Przeżyć spotkanie z modliszką !

Spotkanie z modliszką zwyczajną (Mantis religiosa L.) jest bez wątpienia przeżyciem. I mam na myśli nie jakiegoś owada, ale nasze emocje. Modliszkę znamy z książek i filmów, jako niezwykle sprawnego drapieżnika o dość niezwykłych zwyczajach (o tym piszę niżej). Dlatego spotkanie jej w bezpośrednim kontakcie wywołuje emocje. Rzadki owad, niezwykły i zazwyczaj widywany tylko w różnorodnych mediach (książki, telewizja, internet).

Pan Marek Holub z Giżycka spotkał modliszkę… i przeżył. Co by nie było spotkanie tak niezwykłego owada w północnej Polsce jest przeżyciem. Ale jak wszyscy wiemy, modliszki w czasie miłosnych amorów zjadają swojego partnera (samca). A skoro przeżył… to znaczy że nie został zjedzony. To oczywiście żart, bowiem modliszki mimo że są drapieżne, do nie atakują człowieka. Żart można pociągnąć dalej, skoro przeżył spotkanie z modliszką, to znaczy nie że miał z nią amorów. I dzięki temu przeżył powrót do domu (nie zginął z ręki partnerki).

Ostatnio dostaję sporo informacji i zdjęć modliszek, spotykanych w różnych miejscach Polski. Tak też dotarło do mnie zdjęcie z Giżycka (niższe zdjęcie zrobione w Kozienicach przysłał p. Krzysztof Główczyński). Kiedy trzy lata temu po raz pierwszy zamieściłem na swoim blogu zdjęcie z modliszką, spotkaną w Olsztynie (Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu), nie spodziewałem się kolejnych doniesień. Obserwacje wpisywane są w komentarzach. Najwyraźniej ten południowy gatunek szybko rozprzestrzenia się na północ. Jest jednym z wielu przykładów jak przyroda reaguje na ocieplenie klimatu. Z podobnych przyczyn świerk ma coraz gorsze warunki i dlatego zanika. Wymiana gatunków w lasach potrwa kilkaset lat. Duże skutki będą widoczne już po kilkudziesięciu. Sukcesja w lasach trwa znacznie dłużej (rośliny nie poruszają się a drzewa są długowieczne). Zwierzęta są szybsze w dyspersji.

Modliszka jest bardzo charakterystycznym owadem, łatwym do rozpoznania. Dlatego nawet amatorzy mogą wyśledzić to zwierzę. Co prawda do internetowych doniesień niespecjalistów zawsze należy odnosić się z pewną rezerwą (ktoś może świadomie tworzyć nieprawdziwą informację), to jednak liczba doniesień z różnych miejsc jest tak duża, że wyklucza pomyłki. Nie jest możliwe, aby wszystkie te informacje odnosiły się do owadów, które przypadkowo uciekły z hodowli. W najbliższej okolicy Olsztyna dotarła do mnie informacja o spotkaniu ostatnio modliszki w Nowej Wsi oraz Giżycku.

Modliszka zwyczajna jest gatunkiem wybitnie ciepłolubnym (preferuje suche i ciepłe stanowiska), w Polsce osiągała północną granicę swojego występowania (do niedawna stwierdzana jedynie w Kotlinie Sandomierskiej). Piszę w czasie przeszłym, bo skoro obserwowano ją koło Białegostoku, to być może jest i w krajach ościennych, na północ od nas. W Europie Środkowej modliszka występuje na silnie nasłonecznionych polanach i obrzeżach lasów z wrzosowiskami i murawami napiaskowymi. Zdjęcia, jakie do mnie docierają, najczęściej przedstawiają modliszkę na ścianie domu. Może ją tam najłatwiej zaobserwować? Ale może wybiera miejsca najbardziej nasłonecznione i wygrzane.

Modliszka jeszcze do niedawna była uznawana za gatunek silnie zagrożony wyginięciem w Polsce (kategoria EN), a jej nieliczne stanowiska położone były w Kotlinie Sandomierskiej. Obserwacje z ostatnich lat wskazują, że modliszka zwiększa obszar swojego występowania Grzegorz Łazarski, w notatce opublikowanej w 2016 roku, na łamach czasopisma „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” wspomina o nowych stanowiskach tego gatunku na Wyżynie Małopolskiej. Ale podaje także informacje o obecności modliszki na Wyżynie Lubelskiej, w Karpatach, Wzniesieniach Południowomazowieckich, Niziny Śląskiej, Górach Świętokrzyskich, i dalej na północ: z okolic Warszawy, Puszczy Białowieskiej, Olsztyna, Białegostoku.

Modliszka jest jednym z wielu gatunków owadów, które rozszerzają zasięgi swojego występowania na północ (niedawno pisałem o długoskrzydaku sierposzu). Jednym z powodów jest ocieplenie klimatu (ciepłe zimy sprzyjają przetrwaniu jaj modliszki). Specjaliści wskazują także na zwiększoną dostępność dogodnych siedlisk: zbiorowisk ekotonowych i otwartych, jak i wzrost powierzchni odłogów. Ocieplenie klimatu jest zagrożeniem dla jednych gatunków (wycofują się na północ) ale dla innym sprzyja.

Głównym zagrożeniem dla modliszki jest zalesianie odłogów i pól na ubogich glebach oraz wypalanie trwa. Swoją sławę modliszki zawdzięczają nie tylko charakterystycznemu wyglądowi, ale przede wszystkim przerażającemu zwyczajowi pożerania samca przez samicę podczas kopulacji.

Swoją nazwę zawdzięcza ułożeniu odnóży pierwszej pary – niczym modląca się mniszka. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny, często zastyga w bezruchu, czekając na ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. A ona po prostu cierpliwie i w bezruchu czeka na ofiarę do zjedzenia. Poluje na owady i pająki, siedząc nieruchomo na niskich roślinach i czekając, aż ofiara przybliży się na tyle, żeby można było ją pochwycić parą przednich odnóży. Jedzonko samo przychodzi, nie trzeba za nim ganiać…

Modliszki znamy z ich drapieżnych zwyczajów oraz faktu zjadania samca po kopulacji (kopulacja trwa długo, czasem kilka godzin). Samce są zazwyczaj mniejsze od samic. Dlatego łatwo mogą paść ofiarą żarłocznej samicy. Do kanibalizmu częściej dochodzi w przypadku modliszek trzymanych w hodowli. W przyrodzie samcom łatwiej umknąć. Niemniej – jak twierdzą biolodzy – nawet po utracie głowy kopulacja trwa dalej. A nawet dekapitacja przyspiesza zaplemnienie. Zdawałoby się dziwny zwyczaj.

Płciowość jest w jakimś sensie rozrzutnością przyrody: bo rola samca sprowadza się zazwyczaj do zapłodnienia. Cały koszt wyprodukowania jaj (znacznie większe od plemników, a więc potrzebują więcej energii) spoczywa na samicach. W rezultacie za liczbę potomstwa odpowiada zaledwie połowa populacji. U gatunków dzieworodnych wszystkie osobniki produkują potomstwo. Czysty zysk? Ale w ewolucji pojawiło się rozmnażanie płciowe (kosztowne). Jakie są z niego korzyści? Zwiększona różnorodność i rekombinacja materiału genetycznego. Jest to szczególnie ważne w zmieniającym się środowisku. W tym przypadku mniej znaczy lepiej (a więc więcej).

Modliszka nie jest jedynym przypadkiem, gdy samica pożera samca po kopulacji (częste spotykane także u pająków). Spełnił swoją rolę i „nie jest potrzebny”. Ale jego biomasa może się przydać (swoiste alimenty). Zatem samiec bohatersko poświęca się dla swojego potomstwa (najedzona samica złoży więcej jaj). Inną formą energetycznej inwestycji samców w potomstwo jest opieka nad jajami lub młodymi. Te formy spotyka się u różnych gatunków zwierząt. Nie chcesz się opiekować potomstwem? To cię zje samica.

Jakieś skojarzenia i analogie? Jest powód do rozmów towarzyskich. Wiedza przyrodnicza się przydaje także w kontaktach społecznych.

Biologia systemów – podręcznik dla studentów, filozofów i teologów

biologia_systemwKiedy wiele lat temu przeczytałem „Ogólną teorię systemów” Bertalanffego to jeszcze bardziej zafascynowałem się biologią. Od młodości intrygowała mnie zagadka i istota życia. To był jeden z powodów, dla których wybrałem studia biologiczne. Ciągle sięgałem po różne książki, szukając tej niezwykłej tajemnicy życia. Bez wątpienia żyjemy w wieku biologii, bo to odkrycia biologiczne w największym stopniu obecnie napędzają dyskusje filozoficzne ale i spory wpływ mają także na rozważania teologiczne.

Teoria organizacji jest chyba tą tajemniczą „vis vitalis”, nadającą specyfikę istotom żywym. Ekologia w swej naturze mocno łączy się z zorganizowaniem układów złożonych. Tak więc na marginesie moich badań ekologicznych i hydrobiologicznych, ciągle snułem refleksje o naturze ogólnej, zainspirowany „Ogólną teorią systemów”. Wiedza biologiczna szybko się zmienia, w szczególności w zakresie biologii molekularnej. Wiedza wyniesiona ze studiów szybko się w wielu miejscach dezaktualizuje. Dlatego z przyjemnością sięgam po „literaturę faktu”, nieco odbiegającą od mojej specjalności naukowej. Ale można także zauważyć, że biologia molekularna dochodzi do tych problemów, z którymi już wcześniej zetknęła się ekologia: układy złożone, wieloelementowe i o wielu relacjach. Dlatego z ciekawością przyglądam się jak oni sobie z tym radzą. Zdawałoby się bariera nie do przebycia. Biologia molekularna i ekologia różnią się poziomami organizacji: małe i duże. Jednak coraz bardziej uwidacznia się ich podobieństwo, zwłaszcza w kontekście teorii systemów.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sięgnąłem po „Biologię systemów – strategię działa organizmu żywego” Leszka Koniecznego, Ireny Roterman i Pawła Spólnika. Prowadzę seminaria dla studentów biotechnologii i chcę mieć wiedzę aktualną, by móc prowadzić dyskusje. Ja pamiętam wiedzę ze swoich studiów, sprzed 30 lat. Oni czytają nowe podręczniki i słuchają zupełnie innych wykładów. Trzeba być na bieżąco by rozumieć nie tylko studentów ale i współczesny świat. I by z nowymi argumentami ponownie włączyć się do dawnych dyskusji o ewolucji i istocie życia.

Kilka lat temu przeczytałem do poduszki pierwsze wydanie tej książki. Lubię literaturę faktu. Co prawda książki takie, które są podręcznikami akademickimi, wymagają przygotowania i pewnej wiedzy oraz przyswojenia specjalistycznej terminologii, ale czyta się je z dużą przyjemnością. W tle gdzieś przewija się poszukiwanie istoty życia w kontekście najnowszych odkryć i nowych teorii biologicznych. Teraz trzymam przed sobą nowe wydanie, nieco zmienione (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017). W uzupełnionym wydaniu dodany został rozdział 6 „Istotne problemy biologii i medycyny w wizji molekularnej”. Siedem lat od poprzedniego wydania to sporo jak na biologię molekularną. Spodziewam się więc znaleźć kilka innych, mniej widocznych, uaktualnień stanu wiedzy.

Dlaczego polecam ten podręcznik nie tylko studentom kierunków przyrodniczych? Bo jest w nim poruszanych sporo ważnych dla ogólnej wiedzy problemów. I zupełnie nowych pojęć (np. proteom, metabolom, epigenetyka). A także zupełnie nowego spojrzenia na molekularne podłoże… dziedziczenia cech nabytych, kierunkowości ewolucji czy definicji życiai porównywania organizmów żywych do robotów. To, co kiedyś wydawało się definitywnie rozstrzygnięte (np. dziedziczenie cech nabytych), wraca za sprawą epigenetyki ponownie na „wokandę”. W zasadzie takie pytania pojawiały się już wcześniej w literaturze science-fiction czy w filozofii. Ale teraz dyskusja toczy się w oparciu o zupełnie nowe odkrycia, nowe fakty i nowe teorie biologiczne. Jest nowe paliwo. Dlatego polecam te książkę także filozofom i teologom.

Książka w zasadzie jest podręcznikiem, uzupełniającym uniwersytecki kurs biochemii. Ale w książce „spojrzenie na biologię poprzez wiedzę podstawową potraktowano jako drogę prowadzącą do uogólnień.” Dlatego ja, jako ekolog, po nią sięgnąłem z przyjemnością, czyniąc ołówkiem liczne notatki (na książkach wypożyczonych z biblioteki tak nie robią – lubię mieć własne, by na nich do woli notować i dopisywać rodzące się myśli). Polecam także filozofom, bo opierają się często na mocno przestarzałych faktach z biologii. Wiedza sprzed kilkunastu lat z liceum jest już bardzo nieaktualna. Nawet ze studiów biologicznych. Polecam więc tę książkę do samodzielnego studiowania w wieku dorosłym, dawno po studiach (i nie tylko osobom z wykształceniem biologicznym). Podręcznik, w odróżnieniu od artykułów naukowych i popularnonaukowych, daje wiedzę uporządkowaną. Wiedza zaprezentowana jest jako spójny system (całościowy).

Czytając próbuję wychwytywać uogólnienia, dotyczące istoty życia. Rozdział 6.5 dotyczy poszukiwania kryterium życia: „Rozszerzająca się wiedza biologiczna pozwala coraz lepiej rozumieć mechanizmy i procesy, którymi posługuje się przyroda. Wciąż jednak problem życia, jako zjawiska, nie ma jednoznacznego wyjaśnienia.” I to jest właśnie coś dla filozofów i niespokojnych umysłów.

W opisywanej książce znalazłem kilka potwierdzeń moich dawniejszych pomysłów i hipotez. Inne mocno zaskakują. Na przykład na tle lektury rodzi się refleksja, że wolność jest wpisana w istotę życia. Wolność i swoboda wyjaśnia ewolucyjny (filogenetyczny) wzrost złożoności. „Nieśmiertelne i niestarzejące się komórki nie są spójne z programem świata żywego.” Lub ten fragment „definicja życia musi mieć charakter umowny, przyjmując, że przyroda sama definiuje, co jest żywe.

Nie da się streścić podręcznika, liczącego 235 stron. Podam więc na koniec jedną z autorskich definicji życia: „Żywym można więc uznać wytwór przyrody, który wskazuje cechy samodzielności jako efekt automatyzmu i ma określony, zgodny z programem przyrody program własnego działania z narzuconym ograniczeniem czasowym.” Dodam tylko, że autorzy mocno stoją na gruncie fizyki i chemii. A sam podręcznik nafaszerowany jest faktami, ilustracjami, schematami i licznymi pojęciami.

Na zakończenie przytoczę jeszcze spis treści (strukturę rozdziałów) by lepiej oddać charakter tej książki:

1. Struktura i funkcja w układach żywych

2. Energia w biologii – potrzeba i wykorzystywanie

3. Informacja – rola i znaczenie w układach żywych

4. Regulacja w układach biologicznych

5. Współdziałanie w zorganizowanych układach biologicznych

6. Istotne problemy biologii i medycyny w wizji molekularnej.

Z przyjemnością ponownie sięgnę po „Biologię systemów”, przeglądając stare notatki i poszukując nowych inspiracji i paraleli między systemami poziomu molekularnego i poziomu ekologicznego.

Za jakiś czas znowu podzielę się refleksjami z lektury i przemyśleń.

O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO

krowy1Istota życia biologicznego przez stulecia zaprzątała głowy ludzkości. Długo rozgryzano jego tajemnicę. Ale i dzisiaj dla wielu stanowi nieodgadniony problem. Ot na przykład w dyskusji pod artykułem Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej. Gość: [zaciekawiony] napisał „Zwraca tu uwagę myślenie, z jakim się już spotkałem – otóż dla wielu oczywistym jest, że mleko krowy karmionej GMO będzie mlekiem GMO (a mięso wołowiną GMO).”. Na potwierdzenie tego spostrzeżenia nie trzeba było długo czekać, gdyż kolejny rozmówca [DrobnaUwaga] napisał tak „(mleko krowy karmionej GMO będzie mlekiem GMO) Ze szkoły podstawowej: pierwsza i druga pochodna funkcji zależy od tej funkcji. Kłania się pojęcie całek. 🙂 Też szkoła podstawowa.”

W jednym zdaniu DrobnejUwagi znalazło się kilka błędów, pierwszy mało istotny dla opisywanego problemu – w szkole podstawowej (tej dawnej, ośmioletniej, jak i współczesnej, sześcioletnie) nie było i nie ma całek (o ile dobrze pamiętam). To taki zabieg erystyczny, że niby to takie proste i każde dziecko ze szkoły podstawowej wie. Otóż nie jest to takie proste a w tym niby logicznym rozumowaniu kryje się kilka błędów, w tym brak wiedzy biologicznej, dotyczące tego czym jest DNA i informacja genetyczna. Nie wystarczy znać pojęcia i funkcje matematyczne, trzeba je poprawnie stosować (adekwatnie). To tak, jakby piłą wbijać gwoździe – niby dobre narzędzie ale akurat służące do czegoś innego.

Kiedyś myślano, że organizmy żywe mają specjalną substancję vis vitalis. W rozumowaniu, z przykładem pochodnych funkcji, zakłada się, że GMO to taka właśnie substancja. Różne zanieczyszczenia, skażenia np. metalami ciężkimi, pestycydami itd., przenoszą się w łańcuchu pokarmowym, czasami w ilościach śladowych a czasami nawet się kumulują w wyższych poziomach troficznych. Nawet naturalne substancje, zawarte w roślinach, mogą przedostawać się do organizmu krowy (nie wszystko ulegnie całkowitemu metabolizmowi i rozkładowi), dlatego czasem w mleku można wyczuć elementy paszy (np. kiszonek), którymi karmione są zwierzęta. O ile chemioterapeutyki, np. antybiotyki znajdujące się w odchodach zwierzą, wywiezione na pole, przedostają się do roślin i potem ponownie do zwierząt, o tyle nie dotyczy to DNA i tym samym GMO. Niewielkie cząsteczki mogą przenikać, organizacja już nie.

Zanim wyjaśnię dokładniej co to jest GMO (genetycznie modyfikowane organizmy). Warto przypomnieć sobie czym jest DNA i dziedziczenie. Jedynie bardzo małe fragmenty RNA lub mikro DNA mogą teoretycznie przedostawać się z treści przewodu pokarmowego przez jelito do organizmu. Nad tymi relacjami prowadzi się badania w zakresie wpływy mikroorganizmów na nasz metabolizm i tworzy się koncepcję hologenomu – korzystania ze wspólnych (cudzych) genów, w tym przypadku w jakimś stopniu mniej lub bardziej symbiotycznych bakterii i grzybów. Wszystko w kontekście ekosystemu przewodu pokarmowego (organizm jako ekosystem i układ wzajemnie na siebie wpływających gatunków). U krowy te zależności są jeszcze bardziej złożone niż u człowieka, bo w swoim żołądku ma swoistą fabrykę biotechnologiczną: dostarcza rozdrobnionej paszy z niestrawną dla kręgowców celulozą by rozwijały się bakterie. To dzięki ich enzymom (a więc i DNA czyli informacji genetycznej) następuje trawieni celulozy. W dalszej części żołądka krowy znajduje się kolejna „fabryka biotechnologiczna” – swoista ferma pierwotniaków. Odżywiają się one bakteriami. A krowa trawi pierwotniaki. Jeśli uznać pierwotniaki za zwierzęta (to duże uproszenie!), to krowa żywi się… mięsem. W każdym razie jest znakomitym przykładem dla teorii hologenomu i organizmalnego ekosystemu.

Kluczowym elementem dla zrozumienia istoty życia jest informacja i organizacja. Nie suma elementów lecz także sposób ich uorganizowania decyduje o właściwościach obiektu (przykładem niech będzie zegarek – same części nie tworzą zegarka a jedynie ich odpowiednie ułożenie względem siebie). Codziennie zjadamy tysiące (a w zasadzie miliardy) genów. Długie łańcuchy DNA, w procesie trawienia, rozbijane są na małe cząstki. Przyswajamy więc substancję ale nie organizację. To tak jak budowa domu z rozbiórkowej cegły. Owszem, starą cegłę wykorzystujemy ponownie do budowy ale „nie dziedziczy” się kształt dawnej budowli. Powstaje zupełnie coś nowego. Zatem zjadamy codziennie miliardy genów bakterii, grzybów, roślin i zwierząt , ale nie przejmujemy ich organizacji, nie przejmujemy ich genów.

Oczywiście, w przyrodzie zdarzają się sytuacje horyzontalnego transferu genów (nie z rodzica na potomstwo), czasem między odległymi gatunkami. Dzieje się to jednak zupełnie w inny sposób, za pomocą wektorów. Te naturalne mechanizmy wykorzystuje nota bene biotechnologia.

Znam tylko jeden przykład wykorzystywania DNA z pokarmu by wbudować we własny genom. Tak dzieje się u dzieworodnych wrótków (Rotatoria) z grupy Bdelloidea . Wrotki te przez miliony lat zachowały dzieworodność (czyli praktycznie żyją przez samo-klonowanie). Naukowcy długo się zastanawiali, jak to możliwe, by przetrwać tak długo w zmieniającym się środowisku przy zredukowanej przez partenogenezę możliwości rekombinacji genetycznej. Niedawno odkryto, że wspomniane wrotki mogą wbudowywać fragmenty DNA zjadanych organizmów do swojego DNA i w ten sposób rekompensować sobie brak płci. Bo sensem rozmnażania płciowego jest przede wszystkim rekombinacja materiału genetycznego i tworzenie różnorodności genetycznej (zróżnicowania). Szczególny przypadek ewolucyjny i biologiczny.

Życie jako zjawisko zawsze zachwycało i intrygowało. Kiedyś uważano, że stanowi osobny rodzaj materii. Pozostało to na przykład w używanych do dzisiaj określeniach „materia martwa”, „materia ożywiona”. Dzisiaj dajemy tym zwrotom zupełnie inny sens niż kiedyś. Dawniej uważano, że związki organiczne tworzone są tylko w organizmach żywych. Stąd w chemii przetrwał jeszcze podział na chemię organiczną i nieorganiczną. Ale od kiedy udało się zaobserwować syntezę związków organicznych z nieorganicznych, ten podział runął. Zostały tylko zwyczajowe nazwy ale nie ich pierwotne znaczenie. Organizmy żywe składają się z takich samych pierwiastków i związków jak i wszystko inne wokół nas (materia nieożywiona). Tyle tylko, że złożoność związków organicznych jest większa. Tajemnicą życia jest organizacja a nie jakaś dodatkowa substancja, np. vis vitalis.

Powtórzę jeszcze raz: w procesie odżywiania z roślin na krowy przechodzi materia (substancje, pierwiastki i proste związki chemiczne) ale nie organizacja. Nie ważne jakie geny zjadają krowy, informacja genetyczna nie przenika do krowiego mleka czy mięsa. W tym sensie nie ma znaczenia czy krowa je paszę z organizmów modyfikowanych genetycznie (GMO) czy nie. Przykład z zależnością i funkcją matematyczną jest w pełni nietrafiony. Owszem, są inne zagrożenia, o których pisałem wcześniej ale akurat nie takie (np. z paszą przedostają się pestycydy, antybiotyki i inne substancje).

Pora na wyjaśnienia co to jest GMO czyli organizmy (z)modyfikowane genetycznie. Według najprostszej definicji (szerokiej choć nie w pełni poprawnej) GMO to bakterie, grzyby, rośliny i zwierzęta, których (niektóre) geny zostały celowo zmienione przez człowieka. A poprzez geny ich własności biologiczne (produkcyjne itd. – wystarczy porównać dziką kukurydzę czy dzikie banany i współczesne, hodowlane odmiany). Poprzez rekombinację DNA i inne pokrewne techniki, można tworzyć organizmy o odmiennych właściwościach niż macierzysty, wyjściowy gatunek. Dlaczego zaznaczyłem, że ta definicja choć powszechna nie jest w pełni poprawna? Bo w tak podanym znaczeniu człowiek od kilku tysięcy lat tworzy GMO: poprzez różnorodne zabiegi hodowlane: krzyżowanie, chów wsobny, szczepienie roślin itd. W taki sposób na przestrzeni wieku powstało wiele odmian roślin i raz zwierząt, wszystkie wyprowadzone z dzikich gatunków. Obawiając się takiego GMO musielibyśmy przestać jeść. W późniejszych latach, by przyspieszyć tak rozumianą rekombinację, rośliny i zwierzęta poddawano działaniu różnych związków chemicznych i promieniowaniu by doprowadzić do mutacji, a potem poddawać dalszym „tradycyjnym” procesom tworzenia ras i odmian. W tych zabiegach mutagenezy chodziło o zwiększenie różnorodności genetyczne (proces mutacji).

Poprawna definicja GMO podkreśla techniki, jakie wykorzystuje się w modyfikowaniu organizmów: organizmy zmodyfikowane genetycznie (GMO) to takie, których genom (geny), został zmieniony metodami inżynierii genetycznej, w celu uzyskania nowych cech fizjologicznych (lub zmiany istniejących). Zatem istotne są te techniki inżynierii genetycznej, nowe w stosunku do wielowiekowej tradycji. Pozwalają na szybszy i w większym zakresie także horyzontalny transfer genów, nawet między bardzo odległymi filogenetycznie gatunkami. Techniki inżynierii genetycznej wykorzystują w gruncie rzeczy naturalne zjawiska, występujące w przyrodzie. Jednak wykonywane są na zupełnie inną skalę i w warunkach laboratoryjnych oraz są to działania celowe a nie przypadkowe.

Na czym polegają modyfikacje genetyczne? Polegają głównie na następujących działaniach: 1. zmieniona zostaje aktywność genów naturalnie występujących w danym organizmie, 2. do organizmu wprowadzone zostają dodatkowe kopie jego własnych genów, 3. wprowadzany gen pochodzi z organizmu innego gatunku (są to organizmy transgeniczne). Już choćby to wskazuje, że GMO to bardzo szerokie i mocno zróżnicowane zjawisko.

Podsumowując: krowa nawet jeśli w paszy dostaje jakieś rośliny zmodyfikowane genetycznie (GMO) sama nie staje się GMO, ani jej mleko, ani mięso.

GMO jest pojęciem i zjawiskiem zupełnie nowym cywilizacyjnie. Skala społecznej niewiedzy jest dość duża. Na bazie tej niewiedzy wykorzystuje się GMO do straszenia niczym w dawnych wiekach czarownicami czy rzucaniem uroków. Nie wystarczy edukacja szkolna (bo na efekty czekać będzie trzeba kilkadziesiąt la), niezbędna jest edukacja pozaformalna i ustawiczna. GMO jest dobrym przykładem współczesnych wyzwań edukacyjnych – zmiany cywilizacyjne (i w zakresie wiedzy) są tak duże i szybkie, że uczyć muszą się wszyscy, od małego do seniora. Inaczej nie można będzie zrozumieć rzeczywistości wokół nas. Do normalnego funkcjonowania musimy uczyć się świata powstającego na naszych oczach. Rozwój różnych form edukacji ustawicznej i pozorowanej jest niezbędny.

Czy może być większa połowa? Z dygresją o przemawianiu do krowy na miedzy.

0005NV9PTP26O0VFC114Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć dwojako: krótko i łatwo ale fałszywie oraz bardziej zawile, obszerniej ale jednak bliżej prawdy.

Pierwsza odpowiedź jest prosta – nie ma większej połowy, bo obie są równe. Druga odpowiedź będzie dłuższa i zawiera przesłanie, że może być większa połowa. Ale są ludzie, którym nie mieści się to w głowie i pałają „świętym” oburzeniem na takie „herezje”. Nagminnie poprawiają, powołując się na definicje i logikę. Pamiętam to ze szkoły, a teraz jest tego sporo w Internecie.

Dodatkowo zmobilizowany przez mojego osobistego trolla-hejtera (w przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie blogera bez hejtera – więcej w dygresji 1), wyjaśnię dokładniej, jak krowie na miedzy (co robi krowa na miedzy – patrz dygresja 2) czy jest i dlaczego większa połowa.

Co tam w słownikach piszą? „Połowa: 1. «jedna z dwu równych części jakiejś całości», 2. «chwila, punkt, miejsce równo oddalone (w czasie lub przestrzeni) od obu krańców czegoś»” (Słownik PWN). Zatem jednoznacznie, połowy są równe i nie ma żadnych mniejszych czy większych. Ale w tym samym słowniku piszą, że jest lepsza lub gorsza połowa (w sensie współmałżonka i odniesieniu społecznym) – niby równe ale jednak czymś się różnią. I tu już jest pierwsza rysa na dogmacie o równych połowach. „Połówka – (…) jedna z dwóch równych części jakiegoś przedmiotu, połowa” (np. zjadł połówkę jabłka – do tego jabłka się jeszcze odniosę w dalszej części wypowiedzi) („Mały słownik języka polskiego”, PWN, Warszawa 1969, reprodukcja z 1989 roku).

I kolejna definicja słownikowa ”Połowa – jedna z dwu równych części jakiejś całości”. Tu mała dygresja, z tą równością to bywa tak, że wszyscy są równi ale niektórzy równiejsi. Ten niuans dostrzeżony został w dalszej części słownikowej definicji: „dopuszczalne: większa, mniejsza połowa (lepiej: więcej, mniej niż połowa, większa, mniejsza część). Dwie nierówne połowy.” (Słownik poprawnej polszczyzny”, PWN, Warszawa 1980). Skoro zatem nawet w słowniku uznano istnienie większej i mniejszej połowy, to coś jest na rzeczy i warto się tym zająć.

W matematyce połowy są równe. Z definicji. Więc nie ma większej i mniejszej. Prosty, jednoznaczny świat bez niuansów. Przynajmniej w prostej matematyce na poziomie szkoły podstawowej (ewentualnie średniej, ale tu już więcej złożoności). Dla wielu świat edukacji zamyka się na poziomie podstawowym, dlatego z wielką gorliwością pouczają „nie ma większej i mniejszej połowy!”. Można tu się przez chwilę zastanowić czy matematyka jest odkrywaniem świata czy wynajdywaniem (tworzeniem) zupełnie nowych bytów, które następnie czasem wykorzystujemy do opisu rzeczywistości. Niemniej języka matematyki, ze względu na jednoznaczny i „dokończony” charakter, używamy w wielu sferach życia z dużym sukcesem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że świat w swej złożoności nie mieści się w jednej, prostej algebrze. Matematycy odkrywają (lub wymyślają) wiele różnych światów matematycznych i z nich także korzystamy, np. z teorii zbiorów rozmytych (tego w szkole nie ma, uczą tylko o zbiorach klasycznych – dany element należy do pewnego zbioru lub nie należy, bez żadnych niuansów, że np. tylko częściowo). Zatem to nie matematyka jest niedoskonała, to ludzie czasami w sposób nieumiejętny i ograniczony posługują się matematyką.

Przykład ograniczonego korzystania z dobrodziejstw matematyki i algorytmów. Kilka lat temu wypełniałem roczne zeznanie podatkowe, korzystając z programu komputerowego. Taki program to spore ułatwienie, sam liczy, uzupełnia, wskazuje na jakieś braki itd. No i nie ma pomyłek w sumowaniu. Człowiek (czyli ja) zawsze się może pomylić w dodawaniu, odejmowaniu, wyliczaniu procentów. A taki komputerowy program robi szybko i bezbłędnie. Ale tym razem trafiłem na pewien problem. Wpisałem dane z PIT-u, otrzymanego od wydawcy. W przypadku praw autorskich czy umowy o dzieło, połowę kwoty przychodu stanowią koszty a połowę dochód. Ale kwota, stanowiąca podstawę wyliczenia, zawierała wartość z nieparzystą liczbą groszy (liczba niepodzielna przez dwa). Zatem w PIT-cie w jednej połowie (50%) było o jeden grosz więcej niż w drugiej połowie (50%). Jakby nie patrzeć – jedna połowa była minimalnie większa. Jeden grosz nie stanowił żadnej, istotnej kwoty (przecież księgowa nie mogła podać kwoty w półgroszach, zaokrągliła). Ale w algorytmie nie ma niuansów. Komputery nie myślą. Przynajmniej te, z którymi się do tej pory spotykałem. Gdyby to był człowiek, to by nierówność obu połówek uznał i nie robił problemów. Ale komputer (program) nie chciał przyjąć, sygnalizował błąd i nie pozwalał zakończyć rozliczenia podatku. Ja bym z chęcią ten grosz dopłacił, ale dokumentów dla urzędu skarbowego fałszować nie można. Nawet na jeden grosz. Musiałem PIT wypełnić ręcznie (zrezygnować z komputerowego programu bo był ortodoksyjnie nieustępliwy). Winna matematyka? Nie, winny programista z ograniczoną wyobraźnią. Nie przewidział wszystkich możliwości, oraz tego, że są mniejsze i większe połowy gdy kwota ma być liczbą całkowitą (a nie ułamkiem), z dokładnością do jednego grosza.

Oczywiście, matematyka jako taka jest znacznie szersza. Można zapisać różne liczby, nawet urojone. Można zapisać ułamek 2/3, ale podanie tego samego w ułamku dziesiętnym, wymusza uproszczenie i przybliżenie, np. 0,67 lub 0,66667 lub z jeszcze większą liczbą cyfr po przecinku. Mądrość polega na adekwatnym stosowaniu narzędzi. Nawet tak doskonałych jak matematyka. (czytaj więcej: czym jest nauka).

Przykład z zeznania podatkowego (jak i zaznaczonych wyżej definicji słownikowych) pokazuje, że są jednak różne połowy. Ślady są widoczne w naszym języku: większa połowa, równa połowa, idealna połowa itd.

Oto przykład z internetu: „Pani w szkole poprawia nas jak mówimy „większa połowa”. Moim zdaniem pani nie ma racji, choć jest magistrem polonistyki. Jak dzielę scyzorykiem jabłko na 2 połowy, (jedna dla młodszej siostry), to zawsze wychodzi mi większa i mniejsza połowa. Ważyliśmy te nierówne połowy na dokładnej niemieckiej wadze elektronicznej. Zawsze jedna połowa jest większa/cięższa. Tę większą połowę daję oczywiście mojej siostrze, bo jest młodsza. Co wy na to?” (źródło).

Przykład z jabłkiem jest bardzo dobry. Tak jak z połową chleba. Sprowadza się do poziomu dokładności. Mniej więcej obie połowy są równe, choć gołym okiem widać, że są różnice. Ale te różnice nie są ważne (nie są istotne). Bo jabłko nie jest idealną kulą, to i połowy nie będą idealne (a jak widać większą połową można obdarować młodszą siostrę, wyrażając przy okazji troskę i opiekuńczość). Różnica nie jest istotna dla sprawy podzielenia się jabłkiem czy chlebem. Ortodoksja, dotycząca idealnych połówek, w wielu aspektach życia codziennego, jest po prostu wyrazem… niewłaściwego stosowania narzędzi (języka, pojęć).

Podobnych przykładów dostarcza życie biologiczne. Bo w przytoczonym przykładzie z dziedziczeniem genów po rodzicach (O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii) wskazywałem, że jednak po matce dziedziczymy większą połowę (ze względu na mitochondrialne DNA). Podobnych przykładów jest znacznie więcej. Dowcipnie dylemat większych i mniejszych połówek wyjaśniony jest na zamieszczonym wyżej rysunku. Są takie rzeczy na tym świecie, które się domorosłym „filozofom” nie śniły (a przynajmniej w rozumie nie mieszczą). Filozofom, co to uważają, że wszystko wiedzą i dlatego tak chętnie w brzydki, hejtowaty sposób, pouczają innych.

Dygresja 1. W przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie nie ma blogera bez hejtera. Trolujący hejter świeci światłem odbitym, jak światełko odblaskowe. Nie ma własnego pomysłu, własnej twórczości, potrafi tylko komentować, a ze swej złośliwości czerpie poczucie (ułomne i niesycące) własnej wartości. Tak jak światełko odblaskowe – widoczne jest tylko wtedy, gdy odbija inne światło. Na dodatek odbija w sposób mniej lub bardziej zniekształcony. Samo z siebie jest ciemne i niewidoczne. A że hejter ma niskie poczucie własnej wartości (stąd złośliwie obsmarowuje innych by poczuć się ciut lepiej) lub zdaje sobie sprawę ze swych niegodnych, brzydkich czynności, to pozostaje anonimowy. Przecież pod podłymi rzeczami nikt publicznie nie podpisze się własnym imieniem i nazwiskiem.

W przyrodzie różnie sobie radzą organizmy z pasożytami. Iskają się, czyszczą, odrobaczają. Domowe sposoby na odrobaczanie w rzeczywistość wirtulanej, na pozbywanie się hejterów i internetowych trolli, też są. Mniej lub bardziej skuteczne, ale są.

Dygresja 2. Tłumaczyć jak krowie na miedzy. Słyszę to powiedzenie od wielu lat. Ale czy współczesny człowiek zrozumie, o co chodzi? Po co tłumaczyć krowie na miedzy i co to jest miedza oraz co robi krowa na miedzy? Bo żyjąc w mieście obrazków tych w pamięci nie mamy. A zatem miedza, to takie coś między jednym polem, a drugim (może nawet dzieli pole na dwie zazwyczaj nierówne, połowy). Niezaorana, więc i trawa tam rośnie oraz inne rośliny. Miedza to coś niewykorzystanego. Szkoda, żeby miało się zmarnować. I w dawnych czasach, gdy część mieszkańców wsi nie miała własnego pastwiska, swoje bydlęta (krowy, kozy), wypasało po rowach, miedzach i innych niczyich fragmentach. Albo i sam gospodarz wysyłał dziecko lub pastucha, by krowę wypasać na miedzy. A że z jednej i drugiej strony pole, to niepilnowana krowa mogłaby wejść w szkodę (znaczy zjeść to, co nie powinna), to pastuch przypilnować musi. Wiemy już więc co to jest miedza (bardzo ważna dla przyrody, bo i zające oraz inna bogata bioróżnorodność tam znajdowała schronienie w krajobrazie rolniczym) i co robi krowa na miedzy. A dlaczego jej coś tłumaczyć? Przy wypasaniu, kiedy krowa zieleninę skubie i powoli przeżuwa, pastuszek ma sporo czasu. Może siedzieć i przemyśliwać o życiu, fujarkę wystrugać lub koszyk z wikliny zrobić (tak zwykł czynić mój dziadek). I nie ma z kim pogadać. Chyba że z krową. Więc można cierpliwie, dokładnie krowie się zwierzyć, opowiadać i do różnych rzeczy przekonywać. Na przykład dlaczego nie powinna wchodzić w szkodę w zboże, buraki czy grykę. Ale czy krowa, z tego do niej przemawiania, coś zrozumie? Nawet jak przyjaźnie patrzy swoimi dużymi, cielęcymi oczami? Nie jest ważne, samo mówienie mówiącemu służy, pozwala poukładać myśli, przemyśleć kwestie, dopracować szczegóły.

Teraz to pewnie byśmy powiedzieli: tłumaczyć jak przygodnemu hejterowi na fejsbuku (znaczy do komputerowego ekranu). Skutek podobny tylko pięknych oczu bydlęcia nie widać… Ani nie czuć zapachu ziół czy nie słychać śpiewu skowronka. Chyba jednak lepiej do krowy na miedzy przemawiać.

O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii

18192502_10211470674555889_8169241228522430494_oBiologia, poprzez swoją zaskakującą złożoność, nieustannie zadziwia. Życie co i rusz wychodzi poza proste, matematyczne schematy. Bo czy może być większa połowa? Teoretycznie połowa to 50%, a więc obie połowy powinny być jednakowe. Z codziennego życia wiemy jednak, że z tym dzieleniem na pół różnie bywa. Niedokładność czyni wiele.

Ale biologia udowadnia, że może być większa połowa. Na przykład dziedziczymy cechy po rodzicach, po połowie. Ale mitochondrialne DNA dziedziczymy tylko po matce, bo plemniki nie zawierają mitochondriów. Czyli po połowie, ale po matce trochę więcej. Jest więc większa połowa, coś niemożliwego. Z pozoru. Bo zaawansowana matematyka dobrze opisuje nawet zjawiska biologiczne.

Składanie gatunków w ekosystemy, czy jakichkolwiek elementów żywych, nie jest prostą arytmetyką. Całość to nie jest suma części. W całości jest coś więcej, coś, czego nie było w żadnej z jej elementów. Dawniej utożsamiano z tajemniczą siłą życia vis vitalis. Nigdy jej nie znaleziono. Współcześnie wskazuje się na efekt, wynikający z organizacji elementów. Tak więc nie tylko suma ale i organizacja, czyli relacje między elementami, np. relacje przestrzenne i wynikające z nich nowe cechy.

Bardzo piękną ilustrację tej zasady, ujawniania się nowych własności w całości (układzie), złożonym z części, podał pewien młody człowiek. Były to jego rozmyślania na styku nauki i wiary, które pojawiło się w głowie tego młodego człowieka w czasie medytacji nad „Wy jesteście solą dla ziemi” (Mt 5,13). W przypadku soli i jej znaczenia dla człowieka ma nie tylko znaczenie sama sól i jej własności, ale ewolucja człowieka i jej znaczenie w odżywianiu. Nie wszystkie zwierzęta, nie wszystkie organizmy potrzebują soli, jako dodatku do pożywienia.

„Oczywiście zacząłem analizować chemię soli:  Na + Cl = NaCl. W skład soli (kuchennej, bo cyjanek potasu też sól…), czyli chlorku sodu, wchodzą atomy metalu gwałtownie reagującego (w odpowiedniej porcji wręcz wybuchowo) z wodą i zamieniającego ją w środek używany do udrażniania rur (NaOH) oraz atomy żółtozielonego, duszącego gazu.

Jednym słowem nic, co chcielibyśmy znaleźć w naszym obiedzie (choć gdzieś słyszałem, że jeden z pierwszych badaczy chloru miał stwierdzić, że nadaje się na składnik sosu do sałatek… nie pytajcie 😀 ). Łącznie tworzą jednak substancję, która nadaje potrawom wyrazisty smak i w rozsądnych ilościach raczej nam nie szkodzi. Ludzie, tak jak sól, do której zostali porównani, nie stanowią prostej sumy swoich cech i uczynków, tak jak właściwości NaCl nie są sumą właściwości Na i Cl.

Tak więc fakt, że w czyimś życiu znajdują się miejsca niestrawne lub wręcz cuchnące nie oznacza, że nie może on zdziałać czegoś dobrego i pożytecznego. Ocena całego człowieka sprowadzona do oceny jego pojedynczych cech/czynów, jest dużym nadużyciem. Jakże aktualne.”

Chemiczny punkt widzenia pięknie przeniesiony na relacje międzyludzkie. Upowszechniam, bo warto. A że bez wiedzy autora, to i nazwisko tymczasem ukrywam.

ps. na zdjęciu sasanka, spotkana przedwczoraj przy kościele franciszkanów. Urzekła mnie swoim pięknem, więc zamieszczam. Tak bez związku z tematem. A może jednak, jakiś związek uda się dostrzec?

Hejter jest jak menda – dokuczliwy

Pthirus_pubis__crab_louseHejter i menda, wbrew pozorom, są tak starzy jak ludzkość. Hejter, hejtowanie to sposób zachowania człowieka, a menda to owad – wesz łonowa. Oboje dokuczliwi dla zwykłych ludzi.

Hejter nie wziął się znikąd. Tego typu aktywność jest tak stara jak ludzkość, a nawet wcześniejsza. Bo przodkowie Homo sapiens też byli istotami społecznymi. Wcześniejsza nazwa hejtera to plotkarz. Ale nie tylko o zmianę nazwy chodzi.

Plotkowanie jest związane z życiem w grupie. To sposób podnoszenia własnej wartość, pozycji w grupie a jednocześnie obniżanie pozycji obmawianego. To obgadywanie poza plecami, zaocznie. W ten sposób plotkujący jest anonimowy. Stara się podwyższyć swoją wartość przez dyskredytowanie kogoś innego. Ale po cichu liczy, że te złe słowa jakoś dotrą i zabolą obgadywanego. Albo tylko poprzez złe nastawienie rozmówcy, albo przez osoby trzecie pomówienie dotrze do obgadywanego i zaboli. Hejt pojawił się wraz z internetem, wydaje się być czymś nowym. A przecież istnieje od dziesiątek tysięcy lat. Siedząc przy komputerze hejter nie patrzy w oczy obgadywanemu. Ma wrażenie, że w intymnej sytuacji bezpiecznie aczkolwiek boleśnie obgaduje. Liczy, że złe słowa dotrą do adresata a on zachowa bezpieczną anonimowość.

Hejtowanie jest dokuczliwe i nieprzyjemne. Czynią to osoby tchórzliwe, które nie mają odwagi powiedzieć prosto w oczy (bo chcą być anonimowi i bezkarni). Poprzez szkalowanie innych lub tylko obgadywanie budują swoją wartość. Świecą światłem odbitym (cudzym), bo sami nie potrafią sobą zaświecić.

Medna to nazwa dokuczliwego owada pasożytniczego – wszy łonowej. Dawniej zapisywana także jako mędoweszka, mandoweszka, mendeweszka. Uprzykrzający życie owad stał się synonimem kogoś wrednego, nieprzyjemnego, dokuczliwego. W ogóle owady to te, co wadzą. Ale sama nazwa „owad” nie ma dzisiaj pejoratywnego znaczenia. Inaczej jest z mendą.

Wesz łonowa (Pthirus pubis) to gatunek owada, pasożytującego na człowieku, wywołuje chorobę zwaną wszawicą. Fakt, że na człowieku pasożytuje także inny gatunek (w dwóch podgatunkach) – wesz głowowa (Pediculus humanus humanus synonim Pediculus humanus capitis) oraz wesz odzieżowa (Pediculus humanus corporis) – stał się dowodem w filogenezie człowieka i jego międzygatunkowych kontaktów. Dla naukowców to gratka.

Tak czy siak wszy, pchły, komary, bąki, ślepaki i cała rzesza innych pasożytów jest dokuczliwa. Pasożytnictwo jest pospolite i stare jak życie na Ziemi. Chętnych do korzystania z cudzego było i jest zawsze wielu. Organizmy żywicielskie starają się bronić na różne sposoby. Biolodzy ewolucyjni zauważyli jednak, że jeśli koszty obrony przed dokuczliwym pasożytem są większe niż straty wynikające z pasożytnictwa, to lepsze jest „cierpliwe znoszenie mendy” niż jej zwalczanie. W ewolucyjnym i biologicznym „interesie” pasożyta jest więc podgryzać, ale nie za bardzo dokuczliwie. Bo wtedy reakcja żywiciela będzie dużo bardziej stanowcza. Albo zdechnie a wraz z nim .. pasożyt, pozbawiony życiodajnego środowiska.

Układ pasożyt-żywiciel od dziesięcioleci intryguje biologów. I filozofów chyba także.

Czytaj także: Menda, ewolucja człowieka i gatunki ginące

Na ilustracji wyżej wesz łonowa (źródło Wikimedia Commons).

Czym jest nauka ? Cz. 6. System

nauka3relacjeJeśli nauka jest systemem całościowym, to ważne są nie tylko elementy składowe (fakty, pojęcia, hipotezy, prawa, teorie itd.) ale i organizacja (struktura, relacje między poszczególnymi elementami). Tak jak w zegarku czy organizmie, poszczególne części wynikają z całości. Z jednej części, jednej kości czy organu, możemy wnioskować o całości (całym organizmie, gatunku). Dlatego paleobiolodzy potrafią odtworzyć wygląd i sposób życia całego zwierzęcia jedynie z kilku kości, czy nawet pojedynczego zęba.

Wnioskowanie z jednej części o całości nie jest jednak takie proste. W odniesieniu na przykład do ekosystemu (posłużę się takim biologicznym przykładem) są gatunki wyspecjalizowane, dobrze przystosowane do środowiska. One są dobrymi bioindykatorami. Ale są też gatunki eurytopowe, oportunistyczne. Wnioskowanie na ich podstawie jest dużo trudniejsze i obarczone większym zakresem nieokreśloności. Analogicznie możemy powiedzieć, że niektóre pojęcia w danej dyscyplinie naukowe są dyskretne, dobrze i precyzyjnie zdefiniowane oraz pojęcia bardzie rozmyte znaczeniowo, „oportunistyczne” (mniej zróżnicowane jak komórki macierzyste ale za to z dużym potencjałem do wyróżnicowania się, specjalizacji).

W przypadku gatunków oportunistycznych można wnioskować o stanie całego ekosystemu ale potrzeba więcej danych i informacji o kontekście. Całość to więcej niż suma części, to organizacja. W nauce ważne są wiec nie tylko zgromadzone obserwacje, wytworzone pojęcia, hipotezy, ale i sposób ich zorganizowania czyli teorie i paradygmaty. Te też zmieniają się ewolucyjnie. Dlatego uczniowie lub początkujący adepci nauki zdziwieni są, że w jednym podręczniku tak, a w innym inaczej opisane są te same problemy, zjawiska itd.

W systemie wszystko jest ze sobą powiązane. Zmiana części (pojawienie się nowych faktów naukowych, hipotez) wpływa na zmianę całości. I odwrotnie, zmiana paradygmatu wpływa na części (np. interpretacja od dawna znanych faktów). Przewrót kopernikański spowodował inne interpretowanie tego, co od dawna na niebie widzieliśmy. Na świat obiektywny patrzymy także przez pryzmat teorii, tego co już wiemy. Istotę systemu można zawrzeć w greckiej sentencji” wszystko ze wszystkim, wszystko ze wszystkiego”.

Na podstawie obserwacji budujemy (modyfikujemy, bo przecież nie tworzymy zupełnie od nowa) wiedzę, teorie i tworzymy system wiedzy. Metodą jest indukcja. Z założeń i praw dedukujemy wnioski (dedukcja jako kolejna metoda). Ale relacje między częściami (pojęciami, prawami) można ustalać lub weryfikować za pomocą eksperymentów (falsyfikacja). W końcu optymalizacja systemu wiąże się z dążeniem do prostoty – rozumowanie abdukcyjne. Filozofowie nauki mówią o konsyliencji wiedzy: hipoteza powinna tłumaczyć jak najszerszą klasę zjawisk, tłumaczyć (wyjaśniać) te zjawiska w jak najprostszy sposób, wyjaśniać według podobieństw (zjawiska z przeszłości i przyszłości). Piszą także o koherencji: hipoteza, teoria powinna podawać wyjaśnienia jak najbardziej spójne z największą liczbą obserwowanych danych.

Nauka rozwija się z potocznego rozumowania zdroworozsądkowego (od oportunizmu do specjalizacji). Specjalizacja wymaga złożonego systemu i otoczenia. Współcześnie więc nauka rozwija się w dużych zespołach i instytucjach.

Czytaj całość (wszystkie części w jednym kawałku)

Malowane dachówki czyli o łączeniu nauki i edukacji ze sztuką

15320357_1490298657647258_1885965647_nMisją uniwersytetu jest upowszechnianie wiedzy. Zmieniający się świat prowokuje do poszukiwania nowych metod realizacji tej niezmiennej misji społecznej. Stąd rozwój w ostatnich latach edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Przykładem takich poszukiwań jest wystawa malowanych dachówek, eksponowana przed budynkiem Wydziału Biologii i Biotechnologii (już od maja br. czytaj: Wystawa dachówkowa uzupełniona) oraz przed Biblioteką Główną UWM (od grudnia). Jak widać z zamieszczonego zdjęcia już od samego początku wzbudza zainteresowanie.

Humanista musi się znać na prawach przyrody, artysta także (zobacz też: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście). Ale i przyrodnikowi przydaje się znajomość warsztatu artystycznego oraz humanistyczne obycie. Spotkać się można w przestrzeni publicznej, by malować i dyskutować.

Prezentowana przez Biblioteką Głowna UWM wystawa dachówek miała swoją inaugurację w Europejską Noc Naukowców (Noc Naukowców i bioróżnorodność na dachówkach malowana), potem przeniesiona została przed budynek Biblioteki. Od razu wzbudziła zainteresowania.

Zbliżająca się ogólnopolska Noc Biologów 2017  jest kolejną okazją do pokazania bioróżnorodnosci na dachówkach malowanych. Będzie wystawa w dwóch miejscach oraz warsztaty malowania na dachówkach. Natomiast w maju, w czasie tygodnia bibliotek, będzie kolejna okazji do spotkania nieformalnego z nauką, humanistyką i sztuką. Wtedy na tarasach bibliotecznych malować będziemy na dachówkach… Molariusz czyli plejadę moli książkowych. Tak jak sobie je wyobrażamy. Z całą pewnością nie zabraknie motywów biologicznych (w szczególności entomologicznych).

Noc Biologów jako tematyczny piknik naukowy to nie tylko wykłady i pokazy tego, co już dobrze znamy (popularyzacja nauki), ale także wspólne odkrywanie, np. metod edukacji pozaformalnej. Wspólnie eksperymentujemy, wspólnie odkrywamy i doświadczamy. Uniwersytet to miejsce, gdzie rodzi się wiedza. Przyjdź 13 stycznia 2017 r. w piątek i doświadczaj z nami. Efekty tych prac pozostaną nie tylko w przemyśleniach i refleksjach ale także w formie stałej ekspozycji na terenie miasteczka uniwersyteckiego.

Po co ta wystawa (instalacja) z dachówkami? By zachęcić do przemyśleń i refleksji o różnorodności biologicznej, lokalnej przyrodzie i antropogenicznych przekształceniach środowiska. Stare dachówki, są już z ludzkiego punktu widzenia niepotrzebne. W przyrodzie jednak nic nie ginie i nie ma rzeczy niepotrzebnych. Biologia nastraja filozoficznie oraz artystycznie. To co „martwe” (martwa materia organiczna) dzięki destruentom (reducentom) ponownie wraca do biologicznego obiegu (rola martwego drewna przedstawiona będzie także na wystawie o Puszczy Białowieskiej). W przypadku malowanych dachówek tymi „kulturowymi destruentami” są naukowcy i uczestnicy organizowanych przez UWM pikników naukowych. Przez sztukę i artystyczną aktywność można zmierzać do przyrodniczej wiedzy.

Wspomniane dachówkowe instalacje przed Collegium Biologiae i przed Biblioteką Główną są jak góra lodowa – widać tylko mały fragment. Reszta „ukryta” jest przed wzrokiem . Ale ta schowana pod wodą część daje się poznać. Okazją do poznawania będzie Noc Biologów 2017: wykłady, pokazy, warsztaty i …. żywa biblioteka.

Malowanie dachówek w przestrzeni publicznej to metoda aktywizującej edukacji pozaformalnej w zakresie przyrody i ochrony lokalnej bioróżnorodności. Otwarte plenery malarskie odbywały się w czasie pikników naukowych a malowaniu towarzyszyły opowieści o przyrodzie. Jest to interdyscyplinarna forma upowszechniania wiedzy. Na eksponowanych obecnie dachówkach jest już różnorodność biologiczna Warmii i Mazur: rośliny, owady, grzyby, przyroda wiosennej łąki, widziana oczami dorosłych i dzieci, specjalistów (botaników, zoologów) jak i amatorów. Ponieważ wykorzystywane są stare dachówki to jest to upcykling w połączeniu z edukacją przyrodniczą. Dachówki malowaliśmy w 2016 roku w trakcie pikników naukowych i edukacyjnych plenerów: 1 maja w Skansenie w Olsztynku „Jarmark sztuki nie tylko ludowej. Wyczarowane z gliny.”  , 25 maja „Piknik z etnobatniką” w ramach międzynarodowego Dnia Fascynujących Roślin, 23. czerwca w czasie Nocy Świętojańskiej w Parku Centralnym (wspólnie z Gazetą Olsztyńską), w czasie pikniku na trawie przy ul. Stara Warszawska oraz Europejskiej Nocy Naukowców (30 września 2016).

Komunikować się można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Naukowcy piszą publikacje, wygłaszają referaty, prezentują postery naukowe, prowadzą dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem malują i dyskutują w niecodziennych okolicznościach….. Malują butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracają im sens i znaczenie.

Dlaczego w czasie Nocy Biologów proponujemy także malowanie dachówek? Do efektywnej pracy umysłowej trzeba zatrudnić obie półkule mózgowe. Lewa półkula, zwana akademicką, gdy sama pracuje, to druga, prawa – zwana artystyczną – nudzi się i przeszkadza rozmyślaniem o „niebieskich migdałach”. Efektywniej i kreatywniej pracujemy – nawet w nauce – gdy obie półkule mózgowe za zaangażowane. Nauka łączy się ze sztuką i wzajemnie uzupełnia. Potrzebna jest i analiza i synteza, naukowa skrupulatność i artystyczna innowacyjność. Sztuka dla naukowca nie jest tylko hobbystycznym odpoczynkiem ale i psychiczną higieną, intelektualna rozgrzewką.

Fot. Katarzyna Bikowska

Czytaj także:

Osy w Tramp-ku (z dygresją do stanu wojennego)

osa_dachowa1Tramp to ”człowiek lubiący się włóczyć; wagabunda, obieżyświat, włóczęga, włóczykij”. Ale to także nazwa spotkań turystycznych, odbywających się w Olsztynie w Pubie Sowa. W zdrobnieniu – trampek – to już nazwa popularnego, taniego obuwia. Obuwie dla turysty i obieżyświata jest ważne, bo jak coś w nim uwiera, to wędrówka staje się boleścią.

Nie tylko gwóźdź czy kamień w bucie dokucza turyście. Dokuczają najróżniejsze owady, zarówno w marszu, gdy siądzie na trawie, jak i gdy spocznie w schronisku. Owady wadzą. Owady mogą nie tylko wadzić ale i stanowić atrakcję wędrówki. Bo można dostrzegać więcej i więcej spróbować zrozumieć. To turystyka z refleksją przyrodniczą.

Gdy idziesz, lub odpoczywasz, a coś Cię gryzie. I nie o sprawy duchowe tu chodzi, tylko o głodnych braci naszych mniejszych. Bo może to być refleksja nad tym, dlaczego gryzą, żądlą i szczypią. „Osy, szerszenie i pszczoły – żądlący sąsiedzi ze szlaku i z domu” to tytuł prezentacji, jaką przedstawię 13 grudnia na spotkaniu turystów Tramp. (zobacz szczegóły).

13 grudnia opowiem o owadach pasożytach co jawnie i skrycie piją naszą krew. Opowiem o ewolucji i pasożytnictwie, o tym czy bronić się czy przecierpieć i nie marnować energii. Tu pojawia się mała analogia społeczne (bo biologia ma duży kontekst filozoficzny i społeczny) z internetowym hejtem i analogowym plotkarstwem. Ignorować czy zwalczać? Bilans energetyczny (w przypadku biologii) i emocjonalny (w przypadku człowieka społecznego) może być różny. Nie zawsze walka jest lepsza.

Trudne jest życie pasożyta. Najczęściej ginie w nierównej walce z dużo większym żywicielem. A i czasem pasożyt staje się pożytecznym symbiontem. I to nie tylko w kontekście ewolucyjnym ale i bardzo krótkookresowym. Czyli jak pasożyta zmienić na symbionta? Biolodzy coraz częściej mówią o hologenomie i o tym, że korzystamy z cudzych genów w codziennym życiu.

Są jednak i takie owady, co nas żądlą w obronie własnej i obronie swojego potomstwa. Albo życia swoich sióstr. Skąd altruizm w świecie zwierzęcym, gdzie powinna być według nas nieustanna walka na kły i pazury, gdzie powinien być tylko egoizm? I nad tym od lat zastanawiają się biolodzy. W sumie turysta także może. Wędrować, podziwiać przenajróżniejsze uroki przyrody i rozważać życie w każdym jego wymiarze.

Ot chociażby nad czymś takim, że w dojrzałych ekosystemach mniej jest związków antagonistycznych a więcej protekcjonistycznych. Zło (pasożytnicze) organizm czasem zwycięża dobrem. Bilans jest ciekawy. I okazja do refleksji nad światem. Zwłaszcza w dniu 13 grudnia, rocznicy stanu wojennego.

Coś nas gryzie bo jest głodne i nas podjada lub się tylko broni. Albo przypadkiem. Jeśliś ciekawy to przyjdź na spotkanie lub poczytaj, np. artykuliki podlinkowane niżej.

Deprecjacja przedmiotów przyrodniczych? Pierwszy krok do zacofania

astrologia

Wiek XXI jest wiekiem technologii, czasem trzeciej rewolucji technologicznej. Podstawą nowych technologii i dużego sukcesu cywilizacyjnego są nauki przyrodnicze, od fizyki po chemię i biologię. Postęp, jaki się dokonał, jest olbrzymi. Żeby zrozumieć współczesny świat, nawet ten w zasięgu codziennych czynności, trzeba mieć elementarną wiedzę przyrodniczą. To wydaje się oczywiste.

Od jakiegoś czasu z dużym zaskoczeniem i niesmakiem obserwuję rynek księgarski. Zwłaszcza w salonach Empik brakuje miejsca dla książek popularnonaukowych (ale książek jest całe mnóstwo). Niejednokrotnie brakuje takich działów. Byłem ostatnio w dużym salonie tej sieci, w galerii handlowej. Są tylko nauki humanistyczne (tam można znaleźć pojedyncze książki z ewolucji człowieka…). Zatem sama historia i filozofia, religia i ezoteryka, z fantastyki to chyba tylko fantasy. Był na przykład dział z astrologią (na zdjęciu wyżej). Prawie same książki astronomiczne. Astrologia myli się z astronomią? Ogromna ignorancja, a to tylko przykład jeden z wielu. To wydaje się już standard (więcej fotograficznych przykładów umieściłem na Facebooku). Książki popularnonaukowe czy dotyczące wiedzy przyrodniczej są na marginesie (na szczęście w publicznych bibliotekach są działy takie jak nauka, biologia, fizyka, matematyka, geografia, chemia itd.).

Czy sytuacja w Empiku (i innych księgarniach) świadczy o deprecjonowaniu wiedzy przyrodniczej w życiu społecznym? A przecież bez niej nie tylko nie będzie wykwalifikowanej kadry w szeroko rozumianej gospodarce, ale i nie zrozumie się podstawowych zjawisk, spotykanych w życiu codziennym. Bez rozumienia zjawisk przyrodniczych nie potrafimy poprawnie obsłużyć komputera czy domowych sprzętów AGD. Jeśli się zastanowić, to skalę tej przyrodniczej ignorancji widać przy publicznej dyskusji o GMO, szczepieniach, grabieniu trawników, kornikach w Puszczy Białowieskiej czy energii odnawialnej i zmianach klimatu. O rozumieniu ekonomii i gospodarki nie zapominając.

Ale może ta przyrodnicza ignorancja dotyczy tylko popkultury? Bynajmniej. W nowej propozycji programowej w ramach reformy minister Zalewskiej w szkole podstawowej zredukowana będzie liczba godzić przyrodniczych prawie o jedną trzecią…w porównaniu do szkoły ośmioklasowej, tej dawnej. Z dawnych 29 godzin będzie zaledwie 20, Najwyraźniej fundujemy sobie kolejne wieki „ciemne”… Zaleją nas ignoranci, którzy nie będą rozumieli tego, co się dzieje wokół. Wrócimy do magii i zabobonów?

Brak należycie niewykształconych ludzi w zakresie nauk przyrodniczych to brak kadr dla gospodarki opartej na wiedzy. Staniemy się krajem taniej, niewykwalifikowanej siły roboczej? Krajem ignorantów, krajem zacofanym? Najwyraźniej jesteśmy na tej drodze. Jeśli nie zmienimy tych trendów, przyszłość Polski będzie nieciekawa…

godziny_przedprzyr