widziałem już różne karykatury sesji posterowych. Ale to margines komunikacji naukowej.

Konferencji posterowej nie znałem do tej pory. Poszukałem w internecie innych „konferencji plakatowych”. Owszem, jest coś takiego (takie sformułowanie) ale oznacza sesję plakatową. Pod pojęciem „konferencja plakatowa” w naukach nieprzyrodniczych (nauki ekonomiczne i o zarządzaniu) rozumie się normalną konferencję (z referatami plakatowymi) z udziałem sesji plakatowej. A więc to samo co w naukach przyrodniczych tylko nazwa inna. Być może dla podkreślenia dominacji tej formy prezentacji wyników.

Wróćmy do intrygującej informacji z maila: Mamy zaszczyt i przyjemność zaprosić Państwa do udziału w I Interdyscyplinarnej Konferencji Plakatowej – „Cywilizacja zdrowia”. Zakres tematyczny bardzo pojemy co przy interdyscyplinarności powinno zapewnić bardzo liczny udział. Ale po zapoznaniu się ze szczegółami zauważyłem, że całość sprowadza się do wysłania graficznego plakatu naukowego lub prezentacji. Na żadną konferencję się nie jedzie. Jakieś wirtualne spotkanie? Jaki tego sens? I czym to się różni od normalnej komunikacji w necie: portali, stron, blogów naukowych? Tym, że nazywa się konferencją?

Marketingowo wskazuje, że naukowiec zdobędzie punkty (liczy się w sprawozdawczości i karierze) tak jak za udział w normalnej konferencji. Jasno jest więc określony cel. Opłata za punkty za niby udział w konferencji. Wymiana myśli i dyskusja? Ale jak? W zasadzie to płatny dostęp do materiałów innych naukowców – wąski, zamknięty krąg odbiorców. Ale przecież autorowi zależy na czytaniu i cytowaniu, żeby treść do kogoś dotarła, do innych specjalistów lub odbiorców. Konferencja naukowa nastawiana jest na komunikację a nie sztukę dla sztuki.

Koszty w sumie niewielkie:- 125 zł za samo uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna ) oraz 200 zł za uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna) plus artykuł w publikacji pokonferencyjnej w formie książki elektronicznej). Jak na konferencję to tanio, bo opłaty bywają wyższe. Tyle tylko, że w typowej konferencji naukowej takie opłaty (wpisowe) obejmują materiały konferencyjne: wydrukowaną książeczkę z abstraktami referatów, doniesień, posterów, czasem z referatami plenarnymi w obszerniejsze formie, do tego różne gadżety, notesy, koszulki i kawa z przekąską w czasie konferencji. Uczestnik musi jeszcze zapłacić za noclegi, wyżywienie i dojazd. Czyli udział w konferencji naukowej sporo kosztuje. A tu oferta bardzo tania. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że wszystko jest wirtualne to jednak bardzo drogo. Ile kosztuje umieszczenie na serwerze plików graficznych z plakatami i prezentacjami do obejrzenia?

Wszystko z obietnicą punktów. I sprawa wydaje się jasna, do kogo adresowana jest ta dziwaczna innowacja. Dla tych, co zbierają punkty. Skoro trzeba się wykazać aktywnością i punktami, to jest okazja. Wysłać kilka prac, to i punktów będzie więcej. Innowacyjna forma konferencji? Jak najbardziej, ale nie dotyczy form komunikacji a jedynie kreatywnego zdobywania punktów. Ile kosztuje punkt w nauce? Za cztery ministerialne po 125 zł, czyli wychodzi ze 30 zł (3 dychy). Taniocha. Papier w sprawozdaniach wszytko przyjmie. Wydaje mi się, że jest to jeden z objawów punktozy (w szkole jest to uczenie się dla stopni). I innowacyjna oferta dla zbieraczy punktów dla samych punktów. Ale może się mylę, to pierwsza taka konferencja (pierwsza o zdrowiu czy pierwsza w takiej formie), więc może strona koncepcyjna i komunikacyjna zostanie dopracowana i usprawniona.

Na stronie konferecyjnej znalazłem kilka informacji o plakacie, czym jest i jak go przygotować: „Celem plakatu naukowego ma być inspirowanie do wymiany poglądów pomiędzy autorem plakatu a jego odbiorcami. Dlatego też powinien być on przygotowany zgodnie z obowiązującymi standardami.” Ale jak ta wymiana poglądów ma wyglądać? Może pod plakatami są możliwości do komentowania tekstowego, tak jak na portalach internetowych? Może poprzez zebranie w jednym miejscu wielu prac ułatwiana jest dyskusja? Może ja starej daty człowiek jestem, ale mnie to nie przekonuje. Chyba, że takie plakaty będą przygotowane jako infografiki czy mapy myśli (ale nie ma tam takich sugestii). Na normalnej konferencji nawet nieśmiała osoba będzie włączona do dyskusji: łatwiej rozmawiać niż pisać, zwłaszcza że sesja posterowa to kameralne warunki i dyskusja w wąskim gronie kilku osób a nie publicznie na pełnej sali kilkudziesięciu-kilkuset osób. Można samemu zapytać lub ktoś inny zapyta. Poster to przecież jakaś forma niedokończona, niepełna, która łatwo dopowiedzieć i w rozmowie uzupełnić. Już lepiej żeby były to pełne prace, bo tam jest wszystko. Ale to już jest. Są różne specjalistyczne fora dyskusyjne, portale społecznościowe. Konferencja plakatowa niczego tu nowego nie wnosi a jest dodatkowo formą ułomną (przynajmniej w tak prezentowanej postaci). Na stronie konferencyjnej nie ma nic, co by wskazywało na wygodnej formy komunikacji elektronicznej. Nawet nie wiadomo czy coś takiego będzie. Ale dla zbieraczy punktów nie ma to znaczenia, bo przecież nie poszukują wymiany myśli.

Na konferencji plakatowej jest przecież i forma z prezentacją multimedialną (dlaczego więc w nazwie akcentuje się plakat?). Normalnie prezentacja jest tylko elementem ilustrującym wypowiedź ustną – referat czy wykład. A samodzielna prezentacja pozbawiona jest wielu ważnych elementów komunikacji naukowej. Na stronie z komentowaną konferencja plakatową takie jest wyjaśnienie: „Celem prezentacji multimedialnej stosowanej podczas e-konferencji jest wprowadzenie odbiorcę w poruszaną tematykę oraz zachęcenie go do zapoznania się ze stanowiącym pokłosie konferencji artykułem.” W sumie sprowadza się do zapowiedzi publikacji. Swoisty zwiastun. I za to trzeba zapłacić. W sumie jakiś ciekawy pomysł. Tyle tylko, że sam zwiastun (prezentacja) dostępny będzie dla tych, co wniosą opłaty. A zatem bardzo wąski krąg odbiorców. Takie pisanie do szuflady.

Forma i oferowane „funkcjonalności” przesłanej mi konferencji plakatowej nie zachęciła mnie do udziału i do upowszechniania (na stronie organizatora znalazłem jeszcze inna propozycję, konferencji międzynarodowej, ze znacznie wyższymi opłatami od 80 do 400 zł oraz dodatkową możliwością przesłania pliku dźwiękowego). Wydaje mi się pozorem komunikacji. Ale z poszukiwaniem nowych form z wykorzystaniem internetu bywa różnie. Trzeba próbować różnych rozwiązań, by sprawdzić które są sensowne a które ślepymi i nierokującymi sukcesu poszukiwaniami. Być może jednak, jeśli taka konferencja plakatowa powiązana będzie z wideoczatami, webinarium czyli poprzez rozszerzenie kontaktu, to być może się przyjmie i będzie rzeczywistą komunikacją w nauce. Czas pokaże. Może sama konferencja plakatowa to dobre rozwiązanie a tu jedynie zawiodła informacja i część marketingowa?

W każdym razie wskazuje na nowe kompetencje, potrzebne naukowcowi: inna forma plakatu naukowego, łączącego formy infografiki i myślenia wizualnego a w prezentacji zawarcia treści w sposób umożliwiający obejrzenie samodzielne. Może trzeba nauczyć się kręcenia filmików naukowych, jako samodzielnych wypowiedzi w dyskusji naukowej?

Pewnie więcej bym zrozumiał, gdybym w pełni w takiej konferencji plakatowej zauczestniczył i doświadczył na sobie. Jednak tematyka konferencji odbiega od moich zainteresować. Sama ciekawość formy nie jest jeszcze dla mnie wystarczająca. Może kiedyś.

ps. Wyżej zrzut ekranu ze strony internetowej, niżej plik reklamowy, załączony do maila

KonferencjaPlakatowa1

Krowy i globalizacja

krowyKiedyś sądzono, że jak pierwsze pociągi z lokomotywą parową będą szybko jeździły z zawrotną szybkością 40 km na h, to krowy stracą mleko. Pociągi krowom mleka nie zabrały. A jak jest z globalizacją?

Po pierwsze można się zastanowić jak krowy przyczyniły się do globalizacji. Niby z pozoru w żaden sposób. Ale przecież przez tysiąclecia były ważnym środkiem produkcji i rozwijały rolnictwo. Nawet w genach mamy ślad – są ludzie, którzy trawią surowe mleko nawet w wieku dorosłym (co na ssaki jest nietypowe). Ale dzięki temu mogli przetrwać czasy niedostatku jedzenia. Byleby krowa była. Albo inne zwierzę mleczne (owca, koza, kobyła, wielbłąd). Tak więc krowy przyczyniły się chcąc niechcąca do rozwoju społeczeństw, a więc w pośredni sposób przyczyniły się go globalizacji.

Chciałbym się dokładniej zająć innym elementem związku krów z globalizacją, to znaczy jak globalizacja wpływa na krowy. Wszystko wskazuje, że krowy straciły na globalizacji. Straciły po pierwsze imiona (Krasula, Bukieta, Malwina, Gniada, Łaciata). Jak w gospodarstwie była jedna, dwie czy cztery krowy, to można było je nazwać i imiona zapamiętać. Tak jak psa Burka czy Azora. Ale jeśli w nowoczesnej oborze jest takich krów 50 albo 100, na dodatek podobne do siebie, to jak tu nadać indywidualnie każdej imię? I jak to zapamiętać? Nie da się. Bo do zapamiętania imion potrzebne są głębsze relacje. Pozostaje nadać krowom numery i wszczepić kolczyki do ucha. Bo tyle krów indywidualnie rozpoznawać może tylko komputer. A że komputery wolą numery bardziej od imion… to krowy mają numery i paszporty a nie imiona. Zresztą my także coraz częściej występujemy pod postacią numerów, peselów i innych kodów, wygodnych dla komputerowych systemów ewidencji. Prawie jak te krowy w wielkiej oborze. Tyle że przynajmniej nas nie doją. W każdym razie dosłownie, bo w przenośni to wielokrotnie czuję się dojony….

Ale wróćmy do zasadniczego tematu. Po drugie  w procesie globalizacji krowy odnotowały utratę więzi z człowiekiem w społecznościach rolniczych i życia wokół krowy żywicielki. W sumie to ta strata nas także dotyczy. Mniej żałujemy, bo już nie żyjemy w społecznościach agrarnych a krowę kojarzymy bardziej z reklamą pewnej czekolady i myślimy, że jest fioletowa. Niektórzy są przekonani także, że mleko bierze się z fabryki… bo widuję je tylko w kartonikach lub butelkach. O dojeniu krów nigdy nie słyszeli ani nie widzieli. Nie czuli zapachu mleka ze świeżego udoju, i przecedzania przez biała ściereczkę do kany, by następnie schłodzić w studni.

W epoce globalizacji związek człowieka z krową się rozluźnił. Już nie wprowadzamy na zimę żywiny do domu, by na mrozie nie zmarniała (a tak było jeszcze w XIX czy nawet początkach XX wieku). Nie mówiąc o dawnych domach, łączących część mieszkalną z częścią dla zwierząt. Byliśmy blisko siebie, pod jednym dachem. Było cieplej i na wzajem czuliśmy swój zapach. No i wymienialiśmy się wirusami i bakteriami. Stąd choroby odzwierzęce (ospa, grypa, cholera i wiele innych). Choroby te dały się nam we znaki ale jednocześnie pozwoliły podbić obie Ameryki. Bo 90% rdzennych Indian zmarło na skutek europejskich chorób. Były więc nasza nieświadomą superbronią. A wszystko z bliskiego kontaktu, teraz globalnie zatracanego. No bo jak można mieć bliskie relacje z setką krów lub 500 znajomymi na Facebooku? Tylko w komputerze… Teraz nikt krowy pod dach nie weźmie. Co najwyżej w wielkiej oborze program komputerowy sam właczy klimatyzację. Albo rolnik, siedząc w domu i patrząc na czujniki w swoim komputerze kliknie tu i tam.

Z dzieciństwa i wakacji pamiętam wieczorne przyganianie krów z pastwiska do zagrody, na wieczorny udój. Pastuszkowanie nie tylko pozwala poznać zwyczaje krowy ale i poznać otaczająca przyrodę. Dziadek te swoje 2-3 krowiny często rankami wypasał na rowach, pod lasem czy na miedzach. Teraz nikt już krów ni kóz po miedzach nie wypasa. Dlatego zarastają. Rowy a nie krowy. A przy braku wypasu intensywnie rozprzestrzeniają się gatunki obce, takie jak na przykład nawłoć kanadyjska. A dziadek mój, patrząc jednym okiem czy krowy w szkodę jaką nie wchodzą, siadał i wyplatał koszyki wiklinowe. Wiklinę pozyskiwał nad rzeką, w trakcie wypasu. Nie żadna tam jakaś plantacja. Kto teraz umie wyplatać koszyki? Takie proste, ludyczne? Chyba całkiem zaginęła kultura pasterska i wszystko co z nią związane…

A po porannym udoju dziadek brał kanę (lub dwie) na rower i zawoził (raczej zaprowadzał) do pobliskiej mleczarni. Było kilkaset metrów, ale długo go nie było. Bo mleczarnia, po sklepie, to było drugie miejsce spotkań i wymiany informacji. Jak wrócił do domu na śniadanie, to opowiadał, co od ludzi usłyszał. Co gdzie się wydarzyło, kto kogo lubi itd. Taki krowozależny prekursor serwisu społecznościowego.

I jeszcze z domowego mleka robiło się masło. W drewnianej kirzance. Lubiłem ubijać masło. I rozmawiać lub słuchać jak inni rozmawiają. Potem popijać maślankę i zajadać masło zroszone kropelkami maślanki. Wraz z globalizacją ten świat odszedł w niepamięć (to znaczy ja jeszcze pamiętam ale nie mam już żywego kontaktu). Chyba, że czasem w jakimś skansenie w ramach historycznych inicjatyw rekonstrukcyjnych. I biały ser, który babcia robiła, w trójkątnym płóciennym woreczku, przyciśniętym kawałkiem szyny lub kamienia. Odeszło.

Krowy i globalizacja. Wieś się zmieniła. W wielu wsiach nie słychać już porykiwania bydła, piania kogutów. Są wsie… ale jakieś takie inne zapachowo i dźwiękowo, Wsie turystyczne, bez dawnego stylu życia i produkcji. Pasąca się pojedyncza krowa jest symbolem tego, zanikającego świata.

Teraz są wielkie fermy. I niewykorzystana biomasa na rowach i miedzach. Brak wypasu to duże zmiany w ekosystemach, w roślinności i bytujących tam dawniej owadach. Trawniki są koszone kosami spalinowymi, żyłkowymi, bo nikt już nie wypasa krów po rowach… Krowa, koza czy owca robiła to znacznie lepiej i z korzyścią dla bioróżnorodności. W niektórych miastach amerykańskich… wypożycza się kozy do strzyżenia trawników. Bardziej przyjazne dla przyrody i… bardziej ekonomiczne. Może więc krowy i inne przeżuwacze wrócą do naszego krajobrazu? Oraz zawód pastucha? Już nie jako przeżytek dawnej gospodarki ale jako awangardowe i nowoczesne metody zarządzania zielenią i biomasą nawet w miastach.

Krowy nie straciły mleka na skutek globalizacji… ale my straciliśmy piękniejszy świat. Zamykamy się w komputerach i stajemy się cyframi, niczym numerki identyfikacyjne na kolczyku w krowim uchu.

Woda w olsztyńskiej restauracji. Nareszcie!

Wielkie, globalne problemy rozwiązuje się konsekwentnymi, małymi, lokalnymi działaniami. Bo kropla drąży skałę, zarówno w tym dobrym jak i złym. Globalne zmiany klimatu, wywołane działalnością człowieka, biorą się z naszych codziennych, konsumenckich nawyków. Podobnie możemy przeciwdziałać negatywnym skutkom ocieplenia klimatu. A jednym z ważniejszych problemów jest gospodarka wodą.

Podobno ktoś kiedyś powiedział, że jeśli wybuchnie trzecia wojna światowa, to będzie to wojna nie o ropę ale o wodę. Już w kilku miejscach na świecie trwają konflikty zbrojne, u których podstawy leży spór o wodę. My tymczasem trwonimy. W Olsztynie do spłukiwania toalety używamy wody mineralnej. Bo w sieci wodociągowej mamy wodę taką, jaką kupujemy w butelkach. Nosimy ze sklepów całymi zgrzewkami to, co w domu mamy za darmo. To znaczy nie zupełnie za darmo, bo za wodę wodociągową płacimy. Ale bez porównania mniej.

Z wodą w butelkach w sklepie problem jest poważniejszy. Tu nie chodzi o jej cenę. W jednym miejscu wydobywamy, pakujemy i wozimy na duże odległości. Zużywamy paliwa kopalne i przyczyniamy się do emisji gazów cieplarnianych. A na skutek globalnych zmian klimatu w niektórych częściach świata wody zaczyna brakować, w innych mamy ulewne deszcze, powodujące powodzie. Na te gwałtowne zjawiska atmosferyczne nie są przygotowane nasze sieci kanalizacyjne. Bo były budowane do zupełnie innych warunków. I dlatego coraz częściej w miastach mamy podtopienia po ulewnych deszczach. A będzie jeszcze gorzej.

Problem wody bezsensownie wożonej z miejsca na miejsce dostrzegły już niektóre kraje (np. Australia, USA). Pojawiły się nawet przepisy prawne, zakazujące sprzedaży wody w butelkach. Można kupić puste butelki i można nabrać wody (lub kupić). W ten sposób przeciwdziała się nie tylko niepotrzebnemu transportowi ale także eliminuje się zbędne opakowania. Plastikowe butelki to także zużycie surowców nieodnawialnych oraz produkcja śmieci. To wszystko globalnie kosztuje.

We Francji podoba mi się zwyczaj serwowania bezpłatnej wody w restauracjach. Najczęściej jest to po prostu woda z kranu (czasem schłodzona w lodówce). Owszem, jak ktoś chce, to może kupić sobie (zamówić) wodę butelkowaną, renomowanej firmy.

Zwyczaj z wodą do posiłku powoli przenika do Polski. Dzisiaj spotkałem tę modę w Olsztynie (pierwsza jaskółka). Konkretnie na Starówce w restauracji Prosta 38 (górne zdjęcie). Restauracja na razie serwuje bezpłatną wodę do posiłku… ale kupowaną w sklepie, w butelkach. Nie mają jeszcze odwagi po prostu odkręcić kran. Potrzeba zmian w myśleniu, zarówno konsumentów jak i restauratorów. Ale wielkie brawa za wodę gratisową do posiłku. Pierwszy krok wykonany.

Olsztyńska woda jest dobra. Za zachętę do zmian niech posłuży dolne zdjęcie z Francji. Restauracja zrobiona w starym budynku gospodarczym (z żywnością lokalną, z produktów pochodzących z tamtejszej farmy). A wodę można nawet nalać samemu, prosto z kranu, na widoku. Miejsce cudne. A w restauracji Prosta 38 spodobały mi się także warmińskie sery, produkowane z mleka owczego i krowiego gdzieś koło Srokowa. Sery były pyszne. Że Srokowo to nie Warmia? Ale restauracja na Warmii. W każdym razie żywność regionalna i smaczna.

woda1

Długoskrzydlak sierposzcz, czyli o podróżach bliskich i dalekich

dlugoskrzydlakW przeddzień mojego urlopowego wyjazdu na Kaszuby, późnym popołudniem wleciał do mnie przez okno jakiś dziwny pasikonik. Najpierw pomyślałem, że to niewyrośnięty pasikonik zielony. Miał jednak charakterystyczne długie skrzydła. W głowie pojawiła się myśl, że ja tego dziwnego owada już gdzieś widziałem i skądyś go znam. Tak! Bodajże w ubiegłym roku entomologdzy rozesłali za nim „list gończy”. Szybko sprawdziłem kołaczącą się po głowie nazwę. To był długoskrzydlak sierposz (Phaneroptera falcata), ciepłolubny, południowoeurosyberyjski pasikonik (rodzina Tettigoniidae).

Entomolodzy stwierdzili, że ten gatunek od mniej więcej roku 2000 odznacza się wyraźną ekspansją terytorialną. Najpierw pojawił się w południowej Polsce i zasiedlił Sudety i Śląsk, następnie Wielkopolskę, Mazowsze, Ziemię Łódzką i Ziemię Lubuską. Obecnie notowany jest już w całej w Polsce, w tym nawet na Suwalszczyźnie oraz zauważony został na Litwie. Rozszerzanie zasięgu występowania w kierunku północnym można wpisać w ogólny obraz zmian zasięgów, prawdopobną przyczyną których jest ocieplanie się klimatu. W przypadku długoskrzydlaka niezbędna jest także weryfikacja jego liczebności i zasięgu, gdyż był wpisany na listę zwierząt ginących i zagrożonych wymarciem (tak zwana czerwona lista).

Długoskrzydlak zasiedla rozmaite środowiska, zarówno suche, jak i wilgotne. W Olsztynie widziałem go po raz pierwszy (początek sierpnia, ul. Iwaszkiewicza) … ale przecież nie prowadzę nad prostoskrzydłymi żadnych regularnych obserwacji, więc mógł pojawić się u nas już wcześniej.

Ledwie zdążyłem wyciągnąć aparat fotograficzny i pośpiesznie pstryknąć jako-takie zdjęcia, a mój gość odleciał. Ciekawe jak „śpiewa” i czy po odgłosie uda się go odróżnić od innych naszych rodzimych pasikoników?

W globalnej wiosce świat zaczyna wyglądać podobnie. Szybka turystyka skutkuje takimi samymi obrazami, gdziekolwiek byśmy nie pojechali. W jakimś sensie tradycyjne podróże przestają kształcić. Bo cóż nowego można zobaczyć? Trzeba się zatrzymać, aby głębiej poszukać nawet w z pozoru nieciekawych miejscach.

Ale na podróże spojrzeć można inaczej. Podróżować można… nie ruszając się z miejsca. Wystarczy obserwować przybyszy… Zamiast jechać na południe, aby szukać długoskrzydlaka, wystarczy poczekać aż on nas odwiedzi. Na to potrzeba jednak czasu i wiedzy, aby odróżnić coś niezwykłego o powszedniego i banalnego. Wiedza i cierpliwość potrzebne są także w czasie wakacyjnych podróży, tych bliskich i tych dalekich. Bo tylko wiedza pozwala nam odróżnić oryginalność od banalnej popkultury w globalnej wiosce.

Przygoda (i niezwykłość) to cechy naszego umysłu, wyobraźni, wiedzy i zdolności postrzegania, a nie odległości na jaką wybierzemy się w czasie wakacyjnych wycieczek. Bo na cóż podróż do Egiptu, gdy poznamy tylko przestrzeń hotelową i zawartość automatów do kawy?

Podróżujemy by spotykać ciekawych ludzi, by z nimi porozmawiać. Inni również podróżują – możemy ich spotkać u siebie, bez ruszania się z miejsca. Tylko czy potrafimy na tyle zwolnić własne życie, żeby być otwartym na spotkanie i rozmowę?

Wniosek: każdy może być uczestnikiem badań naukowych. Wystarczy tylko odrobina wiedzy i aparat fotograficzny, aby dokumentować występowanie „poszukiwanych” gatunków i przesyłać informacje do specjalistów (np. w przypadku długoskrzydlata tu).

Pulaki z Wilni, Europa bez granic i unikalny klimat miasta

Tutejskość w Europie  coraz bardziej się zagnieżdża. Coraz więcej społeczności lokalnych poszukuje swojej niepowtarzalnej tożsamości i identyfikacji. Burzy to stare, skostniałe nacjonalizmy. Nie tylko młode pokolenie Warmiaków poszukuje swojej warmińskości.

Niedawno znalazłem blog a potem "mordościenkową" stronę Pulaków z Wilni. Mordościenka – to ich określenie na Facebook. Stworzyli ją młodzi Polacy z Litwy. Piszą tak, jak mówią w domu i na podwórku. Poza gwarą znają polski, litewski, najpewniej i rosyjski oraz angielski. Używają (i ożywiają) gwary wcale nie dlatego, że nie znają języków lub są niewykształceni. Mają duże poczucie humoru i nie mają kompleksów. Mają dość traktowania jako gorszych Polaków z Kresów, mają dość bycia gorszymi "Litwimami". Chcą być sobą. Wilno to dla nich stolica Pulaków.

Gwara jest czymś żywym. Ciągle się zmienia, zwłaszcza w regionach pogranicza z ciągle zmieniającymi się wpływami. Sam mam rodzinę na Kresach i widzę, że każde pokolenie mówi trochę inaczej. I to jest piękne i autentyczne.

Kocham Europę bez granicy. Żeby pojechać do Wilna, wcale nie muszę "zdobywać" tego miasta czy przesuwać granic. Wsiadam do autobusu i bez paszportu jadę. Bo Europa jest przede wszystkim wartością, jest solidarnością i pięknem w różnorodności, oryginalności, niepowtarzalności. A teraz mogę jeszcze łatwiej – poprzez FB kontaktować się z ludźmi, posłuchać gwary i unikalnego, kresowego dowcipu.

Wilno to miasto pełne wielokulturowego humoru i miasto atystów. Marzyłbym, aby Olsztyn zmierzał w takim kierunku. Tym co przyciąga turystów i cieszy mieszkańców są… niebanalni ludzie.

Jutro mam zajęcia na studium podyplomowym. Jedna ze słuchaczek przyjeżdża… z Wilna. Europa stała się mała… a przez to wielka. Kocham taką Europę, gdzie sami swoi czują się u siebie. Globalizacja skutkuje większą różnorodnością i wzmacnia lokalność. Taki globlokalizm. 

Odkryłem Miłosza, tak dla siebie, europejskiej tożsamości i dla bloga

Lektury szkolne dają ogólną informację, że coś jest. Może wtedy, w czasach szkolnych, nie jest moment odpowiedni, może czasu nie ma na wgłębienie – bo jest tylko zaliczanie? Coś w pamięci zostaje, ale na odkrycie trzeba poczekać. Z bagażem doświadczeń widać więcej i czuć można znacznie głębiej.

A dzisiaj rano odkryłem Czesława Miłosza. Dojrzewało to jakiś czas, aż czytając wkładkę do Tygodnika Powszechnego, poświęconą Miłoszowi i jego twórczości, odkryłem, że u Miłosza znajdę odpowiedź na nurtujące mnie pytania. W poniedziałek pobiegnę do biblioteki…

"Wiedzieć i nie mówić:

tak się zapomina.

Co jest wymówione, wzmacnia się.

Co nie jest wymówione, zmierza do nieistnienia."

Warto więc pisać tego bloga, rozmyślać pisaniem w każdej postaci, w tym tej papierowej. Ale wracam do Miłosza. Od jakiegoś czasu w radiowej dwójce czytają "Dolinę Issy", te fragmenty oczarowały mnie. Zapragnałem sam przeczytać całość. W czasie najbliższego urlopu wybieram się do Wilna, a podróż planowana jest już od roku. To będzie trochę podróż sentymentalna, z rodzinnymi spotkaniami (podbudowane genealogicznymi i historycznymi materiałami), ale i turystyczno-rekreacyjna. I w końcu u Miłosza znalazłem wątem "tkanki łącznej", międzykulturowego tworzenia pogranicza, ślady Rzeczypospolitej Obojga Narodów. I nagle inaczej odniosłem się do niemieckojęzycznych Warmiaków, Mazurów czy nawet Ślązaków. Trzeba czasem spojrzeć gdzieś dalej, by zobaczyć lepiej, to co pod nogami.

Odkryłem Miłosza z kresowego sentymentu i tęsknoty za Wileńszczyzną. Ale odkryłem dla zrozumienia współczesnej i przyszłej mojej europejskości.

Czuję, że Miłosz umocni moją wamińskość. Na tym polega uniwersalizm. Globalizm łączy się z lokalnością (globlokalizm).

Zawodówka czy uniwersytet? Globalna unifikacja i lokalna kompartymentacja tożsamości.

Żyjemy w świecie nieustanego pomnażania, wszystkiego więcej: pracy, towarów, informacji, czasu wolnego, bezrobotnych, emerytów, jedzenia, śmieci, problemów, hałasu… Ludzie mają kłopoty z uporządkowaniem tego świata, czują się zagubieni, tym bardziej, że działają pod presją czasu: szybciej, bo inni cię wyprzedzą….

Umiejętność odnalezienia się w tym nieuporządkowanym nadmiarze jest jedną z ważniejszych kompetencji, jaką kształcić może współczesny uniwersytet. Jest to obecnie chyba ważniejsza kompetencja, jakiej oczekuje od absolwentów i społeczeństwo i rynek pracy. Kształcenie zawodowe w wieku XXI nie jest już uczeniem dokręcania jednej śróbki czy obsługi jednego typu tokarki.

Z globalizacją wiąże się dynamiczna unifikacja w wielu sferach naszego życia. Ale równocześnie coraz silniej rodzi się lokalne poczucie odmienności i własnej tożsamości. Globlokalizm to dwa wymiary globalizacji: unifikacja całości i kompartymentacja lokalna. Sam tego doświadczam na sobie i obserwuję od kilkudziesięciu lat w najbliższym otoczeniu. Nie trzeba jeździć daleko, by widzieć globalne procesy zachodzące we współczesnym świecie. Prowincja to nie miejsce geograficzne, to „prowincjonalizm” jako sposób myślenia strachliwego i oderwanego od rzeczywistości. Trzeba tylko umieć dostrzegać. A do tego potrzebny jest dobry paradygmat i wizja całości, które wynikają z komunikacji z szerokim światem. Ta komunikacja możliwa jest dzięki nie tylko nowoczesnym tele-mediom, ale i zwykłej empatii czy umiejętności obserwowania. Wspomnianej umiejętności obserwowania można nauczyć się na dowolnej dyscyplinie. Tak jak lepienia garnków można nauczyć się na różnym surowcu ceramicznymi i różnorodnym (nawet lokalnym) wzornictwie.

Wiedza ma porządkować to co chaotyczne i niejasne. Porządkowanie nadmiaru, klasyfikowanie, definiowanie – tego powinien uczyć współczesny uniwersytet. Bo taka umiejętność (kompetencja) potrzebna jest i hydraulikowi i mechanikowi samochodowemu i kucharzowi.

Celem UE jest najbardziej konkurencyjna i dynamiczna gospodarka świata, gospodarka oparta na wiedzy, a nie na taniej sile roboczej (np. niewolniczej pracy). My jesteśmy uczestnikami i współtwórcami tego europejskiego celu. Możemy być biernymi i narzekającymi obserwatorami lub czynnymi współtwórcami. Do każdego z nas należy wybór miejsca i roli. Bierność też jest decyzją z określonymi skutkami.

Konkurencyjna gospodarka oparta na wiedzy jest wystarczająco ambitnym celem, aby był on pociągający i porywający. Zwłaszcza młodych. Tylko musimy im o tych celach mówić i sami ich być świadomi. Szkoda, że o celach krajowych ram kwalifikacji i sposobach dochodzenia do tego celu tak mało mówi się i pisze w środowisku akademickim… W świecie nadmiaru, pośpiechu i … braku studentów nie mamy czasu na dyskutowanie o sprawach najważniejszych dla uniwersytetu?

Przypomina mi się pewna anegdota. Z wielkim mozołem dwóch ludzi piłuje drzewo. Trzeci przygląda się i mówi: „panowie, macie tępą piłę dlatego wam tak wolno i ciężko idzie. Dlaczego nie przerwiecie pracy i nie naostrzycie narzędzia.” Drwale odpowiedzieli „nie mamy czasu, mamy dużo drzewa do popiłowania.”

Warto się zatrzymać, przemyśleć, podyskutować, aby potem lepiej i wydajniej pracować. Bo szybciej wcale nie znaczy szybciej i więcej, czasem oznacza gorzej, mniej i wolniej. Tożsamość i kondycja współczesnego uniwersytetu warta jest zatrzymania i przedyskutowania, zwłaszcza w i z udziałem środowiska akademickiego.

Miasto w mieście czyli Olsztyn pofragmentowany

Olsztyn jako jedno miasto z centrum administracyjnym, kulturalnym i handlowym oraz satelitarnymi osiedlami-sypialniami i przedmieściami-sypialniami powoli odchodzi w przeszłość. Tak jak i inne chyba miasta jest coraz bardziej kulturalnie zdecentralizowany, pofragmentowany. Jednym słowem rodzą się nowe miasta w mieście. Mieszkający w podolsztyńskich wioskach-sypialniach czy osiedlach-sypialniach chcą mieć kulturę u siebie. Najpierw pojawiły się sklepy a teraz mieszkańcy chcą mieć kulturę u siebie. Jednym z ostatnich przejawów była chęć organizowania imprez Olsztyńskiego Lata Artystycznego nie tylko na olsztyńskiej starówce.

Proces emancypacji lokalności obecnie wyraźnie widoczny jest w kulturze. Stare miasto jest za małe na oczekiwania ponad 170 tysięcznego Olsztyna. Mamy coraz częstsze osiedlowe festyny, czy świata ulic. Ale widać te lokalna emancypację w przypadku Bartąga, Dywit i podolsztyńskich wsi. Tam się coraz więcej dzieje. Powstają teatry, organizowane są festiwale. Dla wielu mieszkańców Jarot bliżej jest do Bartąga niż na Starówkę.

W blokowiskach nie przewidziano przestrzeni publicznej a i historycznie się ona nie ukształtowała. Teraz artykułowane są potrzeby takich centrów życia lokalnego. Osiedle chce być miastem w pełni a nie tylko sypialnią, chce mieć swoją lokalność, swoją kulturę. Sypialnie chcą swoich scen, świąt ulic, kultury. Dzieje się to na fali odradzającego się życia lokalnego nie tylko na wsiach i miasteczkach. Święto ulicy Wilczyńskiego jest tego dobrym przykładem.

Jesteśmy bogatsi, mamy więcej czasu, chcemy szerzej uczestniczyć w kulturze a nie tylko siedzieć przed telewizorem. To swoiste przebudzenie i chęć wyjścia z przedtelewizornego fotela. To także przykład globalnego procesu odradzania się regionalności i lokalności. To po prostu globlokalizm.