Molariusz Warmińsko-Mazurski na Olsztyńskich Dniach Nauki i Sztuki

18922097_1902078886484921_6999363679567141138_nW czasie zbliżających się Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki (27-28 września) prezentowana będzie m.in.  wystawa dachówek przed biblioteką. 8.00-22.00 (także w czasie Europejskiej Nocy Naukowców 29 września.  Wystawę dachówek z wyobrażeniami moli książkowych z entomologicznym podtekstem zobaczyć można będzie przed Biblioteką Uniwersytecką w Kortowie.

Wystawa to efekt kilku spotkań w przestrzeni publiczne i rozmów o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu.Najwięcej prezentowanych dachówek powstało w czasie Molariusza Warmińsko-Mazurskiego na dachu Biblioteki.

Spotkania z ludźmi inspirują. Nawet, jeśli odbywają się za pośrednictwem papierowych książek. Biblioteka jest takim urokliwym miejscem na spotkania z myślą ludzką, opowieściami i refleksjami. W ciszy i w gwarze. To pierwsze w czasie czytania, to drugie w czasie różnorodnych aktywizujących pikników naukowych. Zmienia się świat wokół nas i nośniki ludzkiej myśli. Dawno temu były to recytowane poezje, śpiewane pieśni i ballady, tańczone przedstawienia muzyce. Potem myśl na długo przylgnęła do zadrukowanego papieru. Biblioteki z książkami przez kilka stuleci były sercem uniwersytetów. Teraz nastał czas elektroniki i cyfryzacji ludzkiej myśli i kontaktów. Ale nawet i teraz biblioteki nie przestają być miejscem spotkań. Zmienia się wiele (nośniki) by pozostało cos niezmiennego (wymiana ludzkich myśli).

Dachówki zostały pomalowane 12. maja 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek na tarasie Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie. Motywem przewodnim były … mole książkowe. Tak, jak sobie je wyobrażali malujący. Dachówki pochodzą z Mazur, z Kowalewa, powiat piski, Wapnika, Wójtowa. Jedna przyjechała aż z Umbrii (dar prof. Małgorzaty Chomicz). Przyjechała z dalekich Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow i gdzie powstawały pierwsze uniwersytety.

Do dachówek z molami napisane zostały opowieści – wszytskie do odszukania na blogu: https://gadajacedachowki.blogspot.com/  (można je będzie także przeczytać w czasie zwiedzania wystawy; link przez Kod QR oraz na ulotce i plakacie). Unikatowy katalog moli czyli Molariusz Wamińsko-Mazurski powstał 12. maja 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Różnorodne wyobrażenia moli zostały malowane na dachówkach, zaś ich autorzy dzielili się miedzy sobą opowieściami, fraszkami i piosenkami, które się z każdym wyobrażeniem mola kojarzyły.

I tak wśród galerii moli książkowych znalazły się m.in.: Napójka Łąkowa (mól książkowy z Wójtowa, preferuje wolne lektury), Bagiennik z Jeziora Czarnego (mól książkowy preferujący literaturę hydrobiologiczną, czyta na ławkach w parku), Kortowski Mól (uniwersytecki robaczek szybujący po wiedzę), Smerfomól (złapany w sieć uzależnień od czytania literatury naukowej), Mól Pedagogiczny (śliczny i liryczny) i wiele innych.

Noc sprzyja rozwijaniu się wyobraźni. To jeden z kilku powodów, dla którego „mole książkowe”, czyli miłośnicy dużej ilości przeczytanych przez siebie książek, nie mogą się oderwać od lektury, także po zmroku. Kolejnym czynnikiem, dla którego „pożeracze” książek lubią noc to tajemnice. A te najlepiej odkrywać pod osłoną nocy, kiedy właśnie ożywia się wyobraźnia a wszystkie zmysły intensywniej pracują. Jeśli lubisz czytać i rozwiązywać zagadki, biblioteka jest dla Ciebie prawdziwym królestwem. Nocą budzą się tu różnorodne żyjątka, które oprócz pożerania papieru, czy innych materiałów wchodzących w skład opraw (skóra, drewno), lubią także poczytać tekst. Zapraszamy do poszukiwań drewnojadów, motyli futrzastych i innych moli książkowych, które opowiedzą Wam swoją historię w Bibliotece Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie. 

Wystawę uzupełniają inne dachówki, pomalowane w czasie różnorodnych spotkań edukacyjnych, m.in. w olsztyneckim skansenie, Dnia Roślin itd. Natomiast w czasei Europejskiej Nocy Naukowćów pajawi sie molowa gra z przygodami. Szukając dachówkowych moli, ykrytych w bibliotece rozwiązać będzie można przyrodnicza zagadkę, zebrać pamiątkowe pieczątki z owadami oraz… otrzymać nagrodę.

Zaprawszam pod koniec wrzesnia na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki oraz Europejską Noc Naukowców. 

Ps. Do wiedzy garną sie także Wiedźmuchy z lasu… zapowiedziały, że przylecą…

Knapiatek, latarnia wróżki czy odwrócony kieliszek ?

Na świat patrzymy przez pryzmat tego, co już wiemy. Nasza wiedza ma charakter systemowy, i to co widzimy, dopasowujemy do schematu istniejącego już w naszej głowie. Musi pasować. Świat postrzegamy więc przez pryzmat naszego wnętrza. Ludzie patrzą na to samo, ale czasem co innego dostrzegają, inne wyławiają szczegóły, inaczej interpretują, to co widzą. Ta sama rzeczywistość… ale różne „wnętrza” patrzących na ten świat.

knapiatek

Jako entomolog dostrzegam więcej owadów i bezkręgowców wokół nas. Nie tyle wzrok jest wyczulony co umysł gotowy na dostrzeganie małych istot i śladów ich obecności. Gdy pokazać palcem, to i inni zobaczą. Ale trzeba opowiadać w znacznie szerszym kontekście. Bo patrząc na rzeczy nieruchome, poprzez system wiedzy, odczytujemy relacje między elementami, dostrzegamy procesy i to, co się wcześniej wydarzyło. Na przykład ślad pozostawiony na piasku. Jakaś kompozycja ziarenek, ale układająca się w jakiś wzór. Wzór, który poprzez pryzmat wiedzy potrafimy odczytać. Że to jest na przykład odcisk racicy jelenia. Wyobrażając sobie zwierzę, którego tu przecież nie widać, potrafimy ze śladu na piasku wyczytać znacznie więcej. Czy był to jeden osobnik czy więcej, czy stąpał powoli czy biegł itd.

Podobnie można odczytywać obecność bezkręgowców. Poprzez własną wiedzę dostrzegamy znacznie więcej niż rejestruje nasze oko. Niedawno byłem na warsztatach terenowych, zorganizowanych przez „Obywateli z Ekoinicjatywą”. Cudowne warunki przyrodnicze, na skraju lasu i nad jeziorem. Ośrodek wypoczynkowy. Zarówno w budynkach odczytywać można wieloletnią przeszłości, odtwarzać dawne przeznaczenie i zmiany formy użytkowania, jak i w otaczającej przyrodzie. Dostrzec można sukcesję ekologiczną i renaturyzację krajobrazu. Można dostrzec zmieniającą się w skali stuleci antropopresję.

Spotkanie ludzi to dzielenie się wiedzą i… wzajemne budowanie wewnętrznych, indywidualnych systemów wiedzy. W dialogu uczymy się patrzeć na otaczający nas świat. I uczymy się opowiadać. Rozmawialiśmy o hotelach dla pszczół i odtwarzaniu ginącego siedliska w postaci piaszczystych i gliniastych skarp. Zmienia się nasz sposób użytkowania krajobrazu wiejskiego oraz budowy domostw, stąd dla pewnej grupy owadów zaczyna brakować dogodnych siedlisk do rozmnażania się. Powstają za to inne. Spoglądając pod nogi zauważyłem na spotniej stronie belki (podest ze stolikami na wolnym powietrzu – wyposażenie pensjonatu nad jeziorem) jakiś dziwny a zarazem znajomy wytwór bezkręgowca (zdjęcie z końca maja obok). Gliniana kuleczka zwisająca ja cienkim trzonku. Gdzieś już coś takiego w książce widziałem. Może to gniado samotnej osy, albo pająka? Zrobiłem zdjęcie, by już na spokojnie w domu odszukać i zidentyfikować właściciela tego kokonu. Gdyby było widać gospodarza – czy to osę czy pająka – identyfikacja byłaby prosta i łatwa. A tak tylko ślad obecności.

Tajemniczy wytwór okazał się kokonem jajowym pająka knapiatka (prawdopodobnie to knapiatek brązowy Agroeca brunnea ). Inni nazywają latarnią wróżki, a jeszcze inni odwróconym kieliszkiem. Bo jednym kojarzy się z nimfami i wróżkami, innym z trywialną codziennością. Rodzaj knapiatek (Agroeca) to co pięć gatunków występujących w Polsce. Na pająkach się nie znam, tym bardziej na kokonach. Mogę tylko z dużym przybliżeniem pisać, że jest to knapiatek brązowy (bo najpospolitszy gatunek).

Knapiatek według jednych należy do rodziny aksamitnikowatych (Clubionidae), według innych do rodziny onniżowatych (Liocranidae). Skąd te różnice w przynależności systematycznej? Poszczególni naukowcy zwracają uwagę na inne szczegóły i inaczej interpretują filogenezę. W wyniku toczącej się dyskusji naukowej wprowadzane są zmiany, na zasadzie konsensusu. Wystarczy sięgnąć do publikacji z różnych lat by odnaleźć gatunek przyporządkowany do innych jednostek systematycznych. Sam gatunek się nie zmienia, zmienia się tylko nasz pogląd na jego powiązania z całym światem ożywiony.

Ale wróćmy do knapiatka brązowego. To nieduży pająk, o około 5-9 mm długości. Nie buduje sieci łownej, poluje w nocy. Dlatego nie maiłem szansy go zobaczyć. Chyba, żebym specjalnie nastawił się na obserwowanie knapiatków. Knapiatek brązowy żyje w lasach łęgowych, na skrajach lasów i na łąkach. Przemieszcza się głównie po dnie lasu, wśród mchów i ściółki. Samego pająka trudno spotkać, ale jego kokony są bardzo charakterystyczne i dlatego je najczęściej spostrzegamy.

Kokon zwany latarnią wróżki lub odwróconym kieliszkiem powstaje w czasie dwóch nocy. W czasie pierwszej nocy samica tka biały, dzwonowaty oprzęd i przytwierdza go na długiej nitce do rośliny, gałęzi, a w tym przypadku do drewnianej belki, leżącej tuż nad ziemią. Następnie w kokonie składa jaja. Kokon podzielony jest na dwie komory, jedna nad drugą. W pierwszej znajdują się jaja. W drugiej (na razie pustej) młode pajączki przebywają do czasu pierwszej wylinki. Jak w schronieniu. Czyli po pierwszej nocy kokon jest jedwabiście biały. W czasie drugiej nocy samica maskuje kokon grudkami ziemi i piasku. Wygląda jak gliniana kulka, dobrze maskując się w środowisku. W przypadku sfotografowanego kokonu samica musiała się nieźle nabiegać, bo od belki do najbliższego fragmentu gleby jest co najmniej kilkanaście centymetrów. A przecież musiała wiele razy przynosić po kawałeczku gleby, by zamaskować kokon. Napracowała się.

Z racji nocnego trybu życia tegoż pająka nie miałem okazji go zobaczyć. Jego obecność wynika z obecności kokonu z jajami. Ale są pilniejsi ode mnie obserwatorzy życia knapiatków. Są to pasożytnicze błonkówki z rodziny gasienicznikowatych (Ichneumonidae). Samice tych błonkówek wyszukują kokony i przekłuwają pokładełkiem nie wyschnięty jeszcze oprzęd by tam złożyć swojej jaja. Wylęgające się młode błonkówki mają zgromadzony żywy pokarm (gąsienicznik nie musi się sam trudzić z owieniem i gromadzeniem). Jak w spiżarni. Samica knapiatka prowadzi nocny tryb życia – błonkówki są aktywne zazwyczaj za dnia. Ale potrafią wyśledzić i rozpoznać pajęcze kokony, by złożyć tam swojej jaja. I muszą się spieszyć, zanim drugiej nocy samca pająka pokryje kokon grudkami ziemi.

Czy dobrze rozpoznałem latarnię wróżki i dobrze zinterpretowałem dostrzeżone ślady, tworząc opowieść o knapiatku? W zasadzie należałoby zabrać do analiz napotkany kokon, wypreparować i obejrzeć zawartość pod binokularem czy mikroskopem. Ale to równałoby się zniszczeniu mieszkających tam bezkręgowców. Niemniej, żeby móc stworzyć opowieść o życiu knapiatków, różni badacze musieli robić takie inwazyjne obserwacje przez wiele lat. Wiedza to suma obserwacji i dyskusji o tych obserwacjach, sumujących się w stale rozwijany i modyfikowany system. Wiedza (nauka) ma charakter kumulatywny – ciągle jej przybywa. Ale nie jest to tylko sumaryczne dodawanie, czasem polega na przearanżowaniu elementów tej wiedzy (przykładem są różne systematyki) i ułożenia nowego systemu. Wiedza jest jak przyroda wokół nas – następuje ciągła sukcesja ekologiczna i ewolucja zarówno gatunków jak i ekosystemów. Do budowania wiedzy indywidualnej jak i tej wspólnej potrzebne są obserwacje i eksperymenty (co wydaje się oczywistym dla każdego) ale i dyskusji. Najczęściej o dyskusji jako elemencie procesu poznania naukowego zapominany.

Zbliżają się wakacje i pora urlopowa z wypoczynkiem na łonie przyrody. Nie trzeba wozić ze sobą mikroskopu czy skalpela. Wystarczy położyć się w trawie lub na pomoście i obserwować. Długo i leniwie. W miarę upływu minut i godzin dostrzegać zaczniemy coraz więcej. A jak nie wiesz, co widzisz… zrób zdjęcie lub filmik (lub nagraj dźwięk itd.). Potem zasiądziesz przed komputerem i włączyć się w dyskusję o tym, jaki jest świat wokół nas. Dzielenie się wiedzą ubogaca nas jak i całą społeczność. Dzieląc się w dyskusji dostrzegamy znacznie więcej niż widza nasze oczy.

Wzgórze czarownic pośród bagien czyli o energii odnawialnej i produkcie regionalnym

czarownicagilawyW piękny majowy czas miałem okazję odwiedzić Garbno. Jadąc pociągiem widziałem rozległe pola kwitnącego rzepaku. Wielkie monokultury z różnymi uprawami, a w krajobrazie wiatraki. Energia odnawialna zakorzenia się w naszym regionie. Żałuję, że zdjęć nie zrobiłem, bo widok z okien pociągu był przepiękny. W tym krajobrazie wielkich pól z rzadko porozrzucanymi zadrzewieniami, rzeczkami i zbiornikami wodnymi, wiatraki wprowadzają mozaikę siedliskową. I w gruncie rzeczy ładnie wyglądają, wkomponowując się w antropogeniczny krajobraz. Tuż pod wiatrakiem nie ma upraw, są po prostu ugory… z dużą ilością chwastów. Czyli dużą różnorodnością biologiczną kwitnących roślin i korzystających z tych roślin owadów. I to ekologa, entomologa, przyrodnika cieszy. Kusi, żeby zbadać dokładniej. Może i niebawem się wybiorę. Po badaniach nad różnorodnością biologiczną upraw wierzby (dla celów energetycznych – energia z biomasy) teraz przydałoby się sprawdzić jak farmy wiatrowe wpływają na bioróżnorodność.

Ale tymczasem wybrałem się do Garbna w zupełnie innym celu, z wykładem popularnonaukowym o racjonalnym gospodarowaniu energią i wodą – przyjaznym dla kieszeni, jakości życia i dla środowiska przyrodniczego. Inaczej mówiąc – ekologia z perspektywy gospodarstwa domowego. A jednocześnie nawiązanie do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu. Na zaproszenie Koła Gospodyń Wiejskich „Baby z Babieńca” wybrałem się do Garbna, do świetlicy wiejskiej. W spotkaniu uczestniczyła także młodzież gimnazjalna.

Zmieniły się nasze wsie, wypiękniały. Pamiętam takie wsie sprzed 30-20-15 lat. Zapyziałe, szare odrapane, z beznadzieją i tanim winem owocowym. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Ale pozostało duże bezrobocie, migracja zarobkowa, wyludnienie. Pamiętam ten region z dzieciństwa i wyjazdów wakacyjnych.

garbnowykladZaproszenie do Garbna przyjąłem z sentymentem. Usłyszałem z ust starszych osób piękny zaśpiew wileński. Jakbym wrócił do dzieciństwa. Temu środowisku jestem coś winien. Znam ten region przygraniczny, zamierający, kiedyś z rozpitymi PGRami, teraz wyludniający się i zamierający. Szansę upatruję w turystyce i energii odnawialnej. Bo energia odnawialna daje prace tu na miejscu a pieniądze nie są drenowane na Śląsk (energia elektryczna z węgla kamiennego). Z kolei turystyka opiera się na dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym, na aktywnym wypoczynku i dziedzictwie kulinarnym, na rękodziele (w tym sztuce niebanalnej i profesjonalnej) itd. W nawiązaniu do przeszłości jechałem z pomysłem… maści do latania. Brzmi bajkowo, ale za tym się kryje pomysł na produkt regionalny.

W Garbnie, nad rzeką Guber i prawobrzeżnym dopływem – Strugą Rawą, w 1328 roku powstała strażnica (zamek krzyżacki), przy zamku powstała osada, oficjalnie lokowana na sześciu włókach 11 lat później. Dawniej wieś nazywała się Lamgarben a swoją nazwę wzięła z języka dawnych Prusów. Garbis to wzgórze, natomiast lame oznacza bagna, moczary, teren podmokły (taki na pewno był w dolinie Gubra i wpadającej do niej strugi). Można byłoby więc pierwotną nazwę Laumygarbis, a od XV w Lamegarben, tłumaczyć ze staropruskiego jako Bagienne Wzgórze, Wzgórze Pośród Bagien (terenów podmokłych). Ale można także inaczej wywodzić nazwę, ze słowa laume, oznaczającego czarownicę. Laumygarbis oznaczałoby Wzgórze Czarownic. Łącząc obie interpretacje wymyśliłem Wzgórze Czarownic Pośród Bagien. A jedną z dygresji, w nawiązaniu do dawnego wykorzystania „chwastów” w życiu codziennym, było wspomnienie o maści do latania. Do produkcji owej maści używano m.in. bylicy pospolitej i tłuszczu z gęsi. Mamy więc pomysł na lokalny produkt kulinarny i etnograficzną zabawę w jednym. A z piór gęsich można zrobić… na przykład pióra do kaligrafii. Kolejny element lokalnej układanki i oferty turystycznej.

Fantazjuję z tą maścią do latania i etnograficznymi opowieściami? Obok Garbna są Tołkiny, i jak przekonują genealodzy niemieccy z tej miejscowości wywodzi się ród Tolkiena (przez Saksonię trafił do Wielkiej Brytanii), autora Władcy Pierścieni. Kolejny powód by odwiedzić te okolice i to przez turystę międzynarodowego. A niedaleko jest i … Smokowo. Garbno czyli Wzgórze Czarownic, Tołkiny z Tolkienem i Smokowo – same odloty. Maść do latania sama się narzuca. I przygoda, bazująca na kreatywności (kapitał ludzki), dziedzictwie kulturowym i dziedzictwie przyrodniczym.

Do Garbna na prelekcję przywiozłem swoją malowaną butelkę (motyw cykorii podróżnik) i malowany kamyk warmiński, z pleneru w Tumianach. Jako przykład rękodzieła. Panie z kół gospodyń wiejskich (z Garbna oraz z Babieńca) pokazały swoje rękodzielnicze prace, z papierowej wikliny, kwiaty z bibuły oraz kwiaty i choinki z kogucich piór. Te „baby” mają moc … tworzenia nie tylko rękodzieła ale i animacji życia społecznego. Sól tej ziemi. Zapomniane wioski ale z bogatą historią.

A propos Garbna to warto wspomnieć o mało znanej u nas postaci – Elisabet Boehm (1859-1943), z domu Steppuhn, z pobliskich Głowbit, która w 1880 została żoną Otto Boehma. Małżonkowie na stałe osiedli w Garbnie. Elisabet Boehm znana jest na terenie całych Niemiec jako założycielka Towarzystw Wiejskich Kobiet (Landwirtschaftlichen Hausfrauenverein), czyli jest prekursorką Kół Gospodyń Wiejskich i podobnych ruchów, także w USA. Można powiedzieć, że to miejscowa feministka, a więc w uproszczeniu „czarownica”. Uznaniem jej działań w ruchu kobiecym było przyznanie złotego łańcucha przez Uniwersytet w Królewcu oraz nadanie honorowego obywatela miasta Królewiec. W 1993 r. poczta niemiecka wypuściła znaczek z jej podobizną.

Okolica interesująca i piękna. Warto się wybrać. Następnym razem przyjadę rowerem. To znaczy rower zapakuję do pociągu, przyjadę do Korsz lub Tołkin, a dalej pozwiedzam w powolnym rytmie, w klimacie prowincji i cittaslow. By był czas na podziwianie lokalnego rękodzieła niebanalnych kobiet, zabytków z przeszłości i różnorodności biologicznej, kryjącej się w krajobrazie pojeziernym i cieniu turbin wiatrowych.

 kaligrafia1

Zamieszczone fotki, od góry:

  •  Czarownica z Giław, zdjęcie podczas Kiermasu Warmińskiego w Bałdach
  •  Zdjęcie z wykładu w Garbnie (tuż przed rozpoczęciem)
  •  Kaligrafia, pisanie gęsim piórem (Niebieskie Piórko 2015)

Więcej o maści do latania i bioróżnorodności w garnku.

http://czachorowski.blox.pl/2014/04/Bylica-piwo-pieczona-ges-i-masc-do-latania.html

http://czachorowski.blox.pl/2014/04/O-bylicy-plodnosci-przyprawach-kadzidle-i.html

http://ro.com.pl/wakacyjne-przygody-z-jadalnymi-chwastami-i-mascia-do-latania/01140687

 

Jak rozpoznać dorosłego chruścika?

chruscikobjasnieniaDzisiaj jest Dzień chruścika (11 grudnia). Będzie więc o chruściku (Trichoptera).

Kiedy zaczęto naukowo opisywać gatunki, w tym i chruściki, rozpoczęło się tworzenie kolekcji. W dawnych czasach zasuszony czy inaczej zakonserwowany okaz był głównym sposobem gromadzenia wiedzy porównawczej. Okazy typowe, które posłużyły do opisania gatunki i nadawania mu naukowej nazwy, były szczególnie staranie chronione. Niczym wzorzec metra z Sevres. Bo to był główny punkt odniesienia i porównywania. Jeździło się więc od muzeum do muzeum, od specjalisty do specjalisty i porównywało, oznaczało okazy.

Naukowcy zbierali także publikacje z rysunkami i opisami gatunków. Co jakiś czas ktoś kusił się o stworzenie klucza do oznaczania lub atlasu (z rysunkami i cechami diagnostycznymi). Znacznie to ułatwiło rozpoznawanie gatunków. Jednakże w kluczach i atlasach zawarte były tylko nieliczne cechy gatunku. Te, na które akurat zwrócili uwagę naukowcy. A ponieważ dawniej opierano się na kolekcjach, to najczęściej podstawą diagnostyczną były aparaty kopulacyjne. Dla ich zachowania potrzebne były zbiory mokre – u zasuszonych owadów te cechy byłyby niewidoczne. Ze względu na szarobure ubarwienie skrzydeł chruścików, głównie to aparaty kopulacyjne stanowiły podstawę identyfikacji. Sporadycznie pojawiały się klucze, bazujące na skrzydłach chruścików (kształt i rysunek).

Przez lata naoglądałem się aparatów kopulacyjnych. Dziesiątki tysięcy osobników (nie licząc larw i ich cech). Przy okazji oglądałem całe osobniki… ale jakoś w pamięci inne cechy słabo zapadły (bo nie zwracałem na nie uwagi). I teraz mam problem. Pojawia się zupełnie nowa potrzeba. Wraz z upowszechnieniem się fotografii cyfrowej do internetu trafia dużo zdjęć chruścików. Możliwa jest więc nauka oparta na wolontariacie i hobby a główną metodą przyżyciowe obserwacje i fotografie. Ale do tego potrzebne jest porawne rozpoznanie gatunku.

Gdyby udawało się je oznaczać, byłoby więcej informacji o rozmieszczeniu chruścików. Ot na przykład zamieszczone zdjęcie Mateusza Sowińskiego. Jaki to gatunek? Cechą główną jest budowa aparatu kopulacyjnego, ale na zdjęciu przyżyciowym po prostu nie widać (czerwone kółko o czerwona strzałka). Cechami pomocniczymi, aby pośród ponad tysiąca gatunków europejskich szybciej znaleźć właściwy, są kolce na odnóżach (czarne kółka, niebieska strzałka). Na tym zdjęciu tylko częściowo widoczne. Mogą trochę pomóc ale nie widać wszystkich, więc trudno odczytać wzór. Ponadto obecność przyoczek (czerwone kółko, niebieska strzałka) – tu niestety w ogóle cecha niewidoczna. I liczba członków w głaszczkach szczękowych. Też słabo widoczna cecha.

Trochę jednak w pamięci zostaje z tych tysięcy przejrzanych okazów. Na przykład kolor tego chruścika – nie wszystkie są czarne. Pomyślałem więc, że może to Mystacides. Ale chyba za krótkie czułki i nieco iny kształt. Może Lasiocephala basalis? Ale inaczej zbudowana nasada czułków. Może Notidobia ciliaris? Trochę kształt skrzydeł nie taki. Może jakiś Athripsodes? Z czym porównywać? Ze zdjęciami w internecie? Ale tam nie wszystkie są wiarygodne i dobrze (poprawnie) podpisane. Wypadałoby zaglądnąć do swojej kolekcji – tyle, że ja przechowuję na mokro, więc skrzydła inaczej wyglądają (zwłaszcza kolorystycznie) a włoski często są pozlepiane.

Pozostaje cierpliwe gromadzenie informacji z pewnie oznaczonych zdjęć (chodzić w teren, fotografować i odławiać, by oznaczyć tradycyjną metodą). Jeśli jest potrzeba, to gromadzenie informacji przyniesie kiedyś rezultaty. Dla fotoamatorów i jednocześnie miłośników przyrody po prostu trzeba stworzyć zupełnie nowy klucz i atlas, oparty o zupełnie inne cechy diagnostyczne (widoczne na zdjęciach przyżyciowo wykonanych). Od jakiegoś czasu zwracam uwagę na te cechy i są rezultaty. Do niedawna wydawało mi się, że dwa gatunki są na zdjęciach nierozpoznawalne: Hagenella clathrata i Oligostomis reticulata mają charakterystyczne ubarwienie skrzydeł, wydaje się identyczne. Ale teraz dostrzegłem różnice w kolorze odnóży – da się więc je rozróżnić na zdjęciach. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Takie przedsięwzięcie uda się jedynie w żmudnej pracy zespołowej. A taka jest przecież w swej istocie nauka.

Na razie nie wiem co to za gatunek na zamieszczonym zdjęciu.

Pochwała akademickiej codzienności

banaszak1Milczenie nie oznacza ciszy. Myśli bywają spisywane i schowane w szufladzie. A potem, czasem… wydawane drukiem. I to, co przez lata było milczeniem lub szeptaniem po kątach, staje się publicznym wywodem. Wtedy czasem triumf zamienia się w klęskę. Odwołam się do ostatniego przykładu z tanimi geszeftami posłów, rozliczających delegację na samochody… mimo, że nie jechali. Przychodzi taki moment, że „sprawa się rypnie”, bo ktoś w taki czy inny sposób coś powie. Przez lata przemilczane tanie geszefciki staja się powodem do wstydu. A słowo drukowane utrwala na długo. Trwalsze jest od efemerycznych artykułów w internecie.

Od wczoraj na moim biurku leży drugi, opasły tom dzienników bydgoskiego naukowca, profesora Józefa Banaszaka. Tym razem jego dzienniki obejmują okres 2009-2013. Poprzedni tom wywołał sporą burzę nie tylko w środowisku bydgoskim. W Olsztynie też ludzie ze środowiska akademickiego piszą pamiętniki i dzienniki (niektórzy o tym wspominają, być może odważą się je opublikować). Może kiedyś, może niebawem ukażą się drukiem lub przynajmniej w internecie? Spisane będą słowa i uczynki, subiektywnie ale jednak. I to, co po kątach bywa z niesmakiem szeptane nagle może trafić do publicznego, oficjalnego obiegu. Słabi i przegrani wcale nie muszą być tacy słabi… Cwaniacy i spryciarze, tak jak wspomniani posłowie, strąceni zostaną ze świecznika, przynajmniej w zakresie publicznej opinii.

Koniec dygresji. Wrócę na chwilę do dzienników prof. Banaszaka. Czy kogoś może interesować codzienne życie naukowca entomologa, pracownika akademickiego? Wprawny czytelnik dostrzeże nie tylko to zapisane, ale wyczyta wiele między wierszami. Zwłaszcza jeśli czytelnik zna środowisko akademickie dowolnego ośrodka. Dzienniki odbrązawiają. Ale i dla innych jest to interesujący zapis socjologiczny i kulturowy życia codziennego w wieku XXI.

Kilka książek autobiograficznych polskich przyrodników już przeczytałem. Żałuję, że takie opracowania nie powstają w Olsztynie. Nie ma o czym pisać? Nie ma komu pisać? O jakości i dojrzałości środowiska akademickiego świadczą książki biograficzne i wspomnieniowe. Świadczy ich jakość (lub miałkość i brak jakości). Wielu profesorów odeszło na emeryturę, inni odchodzą. Co pozostawią po sobie w ludzkiej pamięci? Może właśnie z takich książek i dzienników można będzie się przekonać, jaki ślad trwały w sercach ludzkich zostawiają? Jedne gwiazdy zszarzeją, inne Kopciuszki zakwitną blaskiem… dnia codziennego.

Słowo pisane w wersji drukowanej ma dużą siłę oddziaływania…

 

Kapliczka w Bażynach a społeczny wymiar nauki

Gdziekolwiek jestem w terenie, na badaniach ekologiczno-entomologicznych, zawsze robię zdjęcia kapliczkom i przydrożnym krzyżom. Zazwyczaj nie mam za wiele czasu, tylko przechodząc, bez wyczekiwania najlepszego momentu i korzystnego światła. Są to zdjęcia dokumentacyjne. Te małe formy architektoniczne są niezwykle urokliwe, są znakiem lokalnego życia, prowincjonalnej historii (nie mniej ważne niż wielkie bitwy czy wielka polityka). A na Warmii kapliczki są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu, głęboko zakorzenionym historycznie.

Za każdym obiektem kryje się lokalna, długa historia losów ludzkich. Przechodząc robię zdjęcia, ale nie mam czasu porozmawiać, zapytać, posłuchać. Przecież mimo przerwanej ciągłości po 1945 r. z każdą kapliczką czy przydrożnym krzyżem wiążą się codzienne losy ludzkie. Chciałbym tym opowieści posłucha albo poczytać.

Dlatego z wielką radością i zaciekawieniem kupiłem książkę Stanisława Kuprjaniuka i Iwony Liżewskiej pt. "Warmińskie kapliczki" (wydane przez Borrussię w 2012 r.). W założeniach jest to katalog wszystkich kapliczek. Jest ich 1333. Ale autorzy dokonali wyboru, nie uwzględnili kapliczek powstałych po 1945 r. oraz kapliczek cmentarnych (w sensie upamiętnienia pochowanych). Nie jest więc to wszystko, co zobaczyć można w krajobrazie Warmii. Ale wybór jest precyzyjny. Wszystkiego zapewne nie da się zrobić o razu. Zostaje pole dla innych.

Katalog jest chyba pierwszym takim opracowaniem (wraz z płytą CD z dodatkowymi zdjęciami kapliczek). Zawiera dokładną lokalizację i zdjęcia. Ale i tak czuję duży niedosyt. Informacje o kapliczkach są bardzo skromne.

Weźmy na przykład kapliczkę w Bażynach (fot. wyżej). W katalogu oznaczona jest numerem 63. I nic więcej się nie można dowiedzieć. Ani kto i dlaczego ją ufundował, ani co się wokół niej działo, także w czasach najnowszych. To wszystko wymaga spisania i udostepnienia innym. Jest ogromne pole do działania nauki społecznej.

Kapliczki są dobrym przykładem do rozwoju nauki obywatelskiej, społecznej, zarówno z zakresu architektury jak i etnografii (co warto przypomnieć w roku Oskara Kolberga). Moje zdjęcie wykonane w 2014 r. przedstawia kapliczkę już odnowioną. W katalogu widoczna jest ruina (zdjęcie zrobione kilka lat wcześniej). A więc ktoś w ostatnich latach ją wyremontował. Sama więc informacja fotograficzna jest dokumentacją naukową (faktograficzną), umożliwiającą odczytanie zmian. Przydałby się jeszcze rekonesans wśród ludności miejscowej, aby zgromadzić dużo więcej informacji i faktów, związanych z tą kapliczką.

Nauka ma wymiar społeczny także i w tym wymiarze, że wyniki obserwacji udostępnia się innym. Dzięki temu wiedza ma charakter kumulatywny. Jak więc zapisywać efekty pracy badań społecznych? Przecież nie uda się raczej w fachowych publikacjach.

Rozwiązaniem jest internet. Wiele osób podróżując (nie tylko po Warmii) robi zdjęcia, zbiera informacje ustne oraz literaturowe, a potem umieszcza na swoim blogu. Są też strony internetowe gmin, parafii, lokalnych stowarzyszeń. To forma gromadzenia informacji. Kolejnym pomysłem może być Wikipedia, gdzie zarówno zdjęcia kapliczek jak i zebrane informacje o nich mogą być umieszczane we wspólnym, społecznym repozytorium wiedzy.

Nauka społeczna może rozwijać się także w zakresie faunistyki, w szczególności entomologii. Zdjęcia konkretnych gatunków, wraz z miejscem i datą, mogą być przydatne zwłaszcza w odniesieniu do gatunków rzadszych lub zmieniających zasięgi występowania. Nauka społeczna to wiele par oczu, aparatów fotograficznych i nóg, które zaprowadzą w każdy zakamarek Polski. Odonatolodzy już wykorzystują te możliwości na Facebooku.

Internet jest dobrym miejscem do dokumentowania obserwacji, zbieranych przez hobbystów i naukowych wolontariuszy. Naukowcem może być każdy. Nie trzeba mieć dyplomów. Wystarczy nauczyć się swoistej metodologii – rzetelności i jasnego opisu. A wtedy można dołączyć do dużych zespołów, zbierających na prawdę ważne i wartościowe informacje, z których tworzone są ważne i potrzebne syntezy.

*  *  *

Przykład fotobloga, poświęconego kapliczkom warmińskim: http://kapliczki.blogspot.com/

O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera

1280pxAcherontia_atropos_MHNT_dos

W roku Oskara Kolberga warto opowiedzieć o niezwykłym motylu, bo wiąże się z etnografią i dawnymi zwyczajami. Choć wydaje się to niemożliwe, to czasem można usłyszeć pisk motyla.  A jeżeli dodamy, że w ubarwieniu tej piszczącej ćmy dopatrzeć się możemy ludzkiej czaszki, to nie powinno nas dziwić, iż dawniej wierzono, że jest zwiastunem śmierci. Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) zwana jest także zmorą trupią-głową. Wyżej zamieszczona ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons i jest autorstwa Archaeodontosaurus.

Zmierzchnica jest największym motylem europejskim: rozpiętość skrzydeł wynosi 10–14 cm, gąsienice dorastają do 13 cm i ważą do 10 g. Zmierzchnica – jak sam nazwa sugeruje – jest motylem nocnym czyli ćmą. Należy do rodziny zawisakowatych (Sphingidae, niektóre z tych motyli mylimy z kolibrami, bo są duże i przy spijaniu nektaru zawisają w locie, niczym kolibry). Na grzbietowej stronie tułowia ma charakterystyczny rysunek, przypominjący ludzką czaszkę. Trupia głowa, która lata o zmierzchu. Trudno jej nie zauważyć. Łacińska (naukowa) nazwa zmierzchnicy wiąże się z mitologiczną rzeką Acheron oraz Mojrą o imieniu Atropos. Skojarzenia jak najbardziej uzasadnione w kontekście zachowania i wyglądu tego motyla nocnego.

Jak zapewne każdy wie motyle mają trąbki i za ich pomocą spijają nektar z kwiatów, czasem różne płyny z uszkodzonych drzew, gnijących i fermentujących owoców a nawet odchodów zwierząt. Ale zmierzchnica trupa główka za pomocą swojej trąbki potrafi wydawać dźwięk – w momencie zaniepokojenia piszczy, a głos jej podobny jest do głosu nietoperzy. Dźwięk jest słyszalny z daleka.

Trupia główka, czyli ćma co dźwięki wydaje. Trąbka służy jej do trąbienia a nie tylko wysysania płynów. Czemu wydaje dźwięki? Jedni sądzą, że to sposób odstraszania napastników, inni że myli swoim dźwiękiem pszczoły, gdy im miód podpija w ulu.

U nas pojawia się rzadko. Jej ojczyzną jest południowa Europa i Afryka. Czasem do nas zalatuje wiosną i wczesnym latem (nawet do Skandynawii). Składa jaja na liściach ziemniaka, pomidora, bielunia lub pokrzyku (same trujące rośliny, co jej mroczność tylko podkreśla). Jesienią mogą pojawić się dorosłe osobniki drugiego pokolenia. Ale nie zostają u nas tylko lecą na południe, wracają do siebie. Co nie jest takie rzadkie u naszych motyli. Bo nie tylko ptaki na zimę od nas odlatują. Wraz z ocieplaniem się klimatu można spodziewać się przesuwania się na północ zasięgu występowania tego motyla oraz częstszych wizyt w naszym regionie.

zmora

Dawniej, gdy się u nas pojawiała, wywoływała strach i sensacje. Tak zanotował w swoim sztambuchu generał Joachim Jauch, (1684-1754) „1749: Taka Szarańcza padła na milę od Kalisza, z którey dwie złapano, y jednę serwują w Kapitule Gneźnieńzskiey, a drugą OO. Reformaci w Kaliszu, tę gdy wzięto w rękę skrzeczała jako Gacek, y pianę żółtą z pyska toczyła, cała była kosmata, jak axamit, Śmierć na piersiach, nogi dwie kosmate y zęby wiewiórcze mająca etc.” Straszliwa i skrzecząca niczym nietoperz gacek, nazwana szarańczą spod Kalisza.

W swoim sztambuchu generał zamieścił nawet rysunek tej strasznej szarańczy (ilustracja wyżej). Można wnioskować, że rysował nie z natury lecz z opowieści, bowiem w jego sztambuchu są realistyczne rysunki zwierząt i roślin (ilustracja niżej).

zesztambucha Czytaj dalej „O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera”