Kwitnąca leszczyna czyli dyskretny urok wiosny z biologicznym filozofowaniem na spacerze

Wiosną świat wokół nas bierze się za sprawy ważne dla trwania gatunku, czyli za rozmnażanie. Wbrew pozorom to skomplikowana sprawa. I zróżnicowana w bogactwie form i różnorodności języka opisującego te biologiczne zjawiska.

Wiosną wypatrujemy pierwszych kwiatów. Najczęściej wspominamy przebiśniegi – duże, ładne, białe i delikatne w swej urodzie kwiaty. Ewentualnie przylaszczki i zawilce. Ale równie wcześnie kwitną leszczyny, tyle że kwiaty – przynajmniej te żeńskie – są niepozorne i ich nie dostrzegamy (na zdjęciu wyżej, kwiat żeński zaznaczony białym kołem). Nie widzimy więc, kiedy wiosna przychodzi w swej najsubtelniejszej postaci. Kwitnąca leszczyna to niepozorne piękno, niewidoczne dla zagonionych i pędzących przez życie w pospiechu. Mam na myśli oczywiście żeńskie kwiaty. Dostrzeżemy tylko wtedy, gdy się zatrzymamy.

Obserwowanie fenologii

Dawniej interesowaliśmy się przyrodą znacznie bardziej niż teraz. Aktywnie ją poznawaliśmy i opisywaliśmy. W wieku XIX i na początku XX w Prusach Wschodnich (ale i nie tylko tu) wiele osób prowadziło obserwacje fenologiczne i notowało daty zakwitu różnych roślin. Warto byłoby do tego wrócić. Pojedyncze obserwacje wydają się bezwartościowe – bo cóż mogą wnieść nowego? Ale powtarzanie tych obserwacji przez wiele lat i w różnych miejscach pozwala już na wyciąganie ciekawych wniosków. Na przykład takich, dotyczących zmian klimatu. Jedną z obserwowanych w tych fenologicznych badaniach obywatelskich była leszczyna. Warto byłoby odszukać dawne zapiski i porównać z dniem dzisiejszym. Przy okazji byłby znakomity pretekst do aktywnej edukacji przyrodniczej i aktywnego poznawania dziedzictwa przyrodniczego. A przy okazji także kulturowego… i rozważań na wskroś filozoficznych.

Bo cóż my wiemy o lokalnej przyrodzie? Nawet nie potrafimy rozpoznać pospolitych gatunków roślin, grzybów i zwierząt.
Obserwacje fenologiczne to w sam raz coś na szkolny monitoring środowiska i obywatelskie, amatorskie obserwowanie przyrody.

Pierwsze kwitnące rośliny pojawiają się jeszcze niemalże w zimie (męskie kwiatostany – kotki brzozy, leszczy czy olszy uwidaczniają się już w zimie). A na pewno na przedwiośniu, gdy poranne przymrozki jeszcze często się zdarzają. Czemu tak wcześnie zakwitają, gdy jeszcze zimno? Korzystają z nektaru i pyłku pierwsze wiosenne owady. Przecież nie dla owadów kwitną! A co z wiatropylnymi roślinami?

Seksualność kwiatu – razem czy osobno?

Leszczyna jest jednopienna, czyli na jednym „pniu” spotkamy kwiaty obu płci: żeńskie i męskie. Dlaczego więc nie mówimy obojnak? Bo obojnak to termin, odnoszący się do zwierząt. U roślin to bardziej złożone zjawisko – potrzeba wielu doprecyzowujących określeń.
Jednopienna, czyli wszystko co trzeba na jednym pniu, i samiec i samica. Tak w uproszczeniu, bo przecież roślina jednopienna to nie obojnak. U roślin dwupiennych (dwie płcie na dwóch pniach, osobno) też nie mówimy samiec czy samica. Bo to pojęcia ze świata zwierzęcego, mimo, że z biologicznego punktu widzenia to samo. Zatem u dwupiennych będziemy mówili o osobniku żeńskim i osobniku męskim.

Dwupienność (fachowo i naukowo zwana dioecją) to występowanie żeńskich i męskich organów rozrodczych na różnych osobnikach. Termin odnosi się do roślin. U zwierząt po prostu mówimy samiec i samica. Rośliny jednak nazywamy dwupiennymi. Nie tylko rośliny nasienne (czyli te z kwiatami) są dwupienne, bywają i mszaki czy paprotniki. W sensie ewolucyjnym dwupienność jest cechą stara, archaiczną i odziedziczoną po przodkach, którzy żyli jeszcze w środowisku wodnym. Dla nieruchomych roślin w środowisku lądowym nie zawsze taka opcja bywa skuteczna.

Jednopienność (naukowo zwana monoecją) to występowanie u roślin rozdzielnych męskich i żeńskich (jednopłciowych) narządów rozrodczych na jednym osobniku (prawie jak u zwierzęcego obojnaka). Natomiast rośliny, na których obok kwiatów rozdzielnopłciowych występują także kwiaty obupłciowe (o tych za chwilę), określane są mianem poligamicznych. Jak widać poligamia u roślin znaczy coś zupełnie innego.

Skoro się w tekście pojawiło, to wyjaśnijmy co znaczy obupłciowość (androginia, androgynia). Obupłciowość to występowanie u roślin żeńskich i męskich organów rozrodczych (gonad) w tym samym kwiecie, tuż obok siebie. Obupłciowość występuje u większości roślin wyższych (naczyniowych, nasiennych). W kwiatach roślin nasiennych organem męskim jest pręcik, organem żeńskim słupek. I po co były setki milionów lat ewolucji, „wymyślanie” płci, by na koniec wrócić do początków?

Ale obupłciowe kwiaty wcale nie oznaczają samozapylenia czyli samozapłodnienia. To tylko ostateczność. Najkorzystniejsza jest wymiana gamet z innym osobnikiem. Ale jak to zrobić, gdy rośliny są nieruchome a kwiat od kwiatu daleko?

U jednopiennych kwiaty żeńskie blisko są męskich. Te ostatnie u leszczyny zwane są kotkami, (koćkami). A jak jest z kwiatami, tymi najbardziej dla nas znanymi: tam w jednym miejscu i elementy żeńskie (słupek) i męskie (pręciki z pyłkiem). Logicznie rzecz ujmując to też „jednopienne”, ale nazywane są obupłciowymi. Tak jest dokładniej i precyzyjniej.
Kwiat – dwie płcie, prawie jak obojnak. Wiele terminów biologicznych niemalże dotyczy tego samego. Ale odmienność terminów zawęża interpretacje i precyzuje zjawiska.

Wiosenny spacer po lesie w poszukiwaniu kwitnącej leszczyny (czy brzozy, gdy ktoś wolał), to także intelektualny spacer z ewolucją w tle. Zastanawianie się nad proces ewolucyjnym, od dwupienność i rozdzielnych płci każdego osobnika (rośliny), poprzez jednopienność (dwie płcie na jednej roślinie, osobno kwiaty żeńskie i męskie), aż do typowego kwiatu (wszystko w jednym). Dlaczego tak? Dlaczego miliony lat ewolucji na wytworzenie dwu różnych płci tu jakby zostało cofnięte?

Po co jest płeć? Przecież płciowość wśród organizmów żywych powstała bardzo późno. Większa część czasu organizmów żywych w biosferze (od momentu powstania życia na Ziemi) to pomnażanie, czyli rozmnażanie bezpłciowe (przez podział, pączkowanie itd.). Wydawałoby się, że to sposób bardzo efektywny i ekonomiczny: wszystkie osobniki zaangażowane w rozmnażanie. Dwie płcie to kosztowny sposób, rozrzutny i marnotrawny. A jednak mimo tych kosztów trwa. Bo zyskiem jest rekombinacja materiału genetycznego a w konsekwencji szybka zmienność i łatwość dostosowywania się do zmian środowiska.

Płciowość jest ceną za szybsze dostosowanie się do środowiska, jest jednym ze skuteczniejszych sposobów rekombinacji genetycznej. Ale przecież nie jedynym.

Jak przyjść, kiedy się stoi w miejscu?
Rośliny są nieruchome. W zasadzie. Trudno więc znaleźć partnera. Co innego zwierzętom – te się zawsze odnajdą, feromonami wskazując drogę i rozległym świecie. Więc lepiej być obojnakiem-obupłciowcem – zawsze jakiegoś partnera się znajdzie. Przy dwu płciach nie zawsze osobnik, którego spotkamy, jest akurat płci przeciwnej. Dla obupłciowców każdy spotkany osobnik to partner do procesu płciowego (rekombinacji).
Procesy płciowe bakterii i pierwotniaków – nie przybywa osobników, następuje tylko rekombinacja materiału genetycznego. To takie rozmnażanie, w którym pozostaje tyle samo osobników. Bo pierwotnym sensem rozmnażania płciowego nie jest zwiększenie liczby osobników tylko ewolucyjna innowacyjność.

Owady jako wspomagacze roślinnej seksualności…

Skoro samemu się nie może ruszyć (roślina) … by znaleźć partnera do rozmnażania, to trzeba znaleźć jakiegoś pośrednika. Przodkowie roślin lądowych żyli w środowisku wodny i same gamety były zdolne do ruchu (witki, rzęski jako organella ruchowe jednokomórkowców). Ale w środowisku lądowym to się nie sprawdza. Pozostaje wiatr.

Wiatropylne rośliny tworzą liczne kwiatostany męskie i produkują dużo pyłku. Bo nie wiadomo jak wiatr zawieje. Dlatego kwiaty męskie leszczyny (kotki), czy brzozy doskonale widzimy – są duże i jest ich dużo. Kwiaty żeńskie są maleńkie. Czekają na pyłek. A w tym wielkim świecie i przy kapryśnych, nieprzewidywalnych wiatrach pyłku potrzeba dużo.
Wiatr jest niepewny i nieprzewidywalny. Nieskuteczny, gdy dużo innych gatunków i zwarta, gęsta roślinność.

Wiatropylność sprawdza się na otwartych przestrzeniach, a najkorzystniejsze warunki wczesną wiosną, gdy jeszcze inne drzewa i rośliny nie wypuściły liści i nie „tarasują” sobą możliwości przenoszenia pyłku. Być może dlatego te rośliny kwitną właśnie wczesną wiosną? Pomijając trawy na łące.

Owady – gdy wiatr zawiedzie

Skoro wiatr bywa w niektórych sytuacjach zawodny, to może trzeba specjalnych posłańców? Skoro gamety nie potrafią samodzielnie się odszukać a wiatr jest niepewny, co może ktoś inny pomoże? Kwiaty wyeoluowały wraz z owadami. To znakomity przykład koewolucji. Nektar jest jak opłata pocztowa w postaci znaczków na kopercie. Pszczoły i inne owady nie będą za darmo przenosić pyłku i wspomagać rozmnażania roślin. W ogóle nie myślą o pomocy za darmo czy za opłatą. Szukają czegoś do zjedzenia, w tym przypadku nektaru i/lub pyłku. Przy dwupienności czy nawet jednopienności kwiaty męskie daleko są od żeńskich. Jak przetransportować pyłek?

Innowacyjnym ewolucyjnie okazał się obułciowy kwiat, gdzie pręciki są blisko słupków – owady odwiedzając roślinę w poszukiwaniu nektaru będą przeciskać się obok pręcików i obok słupków – niechcący mogą być roślinnymi Amorami, posłańcami miłości. A w zasadzie seksu. Przy jednym kwiecie się nie najedzą, muszą latać z kwiatka na kwiatek. I tak mogą przenosić pyłek (męski) z jednego osobnika na słupek (organ żeński).

Rośliny wykorzystują owady do przenoszenia pyłku. Owady są jako wspomagaczami rozmnażania (przeczytaj też o ciemiężyku i uczepkach). Niczym gadżety z seks-shopów. Lub lekarze w klinikach położniczych. W jakieś analogii jest kosztowne zapłodnienie in vitro… gdy inaczej nie można począć nowego człowieka.

Obojnactwo to ryzyko niekorzystnego chowu wsobnego. Bo po co wytwarzać kwiatostany jak i tak wyjdzie na to samo (ten sam materiał genetyczny). No ale czasem lepszy rydz niż nic. Potem może się trafi partner odmienny. Dlatego także u roślin powszechne są krzyżówki międzygatunkowe. Sprzeczne z teorią biologiczną, gdzie przecież gatunki się nie krzyżują a jeśli już to nie wydają płodnych potomków (tak napisane w wielu podręcznikach szkolnych). Rośliny są jak widać niepiśmienne, książek nie czytają i się międzygatunkowo rozmnażają. Jakoś przecież trzeba sobie radzić… by kreować różnorodność.

Bo krzyżówki międzygatunkowe są kolejnym sposobem zwiększania różnorodności genetycznej gatunku. Niektóre dzieworodne wrotki (małe organizmy wodne) brak rozmnażania płciowego zastępują wykorzystywaniem fragmentów DNA organizmów, które zjadają. Jedzenie zamiast seksu (przeczytaj o tym więcej). Okazuje się, że jest to bardzo archaiczny sposób. Najnowsze badania wskazują, że pierwsze organizmy „kolekcjonowały” resztkowe fragmenty DNA czy RNA, znajdowane w środowisku (resztki po innych, w tym innych gatunkach). Tacy biologiczni, śmietnikowi kloszardzi… Do tej pory wykorzystują to bakterie w formie plazmidów. Dzięki temu rozpowszechnia się w tym mikroświecie lekooporność – poprzez międzygatunkowy transfer informacji genetycznej.

Tajemnica świata zamkniętego w leszczynie (wyżej kwiat żeński leszczyny, autor: Velela, Wikimedia Commons).
Bo o tylu rzeczach można rozważać, poszukując wiosennego kwiatu leszczyny.

Leszczyna kojarzy mi się z prowincją, że świętami u babci i dziadka, gdzie pod choinką czekały orzechy. To były dawne czasy, skromne i bez tego obecnego przepychu. Wtedy orzechy laskowe były rarytasem. I był jeszcze kij leszczynowy, co za wędkę służył. Na końcu uwiązana żyłka, ze spławikiem z gęsiego pióra i haczyk z dżdżownicą lub kłódką (czyli chruścikiem – najczęściejj był to Potamophylax rotundipennis). Siedziałem w wakacje nad rzeką Liwną w Silginach, łowiłem kiełbie i płotki (wtedy były jeszcze w rzece raki szlachetne) i rozmyślałem. Teraz powracam myślami, a wszystko przez kwitnąca roślinę – leszczynę.

Spacerowanie sprzyja rozmyślaniom. A biologia w swej złożoności nakręca intelektualnie nie tylko filozofów. Wiosenne poszukiwanie kwiatu leszczyny – w jakiś sposób podobne do czerwcowego szukania kwiatu paproci

Leszczyna pospolita (Corylus avellana L.) to gatunek dużego krzewu, należącego do rodziny brzozowatych (Betulaceae) lub według innej klasyfikacji do rodziny leszczynowatych (Corylaceae). Jak tu się w tym wszystkim połapać, skoro sami naukowcy nie są stali i jednomyślni w swych poglądach systematycznych?

Leszczyna jest krzewem bardziej niż drzewem, występuje w stanie dzikim w całej Europie i Azji Mniejszej. W Polsce jest pospolita zarówno na niżu jak i w górach, gdzie rośnie do wysokości ok. 1300 m n.p.m. W lesie zajmuje warstwę podszytu, kryjąc się w cieniu i pod okapem innych, dużych drzew.

Podobne do leszczyny w swych jednopiennych kwiatach jest brzoza czy olsza. Też wiatropylne, a nasiona roznoszone przez wiatr, przez to są dobrymi kolonizatorami. O ile widziałem kwiaty żeńskie leszczyny to nie widziałem jeszcze w przyrodzie tych kwiatów u brzozy czy olszy, mimo, że to drzewa pospolite. Mijam je i widzę tylko kotki męskie lub później owoce i nasiona. W tym roku będę uważniejszy.

Ale wróćmy do leszczyny. To roślina jednopienna o kwiatach męskich, zebranych w kotki zgrupowane po 2-4, natomiast kwiaty żeńskie rozwijają się na krótkopędach w pąkach. W czasie kwitnienia na zewnątrz widoczne są tylko czerwono-purpurowe znamiona kwiatów żeńskich (zdjęcie wyżej). Kwitnie bardzo wcześnie, bo już od lutego (zazwyczaj do kwietnia). Kwiaty męskie pylą bardzo obficie na żółto. Muszą obficie „pylić”, bo to rośliny wiatropylne i żeby trawić w cel… muszą produkować dużo pyłku.

A skoro blogerów wielu (do tego inne źródła papierowe, internetowe i multimedialne), to trzeba dużo i często pisać, by pyłek-słowo-myśl pasło na podatne znamię słupka, wypuściło inspirująca łagiewkę i zapłodnił intelektualnie innego osobnika Homo sapiens. Potem wyda on owoc, równie intelektualny. I trwać będzie myśl, zrekmbinowana, dostosowana do swojego środowiska, jak organizmy żywe w biosferze.

Bloger jest raczej jednopienny – raz rozpyla myśli, innym razem przyjmuje i sam się cudzymi myślami inspiruje…

Motywy moich twórczych inspiracji w nauce i sztuce

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką.

Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno.

Motywem mojego malowania (nie tylko na butelkach i słoikach) jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są „odpady” cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur. Zebranym śmieciom nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości.

Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych – za pomocą części pokazać całość.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by wspólnie odzyskiwać ją na społecznego życia.

Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing).

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego.

Mikołaj Kopernik jako prekursor epidemiologii czyli żart z nadęcia naukowego

Uczenie się na pamięć, bezkrytyczne odnoszenie się do formy i celebry czy naukowego patosu nie jeden raz wystawione było przez samych naukowców na wyrafinowaną kpinę. Czasem jednak żart zaczyna żyć swoim życiem, bo odbiorcy nie zrozumieli dowcipu. Przykładem jest mit, jakoby Mikołaj Kopernik wymyślił chleb smarowany masłem… i stał się twórcą-prekursorem epidemiologii. Sam to słyszałem od przewodników turystycznych.

W nauce nie ma autorytetów, wszystko powinno być weryfikowane i powielokroć sprawdzane. Liczą się fakty i samodzielne sprawdzanie źródeł. Nie wystarczy coś wyczytać z jednej książki, czy z hasła na Wikipedii. Żeby poznać prawdę trzeba szukać kilku źródeł i ciągle sprawdzać. Warsztat naukowy, którego powinniśmy uczyć na studiach, to przede wszystkim rzetelność i umiejętność samodzielnego weryfikowania, wnioskowania i analizowania. To jest umiejętność zawodowa w XXI w. I nie ważne jaki się kończy kierunek – humanistyczny, przyrodniczy czy artystyczny. Dzięki tej intelektualnej kompetencji, zbudowanej przez warsztat naukowy, absolwent da sobie radę i na rynku pracy i w życiu codziennym. Dyktowanie i odpytywanie z zapamiętanych treści, zbyt często jeszcze spotykane w murach uczelni wyższych, nie jest kształceniem wyższym. Bardziej wartościowe są dyskusje, poszukiwania i rozumienie na czym polega metoda poznawania rzeczywistości i rozwiązywania problemów. Krytyczne myślenie jest niezbędne, a tego nie da się nauczyć metodą wkuwania na pamięć nawet najmądrzejszych treści.

Ale wróćmy do Kopernika jako pioniera epidemiologii i zwyczaju smarowania chleba masłem. W powszechnej opinii, w 1520 roku, kiedy Mikołaj Kopernik przebywał w Olsztynie i dowodził obroną miasta przed Krzyżakami, w trosce o zdrowie swoich podwładnych wprowadził zwyczaj smarowania chleba masłem. Bo gdy chleb upadł na posadzkę lub inny sposób był zabrudzony (w tym bakteriami) to do tej pory był bez obaw zjadany. Przecież brudu na chropowatym chlebie nie widać. Ale jeśli posmarować go masłem, to od razu każdy brud będzie widoczny. Wie to każdy z nas, gdy kromka chleba z masłem upadnie na podłogę czy na ziemię. Bo przecież każdy wie, że kanapka zawsze spada masłem do ziemi (prowadzono nawet specjalne badania statystyczne, sprawdzające jak często kanapka spadnie właśnie masłem do ziemi). Dzięki kopernikańskiemu wynalazkowi było wiadomo, że obrońcy spożywają czyste kanapki a przez to unikają kontaktu z zarazkami i łatwo przeciwdziałać epidemii. Dlaczego? Bo brud na maśle jest od razu doskonale widoczny. Zabrudzoną kanapkę łatwo można zidentyfikować i wyeliminować z jadłospisu.

Cała ta opowieść to żart, wymyślony przez dwóch amerykańskich historyków medycyny, którzy przekonywali, że sensacyjne informacje o przeszłości Kopernika znaleźli w niemieckich archiwach. Artykuł z tymi sensacyjnymi doniesieniami o Koperniku opublikowany został w 1973 roku w prestiżowym czasopiśmie „American Journal of Medicine”. Intencją dwójki naukowców była chęć zdjęcia nadmiernego patosu w czasie hucznych obchodów urodzin 500-lecia Mikołaja Kopernika. „Napisany przez nich artykuł zachowywał jednak pozory naukowości: miał odniesienia do źródeł w przypisach, przeszedł wszystkie niezbędne recenzje, dlatego ufnego czytelnika łatwo wprowadzał w błąd” (dr hab. Jarosław Włodarczyk z Instytutu Historii Nauki PAN).

Była więc forma naukowa, z czasopismem, przypisami, sprawiając wrażenie pełnej naukowości. Ale czy czasach Kopernika wiedziano o bakteriach i mikroorganizmach chorobotwórczych? Nie. Nie było takiej wiedzy. To powinni wiedzieć wszyscy, którzy zajmują się medycyną i biologią. O ile chleb z masłem musiał ktoś kiedyś wymyśleć jako sztukę kulinarna (dlaczegóż by nie Kopernik – ale większość znakomitych wynalazków dziedzictwa niematerialnego nie ma znanych autorów, jest dziedzictwem bezimiennym i wspólnym), o tyle dodanie do tego uzasadnienia epidemiologicznego na stulecia przed odkrycie mikroorganizmów, powinno wzbudzić sceptycyzm i zachęcić do weryfikacji. A ta weryfikacja zaczyna się o samodzielnego myślenia.

Dowcipni naukowcy adresowali swój żart do środowiska naukowego i medycznego. Nie publikowali tego w prasie popularnej. A mimo to dowcip wymknął się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem. Może więc warto uzupełnić opowieści olsztyńskich przewodników o nowy szczegół. Będzie więc nie tylko o Koperniku, chlebie z masłem na olsztyńskim zamku ale i dowcipach naukowców.

Faktem jest, że Mikołaj Kopernik był lekarzem. Studiował przecież medycynę. Stąd pokusa, aby jego nazwisko zaczęło pojawiać się w niektórych opracowaniach historyków medycyny.

Nie ma takiej głupoty, która gdzieś nie została opublikowana (samo opublikowanie nie jest miernikiem prawdy), nawet z szafarzem patosu naukowego i okraszone naukowymi tytułami. Nawet i dzisiaj często spotykamy różne nieprawdopodobne tezy firmowane tytułami profesorskimi. Często tak bywa, gdy specjalista w jednej dziedzinie zaczyta wypowiadać się w zupełnie innej. Każdy ma prawo mówić co chce. Ale chyba nie wypada ozdabiać swojego nazwiska naukowymi tytułami, gdy wypowiedź wykracza poza ekspercką dziedzinę danej osoby.
Jedni wprowadzają naukowe mity do obiegu jako żart (z nadęcia i patosu), inni z głupoty i w pełnym przeświadczeniu o swoich racjach.

Zatem współczesnemu absolwentowi uniwersytetu niezbędna jest umiejętność krytycznego i samodzielnego myślenia oraz znajomość metodologii naukowego ustalania faktu: sposoby weryfikowania źródeł, poprawnego i uzasadnionego wyciągania wniosków itd.

Oczywiście, nie ma sensu każdej docierającej do nas informacji weryfikować i poddawać szczegółowej analizie. Musimy przecież sobie ufać i docierającym do nas informacjom. Niemniej nawyk samodzielnego myślenia jest potrzebny. Oraz umiejętność weryfikacji.

Bo przecież może ja teraz z głupoty, bezmyślności (powielania cudzych informacji i osądów)
czy dla żartu
całą tę historię o dwóch naukowcach stworzyłem? Może Kopernik rzeczywiście wymyślił chleb z masłem a jakiś zawistne siły chcą odebrać chwałę naszemu Warmiakowi i słynnemu astronomowi?

Czytelniku – nikt nie zdejmie  z Ciebie odpowiedzialności za zdania i sądy, które wypowiadasz i rozpowszechniasz.

ps. wspomniany artykuł jest często cytowany, zapewne ma duży indeks cytowań a samo czasopismo zyskało przez to większy impact factor. To, że coś ma duży impact facrot… też nie znaczy że jest prawdą :).

Kultura obrazkowa a czytanie ze zrozumeniem

„Żyjemy w kulturze obrazkowej i nie umiemy czytać ze zrozumieniem.”

Faktem jest, że żyjemy w kulturze obrazkowej (dominuje przekaz obrazem). Faktem jest również to, że wiele osób nie umie czytać ze zrozumieniem. Ale jedno nie wynika z drugiego. Bo zrozumienie nie wynika ze znajomości liter tylko ze sposobu myślenia i strukturyzacji wiedzy.

Wiele osób nie umie patrzeć ze zrozumieniem. Bo interpretacja obrazów jest tak samo złożona jak interpretacja słów. Wiele osób nie umie słuchać ze zrozumieniem (słyszy, zna pojedyncze słowa, ale nie rozumie przekazu, całości treści). Tak więc kultura obrazkowa nie przeszkadza w rozumieniu treści.

Nie zastępowanie obrazów słowami ale strukturyzacja wiedzy pomaga w rozumieniu. Relacje między pojęciem, zjawiskami, obiektami i rozumienie tych relacji.

Do rozumienia potrzebna jest empatia – aby starać się usłyszeć, zobaczyć, dostrzec (w literach i słowach) to, co do nas dociera, a nie to, co sami sobie wcześniej wykreowaliśmy. Patrzymy na świat przez pryzmat naszych wewnętrznych doświadczeń i przez własne wyobrażenia o świecie zewnętrznym (system, ustrukturyzowana wiedza). Empatia potrzebna jest do tego, by wyjść poza swój własny system i spróbować dostrzec to, co na zewnątrz.

Zakochanym i koniom siano pachnie inaczej (z czym innym się kojarzy). Patrzymy, słyszymy, odczytujemy to samo „siano”, ale co innego dostrzegamy, co innego interpretujemy – dla jednych to jedzenie, dla drugim miejsce miłości.

A co Ty widzisz a co dostrzegasz na załączonym wyżej zdjęciu?

Życzenia świąteczne (nie tylko dla pracoholików)

Prowincjonalnie spokojnych, leniwie niezapracowanych (z powodu własnego pracoholizmu lub nadgorliwości przełożonych), kreatywnie twórczych, rękodzielniczych i błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia przesyłam wszystkim czytelnikom niniejszego bloga.

Wyłącz telewizor, wyłącz laptop czy tablet, siądź przy stole. I posiedź. Nie musisz jeść (zbyt dużo), porozmawiaj, pośpiewaj, posłuchaj. Delektuj się rękodziełem co na stole (kulinarne i nie tylko), co na choince i pod, delektuj się mówionym słowem. A jak się zmęczysz siedzeniem, to idź na spacer.

Odpocznij od zapracowanych dni, jakie jeszcze się toczą. Nie zawsze to zapracowanie zależy od Ciebie i Twoich ambicji. Czasem tak jest. A nie zawsze i nie od zaraz mamy siłę się zbuntować…

Wiedza nie hańbi. Żadna wiedza nie hańbi. Z dygresją do stanu wojennego.

Silny rozwój galerii handlowych w Olsztynie jest jakoś skorelowany z efektami pracy UWM – wzrostem  przeciętnego wykształcenia, wzrostem liczby osób wykształconych z dyplomem uczelni wyższej. Za kasą w sklepie, na poczcie czy z kelnerską tacą w Olsztynie widzę nie tylko studentów ale i doktorantów czy już wypromowanych doktorów. Badania wskazuję, że "80 proc. pracowników galerii handlowych ma wyższe wykształcenie."

Ale czy praca w galerii jest czym złym i wstydliwym dla osoby wykształconej? Miło sensownie porozmawiać ze sprzedawcą. Bo kupowanie to nie tylko nabywanie towarów ale i kontakt z ludźmi. To drugie może nawet ważniejsze.

Mit nadprodukcji ludzi wykształconych, jest coraz częściej powtarzany w najróżniejszych kręgach, nawet na uniwersytetach. Ale wiedza nie przeszkadza w wykonywani pracy fizycznej, wiedza nie hańbi, gdy wykonuje się proste prace. Wiedza nie upośledza, nie jest się z nią fizycznym kaleką. A co, sprzedawca nie może być filozofem? Nie może jednocześnie być poetą, malarzem, artystką, aktorem, pisarzem, mędrcem przywódcą, liderem? Albert Einstein pracował w biurze patentowym jako zwykły urzędnik. Kopernik był administratorem i lekarzem.

Nie lamentujmy, że mamy za dużo ludzi wykształconych. Bo co mamy robić, reglamentować wiedzę na kartki, jak cukier i kiełbasę w Polsce Ludowej i w stanie wojennym?
Brytyjczycy rozpoczęli kampanię namawiania młodzieży do niestudiowania… Odnoszę wrażenie, że i u nas niebawem pojawią się takie pomysły. Głupota. I całkowite nierozumienie rzeczywistości. Czyli ewidentny deficyt wiedzy o świecie i człowieku. Deficyt wymagający szybkiego uzupełnienia, zanim tacy decydenci narobią szkód społecznych.

Co nie znaczy, że powinniśmy zmieniać polskich uniwersytetów oraz systemu kształcenia. Ale to inna już opowieść. Najpierw trzeba wiedzieć co się dzieje w kulturze i społeczeństwie, czego trzeba absolwentom i społeczeństwu i dopiero do tego dostosowywać edukację. Żeby miała sens.

„Dyplomy stały się na tyle powszechne, że wszystkim zależy na doświadczeniu, a nie na wykształceniu.” Więc niech uniwersytety dają wiedzę i doświadczenie a nie przede wszystkim dyplomy. Mania uczenia się dla ocen (dyplomów, punktów, papierków) za mocno się rozpowszechniła. Ale to nie znaczy, że nawet zwykły sprzedawca ma być głupi i ma nie mieć wiedzy o świecie. Przecież nawet elektryk może zostać prezydentem. Więc lepiej niech elektryk będzie mądry i wykształcony.
Nie rozumie świat i procesy w nich zachodzące.

„Skoro wychodzi na to, że studia nie są potrzebne do kariery, to czemu i my i Brytyjczycy mamy "nadprodukcję" absolwentów?” A czy studia mają służyć karierze czy człowiekowi? Czy już tak przerośliśmy korporacyjnym stylem życia i wyścigiem szczurów, że myślimy tylko o karierze? Karierze mierzonej czym? Wysokością pensji, pozycją w hierarchii korporacyjnej?
Na uniwersytetach mamy jeszcze zbyt dużo niemalże feudalnej hierarchii i manii tytułów/punktów/pozycji/stanowisk (niepotrzebne skreślić).

A mnie się coraz bardziej marzy prosta praca, nawet sprzedawcy. Bo to wydaje mi się wartościowsze niż przelewanie pustych słów (bez treści ale za to z punktami, ważnymi w karierze) i prestiżowe nadęcie.

Żadna wiedza nie hańbi i nie przeszkadza w pracy, nawet najprostszej, tej w kuchni, tej w sprzątaniu czy zamiataniu ulicy. Wiedza czyni ludzi bardziej szczęśliwymi. Wiedza to nie gwiazdki na wojskowych pagonach czy ranga w biurokratycznym dworze współczesnego świata.

Więcej na ten temat (jak również źródło cytowanych fragmentów)

Czym się różni ekolog od ekologisty?

Czym się różni ekolog od ekologisty? Tym samym czym ekologia od ekologizmu. Ekologia jest nauką przyrodniczą. Ekologizm (ekozofia, filozofia ekologicza) jest nakierowana na działanie, jest ruchem społeczno-filozoficznym i czasem politycznym (bo sięga po władzę). Ekologia koncentruje się na badaniach naukowych, na poznawaniu i opisywaniu oraz objaśnianiu świata. Ekologizm działa, czasem w oparciu o wiedzę ekologiczną (naukową), czasem zupełnie nie, bo w oparciu o ezoterykę, i inne nie naukowe historie (new age, buddyzm itd.). Ekologizm to działania, zmieniające społeczeństwa.

Sama ekologia stała się w popkulturze słowem wieloznacznym i często oderwanym od pierwotnego znaczenia. Ostatnio spotkałem się z terminem „ekosystem inwestycyjny”. Nie wiem co to jest. Ekosystem sensu stricte na pewno nie.
Zatem niech ekolog znaczy ekolog (naukowiec), a działacz społeczny niech się nazywa ekologistą. Dawniej zaproponowane słowo sozolog też się nie przyjęło. Ale i sozologia odnosiła się do badań z zakresu ochrony środowiska. Niech więc „ekolog” zielony będzie enwironmentalistą (środowiskowiec?) lub ekologistą.

Akcjami społecznymi nie zajmują się organizacje ekologiczne (bo te to np. Polskie Towarzystwo Ekologiczne, Polskie Towarzystwo Hydrobiologiczne itd.) lecz organizacje prośrodowiskowe, organizacje ekologistyczne.

Oddzielenie ekologii od ekologizmu pozwoli odzyskać ekologię jako naukę i uwolnić ją od ekosceptycyzmu czy ekopragmatyzmu. Mogą jedni ekologiści budować swój paradygmat na ezoteryce, wegetarianizmie, muzyce etnicznej, a drudzy mogą budować na ekologii jako takiej. W każdym razie ekologia jako nauka będzie uwolniona od zbędnych konotacji. A na pewno umożliwi odejście ekologii od baśni i ezoteryki. Ekologiści mogą wszak czerpać inspirację z wiedzy naukowej (naukowy opis świata i rozumieniu jego działania). Jest to szansa na nowe wcielenie ekologizmu, z udziałem biotechnologów. Bo na przykład GMO nie jest złe samo w sobie… Nawet dla środowiska przyrodniczego i bioróżnorodności. Ale to już temat dla dłuższe i osobne pisanie. 

Moje refleksje po lekturze książki „Cewebryci”

Poczucie przynależności do popularnego tłumu, to „wygrzewanie się w odbitej chwale”, świecenie światłem odbitym, jak światełko odblaskowe. Tym się czasem karmimy.
Im niższa samoocena tym większa potrzeba i dążność do owego „wygrzewania się”.

Z braku własnego zasilania potrzeba świecenia światłem odbitym, i stąd dążność do telewizyjno-internetowo-celebryckich źródeł światła.

Poprawienie samooceny następuje przez kojarzenie się z celebrytami (dawniej z bohaterami). Celebryta to bohater bez historii i osiągnięć ważnych dla wspólnoty. Pojawia się na pięć minut, często znany z tego, że jest znany… i nic więcej.  Celebryta to bohater pokolenia "ja" (nastawieni na siebie).
Indywidualizm pokolenia "Ja" objawia się także we wzroście skali egoizmu. Jest tego kilka przyczyn.

Po pierwsze wyższa jakoś życia i łatwiej przeżyć pojedynczemu egoiście. Nie musi szukać współpracy, wsparcia i oparcia we wspólnocie, więc nie musi tej wspólnoty budować ani pielęgnować. Wspólnotowość nie jest wymuszana możliwością przeżycia. Dawniej bez grupy, plemiona, hordy, społeczności, nie było się w stanie przeżyć.

Po drugie wpływ kultu genu i jednostki, supermana. Teoria egoistycznego genu i socjobiologiczna gloryfikacja propagacji własnych genów wywarła swój wpływ na sposób widzenia świata i na codzienne nawyki. Wiedza przyrodnicza wpływa na kulturę. Więcej, nauka jest ważnym elementem kultury, o czym najczęściej zapominają humaniści, ograniczają się tylko do postrzegania literatury. Zapominają o czymś niezwykle ważnym i wpływowym. .

Zmniejszenie wspólnotowości i wartości kolektywnych jest obserwowane w pokoleniu "ja". Spadek poziomu identyfikacji grupowej jest chyba coraz częściej dostrzeganym faktem. Na to ogromne przełożenie na życie społeczne. . Bohatera zastępuje celebryta. Bohater to frajer – bo robi coś dla innych. Bohater miał sens w społeczeństwie osób nastawionych na grupę, na wspólnotowość, bo bez tej grupy (rodu, plenienia, hordy) jednostka nie miała szansy przeżyć. Teraz jest inaczej, Sławę zdobywa nie ten, co poświęca się dla grupy, ale sprawny egoista – celebryta. Bo „i ty możesz zostać celebrytą”.
Bohaterowie to sól ziemi. Bohater to gloryfikowanie wspólnotowości, identyfikacji z grupą, to altruizm spajający grupę, zwiększający szanse sukcesu grupy.

Dzięki trzeciej rewolucji technologicznej następuje powrót do lokalności i wspólnotowości lokalnej a nie globalnej.  Umarł król – niech żyją ludzie.
Kultura współczesna jest konsumpcją popularności.
Więc konsumujemy jednorazowych celebrytów (cewebrytów) jak chipsy prze telewizorem. I popijamy coca colą.

Nadprodukcja i minimaliści

Mniej obaw, a więcej nadziei. Mniej jedzenia, a więcej przeżuwania. Mniej narzekania, więcej oddychania. Mniej gadania, więcej mówienia. Więcej kochania. Rób to, a wszystko, co dobre, będzie twoje”

(szwedzkie przysłowie)

Jesteśmy bardzo niezadowoleni, ale nie bardzo wiemy z jakiego powodu. Mamy dużo, dużo konsumujemy a mimo to jesteśmy mocno nieszczęśliwi. W nadmiarze a jedna czegoś nam ewidentnie brakuje.

Całe pokolenie młodych ludzi zostaje bez pracy. I to nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie. To jakaś globalna choroba. Jedni są przepracowani i nie mają czasu na życie. Stąd ich frustracja. Drudzy czują się odrzuceni, wykluczeni i niepotrzebni. Mają dużo czasu dla siebie, ale też są nieszczęśliwi. Bo wykluczeni, bo bez pracy a więc zbędni w świecie, w którym najważniejszą wartością jest pieniądz (mamona) i zarabianie…

Długoletnia nauka ze studiami i doktoratami idzie na marne. Magistrów i doktorów widzę w sklepach przy kasie lub jako bezrobotnych. Dostają pracę jedynie na zmywaku, przy kasie lub poniżej swoich kwalifikacji. Na dodatek widzą świat zdewastowany przez nadmierną konsumpcję, wycięte drzewa i lasy, zabetonowaną ziemię, stosy śmieci zalegających we wszystkich miejscach, przy śmietnikach (bo tyle konsumujemy, że służby nie nadążają wywozić), nad jeziorami i w lesie.. bo konsumujemy i zostawiamy. Po nas choćby potom. Przecież to nie jest nasze… i dalej leżymy  w śmiechach nad jeziorem. Czy w takim krajobrazie wrażenia mogą być pozytywne?

Pokolenie odsunięte od marzeń o szybkim awansie jest niejako odrzucone przez rynek pracy. Kiedyś wykształcenie dawało awans. Więc rodzice wpoili pęd do nauki, i to wieloletniej nauki. Rozwijająca się gospodarka po 1989 r. stwarzała nadzieję na awans. Więc pracowaliśmy. Dorabialiśmy się. I to poczucie przekazaliśmy własnym dzieciom. A oni tej pracy nie mają i nie mogą się dorabiać tak jak my…

Młode pokolenie, przynajmniej w części, zniesmaczone jest chciwością swych rodziców, chciwością świata wokół nas (z tej chciwości coraz bardziej się rozwarstwiamy). Nowe pokolenie jest chyba zniesmaczone pogonią za pieniędzmi i dorabianiem się nieustannym. Kupujemy wymarzone domki na wsi, na kredyt. I żeby go spłacić jeszcze więcej pracujemy. Do wymarzonego domku wracamy na noc, przespać się. Rano znowu do pracy. To po co nam ten dom, gdy nie mamy czasu w nim mieszkać? Po co łąki i lasy, gdy nie mamy czasu tam spacerować? A cisza? Jaka cisza! Obok sąsiedzi, wszyscy dojeżdżają do pracy, więc po kilka samochodów w rodzinie. Hałas a nie cisza.

Być może w młodym pokoleniu coraz więcej kontestacji. Jedni uciekają w wandalizm, inni uprawiają zbuntowany streetart. Narzekamy, bo zmarnowana została energia ludzka i zapał.

Życie podporządkowane jest produkcji rzeczy, sprzedaży tych rzeczy i konsumowaniu tych rzeczy. A są to rzeczy jednorazowego użytku i krótkiego żywota. Zaraz lądują na śmietniku. Jak pasożyty, które podporządkowują swojego żywiciela swoim celom. I zajmujemy się nie sobą a owym pasożytem. Jemy dla tasiemca i motylicy wątrobowej. Konsumujemy dla rzeczy, żeby istniały, produkowały się, sprzedawały i lądowały na śmietniku.

Może dlatego pojawiają się coraz licznie wokół nas minimaliści. Lub też słyszymy o dobrowolnej prostocie.  Czytamy o tym w kolorowych pisemkach, jako o swoistej ciekawostce i tęsknocie za życiem prostym a szczęśliwym. A czy rozumiemy?

Minimaliści odkrywają chrześcijaństwo prawdziwe. Klasztory nie będą puste. Minimaliści nie pojawiają się po raz pierwszy w historii ludzkości. Szczycimy się swoim postępem i nowoczesnością… ale jeśli nie wszystko, to przynajmniej dużo już z tych naszych odkrywczych nowości już było. Święty Franciszek z Asyżu też był minimalistą. Nowy papież – Franciszek – jest chyba także znakiem czasu.
Przypomina nam o sprawach najważniejszych… które tak prosto osiągnąć.

Nie wszystko od nas zależy, nie wszystko możemy. Nie możemy naprawić i zmienić całego świata. Ale nawet mimo to, możemy być szczęśliwymi.

Człowiek religijny to ten, kto robi wszystko, co tylko jest możliwe, ale nie stwarza z tego powodu napięcia. Ponieważ jesteśmy bardzo, bardzo maleńkimi atomami w tym wszechświecie, sprawy są bardzo skomplikowane. Nic nie zależy tylko od mojego działania, tysiące energii nawzajem się przenika. Suma wszystkich energii decyduje o efekcie. Jak ja mógłbym decydować o wyniku ostatecznym? Ale jeśli nic nie będę robił, nic się nigdy nie zmieni. Muszę coś robić, a jednak muszę nauczyć się nie oczekiwać. Wtedy działanie jest swego rodzaju modlitwą, bez pragnienia, by efekt był taki czy inny. Wtedy nie ma frustracji. Ufność pomoże w byciu bez frustracji,(…) pomoże w pozostaniu żywym, intensywnie żywym.”

To co dostrzegasz w innych – jest w tobie

Nawet patrząc na przyrodę próbujemy dostrzec siebie samych. Interpretując zachowania zwierząt, strategie życiowe, gdzieś podświadomie lub skrycie odnosimy je do człowieka i do nas samy. Chcemy w lustrze przyrody dostrzec siebie, próbując zrozumieć świat wokół nas, nawet ten przyrodniczy, szukamy klucza do nas samych.

Patrzymy na świat poprzez siebie samych. W ujęciu metodologicznym to paradygmaty pozwalają nam zobaczyć świat. Dlatego jedni widzą więcej inni …mniej lub  inaczej.

Słowami nie tylko opisujemy świat, ale słowami go rozumiemy. Język, jaki używamy, nie tylko opisuje świat ale i nas samych. Jesteśmy tym, co mówimy. Słowa są kluczem do zrozumienia drugiego człowieka. I nas samych. Słowa są odzwierciedleniem naszych myśli i naszego spostrzegania świata. Słowa można wypowiadać lub zapisywać.

Język jest narzędziem do poznania otaczającej rzeczywistości i ułatwia myślenie. Widzimy przez język i pojęcia, jakich używamy. Rozwijając swój język (zasób słów, pojęć, częstość ich używania) rozszerzamy możliwość dostrzegania zjawisk wokół nas. Bez pojęć nie potrafimy myśleć – ale potrafimy czuć. Słowa więc wylęgają się także i z uczyć, krystalizują się.