Dachówki, butelki i sprzątanie świata 2016

butelki_z_daliamiTegoroczne Sprzątanie Świata – Polska 2016 odbędzie się w dniach 16-18 września. To już 23. edycja tej akcji, tym razem przebiega ona pod hasłem „Podaj dalej… drugie życie odpadów”.  Głównym przesłaniem akcji jest:

  • promowanie poszanowania zasobów i efektywnej segregacji,
  • unikanie odpadów – szacunek do przedmiotu,
  • uświadomienie Polaków o ich wpływie na środowisko i ilość wytwarzanych odpadów podczas codziennych czynności.

„Daj drugie życie przedmiotom, nie wyrzucaj ich pochopnie do kosza! Zrób wszystko, by odpad za szybko nie trafił na wysypisko!”

Malowanie zbędnych już butelek i słoików (śmieci?) jest całorocznym realizowaniem wyżej wspomnianego hasła. Podobnie z malowaniem dachówek – zamiast wyrzucać można nadać in inny sens, inną wartość. Mogą być jeszcze potrzebne. Butelkowy i dachówkowy upcykling to inne, praktyczne spojrzenie na świat. Zamiast nadmiernej konsumpcji… bycie ze sobą razem. Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej to tworzenie relacji międzyludzkich zamiast tworzenia śmieci pokonsumpcyjnych.

Malowanie butelek i dachówek, pozornie prostych i banalnych czynności, niesie w sobie ukrytą, głębszą treść filozoficzną (o której pisałem już wielokrotnie). Sprzątanie Świata jest dobrą okazją przypomnieć tę treść. Na dodatek głównym motywem malowania jest lokalna różnorodność biologiczna. Taka przyrodnicza edukacja pozaformalna i nieformalna. Jest o czym porozmawiać w czasie malowania… i w czasie wystaw. Efekty są, na przykład widoczne w książkach beletrystycznych i na autobusowych przystankach. Rozchodzi się po świecie bez zbędnego napuszenia (tak realizowana edukacja pozaformalna jest po prostu skuteczna).

Malowane dachówki można będzie obejrzeć w czasie zbliżającej się Europejskiej Nocy Naukowców, 30 września: Noc Naukowców i bioróżnorodność na dachówkach malowana. Z kolei butelki i słoiki malowane w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii (Plener z daliami) pokażemy m.in. w czasie Nocy Biologów 2017 (styczeń). Zapraszam na wystawy, zapraszam do wspólnego malowania. A w czasie zbliżającego się weekendu gorąco namawiam do Sprzątania Świata. „Co roku w do akcji przyłącza się kilka milionów wolontariuszy – dołącz i Ty! Specjalnie dla Ciebie inicjatorka akcji, Mira Stanisławska-Meysztowicz wystosowała zaproszenie (zobacz też tegoroczne hasło).

Czynić świat piękniejszym i pełnym sensu… to takie proste. A jednocześnie takie trudne. We wspólnocie łatwiej. Więc zrób to z kimś. A jak dostrzeżesz piękno w znalezionych śmieciach, zabierz ze sobą i wykorzystaj w artystycznym upcyklingu. Okazji będzie wiele. Przyjdź ze swoją butelką, słoikiem czy czymś innym, i na wspólnym spotkaniu, w czasie rozmowy o przyrodzie i o ludziach, nadamy jej nową wartość. Bo nie ma rzeczy ni ludzi niepotrzebnych…

Rewitalizacja miasta z zielenią w roli głównej

13691094_10208870332148954_4756998348915225841_oCieszy każda dobra rewitalizacja śródmieścia z zielenią w tle. Nie tylko odnowione elewacje kamienic, ale i usunięty fragment „betonu”, zasadzone drzewa, trochę zieleni i ławeczki. Aż chce się do takiego miejsca przeprowadzić. Zamieszkać. I siłą rzeczy płacić tu podatki.

Zastąpienie fragmentu betonowego chodnika odkrytą glebą z zielenią to zwiększenie powierzchni wsiąkania wody. Ma znaczenie w czasach gwałtownych opadów. Im więcej wsiąknie tym mniej muszą przyjmować kanały przeciw burzowe. Były planowane lata temu ale teraz, wraz ze zmianami klimatu, zwiększyła się intensywność opadów. Więc nie są w stanie odprowadzić nadmiaru wody siecią kanalizacji. Ponadto szkoda tej wody, gdy jej coraz bardziej brakuje.

Jak podrosną zasadzone lipy to będą dawały upragniony cień w nagrzanych miastach. A gdy zakwitną to przecudny zapach wypełni całą ulicę. Mam jedynie nadzieję, że odkrytej powierzchni będzie wystarczająco dużo by rosnące drzewa miały wodę. Inaczej albo uschną albo trzeba podlewać.

A pod drzewem ławeczka. By odpoczywać i cieszyć się pięknym widokiem. Mały skwer zamiast parkingu. Dobry kierunek zmian, by ludziom w mieście żyło się przyjemniej. Jeszcze tylko tę zrewitalizowaną przestrzeń wypełnić kulturą i życiem społecznym. Od nowa nauczyć się siedzieć na ulicznej ławce, najlepiej w czyimś towarzystwie.

I może „chwasty” dzikie rośliny wyrosną i uchowają się przez czyszczącymi motykami porządkujących zieleń miejską….

Dojrzewanie cittaslow czyli po pizzę z Lamkowa do Barczewa

barczewoW naszym regionie (warmińsko-mazurskie) jest już 20 miasteczek cittaslow. To dużo, bo w Polsce jest ich 25. Liczbowo sytuujemy się tuż za Włochami, krajem z którego wyszła idea miast z powolnym życiem. Region turystyczny otwiera się na zupełnie nowych „konsumentów”, zarówno przyrodą, kulturą jak i stylem życia. Powolnego i pogłębionego życia. Wolniej znaczy dokładniej, dogłębniej, pełniej.

W lipcu odwiedziłem Barczewo. Pospacerowałem  po miasteczku. Odkryłem, że są już dwa lokale gastronomiczne. Oferta więc się rozwija. A przecież Barczewo jest w sieci cittaslow chyba zaledwie od dwóch lat.

Weszliśmy do baru-kawiarni-restauracji koło ratusza. Jakiś obcokrajowiec chciał zamówić pizzę, słabo znał język polski. Włączyłem się w rozmowę by mu pomóc i pośredniczyć. Zamówienie było nietypowe. Chciał pizzę na godzinę 18.00 na pole w Lamkowie. Za drugim sklepem w lewo. Zostawił numer telefonu, żeby było łatwiej trafić i zrealizować zamówienie. Najwidoczniej jacyś turyści rozłożyli się namiotowym obozem w Lamkowie. A zamówił jedną dużą pizzę, chyba wiejską. I twierdził, że tutejsza pizza jest wyśmienita. Dlatego przyjechał zamówić.

Nie sztuką jest klienta zdobyć. Sztuką jest by powrócił (powracał). A powróci tylko wtedy, gdy z usługi będzie zadowolony. Ja zamówiłem naleśniki. Trochę czekałem. Ale były zrobione na miejscu (nie z mikrofali czy zamrażalnika). Warto było. Choć na razie w większości klienci wybierali jakieś dania fastfoodopodobne. Dobre rodzi się powoli. Ku mojemu zdziwieniu powtórnie usłyszałem mowę „zagraniczną”. Cittaslow zwabia. Ci turyści raczej nie szukają kebabów i hamburgerów…

Jeszcze tylko, żeby kelnerka była uśmiechnięta. A nie  taka markotno-znudzona-życiem-nieszczęśliwa. Widać, że jeszcze bez wprawy i zapału do pracy. Ale liczę, że i to się zmieni. Odwiedzam Barczewo od jakiegoś czasu i widzę systematyczny postęp. Cittaslow ma swój niepowtarzalny klimat.

Pora na kolejne wakacyjne, krótkie podróże po warmińsko-mazurskich cittaslow.

Piję wodę codziennie (kranówkę). I jestem z tego dumny.

czachorowski_wodaPiję w Olsztynie wodę z kranu bo jest dobra. Druga sprawa to troska o środowisko. Cena litra wody z kranu to około 1 grosz. A ile kosztuje litr wody w sklepie? Wszystko ponad 1 gr to koszty jednorazowego opakowania, koszty transportu i oczywiście marża handlowa. I to nie ze względu na marżę piję wodę z kranu. Po pierwsze warto zrezygnować z jednorazowych opakowań, bo jest to marnotrawstwo nieodnawialnych surowców (i zaśmiecanie przyrody, bo tam często trafiają te jednorazowe opakowania). Po drugie  woda w butelkach wożona jest czasem po kilkaset kilometrów. To zużycie paliw (surowce nieodnawialne) i emisja gazów cieplarnianych (pomijając zanieczyszczenia szkodliwe dla człowieka).

Tak więc piję kranówkę, bo jest to tańsze, przyjazne dla środowiska i wynika z odpowiedzialności za jego stan (odpowiedzialności za biosferę).

W Polsce działa akcja „Piję wodę z kranu”. To społeczna inicjatywa mająca promować rozsądne gospodarowanie surowcami i zrównoważony rozwój. W komentarzu na moim blogu niedawno ktoś napisał, że obchodzenie Dnia Ziemi to hipokryzja, bo przecież o Ziemię trzeba dbać codzienne a nie raz w roku. Słusznie. Ja piję wodę z kranu codziennie.

3 razy U czyli o przywracaniu wartości i sensu starym butelkom

butelka_ladnaButelki i słoiki, kiedyś były pełne i potrzebne. Pospolite ale przydatne jako opakowanie. Po wykorzystaniu zawartości opakowanie wyrzucamy. Leżą i szpecą krajobraz, przyrodę. Zapełniają wysypiska odpadów. Przemijanie jest czymś naturalnym. Jednak w kulturze konsumpcji i jednorazowości przemijanie jest bardzo szybkie. Zbyt szybkie.

Pospolitość jest brzydka. Takich słoików i butelek jest pełno. Pełno w sklepie, pełno na śmietniku i niestety w lesie czy jeziorze. Setki, tysiące, więc pospolitość nie ma wartości (w naszych oczach). Ewentualnie niewielką. Do czasu, gdy pełni rolę opakowania. Pospolite i puste… to bez wartości. A że puste to pozbawione sensu. Leżą, zawadzają, szpecą.

Umycie i zdjęcie etykiety przywraca czysty (surowy) kształt. Już bardziej uniwersalny a nie powiązany z codziennością i konsumowanym towarem. Czysty kształt bywa czasem piękny. Trzeba tylko umieć na niego odpowiednio spojrzeć. Ale wiele kształtów jest pospolitych, codziennych, to jakże mogą mieć dla nas wartość? Pomalowanie pustej butelki czy słoiczka nadaje wymiar unikalności, niepowtarzalności. Zyskuje na wartości, dostrzegamy piękno. I nie jest już pospolite. Jest już wyjątkowe, niepowtarzalne. Malowanie starych butelek i słoików to odzyskiwanie sensu i wartości.

Poświęcam własny czas, moje starania i wiedzę o przyrodzie (którą maluję), razem jest to wartość dodana. Nie tylko nadawanie unikalności ale i motywy przyrodnicze, związane z roślinami, owadami czy innymi bezkręgowcami polskiej bioróżnorodności. Bo te chwasty i robale wokół nas również wydają się pospolite, mało warte…. codzienne.

Moje słoiki i butelki stoją i zdobią przestrzeń w wielu miejscach świata (nie tylko Polski). I są użytkowane, jako pojemniki i pojemniczki w kuchniach, jako ozdoba sama w sobie, jako butelki do nalewek i soków, jako karafki czy jako wazony do kwiatów. Odzyskane z jednorazowości, z nowym sensem i nową wartością.

Odzyskuję sens nie tylko w dostrzeżeniu piękna ale i użyteczności. Znowu czemuś służą, są potrzebne, zdobią. Dekorują przestrzeń jako opakowanie-pojemnik. Podobnie jest z ludźmi. W czasach konsumpcji i jednorazowości wielu zbyt szybko przemija, jako jednorazowe opakowanie, po szybkiej konsumpcji są wyrzucani… Nie ma rzeczy niepotrzebnych, nie ma ludzi niepotrzebnych i pospolitych. W czasie spaceru zbieram te powyrzucane i szpecące, by po umyciu i pomalowaniu wróciły do obiegu i użyteczności. Czasem po prostu… nie wyrzucam. Od razu maluję. Konsumujemy tak dużo, że zadanie staje się iście syzyfowe… Ale nie rezygnuję. Kropla drąży skałę.

Moje malowanie jest opowieścią z przesłaniem. Czynić świat piękniejszym na różne sposoby. Malowanie w przestrzeni publicznej jest z ludźmi i dla ludzi. Ludzie są w gruncie rzeczy ważniejsi. Dlatego maluję czasem także kamienie czy stare dachówki. By być z ludźmi i dla ludzi. W najbliższym czasie będę malował w Szczytnie i w Olsztynku. A potem jeszcze w innych miejscach, nawet w Zakopanem. To przy okazji Międzynarodowych Targów Produktów Regionalnych.

3 razy U (to moja wersja 3 x R): unikaj kupowania rzeczy zbędnych (niepotrzebnie zużywając surowce i energię), użyj jeszcze raz i w końcu utylizuj (recykling). Malowanie butelek to przede wszystkim to drugie U – wydłużanie czasu użytkowania. Poprzez nadanie nowego sensu jednorazowemu, pospolitemu opakowaniu. By nie było ani pospolite ani jednorazowe. By było wyjątkowe. W jakimś sensie wpływa to na pierwsze U – skoro mam, to po co kupować? I w końcu także na trzecie U bo w czasie akcji zbierania śmieci w lesie i przeznaczaniu ich do recyklingu tylko nieliczne butelki maluję. Te malowane są tylko symbolem, przypomnieniem.

Swoich butelek nie sprzedaję. Przekazuję w prezencie ludziom zasłużonym, aktywnym, wartościowym dla lokalności, ochrony przyrody czy zaangażowanym społecznie. I oczywiście przyjaciołom. Kupić można tylko na charytatywnych aukcjach.

Pisałem o butelkach? A może raczej o ludziach?

Malowanie na parawanie czyli o wpływie staropanieństwa na plonowanie koniczyny czerwonej

dniotwarteMalowanie na parawanie czyli o wpływie staropanieństwa (teraz poprawniej byłoby napisać – żeńskim singlem) na plonowanie koniczyny czerwonej. Lub inaczej to ujmując, z nawiązaniem do aktualnych wydarzeń, opowieść przy malowaniu o wpływie programu 500 + na stan agroekosystemów i plonowanie koniczyny czerwonej. Wszystko to w czasie Dnia Otwartego i prezentacji kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze (zobacz szczegóły), 31 marca (czwartek) 2016 r. na Wydziale Humanistycznym.

I ja tam będę, przy malowaniu opowiadał będę o bioróżnorodności i o wpływie żeńskiego niezamążpójścia na plonowanie koniczyny czerwonej…. Tytuł brzmi paradoksalnie, bo gdzie Rzym a gdzie Krym, jaki mogą mieć związek tak odległe zjawiska (styl życia kobiet a plonowanie koniczyny)? Wbrew pozorom będzie to całkiem poważna rozmowa o nauce, o zależnościach statystycznych i przyczynowo-skutkowych, o złożoności wiedzy i zawiłości w wyciąganiu wniosków. Będzie więc o stosowaniu wiedzy w praktyce, o przenikaniu się zależności kulturowych i przyrodniczych, o atropopresji na ekosystemy, o przenikaniu się dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego i ich wpływie na nasze życie.

A malować będziemy motywy przyrodnicze: grzyby, rośliny, zwierzęta, pierwotniaki (na przykład sysydlaczki). Lokalna bioróżnorodność w całej swej okazałości i złożoności. Będzie o ziołach i o owadach na łące i o maści czarownic do latania jako produkcie regionalnym. Czyli o praktycznym wykorzystaniu wiedzy z zakresu dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego w działalności gospodarczej.

Malowanie na parawanie zaproponowała Anna Wojszej (czytaj więcej o malowanych przystankach  i o artystce i studentce w jednym). Ale przy okazji będzie malowanie kamieni – jak ktoś przyniesie ze sobą. Warmińskie kamienie, które blisko dwa lata temu zaistniały na plenerze w Tumianach, potem pojawiały się w miejscach niezwykłych i ważnych dla lokalnego dziedzictwa.

Na parawanie mają być motywy warmińskie – łąka i owady i całe jej życie. Pomalowany parawan j będzie stał w kąciku dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Będzie także malowanie i kolaż z suszonych ziół i kwiatów na kartkach typu pocztówkowego z pamiątkową pieczątką kierunku (dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze) – każdy uczestnik taką kartę będzie sobie mógł zrobić i zabrać ze sobą. Najpewniej będą także papierowe czapki z elementami warmińskimi i pieczątką.

Studenci zaprosili, to przyjdę. A liczę także na spotkania ze starymi znajomymi. Koleżanka ze studiów wraz z młodzieżą z Elbląga zapowiedziała odwiedziny i…. wykonanie małego, biologicznego decoupage na parawanie.

Ślimak winniczek a zmiany klimatu

DSCN1690Zmiany klimatu wydają się czymś odległym, a skutki to pewnie dotyczyć będą tych, co za morzami mieszkają. Nasza charta z kraja… więc co się będziemy martwili. Niech inni coś zrobią, a my się przy węglu będziemy upierali. I co nam kto zrobi?

Skutki antropogenicznych zmian klimatu przyrodnicy obserwują już od dłuższego czasu. Piszemy o zmianach zasięgu występowania roślin, grzybów i zwierząt. O tym, że pojawiają się u nas nowe gatunki, takie jak zmierzchnica trupia główka czy ostatnio szakal. Ale kto by się tam jakimiś chwastami i robalami przejmował. Kłopot jednak taki, że zmiany klimatyczne przekładają się nie tylko na migracje ludzi (tego przecież ostatnio tak bardzo się boimy) ale i na gospodarkę. Dotyczy to także dochodów najuboższych mieszkańców naszego regionu.

Być może mało kto zauważył informację w prasie, że już kolejny rok wstrzymane zostało pozyskanie ślimaka winniczka w naszym regionie. Decyzja Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Olsztynie wynika z ekspertyzy, która wskazuje na zmniejszenie się liczby stanowisk występowania i zagęszczenia ślimaka winniczka na Warmii i Mazurach. Także i w 2016 nie można będzie skupować u nas tego ślimaka. Ślimak winniczek (Helix pomatia) podlega w Polsce częściowej ochronie gatunkowej. Można go zbierać jedynie przez 30 dni w roku, w okresie od 20 kwietnia do 31 maja i to tylko osobniki o średnicy muszli powyżej 30 mm. Wg badań zleconych przez RDOŚ (lata 2005-2006 oraz 2014) w naszym województwie, zmniejszyła się liczba stanowisk występowania jak i zagęszczenia osobników. „Procentowy udział osobników o wymiarach muszli powyżej 30 mm średnicy wyniósł tylko 58% i uległ znacznemu zmniejszeniu w stosunku do 64% zanotowanych w latach 2005-2006.”

Ewidentnie winniczków jest mniej. Za główną przyczynę uznaje się niekorzystne dla rozrodu ślimaka winniczka warunki pogodowe, wynikające przede wszystkim z panującej suszy, zwłaszcza w okresie wiosennym. Wszyscy wiemy, że ślimaki lubią wilgoć. A skoro jest ich mniej, to żeby mogła populacja się odrodzić, wprowadzono zakaz pozyskiwania (zbierania). Zbieraniem winniczków zajmują się ludzie raczej ubodzy, bezrobotni, korzystając z sezonowego dochodu. To oni najbardziej stracą. Jeśli będziemy omijać przepisy i nielegalnie zbierać ślimaki (udając, że przywiezione z innego miejsca) to osłabiona populacja szybko wygnie – a z pustego to i Salonom nie naleje.

Opublikowane dane wskazują, że spadła liczebność osobników dużych (udział procentowy w stosunku do najmniejszych). To zagraża odnawianiu się populacji i w konsekwencji mogłoby spowodować, że drastycznie spadnie liczebność ślimaka winniczka a w konsekwencji nie będzie czego zbierać i spadnie źródło dochodu. Jeśli chcemy korzystać z „produkcji” ślimaków w regionie, to musimy zadbać o stan populacji. Wpływ ma nie tylko intensywność zbierana ale i warunki pogodowe. Zysk krótkotrwały nie powinien przekreślać zysku w dłuższej perspektywie (i przez wiele lat). Dajmy więc czas na odnowienie się populacji winniczków w naszym regionie. Czy ten zakaz jest skuteczny? Chyba nie do końca: niepotwierdzenie informacje wskazują, że ludzie zbierają ale przewożą do innych województw i tam sprzedają w punktach skupu. Jeśli tak rzeczywiście się dzieje, to naszemu ślimakowi na prawdę grozi drastyczne zmniejszenie liczebności. Zakazy nie wystarczą, potrzebna edukacja i pokazywanie zasad racjonalnego korzystania z zasobów przyrody.

W przydatku przedłużania się wiosennej suszy (w maju, gdy jest zbyt sucho, to winniczek przestaje się rozmnażać) , spowodowanej zmianami klimatu, ograniczenia nie wystarczą. Gatunek może nie wyginie u nas, ale przestanie być praktycznie wykorzystywany gospodarczo i ludzie stracą źródła swojego dodatkowego dochodu. Problem nadmiernej eksploatacji zasobów przyrody jest powszechny, np. ograniczenie połowu dorsza w Bałtyku… by miał szansę na większy rozród i odbudowę populacji. Wszytko wymaga dobrego zarządzania w skali regionu i ponadregionalnym (myślę o ślimaku winniczku) oraz dużej świadomości. Do tego drugiego potrzeba nam edukacji, bo ona jest kluczem. Same zakazy nie wystarcza.

W 2013 roku pozyskano u nas 230 ton winniczka. Na 1 kg przypada około 30 osobników (czyli rocznie pozyskiwano około 7 milionów winniczków). Za kilogram na skupie płacono wtedy 1,5-2 zł. Zatem wartość zebranych ślimaków możemy oszacować na ponad 400 tys. zł (ni liczymy dochodów firm skupujących i przetwórczych). To są straty jakie mamy na samym ślimaku. A jakie inne gospodarcze straty ponosimy w wyniku ocieplenia klimatu?

Czytaj także:

Kapitał gospodarki opartej na wiedzy

1040607_10200836507908369_1798674400_o

Czego najbardziej poszukuje współczesna gospodarka? Węgla, ropy, złota? Nie, przede wszystkim wiedzy, kreatywności i innowacji. Wszystkie znaleźć można w tak zwanym kapitale ludzkim. Nic dziwnego, że pojawiają się coraz to nowe miejsca, sprzyjające inkubowaniu kreatywnej przedsiębiorczości, np. star-upy. Pojawiają się także nowe konkursy dla młodych ludzi, konkursy, w których mogą ujawnić swój naukowy i innowacyjny potencjał. Przykładem jest chociażby konkurs adresowany do uczniów z gimnazjów i liceów – E(x)plory. Konkurs promuje nowy rodzaj pracy z uczniem zdolnym, zarówno w wykonaniu nauczyciela jak i rodzica lub innego tutora. Przecież edukacja pozaformalną i różnego rodzaju gminne czy powiatowe centra nauki i pozaszkolni tutorzy mogą w pełni się zrealizować. Ten konkurs jest dla nich.

Talentów i pomysłów można szukać nie tylko wśród doktorantów czy studentów, ale znacznie wcześniej. Kreatywności służy interdyscyplinarność. Tej ostatniej coraz mniej na kierunkach coraz bardziej wąsko wyspecjalizowanych. Wąska specjalizacja nie jest dobra dla twórczości. Coraz bardziej uświadamiamy sobie, że edukacje nie równa się szkole. Szkoła jest tylko elementem edukacji. Tworzenie sytuacji edukacyjnych wychodzi poza szkolne mury. Nauczyciele otrzymują nowe, pozainstytucjonalne wsparcie. Uniwersytety mogą w tym uczestniczyć, jeśli wcześniej dostrzega dla siebie taka rolę i potrafią dostrzec nowe, pozaformalne kształcenie bardzo zróżnicowanego studenta.

zobacz też:  E(x)plory 2016 czyli szansa dla zdolnej młodzieży z Warmii i Mazur

Lokalność jest zawsze unikalna

krewetki_i_omulkiLokalność – czy to żywność czy kultura – opiera się na tym, co tu i teraz. Zależy od miejsca i sezonu. Jemy to co się teraz w ogródku pojawia, żyjemy rytmem dnia i pór roku. Najczęściej jest to proste jedzenie ludzi zwykłych. Z czasem tylko zyskuje nobilitację, tak jak kawior, pizza, bigos czy owoce morza.

„Robaki”… znane i jedzone od tysięcy lat. Ale tylko w rejonach nadmorskich. Na zdjęciu owoce morza przyrządzone w Dublinie przez polskiego emigranta. Zakupione w nadmorskim sklepie. Ma sens i smak taka lokalność. Ale gdyby przenieść daleko (chcąc zatrzymać urok tego miejsca) – traci i sens i smak. Sens – bo daleki transport to niepotrzebne zużywanie paliwa. Smak – bo już nie będzie świeże.

Lokalność jest zawsze niepowtarzalna. Tak jak jabłka papierówki lub truskawki jedzone prosto z ogródka. W tym przypadku smak lokalności jest w omułkach i krewetkach (w innym miejscu będą to pierogi z jagodami, papierówki czy babka ziemniaczana). Lokalność nie jest powielaniem globalnych wzorców z popkultury i telewizji czy supermarketów (tam przecież jest wszytko), lokalność to odkrywanie tego co tu i teraz. Wymaga uważnego patrzenia wokół siebie. I wymaga myślenia.

Wspominam pyszne omułki i krewetki. Ale nie będę w Olsztynie powtarzał dublińskich wzorców. Powtórzę lokalność w oparciu o to co tu i teraz. Dostosowując się do rytmu dnia, pory roku i prostego życia.

Pojawiają się już kamienie Wimlandii

kamienie_wimlandiiKamienie Wmlandii są tajnymi znakami, wskazującymi miejsca urocze, lokalne, gdzie znaleźć można prowincjonalną przygodę. Pojawiły się już dwa ( a w zasadzie trzy w dwóch miejscach), w tym jeden w Olsztynie (zdjęcie obok). Będzie ich więcej. Jak drogowskazy będą wtajemniczonym dyskretnie pokazywać miejsca, w których warto poszukać przygody. Znaki nie dla wszystkich czytelne, tylko dla wtajemniczonych i posiadających specjalna książkę „kodów” (szyfrów). Ten w Olsztynie powstał w sobotę, w miejscu gdzie można czasem posłuchać elfickich pieśni Ani Brody, przy akompaniamencie siedemdziesięcioletnich cymbałów. A na kamieniu szlaczkoń siarecznik (Colias hylae)  i koniczyna czerwona. Szlaczkoń siarecznik spotykany jest w krajobrazie rolnym, na polach ornych ale częściej na suchych łąkach. Zazwyczaj występują dwa pokolenia w roku: wiosenne i letnie. Ale mogą być i trzy. Podobno najczęściej siadają na kwiatach koloru purpurowego i fioletowego. Ale o szlaczkoniu jeszcze dokładniej napiszę w późniejszym terminie.

Z kolei w Purdzie, w Gospodzie Kamyki, spotkać można rusałkę żałobnik oraz czerwończyka nieparka na tle warmińskiej łąki. Kolejne się pojawią jeszcze w tym roku. A potem będzie ich więcej, i więcej.

Szukasz zupy czy lemoniady z pokrzywy, maści czarownic na gęsim smalcu, domowego ciasta, koziego sera, posiłku w niebanalnym otoczeniu w filozofii slow food i warmińsko-mazurskiego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego? Szukaj znaków czyli kamieni Wimlandii. Będą uzupełnieniem do powstające mapy prowincjonalnych atrakcji nie tylko turystycznych oraz przygotowywanego cyklu gier terenowych. Motywem malowanych kamieni będzie różnorodność biologiczna Warmii i Mazur.

A co to jest Wimlandia? To rozwiniecie najczęstszego, internetowego skrótu mojego regionu wim czyli Warmia i Mazury (czytaj więcej o Wimlandii i tożsamości regionalnej).

10631155_10206131530160616_2687536156460476665_o