Dlaczego pisać bloga lub dziennik w kajecie?

Dlaczego warto pisać? Bo jest to rozmowa za sobą (prywatny dziennik pisany w zeszycie) lub rozmowa z innymi (publiczny blog). Warto zapisywać ulotne pomysły. I tak nie zdążę spisać wszystkich pomysłów. Część zostaje tylko na blogu, część jest rozbudowana i wykorzystana.

Ileż razy w czasie spaceru (dlatego lubię chodzić pieszo) przyszedł do głowy jakiś fajny pomysł i potem zagubił się w natłoku myśli i nadmiaru zadań. Życie w pośpiechu nie sprzyja dojrzewaniu pomysłów. Zapisane na blogu nie przepadnie. Może ktoś inny jeszcze skorzysta?

Oczywiście, nie wszystkie pomysły czy myśli warto wpisywać na blog. Bo to przecież miejsce publiczne. W piżamie nie wychodzimy "na miasto".  Ale dużą część myśli warto zapisywać. Wtedy blog staje się notatnikiem. To nic, że zbytnio nie uporządkowanym. Można retrospektywnie sięgnąć i poczytać, zmodyfikować czy w końcu wykorzystać stary pomysł.

Dlatego zapisuję myśli na blogu. Przydałby się jeszcze dyktafon. Doskonale myśli się w czasie spacerów. Potem już nie chce się spisywać tego, co przemyślane w drodze. Leży w głębi umysłu. A ja później już nie pamiętam czy spisałem czy tylko mi się wydawało, że zapisałem i uładziłem myśli.

Dzięki prowadzeniu dziennika (np. papierowego sztambucha), mamy szansę stworzyć sobie miejsce na pomysły. Zeszyt jest bardziej intymny, na więcej można sobie pozwolić. Ale trzeba być w tym samym miejscu co ów zeszyt. Z blogiem jest inaczej. Dostęp jest wszędzie, gdzie jest internet. Można zapisywać "w chmurze".

Pomysły mają to do siebie, że nagle się pojawiają i równie nagle wylatują z głowy (zwłaszcza w zaganianym świecie nadmiaru bodźców i zaśmiecenia nadmiarem informacji). Zapisane nie zginą. Chyba, że nie będziemy mieli czasu na ich realizację. Ja tam mam. Moja kreatywność przerasta wykonalność. A sił coraz mniej…

Pisanie jest zamykaniem czasu w zeszycie… lub na wirtualnym dysku. Papier jest trwalszy – da się odczytać po 50, 100 a nawet 150 latach. Z komputerami to nigdy nie wiadomo. Ciągle zmieniają się programy. Ale zapisane "w chmurze" jest bezpieczniejsze – ktoś ciągle dba, żeby było odczytywalne na coraz to nowszym sprzęcie i coraz nowszym oprogramowaniu.

Pisanie bloga czy pamiętnika pozwala po 10, 20, 30 latach spojrzeć na siebie. Powspominać, głębiej zrozumieć. Niedługo mój blog będzie miał 10 lat. Można będzie więc zacząć czytać dawne wpisy :).

Część  naszych przemyśleń warto uwolnić i "oddać" innym. Przecież z myśli i dorobku innych także korzystamy. Dzielmy się więc wiedzą.
I pamięcią o miejscach czy ludziach.

Korporacyjna kula u nogi uniwersytetu

Korporacyjna gospodarka nie rozwiąże najważniejszych problemów ludzkości (np. ocieplenie klimatu, rozwarstwieni ekonomiczne).
Ludzie są coraz bardziej intelektualnie niezależni. Dlatego potrzebują inspiracji a nie korporacyjnej rywalizacji.

Kultura korporacyjna jest hamulcem dla wielu firm. Ale dla uniwersytetów także. Tak więc uniwersytet powinien kształcić absolwentów ku przedsięwciom o wymiarze społecznym. Przestać traktować pracowników jako podwładnych ale jako współprzedsiębiorców – współodpowiedzialnych i współdecydujących. Tego wyraźnie na uniwersytecie, przynajmniej moim, brakuje. A nie jest on wyjątkiem. To choroba powszechna i daleko pozauniwersytecka. Uniwersytet jest tylko częścią społeczeństwa. Ale to właśnie z uniwersytetów mogłoby przyjść uzdrowienie. I z prowincji, gloryfikującej powolne życie.

Ludzi sami najlepiej potrafią o siebie zadbać, więc jeśli chcesz komuś pomóc, nie uszczęśliwiaj go po swojemu.
Są wolni i niezależni intelektualnie. Nie rozkazuj lecz inspiruj.

Do inspirowania potrzebna jest przestrzeń, zarówno ta publiczna jak i intelektualna, gdzie ludzie mogą się spotykać. Bezpiecznie spotykać. I z szacunkiem dla siebie samych.

Korporacjonizm to w konsekwencji wezwanie do konsumpcji i bogacenia się (rywalizowanie statusem materialnym), co zaskutkowało rozwarstwieniem społecznym, widocznym na każdym już kontynencie i degradacją środowiska przyrodniczego, a w konsekwencji świat stał się mniej szczęśliwy.
Aksamitne rewolucja, majdany, czy krwawe zamieszki są już elementem każdego miejsca na Ziemi. Coraz więcej ludzi nie szuje się szczęśliwymi. I wcale nie o bogactwo materiale tu chodzi.

W uniwersytetach mógłby teoretycznie wylęgnąć się pomysł na lepszą przyszłość. Ale do tego potrzeba wolności i intelektualnego fermentu oraz niezależności w myśleniu. Potrzeba swobody. Ale być może jesteśmy już zbyt skorporacjonizowani, zapędzeni i nie mamy czasu… naostrzyć narzędzi. Nie mamy czasu by zatrzymać się i naostrzyć swoje duchowe i intelektualne narzędzia. Wiec w korporacyjnym wyścigu szczurów męczymy się tępymi narzędziami w nieefektywnej pracy….

Pisanie bloga? Dlaczego warto? Dlaczego to robię?

Dlaczego piszę, tu na blogu? Bo jest to sposób na wyrażanie myśli, co po głowie się kłębią, kiełkują niczym wiosenne kwiaty. Tak jak wiele innych osób mam problem z wyrażaniem myśli. Z precyzyjnym formułowaniem, trafnym dobieraniem argumentów.

Coraz mniej okazji do publicznych dyskusji na uniwersytecie – pozostają tylko te oficjalne, uroczyste a przez to rzadkie. Coraz bardziej brakuje codziennej, spokojne dyskusji. Bo być może brakuje odpowiedniej przestrzeni publicznej oraz zbyt bardzo stajemy się korporacją z wyścigiem szczurów. Dyskutować? A po co, czy będą z tego jakieś punkty?

Punkty żadne ale jest przecież zaspakajanie własnej ciekawości i społeczne obcowanie z innymi…
Wiele osób w trakcie dyskusji wie, co chciałoby powiedzieć… tylko jak to ubrać w słowa? Myśl nie znajduje słownej konkretyzacji. Ponadto dochodzi strach, że może niechcący popełni się jakiś błąd językowy i inni będą głośno lub w duchu się śmiać? Przecież tak bardzo lubimy zaocznie obgadywać i wyszydzać innych. Więc milczymy z obawy. Ja także. Wielokrotnie.

Prowadzenie bloga (a w dawnych czasach dziennika-pamiętnika) to praktyka, która czyni mistrza. Ćwiczyć trzeba często a nie tylko na olimpiadzie raz na cztery lata. Takie pisanie wydaje się jałowe – przecież punktów z tego nie ma, żadnych imact factor, żadnego akademickiego uznania i nagród. Być może wzrastają tylko (aż!) umiejętności w formułowaniu myśli, argumentowaniu.

Blogowanie-pisanie zmusza do czytania, poszukiwania, dokształcania się. Efekty w postaci umiejętności formułowania swoich wypowiedzi przydadzą się każdemu. Mnie na pewno.
Jakże często dziwię się, gdy ludzie z tytułami, wykształceni mają ogromne trudności z napisaniem krótkiego tekstu, prostej informacji. Lub mają kłopoty ze składną i jasną wypowiedzią ustną, publiczną. Przecież nie dlatego, że mają pustkę w głowie, że nie mają wiedzy i ciekawych przemyśleń. Chyba dlatego, że nie ćwiczą. Piszą tylko w hermetycznym stylu publikacje naukowe. One są niewątpliwie potrzebne. Ale zamykają świat naukowy w specyficznym getcie.

Umiejętność wypowiedzi i składnego formułowania myśli przydaje się każdemu, nawet najbardziej utytułowanemu naukowcowi (a może przede wszystkim właśnie im!), czy to w życiu zawodowym czy też w porozumiewaniu się w rodziną. Bez prawidłowego (jasnego, precyzyjnego, interesującego) wyrażania myśli trudno o dobrą komunikację, zarówno w świecie naukowym czy w komunikacji ze studentami. Bez tej umiejętności rośnie ilość konfliktów, nieporozumień i w konsekwencji stresu.

Dlatego piszę sobie, tu na blogu, choć wydaje się to bezcelowe i bezproduktywne (zabiera czas, który można byłoby przeznaczyć na robienie zawodowej kariery). Piszę by ćwiczyć się. Piszę, bo uważam, że świat nie jest jedną wielką korporacją.

Pisanie niezawodowe, nie przekładające się na wymierny efekt finansowy czy karierę tym bardziej dostarcza satysfakcji. Piszę dla siebie i dla ludzi, nie oczekując gratyfikacji czy poklasku. Piszę by tworzyć i utrzymywać wieź.

Kwitnąca leszczyna czyli dyskretny urok wiosny z biologicznym filozofowaniem na spacerze

Wiosną świat wokół nas bierze się za sprawy ważne dla trwania gatunku, czyli za rozmnażanie. Wbrew pozorom to skomplikowana sprawa. I zróżnicowana w bogactwie form i różnorodności języka opisującego te biologiczne zjawiska.

Wiosną wypatrujemy pierwszych kwiatów. Najczęściej wspominamy przebiśniegi – duże, ładne, białe i delikatne w swej urodzie kwiaty. Ewentualnie przylaszczki i zawilce. Ale równie wcześnie kwitną leszczyny, tyle że kwiaty – przynajmniej te żeńskie – są niepozorne i ich nie dostrzegamy (na zdjęciu wyżej, kwiat żeński zaznaczony białym kołem). Nie widzimy więc, kiedy wiosna przychodzi w swej najsubtelniejszej postaci. Kwitnąca leszczyna to niepozorne piękno, niewidoczne dla zagonionych i pędzących przez życie w pospiechu. Mam na myśli oczywiście żeńskie kwiaty. Dostrzeżemy tylko wtedy, gdy się zatrzymamy.

Obserwowanie fenologii

Dawniej interesowaliśmy się przyrodą znacznie bardziej niż teraz. Aktywnie ją poznawaliśmy i opisywaliśmy. W wieku XIX i na początku XX w Prusach Wschodnich (ale i nie tylko tu) wiele osób prowadziło obserwacje fenologiczne i notowało daty zakwitu różnych roślin. Warto byłoby do tego wrócić. Pojedyncze obserwacje wydają się bezwartościowe – bo cóż mogą wnieść nowego? Ale powtarzanie tych obserwacji przez wiele lat i w różnych miejscach pozwala już na wyciąganie ciekawych wniosków. Na przykład takich, dotyczących zmian klimatu. Jedną z obserwowanych w tych fenologicznych badaniach obywatelskich była leszczyna. Warto byłoby odszukać dawne zapiski i porównać z dniem dzisiejszym. Przy okazji byłby znakomity pretekst do aktywnej edukacji przyrodniczej i aktywnego poznawania dziedzictwa przyrodniczego. A przy okazji także kulturowego… i rozważań na wskroś filozoficznych.

Bo cóż my wiemy o lokalnej przyrodzie? Nawet nie potrafimy rozpoznać pospolitych gatunków roślin, grzybów i zwierząt.
Obserwacje fenologiczne to w sam raz coś na szkolny monitoring środowiska i obywatelskie, amatorskie obserwowanie przyrody.

Pierwsze kwitnące rośliny pojawiają się jeszcze niemalże w zimie (męskie kwiatostany – kotki brzozy, leszczy czy olszy uwidaczniają się już w zimie). A na pewno na przedwiośniu, gdy poranne przymrozki jeszcze często się zdarzają. Czemu tak wcześnie zakwitają, gdy jeszcze zimno? Korzystają z nektaru i pyłku pierwsze wiosenne owady. Przecież nie dla owadów kwitną! A co z wiatropylnymi roślinami?

Seksualność kwiatu – razem czy osobno?

Leszczyna jest jednopienna, czyli na jednym „pniu” spotkamy kwiaty obu płci: żeńskie i męskie. Dlaczego więc nie mówimy obojnak? Bo obojnak to termin, odnoszący się do zwierząt. U roślin to bardziej złożone zjawisko – potrzeba wielu doprecyzowujących określeń.
Jednopienna, czyli wszystko co trzeba na jednym pniu, i samiec i samica. Tak w uproszczeniu, bo przecież roślina jednopienna to nie obojnak. U roślin dwupiennych (dwie płcie na dwóch pniach, osobno) też nie mówimy samiec czy samica. Bo to pojęcia ze świata zwierzęcego, mimo, że z biologicznego punktu widzenia to samo. Zatem u dwupiennych będziemy mówili o osobniku żeńskim i osobniku męskim.

Dwupienność (fachowo i naukowo zwana dioecją) to występowanie żeńskich i męskich organów rozrodczych na różnych osobnikach. Termin odnosi się do roślin. U zwierząt po prostu mówimy samiec i samica. Rośliny jednak nazywamy dwupiennymi. Nie tylko rośliny nasienne (czyli te z kwiatami) są dwupienne, bywają i mszaki czy paprotniki. W sensie ewolucyjnym dwupienność jest cechą stara, archaiczną i odziedziczoną po przodkach, którzy żyli jeszcze w środowisku wodnym. Dla nieruchomych roślin w środowisku lądowym nie zawsze taka opcja bywa skuteczna.

Jednopienność (naukowo zwana monoecją) to występowanie u roślin rozdzielnych męskich i żeńskich (jednopłciowych) narządów rozrodczych na jednym osobniku (prawie jak u zwierzęcego obojnaka). Natomiast rośliny, na których obok kwiatów rozdzielnopłciowych występują także kwiaty obupłciowe (o tych za chwilę), określane są mianem poligamicznych. Jak widać poligamia u roślin znaczy coś zupełnie innego.

Skoro się w tekście pojawiło, to wyjaśnijmy co znaczy obupłciowość (androginia, androgynia). Obupłciowość to występowanie u roślin żeńskich i męskich organów rozrodczych (gonad) w tym samym kwiecie, tuż obok siebie. Obupłciowość występuje u większości roślin wyższych (naczyniowych, nasiennych). W kwiatach roślin nasiennych organem męskim jest pręcik, organem żeńskim słupek. I po co były setki milionów lat ewolucji, „wymyślanie” płci, by na koniec wrócić do początków?

Ale obupłciowe kwiaty wcale nie oznaczają samozapylenia czyli samozapłodnienia. To tylko ostateczność. Najkorzystniejsza jest wymiana gamet z innym osobnikiem. Ale jak to zrobić, gdy rośliny są nieruchome a kwiat od kwiatu daleko?

U jednopiennych kwiaty żeńskie blisko są męskich. Te ostatnie u leszczyny zwane są kotkami, (koćkami). A jak jest z kwiatami, tymi najbardziej dla nas znanymi: tam w jednym miejscu i elementy żeńskie (słupek) i męskie (pręciki z pyłkiem). Logicznie rzecz ujmując to też „jednopienne”, ale nazywane są obupłciowymi. Tak jest dokładniej i precyzyjniej.
Kwiat – dwie płcie, prawie jak obojnak. Wiele terminów biologicznych niemalże dotyczy tego samego. Ale odmienność terminów zawęża interpretacje i precyzuje zjawiska.

Wiosenny spacer po lesie w poszukiwaniu kwitnącej leszczyny (czy brzozy, gdy ktoś wolał), to także intelektualny spacer z ewolucją w tle. Zastanawianie się nad proces ewolucyjnym, od dwupienność i rozdzielnych płci każdego osobnika (rośliny), poprzez jednopienność (dwie płcie na jednej roślinie, osobno kwiaty żeńskie i męskie), aż do typowego kwiatu (wszystko w jednym). Dlaczego tak? Dlaczego miliony lat ewolucji na wytworzenie dwu różnych płci tu jakby zostało cofnięte?

Po co jest płeć? Przecież płciowość wśród organizmów żywych powstała bardzo późno. Większa część czasu organizmów żywych w biosferze (od momentu powstania życia na Ziemi) to pomnażanie, czyli rozmnażanie bezpłciowe (przez podział, pączkowanie itd.). Wydawałoby się, że to sposób bardzo efektywny i ekonomiczny: wszystkie osobniki zaangażowane w rozmnażanie. Dwie płcie to kosztowny sposób, rozrzutny i marnotrawny. A jednak mimo tych kosztów trwa. Bo zyskiem jest rekombinacja materiału genetycznego a w konsekwencji szybka zmienność i łatwość dostosowywania się do zmian środowiska.

Płciowość jest ceną za szybsze dostosowanie się do środowiska, jest jednym ze skuteczniejszych sposobów rekombinacji genetycznej. Ale przecież nie jedynym.

Jak przyjść, kiedy się stoi w miejscu?
Rośliny są nieruchome. W zasadzie. Trudno więc znaleźć partnera. Co innego zwierzętom – te się zawsze odnajdą, feromonami wskazując drogę i rozległym świecie. Więc lepiej być obojnakiem-obupłciowcem – zawsze jakiegoś partnera się znajdzie. Przy dwu płciach nie zawsze osobnik, którego spotkamy, jest akurat płci przeciwnej. Dla obupłciowców każdy spotkany osobnik to partner do procesu płciowego (rekombinacji).
Procesy płciowe bakterii i pierwotniaków – nie przybywa osobników, następuje tylko rekombinacja materiału genetycznego. To takie rozmnażanie, w którym pozostaje tyle samo osobników. Bo pierwotnym sensem rozmnażania płciowego nie jest zwiększenie liczby osobników tylko ewolucyjna innowacyjność.

Owady jako wspomagacze roślinnej seksualności…

Skoro samemu się nie może ruszyć (roślina) … by znaleźć partnera do rozmnażania, to trzeba znaleźć jakiegoś pośrednika. Przodkowie roślin lądowych żyli w środowisku wodny i same gamety były zdolne do ruchu (witki, rzęski jako organella ruchowe jednokomórkowców). Ale w środowisku lądowym to się nie sprawdza. Pozostaje wiatr.

Wiatropylne rośliny tworzą liczne kwiatostany męskie i produkują dużo pyłku. Bo nie wiadomo jak wiatr zawieje. Dlatego kwiaty męskie leszczyny (kotki), czy brzozy doskonale widzimy – są duże i jest ich dużo. Kwiaty żeńskie są maleńkie. Czekają na pyłek. A w tym wielkim świecie i przy kapryśnych, nieprzewidywalnych wiatrach pyłku potrzeba dużo.
Wiatr jest niepewny i nieprzewidywalny. Nieskuteczny, gdy dużo innych gatunków i zwarta, gęsta roślinność.

Wiatropylność sprawdza się na otwartych przestrzeniach, a najkorzystniejsze warunki wczesną wiosną, gdy jeszcze inne drzewa i rośliny nie wypuściły liści i nie „tarasują” sobą możliwości przenoszenia pyłku. Być może dlatego te rośliny kwitną właśnie wczesną wiosną? Pomijając trawy na łące.

Owady – gdy wiatr zawiedzie

Skoro wiatr bywa w niektórych sytuacjach zawodny, to może trzeba specjalnych posłańców? Skoro gamety nie potrafią samodzielnie się odszukać a wiatr jest niepewny, co może ktoś inny pomoże? Kwiaty wyeoluowały wraz z owadami. To znakomity przykład koewolucji. Nektar jest jak opłata pocztowa w postaci znaczków na kopercie. Pszczoły i inne owady nie będą za darmo przenosić pyłku i wspomagać rozmnażania roślin. W ogóle nie myślą o pomocy za darmo czy za opłatą. Szukają czegoś do zjedzenia, w tym przypadku nektaru i/lub pyłku. Przy dwupienności czy nawet jednopienności kwiaty męskie daleko są od żeńskich. Jak przetransportować pyłek?

Innowacyjnym ewolucyjnie okazał się obułciowy kwiat, gdzie pręciki są blisko słupków – owady odwiedzając roślinę w poszukiwaniu nektaru będą przeciskać się obok pręcików i obok słupków – niechcący mogą być roślinnymi Amorami, posłańcami miłości. A w zasadzie seksu. Przy jednym kwiecie się nie najedzą, muszą latać z kwiatka na kwiatek. I tak mogą przenosić pyłek (męski) z jednego osobnika na słupek (organ żeński).

Rośliny wykorzystują owady do przenoszenia pyłku. Owady są jako wspomagaczami rozmnażania (przeczytaj też o ciemiężyku i uczepkach). Niczym gadżety z seks-shopów. Lub lekarze w klinikach położniczych. W jakieś analogii jest kosztowne zapłodnienie in vitro… gdy inaczej nie można począć nowego człowieka.

Obojnactwo to ryzyko niekorzystnego chowu wsobnego. Bo po co wytwarzać kwiatostany jak i tak wyjdzie na to samo (ten sam materiał genetyczny). No ale czasem lepszy rydz niż nic. Potem może się trafi partner odmienny. Dlatego także u roślin powszechne są krzyżówki międzygatunkowe. Sprzeczne z teorią biologiczną, gdzie przecież gatunki się nie krzyżują a jeśli już to nie wydają płodnych potomków (tak napisane w wielu podręcznikach szkolnych). Rośliny są jak widać niepiśmienne, książek nie czytają i się międzygatunkowo rozmnażają. Jakoś przecież trzeba sobie radzić… by kreować różnorodność.

Bo krzyżówki międzygatunkowe są kolejnym sposobem zwiększania różnorodności genetycznej gatunku. Niektóre dzieworodne wrotki (małe organizmy wodne) brak rozmnażania płciowego zastępują wykorzystywaniem fragmentów DNA organizmów, które zjadają. Jedzenie zamiast seksu (przeczytaj o tym więcej). Okazuje się, że jest to bardzo archaiczny sposób. Najnowsze badania wskazują, że pierwsze organizmy „kolekcjonowały” resztkowe fragmenty DNA czy RNA, znajdowane w środowisku (resztki po innych, w tym innych gatunkach). Tacy biologiczni, śmietnikowi kloszardzi… Do tej pory wykorzystują to bakterie w formie plazmidów. Dzięki temu rozpowszechnia się w tym mikroświecie lekooporność – poprzez międzygatunkowy transfer informacji genetycznej.

Tajemnica świata zamkniętego w leszczynie (wyżej kwiat żeński leszczyny, autor: Velela, Wikimedia Commons).
Bo o tylu rzeczach można rozważać, poszukując wiosennego kwiatu leszczyny.

Leszczyna kojarzy mi się z prowincją, że świętami u babci i dziadka, gdzie pod choinką czekały orzechy. To były dawne czasy, skromne i bez tego obecnego przepychu. Wtedy orzechy laskowe były rarytasem. I był jeszcze kij leszczynowy, co za wędkę służył. Na końcu uwiązana żyłka, ze spławikiem z gęsiego pióra i haczyk z dżdżownicą lub kłódką (czyli chruścikiem – najczęściejj był to Potamophylax rotundipennis). Siedziałem w wakacje nad rzeką Liwną w Silginach, łowiłem kiełbie i płotki (wtedy były jeszcze w rzece raki szlachetne) i rozmyślałem. Teraz powracam myślami, a wszystko przez kwitnąca roślinę – leszczynę.

Spacerowanie sprzyja rozmyślaniom. A biologia w swej złożoności nakręca intelektualnie nie tylko filozofów. Wiosenne poszukiwanie kwiatu leszczyny – w jakiś sposób podobne do czerwcowego szukania kwiatu paproci

Leszczyna pospolita (Corylus avellana L.) to gatunek dużego krzewu, należącego do rodziny brzozowatych (Betulaceae) lub według innej klasyfikacji do rodziny leszczynowatych (Corylaceae). Jak tu się w tym wszystkim połapać, skoro sami naukowcy nie są stali i jednomyślni w swych poglądach systematycznych?

Leszczyna jest krzewem bardziej niż drzewem, występuje w stanie dzikim w całej Europie i Azji Mniejszej. W Polsce jest pospolita zarówno na niżu jak i w górach, gdzie rośnie do wysokości ok. 1300 m n.p.m. W lesie zajmuje warstwę podszytu, kryjąc się w cieniu i pod okapem innych, dużych drzew.

Podobne do leszczyny w swych jednopiennych kwiatach jest brzoza czy olsza. Też wiatropylne, a nasiona roznoszone przez wiatr, przez to są dobrymi kolonizatorami. O ile widziałem kwiaty żeńskie leszczyny to nie widziałem jeszcze w przyrodzie tych kwiatów u brzozy czy olszy, mimo, że to drzewa pospolite. Mijam je i widzę tylko kotki męskie lub później owoce i nasiona. W tym roku będę uważniejszy.

Ale wróćmy do leszczyny. To roślina jednopienna o kwiatach męskich, zebranych w kotki zgrupowane po 2-4, natomiast kwiaty żeńskie rozwijają się na krótkopędach w pąkach. W czasie kwitnienia na zewnątrz widoczne są tylko czerwono-purpurowe znamiona kwiatów żeńskich (zdjęcie wyżej). Kwitnie bardzo wcześnie, bo już od lutego (zazwyczaj do kwietnia). Kwiaty męskie pylą bardzo obficie na żółto. Muszą obficie „pylić”, bo to rośliny wiatropylne i żeby trawić w cel… muszą produkować dużo pyłku.

A skoro blogerów wielu (do tego inne źródła papierowe, internetowe i multimedialne), to trzeba dużo i często pisać, by pyłek-słowo-myśl pasło na podatne znamię słupka, wypuściło inspirująca łagiewkę i zapłodnił intelektualnie innego osobnika Homo sapiens. Potem wyda on owoc, równie intelektualny. I trwać będzie myśl, zrekmbinowana, dostosowana do swojego środowiska, jak organizmy żywe w biosferze.

Bloger jest raczej jednopienny – raz rozpyla myśli, innym razem przyjmuje i sam się cudzymi myślami inspiruje…

Motywy moich twórczych inspiracji w nauce i sztuce

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką.

Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno.

Motywem mojego malowania (nie tylko na butelkach i słoikach) jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są „odpady” cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur. Zebranym śmieciom nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości.

Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych – za pomocą części pokazać całość.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by wspólnie odzyskiwać ją na społecznego życia.

Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing).

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego.

Mikołaj Kopernik jako prekursor epidemiologii czyli żart z nadęcia naukowego

Uczenie się na pamięć, bezkrytyczne odnoszenie się do formy i celebry czy naukowego patosu nie jeden raz wystawione było przez samych naukowców na wyrafinowaną kpinę. Czasem jednak żart zaczyna żyć swoim życiem, bo odbiorcy nie zrozumieli dowcipu. Przykładem jest mit, jakoby Mikołaj Kopernik wymyślił chleb smarowany masłem… i stał się twórcą-prekursorem epidemiologii. Sam to słyszałem od przewodników turystycznych.

W nauce nie ma autorytetów, wszystko powinno być weryfikowane i powielokroć sprawdzane. Liczą się fakty i samodzielne sprawdzanie źródeł. Nie wystarczy coś wyczytać z jednej książki, czy z hasła na Wikipedii. Żeby poznać prawdę trzeba szukać kilku źródeł i ciągle sprawdzać. Warsztat naukowy, którego powinniśmy uczyć na studiach, to przede wszystkim rzetelność i umiejętność samodzielnego weryfikowania, wnioskowania i analizowania. To jest umiejętność zawodowa w XXI w. I nie ważne jaki się kończy kierunek – humanistyczny, przyrodniczy czy artystyczny. Dzięki tej intelektualnej kompetencji, zbudowanej przez warsztat naukowy, absolwent da sobie radę i na rynku pracy i w życiu codziennym. Dyktowanie i odpytywanie z zapamiętanych treści, zbyt często jeszcze spotykane w murach uczelni wyższych, nie jest kształceniem wyższym. Bardziej wartościowe są dyskusje, poszukiwania i rozumienie na czym polega metoda poznawania rzeczywistości i rozwiązywania problemów. Krytyczne myślenie jest niezbędne, a tego nie da się nauczyć metodą wkuwania na pamięć nawet najmądrzejszych treści.

Ale wróćmy do Kopernika jako pioniera epidemiologii i zwyczaju smarowania chleba masłem. W powszechnej opinii, w 1520 roku, kiedy Mikołaj Kopernik przebywał w Olsztynie i dowodził obroną miasta przed Krzyżakami, w trosce o zdrowie swoich podwładnych wprowadził zwyczaj smarowania chleba masłem. Bo gdy chleb upadł na posadzkę lub inny sposób był zabrudzony (w tym bakteriami) to do tej pory był bez obaw zjadany. Przecież brudu na chropowatym chlebie nie widać. Ale jeśli posmarować go masłem, to od razu każdy brud będzie widoczny. Wie to każdy z nas, gdy kromka chleba z masłem upadnie na podłogę czy na ziemię. Bo przecież każdy wie, że kanapka zawsze spada masłem do ziemi (prowadzono nawet specjalne badania statystyczne, sprawdzające jak często kanapka spadnie właśnie masłem do ziemi). Dzięki kopernikańskiemu wynalazkowi było wiadomo, że obrońcy spożywają czyste kanapki a przez to unikają kontaktu z zarazkami i łatwo przeciwdziałać epidemii. Dlaczego? Bo brud na maśle jest od razu doskonale widoczny. Zabrudzoną kanapkę łatwo można zidentyfikować i wyeliminować z jadłospisu.

Cała ta opowieść to żart, wymyślony przez dwóch amerykańskich historyków medycyny, którzy przekonywali, że sensacyjne informacje o przeszłości Kopernika znaleźli w niemieckich archiwach. Artykuł z tymi sensacyjnymi doniesieniami o Koperniku opublikowany został w 1973 roku w prestiżowym czasopiśmie „American Journal of Medicine”. Intencją dwójki naukowców była chęć zdjęcia nadmiernego patosu w czasie hucznych obchodów urodzin 500-lecia Mikołaja Kopernika. „Napisany przez nich artykuł zachowywał jednak pozory naukowości: miał odniesienia do źródeł w przypisach, przeszedł wszystkie niezbędne recenzje, dlatego ufnego czytelnika łatwo wprowadzał w błąd” (dr hab. Jarosław Włodarczyk z Instytutu Historii Nauki PAN).

Była więc forma naukowa, z czasopismem, przypisami, sprawiając wrażenie pełnej naukowości. Ale czy czasach Kopernika wiedziano o bakteriach i mikroorganizmach chorobotwórczych? Nie. Nie było takiej wiedzy. To powinni wiedzieć wszyscy, którzy zajmują się medycyną i biologią. O ile chleb z masłem musiał ktoś kiedyś wymyśleć jako sztukę kulinarna (dlaczegóż by nie Kopernik – ale większość znakomitych wynalazków dziedzictwa niematerialnego nie ma znanych autorów, jest dziedzictwem bezimiennym i wspólnym), o tyle dodanie do tego uzasadnienia epidemiologicznego na stulecia przed odkrycie mikroorganizmów, powinno wzbudzić sceptycyzm i zachęcić do weryfikacji. A ta weryfikacja zaczyna się o samodzielnego myślenia.

Dowcipni naukowcy adresowali swój żart do środowiska naukowego i medycznego. Nie publikowali tego w prasie popularnej. A mimo to dowcip wymknął się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem. Może więc warto uzupełnić opowieści olsztyńskich przewodników o nowy szczegół. Będzie więc nie tylko o Koperniku, chlebie z masłem na olsztyńskim zamku ale i dowcipach naukowców.

Faktem jest, że Mikołaj Kopernik był lekarzem. Studiował przecież medycynę. Stąd pokusa, aby jego nazwisko zaczęło pojawiać się w niektórych opracowaniach historyków medycyny.

Nie ma takiej głupoty, która gdzieś nie została opublikowana (samo opublikowanie nie jest miernikiem prawdy), nawet z szafarzem patosu naukowego i okraszone naukowymi tytułami. Nawet i dzisiaj często spotykamy różne nieprawdopodobne tezy firmowane tytułami profesorskimi. Często tak bywa, gdy specjalista w jednej dziedzinie zaczyta wypowiadać się w zupełnie innej. Każdy ma prawo mówić co chce. Ale chyba nie wypada ozdabiać swojego nazwiska naukowymi tytułami, gdy wypowiedź wykracza poza ekspercką dziedzinę danej osoby.
Jedni wprowadzają naukowe mity do obiegu jako żart (z nadęcia i patosu), inni z głupoty i w pełnym przeświadczeniu o swoich racjach.

Zatem współczesnemu absolwentowi uniwersytetu niezbędna jest umiejętność krytycznego i samodzielnego myślenia oraz znajomość metodologii naukowego ustalania faktu: sposoby weryfikowania źródeł, poprawnego i uzasadnionego wyciągania wniosków itd.

Oczywiście, nie ma sensu każdej docierającej do nas informacji weryfikować i poddawać szczegółowej analizie. Musimy przecież sobie ufać i docierającym do nas informacjom. Niemniej nawyk samodzielnego myślenia jest potrzebny. Oraz umiejętność weryfikacji.

Bo przecież może ja teraz z głupoty, bezmyślności (powielania cudzych informacji i osądów)
czy dla żartu
całą tę historię o dwóch naukowcach stworzyłem? Może Kopernik rzeczywiście wymyślił chleb z masłem a jakiś zawistne siły chcą odebrać chwałę naszemu Warmiakowi i słynnemu astronomowi?

Czytelniku – nikt nie zdejmie  z Ciebie odpowiedzialności za zdania i sądy, które wypowiadasz i rozpowszechniasz.

ps. wspomniany artykuł jest często cytowany, zapewne ma duży indeks cytowań a samo czasopismo zyskało przez to większy impact factor. To, że coś ma duży impact facrot… też nie znaczy że jest prawdą :).

Kultura obrazkowa a czytanie ze zrozumeniem

„Żyjemy w kulturze obrazkowej i nie umiemy czytać ze zrozumieniem.”

Faktem jest, że żyjemy w kulturze obrazkowej (dominuje przekaz obrazem). Faktem jest również to, że wiele osób nie umie czytać ze zrozumieniem. Ale jedno nie wynika z drugiego. Bo zrozumienie nie wynika ze znajomości liter tylko ze sposobu myślenia i strukturyzacji wiedzy.

Wiele osób nie umie patrzeć ze zrozumieniem. Bo interpretacja obrazów jest tak samo złożona jak interpretacja słów. Wiele osób nie umie słuchać ze zrozumieniem (słyszy, zna pojedyncze słowa, ale nie rozumie przekazu, całości treści). Tak więc kultura obrazkowa nie przeszkadza w rozumieniu treści.

Nie zastępowanie obrazów słowami ale strukturyzacja wiedzy pomaga w rozumieniu. Relacje między pojęciem, zjawiskami, obiektami i rozumienie tych relacji.

Do rozumienia potrzebna jest empatia – aby starać się usłyszeć, zobaczyć, dostrzec (w literach i słowach) to, co do nas dociera, a nie to, co sami sobie wcześniej wykreowaliśmy. Patrzymy na świat przez pryzmat naszych wewnętrznych doświadczeń i przez własne wyobrażenia o świecie zewnętrznym (system, ustrukturyzowana wiedza). Empatia potrzebna jest do tego, by wyjść poza swój własny system i spróbować dostrzec to, co na zewnątrz.

Zakochanym i koniom siano pachnie inaczej (z czym innym się kojarzy). Patrzymy, słyszymy, odczytujemy to samo „siano”, ale co innego dostrzegamy, co innego interpretujemy – dla jednych to jedzenie, dla drugim miejsce miłości.

A co Ty widzisz a co dostrzegasz na załączonym wyżej zdjęciu?