Nosema ceranae czyli jak o tym, jak choroba może być dobrodziejstwem

pszczolanaoscieZjawiska w przyrodzie są najczęściej bardzo złożone: wiele czynników wpływa na efekt i jeden czynnik wpływa na wiele efektów. Z problemem tym od dawna boryka się ekologia (stąd w języku tej dyscypliny swoisty relatywizm i odwoływanie się do kontekstu), a od niedawna także i biologia molekularna. Zauważono bowiem, że wiele elementów oddziałuje na siebie jednocześnie. W badaniach zazwyczaj upraszcza się zadanie i analizuje zazwyczaj jeden (kilka) czynników, zaznaczając, że zjawisko tłumaczone jest danym oddziaływaniem w iluś tam procentach. Ale już w komentarzach, zwłaszcza tym popularnych, upraszcza się przekaz i można odnieść wrażenie, że jeden czynnik decyduje o danym zjawisku. Tyle tytułem wstępu.

Pszczoły są ważne jako zapylacze. W ostatnich latach obserwuje się dużą śmiertelnością pszczoły miodnej co budzi uzasadnione obawy (70 % roślin, które zjadamy jest owadopylna). Wiele różnych zespołów badawczych poszukuje przyczyn ginięcia pszczół (chodzi o pszczołę miodną). Ale w domyśle martwimy się i o inne zapylacze dziko żyjące. Zespoły badawcze podają różne przyczyny, ale to nie znaczy, że naukowcy się różnią. Nie ma sprzeczności między tymi badaniami, bo dotyczą różnych aspektów. I warroza, i neonikotyniany i być może jeszcze inne czynniki. Działają one synergistycznie (czasem antagonistycznie).

Jeśli dobrze pamiętam (ale mogę się mylić) to hiszpański lub brytyjski zespół badawczy odkrył czynnik odpowiedzialny za masowe ginięcie pszczoły miodnej (oczywiście nie znaczy że neonikotyniany nie są odpowiedzialne za śmiertelność pszczół). Jest nim pasożytniczy jednokomórkowiec Nosema ceranae . Żyje w przewodzie pokarmowym pszczół. Wywołuje chorobę zwana jako nosemoza Choroba ta jest zakaźna i dlatego szybko się rozprzestrzenia. Pasożyt został po raz pierwszy opisany w 1996 r., a w roku 2004 w Hiszpanii został uznany za chorobotwórczy. Powiązano go z czynnikiem wywołującym masowe ginięcie pszczół, ostatnio opisywane za oceanem. Pszczoły mogą umierać (bo dawnym zwyczajem o pszczołach mówi się, że umierają, w przeciwieństwie do innych zwierząt, które zdychają) już po ośmiu dniach po zarażeniu (kontakcie z tym jednokomórkowym pasożytem).

Nosemoza jako choroba pszczół znana jest od dawna, gdyż wywołuje je innym jednokomórkowiec Nosema apis. Ale Nosema ceranae powoduje szybszą śmierć i jest bardziej zjadliwym pasożytem. Krewniak, bo ten sam rodzaj, ale bardziej dla pszczoły niebezpieczny. Choroba jest najgroźniejsza dla robotnic i trutni. Po opuszczeniu kolonii chore pszczoły nie powracają do ula i umierają w znacznej odległości od niego. Pszczelarze więc obserwują znikanie całych rojów, jakby pszczoły poleciały na łąkę i nie potrafiły odnaleźć drogi powrotnej.  Nosema ceranae występujący powszechnie w basenie Morza Śródziemnego ale zagraża już pszczołom w północnej Europy. Przyczyniają się do tego sprzyjające warunki klimatyczne (jeszcze jedne negatywny skutek zmian klimatu, a w zasadzie ocielenia). Jego zjadliwość i pochodzenie wskazuje, że zupełnie niedawno zaatakował pszczołę miodną. Najpewniej pochodzi od innego gatunku owadów i na pszczołę przerzucił się w ostatnich latach.

Nosema apis należy do sporowców (mikrosporydia), pasożytujących w jelicie cienkim pszczół. Występuje przede wszystkim na obszarach intensywnej hodowli pszczół. Zarażenie tym pasożytem następuje po zjedzeniu spor przez pszczołę. W świetle jelita cienkiego następuje uwolnienie amebuli (formy inwazyjnej) z cysty, a następnie atak na komórki nabłonka jelita. Nowe cysty, po procesie rozmnażania (w w zasadzie pomnażania) wydostają się na zewnątrz wraz z kałem. Nosemoza uwidacznia się zwykle wiosną, sprzyja jej podniesienie temperatury w ulu oraz niedobór białka. Rozprzestrzenia się drogą pokarmową i ma najczęściej przebieg utajony. Może też przebiegać z objawami biegunki, zaparcia lub napuchnięcia odwłoka (a co pszczoły tez mają takie problemy), co może prowadzić do masowego umierania pszczół (wtedy zazwyczaj prowadzi to do śmierci całej rodziny).

Mikrosporidia jak się okazałó dość często towarzyszą owadom. Występują także u inwazyjnej biedronki azjatyckiej (czytaj O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Kontakt z nowym patogenem jest śmiertelny, tak jak w przypadku pszczoły miodnej i Nosema ceranae. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją własna broń biologiczną przeciw konkurentom pokarmowym. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja do Polski z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej).

Tak więc te same organizmy są bardzo chorobotwórcze, mniej chorobotwórcze lub wręcz korzystne. Taka to dziwna jest przyroda. Mikrosporydia to grupa eukariotów o niejasnej pozycji filogenetycznej. Są wyspecjalizowanymi organizmami jednokomórkowymi. Nie mają mitochondriów i peroksysomów, ich rRNA ma pewne cechy prokariotyczne (dlatego stanowią trudność dla systematyków i taksonomów) a ich genomy są najmniejsze spośród wszystkich eukariotów i wielkością odpowiadają genomom bakterii (bakterie to prokarionty). Mniejsza o te zawiłości niezwykle ciekawe dla biologa, ważne że mikrosporidia są obligatoryjnymi wewnątrzkomórkowymi pasożytami innych eukariotów. Infekują żywiciela wbijając w niego specjalną rurkę, przez którą dostają się do wnętrza komórki. Są częstymi pasożytami owadów.

To co obserwują ekolodzy w ekosystem to to, że długotrwałe oddziaływanie powoduje eliminowanie zjadliwości pasożyta. Własnie dlatego nowe transfery i nowe kontakty pasożyt-żywiciel zaczynają się bardzo zjadliwie i dramatycznie. Im starsze ekosystemy, tym więcej związków typy mutualizm czy symbioza, mniej zjadliwych pasożytów. Z czasem (w ewolucyjnym kontekście) nawet pasożyty tracą swoją zjadliwość. To naturalne, bowiem te, które nie tracą zjadliwości po prostu giną… śmierć żywiciela jest śmiercią i dla nich. A zawsze się znajdzie jakiś żywiciel wolny od pasożyta, który odbuduje populację. Ale już bez tego pasożyta. W przyrodzenie nie opłaca się być zbyt pazernym i zbyt mocno eksploatować żywicielską populację. Może z tego wysnuć analogię, że w miarę dogrywania się układu więcej jest miłości i współpracy niż zjadliwej wrogości. Nawet jeśli na początku było mocno krwawo.

O podręczniku ekologicznego obozowania co z pracy magisterskie powstał i o zanikającej autonomii uniwersytetu

kowalczykpodrecznikTrzymam w ręku książkę, którą już wiele lat temu, w wersji prototypowej, nie tylko trzymałem ale i recenzowałem. Odkrywam ją na nowo i jestem pod pozytywnym wrażeniem. Wszystko za sprawą niedawnego wykładu w Ostródzie dla Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych i Pilotów Wycieczek. Po wykładzie od autora dostałem tę właśnie książkę (ilustracja okładki obok): Krzysztof Kowalczyk „Podręcznik ekologicznego obozowania”, wydana w 2014 r. przez Niezależne Wydawnictwo Harcerskie. Książka wywołuje we mnie różnorodne, uniwersyteckie refleksje.

Pierwsza wersja książki powstała w 1992 r., jako praca magisterska na kierunku pedagogicznym. Zostałem poproszony o recenzję pracy dyplomowej. Bo już wtedy zajmowałem się edukacją ekologiczną. Ale byłem z innego wydziału. Praca powstała na Wydziale Pedagogicznym a ja byłem z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Dobra tradycja otwartości i obiektywizmu (szukamy specjalisty, który się zna i recenzentów na prawdę zewnętrznych i obiektywnych).

Odnoszę niejednokrotnie wrażenie, że w tamtych czasach na WSP (Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie) więcej było uniwersyteckości niż teraz w Kortowie. Może to klimat tamtych lat a może coś innego (a może tylko mi się zdaje, bo to osobista refleksja a nie systematyczne badania). Więcej moim zdaniem wtedy było otwartości i poszukiwań, więcej autentyczności. Wtedy dostawałem jako recenzent prace dyplomowe nie tylko z innych kierunków ale i wydziałów. Próbuję tę tradycję kontynuować w Kortowie, dając do recenzji prace licencjackie i magisterskie pracownikom z innych katedr (innych zespołów) ale w obrębie jednego wydziału. Bez jednak widocznej reakcji i wzajemności (naśladowania, kontynuowania itd.). Za bardzo na naszym uniwersytecie przywykamy do chowu wsobnego, gdzie refleksji nie budzi nawet fakt, że syn ma promotora rodzica a drugi rodzic jest recenzentem pracy dyplomowej. To skrajny przypadek, ale mniej drastycznych jest więcej i zostają milcząco akceptowane. „Bo tak się robi”, bo brakuje wzorców i świadomości, że można inaczej.

Wróćmy do książki. To nie była typowa praca magisterska. Nie za bardzo mieściła się w utartych schematach i szablonach. Była wartościowa, co pokazał czas i trzymana w ręku książka (pozytywnie zweryfikowana przez świat pozauniwersytecki i tak zwany rynek). Przypomina mi się atmosfera lwowskiej szkoły matematyków (znam tylko z literatury). Szkoda, że tego otwartego i autentycznego klimatu zaczyna brakować. Skupienie się na biurokratycznym wypełnianiu tabelek i formalnym robieniu kariery. Każda nowość, która nie mieści się w odgórnie przygotowanych „rubryczkach”, jest niechętnie przyjmowana (bo jak to wpisać do wypełnianych sprawozdawczych tabelek?). Formalizm sprawozdawczości zastępuje autentyzm poszukiwać i ciekawość.

Na ile starczy mi (i nielicznym innym) sił na kreatywność i innowacyjność? To się ewidentnie nie opłaca. Opłaca się przede wszystkim spółdzielcze dopisywanie do publikacji i dbałość o wskaźniki aktualnie ważne do prestiżu i awansu…. Niedawno na Facebooku fizycy kpili z pewnej publikacji. Praca opublikowana była w piśmie medycznym, a więc dobrze punktowanym. Miała już wiele cytowań, a więc autor miał dobry IF (impact factor) i wysoki zapewne indeks Hirscha. Tak więc same ochy i achy i ważny dorobek w rozwoju naukowym-stanowiskowym. Tyle tylko, że autor ogłosił jako swoją metodę całkowania (chyba za pomocą trapezów czy jakoś tak, nie zapamiętałem, bo nie jestem matematykiem i nie rozumiem). A metoda znana jest od lat, tyle że matematykom (jeśli nie na poziomie dawnych liceów to na poziomie studenckim na pewno). A więc ktoś ogłasza jako własne odkrycie starą metodę (odkrywa Amerykę na nowo), publikuje w recenzowanym piśmie o wysokim IF i jest przez wielu innych naukowców cytowany (jak widać też ignoranci w matematyce). Trudno mi powiedzieć czy był to świadomy plagiat czy tylko wynikający z niewiedzy (nieuctwa), ale ktoś na bzdurze w świetle wskaźników robi karierę naukową. A wszystko przez zamknięcie się we własnym środowisku. Gdyby do recenzji dostał tę pracę przed drukiem jakiś matematyk, to sprawy by nie było (nie ukazałaby się i nie byłoby teraz kpin). Dawanie recenzji „swoim” to strategia o małych perspektywach. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka i będzie wstyd. Wielu osobom, nie tylko autorowi. Po drugie, żadne wskaźniki nie zastąpią rzetelnej wiedzy i zwykłego myślenia.

Przypomina mi się opowieść mojego dawnego szefa, Profesora W. Jezierskiego. Opowiadał o pewnym doktoracie z pogranicza sadownictwa i przetwórstwa. Obie recenzje pracy doktorskiej były pozytywne. Ale gdy je odczytano na radzie wydziału, to zapadła konsternacja. Jeden recenzent, sadownik napisał, że pod względem sadownictwa to praca nie przedstawia żadnej wartości, ale na pewno coś wartościowego jest w zakresie przetwórstwa. Drugi recenzent był specjalistą z przetwórstwa. Napisał, że w zakresie przetwórstwa to praca jest bardzo słaba i nic nie wnosi, ale na pewno coś wartościowego jest w części sadowniczej. Z formalnego punktu widzenia obie recenzje były pozytywne, więc doktorat się „należał”. Ale po zestawieniu recenzji i logicznej analizie rada naukowa zawiesiła przewód doktorski (by nie robić zbyt dużego wstydu promotorowi) i nigdy nie został wznowiony. Ale byli ludzie, którzy nie zrezygnowali z myślenia.

Miałkość jest przemijająca. Nauka potrzebuje otwartości, niestandardowości i otwartości poszukiwań. Tymczasem uniwersytety same zrezygnowały ze swojej autonomii i decydowania o awansach. Zamiast recenzji dorobku z czytaniem prac jest tylko porównywanie liczb (wskaźników). Buchalteria tabelek a nie analiza osiągnięć (proszę zwrócić uwagę jak naukowcy łatwo mówią o liczbie uzyskanych punktów w ważnych czasopismach a jak trudno o swoich odkryciach i co ich odkrycia nowego wnoszą do nauki).

Odpowiedzialność za jakość naukową uniwersytety scedowały na wydawnictwa zewnętrzne. Bo o awansie decyduje suma punktów, uzyskanych (przyznanych) przez pozauniwersyteckie czasopisma i wskaźniki. Cóż w zasadzie robią rady wydziałów? Sprawdzają w zasadzie papiery od strony formalnej (bo nie ma czasu na dokładne analizowanie). A recenzenci nierzadko przepisują zdania z autoreferatu, bez sięgania do prac i ich analizowania, w tym sensowności i oryginalności badań, w tym wkładu osoby ocenianej. Może pójść krok dalej? Uzyskiwanie stopni i tytułów naukowych może odbywać się on-line: delikwent wpisze swoje dane, pobierze z baz danych wykazy publikacji, program policzy punkty i wg algorytmu przyzna doktorat, habilitację czy profesurę. Oczywiście jeśli osiągnie dolną, wymaganą liczbę punktów we wszystkich uwzględnionych w algorytmie kategoriach. Ideał szkiełka i oka. I nikt nie będzie analizował co w tych publikacjach jest, czy i jaką mają wartość, jaki wkład wniósł autor w wieloautorskiej publikacji (nie trzeba samemu nic odkrywać, wystarczy się dopisywać i być dopisywanym). W każdym razie centralny komputer będzie przyznawał doktoraty, habilitacje, profesury i wszelakie nagrody. Same środowiska uniwersyteckie, z własnej woli, do takiej wizji dążą. Amerykanie się już buntują jawnie, w Polsce ani śladu wyraźnej kontestacji(*) i prób odzyskania uniwersyteckiej autonomii.

Tak na prawdę wiele osób ze środowiska akademickiego mówi o tym… tyle, że jedynie ściszonym głosem i w gabinetach a nie na forum publicznym. Bo po co się narażać? A może z niepewności, bo może tak właśnie trzeba? Czekamy aż Amerykanie za nas sprawę załatwią? Tak więc o autentycznej autonomii uniwersytetów (tej autonomii i samodzielności intelektualnej) trzeba zapomnieć (z swej szerokiej masie – bo szczęśliwe wyspy na pewno istnieją nawet w naszym środowisku – tyle, że na razie to nie one nadają klimat i powszechnie stosowane standardy).

Książkę czytam, Dobrze napisana, zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym, ze znakomitym dowcipem. Wyzwoliła jednocześnie, jak katalizator, inne refleksje i myśli tlące się od dawna.

(*) – to znaczy czasem w gazecie to i owo można przeczytać, nawet bardzo krytyczne głosy. Czasem studentów i doktorantów, czasem samych profesorów. Ale te teksty nie wywołują szerszej i głębszej dyskusji w samym środowisku akademickim. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

Zmora trupia głowa pojawiła się w okolicach Morąga

W swojej elektronicznej skrzynce pocztowej znalazłem wiadomość elektryzującą, niczym news na Halloween. Rzecz dotyczy istoty, która  w średniowieczu wzbudzała popłoch. Sądzono, że szepcze czarownicom do ucha imiona osób, które mają umrzeć.

Wiadomość sensacyjna dla entomologów, bo chodzi o motyla, który trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera. Być może stwierdzenie obecności tego motyla koło Morąga (w okolicy miejscowości Jurki) jest jeszcze jednym przykładem skutków ocieplenia klimatu. Jeśli coś może być groźne i niepokojące, to właśnie skutki ocieplenia klimatu ale nie sam motyl. Piękny, duży i uroczy. A to tylko nasza wyobraźnia karze nam widzieć trupią czaszkę na grzbiecie tego motyla. Inna sprawa, że zwyczaje tej ćmy są na prawdę niezwykłe.

Zdjęcie zamieszczone obok wykonał Marcin Korczakowski a zamieszczone zostało na facebookowej stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody „Eko-Głos”.

Ale oto ten elektryzujący entomologów i przyrodników list:

„Witam Pana Profesora,

mam ciekawą informację o ponownym stwierdzeniu trupiej główki na ziemi morąskiej. Mój znajomy Edward Korczakowski po raz kolejny zanotował obecność gatunku w okolicach Morąga. Tak na marginesie trzeba mieć dużo szczęścia, żeby tego południowego migranta napotkać w swoim życiu dwukrotnie. Bardzo mu zazdroszczę. Zdjęcia zrobione przez jego syna Marcina można zobaczyć na: stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody. Piszę do Pana w nadziei, że ta informacja troszeczkę zelektryzuje środowisko przyrodnicze naszego regionu. Pozdrawiam serdecznie, Robert Gawroński”

I zlelektryzowała. Zapewne niebawem opublikowane zostaną bardziej szczegółowe informacje (czekają na nie entomolodzy). Jest to ciekawostka naukowa, ale i przy okazji ciekawostka dotyczaca regionalnej przyrody.

Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) to ćma, motyl nocny, zamieszkujący południową część Europy. Do nas, do dawnej krainy Prusów, czasem zalatuje (pokonując tysiące kilometrów!) ale ze względu na warunki klimatycznie nie kończy zazwyczaj rozwoju (jak uda się przepoczwarczyć to odlatuje na południe, podobnie jak kilka innych gatunków motyli, migrujących). Przynajmniej tak było do tej pory. Więcej o tym niezwykle interesującycm motylu tu: O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera albo na stronie Radia Olsztyn.

Życie seksualne sysydlaczków

podoph00Ile jest sysydlaczków w Polsce? Oczywiście nie chodzi mi o policzenie wszystkich osobników lecz o rzecz znacznie łatwiejszą do oszacowania: ile gatunków sysydlaczków żyje w Polsce. Ale i na to pytanie trudno znaleźć mi odpowiedź. Bo chyba jeszcze nikt nie policzył a specjalistów sysysaczkologów najwyraźniej brak.

W opracowaniu „Różnorodność biologiczną Polski” (Andrzejewski R. i Weigle A., red.) jest informacja, że wszystkich orzęsków (Typ Ciliophora) do tej pory naliczono 577 a spodziewać się można ponad tysiąc. Znamy więc mniej więcej połowę ( o reszcie mamy przypuszczenie, że żyją u nas, ale nikt jeszcze nie potwierdził, nie zobaczył – takie są luki w wiedzy o krajowej bioróżnorodności). W gromadzie Phyllopharyngea (do której zaliczają się sysydlaczki) w Polsce udokumentowano 56 gatunków (a nie wiadomo ile ich rzeczywiście jest). O samych sysydlaczkach dokładnej informacji nie ma. Możemy więc przypuszczać, że samych sysydlaczków (Suctoria) może być coś 40-50 gatunków. A może dwa razy więcej?

Sysydlaczki (Suctoria) są najbardziej zmienioną grupa spośród wszystkich orzęsków. Formy dojrzałe prowadzą osiadły tryb życia i zupełnie pozbawione są rzęsek (orzęsione są jedynie formy młodociane). Sysydlaczki nie mają także cytostomu jak przystałoby na orzęski. Pokarm pobierają przez rurki ssące, rozmieszczone po powierzchni ciała lub skupione w pęczkach.

Ale sysydlaczki – tak jak inne orzęski – mają dymorfizm jądrowy (coś jakby dymorfizm płciowy). Rozmnażają się przez pączkowanie, w wyniku którego powstają orzęsione larwy (ale one również nie mają cytostomu tak typowego dla orzęsków).

Sysydlaczki są drapieżne (dlatego niektórzy uważali je za zwierzęta – takie określenia można znaleźć w wielu starszych książkach). A ponieważ prowadzą osiadły tryb życia to czekają na swoje ofiary niczym jamochłony (takie jak stułbia). Co zjadają – na co polują sysydlaczki? Ich ofiarami są inne orzeski. Rurki służą zarówno do wysysania cytoplazmy ofiary jak i do wstrzykiwania do komórki ofiary ciała paraliżujące i ułatwiające trawienie. Niczym jakiś pająk lub pluskwiak z makroświata. Są wśród sysydlaczkó także formy pasożytnicze (o tym napisze kolejnym razem).

Życie seksualne sysydlaczków jest złożone i momentami dramatyczne. Rozmnażanie przez podział u sysydlaczków rzadko obserwowano. Występują natomiast aż trzy typy pączkowania, w wyniku których powstają tomity (postacie larwalne, postacie młodociane, ale najbardziej adekwatna nazwa jest po prostu tomit). Taki tomit (młodociany sysydlaczek) pływa kilka godzin a następnie osiada na podłożu, do którego przyczepia się albo bezpośrednio swoim ciałem albo wytwarza specjalny stylik (coś jakby buty na wysokich obcasach – by wyżej sięgnąć). Rzęski i kinetosomy (przydatne do planktonicznego trybu życia i aktywnego pływania) zanikają a pojawiają się ssawki – rurki ssące. Procesy stricte płciowe, tak jak u innych orzęsków, przebiegają na drodze koniugacji. A ponieważ są osiadłe (sysydlaczki a nie procesy), to w koniugacji biorą udział osobniki sąsiadujące. Czasem jednak podczas koniugacji jeden osobnik zostaje całkowicie wessany przez drugiego. Takie zjawisko zaobserwowano u sysydlaczka o naukowej nazwie rodzajowej Lernaeophrya. Zatem modliszki czy pająki wcale nie były pierwsze w konsumowaniu partnera po kopulacji (procesie płciowym z wymianą i rekombinacją materiału genetycznego).

acinet00Na fotografii obok uwieczniony jest sysydlaczek z rodzaju Acineta (źródło http://www.micrographia.com/specbiol/protis/cili/suct0100.htm). Prawda że piękny? Ale jednocześnie groźny… dla innych orzęsków z mikroświata w kropli wody. Gatunki z rodzaju Acineta budują sobie osłonkę, do której ich ciało szczelne przylega. Nasuwa się skojarzenia albo ze ślimakami albo z moimi ulubonymi chruścikami domkowymi. Rurki ssące skupione są w dwóch pękach. Acineta rozmnaża się przez pączkowanie wewnętrzne (w czasie pączkowania powierzchnia ciała zapada się tworzą komorę, połączoną tylko małym otworem ze światem zewnętrznym. Na dnie komory powstaje pączek, który następnie odrywa się i wypływa na zewnątrz). Gdzie spotkać można akinetę (Acineta)? Na powierzchni wody, to znaczy w neustonie (hyponeustonie), przyczepioną do błonki powierzchniowej, niczym nietoperz, głową w dół (o ile sysydlaczki głowę mają, powiedzmy górną stronę… ale i ta potrafi być na dole, tak to już jest w tym mikro świecie). I taka Acineta „wisi” sobie w towarzystwie innych protistów (eukariotycznych jedkokomórkowców – wiciowców, promiecnowców, korzenonówzek itd.), wrotków (Rotatoria).

Na fotografii wyżej widoczny jest sysydlaczek z rodzaju Podophyra (źródło http://www.micrographia.com/specbiol/protis/cili/suct0100.htm). Aciteta i Podophyra to dwa najpospolitsze rodzaje sysydlaczków. Jednym słowem sysydlaczki są wśród nas, w pobliżu. I w mikroświecie rozgrywają się przeróżne historie makabryczne (z pożeraniem) lub erotyczne (z rozmnażaniem). Świat podobny ale jednak całkiem innym.

Źródła:

  • Anna Czapik, Podstawy protozoologii, PWN 1976, Warszawa
  • Zdzisław Raabe, Zarys protozoologii, PWN, 1972, Warszawa

Co to jest ekosystem inwestycyjny ? Albo ekologia mediów?

10497889_598928876872214_6875096820284979704_o

Nauki biologiczne mają ogromne oddziaływanie kulturowe. Widać to w języku codziennym, widać w filozofii ale widać i w swoistych zapożyczeniach w innych naukach. W moim odczuciu nie jest to tylko powierzchowne naśladownictwo lecz coś głębszego. Nazwałbym to krokiem ku ogólnej teorii systemów i interdyscyplinarnej integracji.

Być może ekologia jest inspirująca ze względu na analizowanie wielu obiektów i wielu relacji jednocześnie. Tę złożoność dostrzegamy także w coraz to nowych dziedzinach. Dostrzegamy także wspólnotowość i kontekstowość. Niemniej zaskakują mnie odkrycia w książkach naukowych terminologii ekologicznej… w zupełnie nowym kontekście i zastosowaniu.

Bo co to jest ekosystem inwestycyjny ? Kalka słowna z nauk przyrodniczych czy inspiracja metodologiczna?

Skumulowany wzrost gospodarczy w latach 2010–2012 wyniósł ok. 10 proc., a ekosystem inwestycyjny rozwijał się m.in. dzięki przedsięwzięciom realizowanym w ramach przygotowań do Euro 2012, projektom samorządowym oraz środkom z unijnej perspektywy finansowej 2007–2013.” „Z odmienną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Rok 2013 to niski wzrost gospodarczy, klif inwestycji publicznych, który zaczął się po Euro 2012, wygasające fundusze unijne i brak dużych projektów, które byłyby kołem zamachowym aktywującym ekosystem inwestycyjny.” (Nowy sposób na inwestycje – Debata „Rz” przed Forum Ekonomicznym).

Albo książka pod tytułem „Nowa ekologia mediów”. Konwergencja a metamorfoza” Karola Jakubowicza. Od dłuższego czasu czytam te książkę. Bez wątpienia zaintrygował mnie tytuł. Czytam do poduszki. Utknąłem w drugiej połowie….

Poza gazetowymi „kolorami ekologicznymi, muzyką ekologiczną, pralniami ekologicznymi itd., pojawiają się więc ekosystemy inwestycyjne i całkiem nowe ekologie mediów. I to w poważnych książkach naukowych. Ciekawe zjawisko proszące się o dokładniejsze zbadanie.

O wiankach, nocy świętojańskiej i bioróżnorodności

Rostock_466Ostatnio Adam Wajrak napisał ciekawy artykuł o niezwykłej i unikalnej na skalę europejską wartości naszej przyrody i bogactwie gatunkowym (czytaj „Kraj zielonych katedr” ). Obyśmy w ramach szybkiej modernizacji rolnictwa nie zatracili tego co ważne i takie cenne.

W ostatnią niedzielę były „zielone świątki” a niebawem mazurska palinocka (kupalnocka) czyli noc świętojańska. Oba święta w warstwie etnograficznej kojarzą mi się z pleceniem wianków… oraz bioróżnorodnością (czytaj tekst o bylicy i jeszcze jeden).
Na co dzień nie uświadamiamy sobie jak bardzo różnorodność biologiczna wpływa na nasze życie. Otaczające nas gatunki są bo są. Zawsze były i będą. Jakieś tam chwasty, zielsko czy robactwo – samo się lęgnie po polach.

Kiedy w czasie wakacyjnych wyjazdów podziwiamy lub tylko obserwujemy różnorodne krajobrazy, to dostrzegamy ich odmienność, ale nie bardzo wiemy na czym polegają różnice. Jest po prostu jest jakoś inaczej. Kiedy w latach 90. ubiegłego wieku, w ramach współpracy z Uniwersytetem Kaliningradzkim i wymianą studentów biologii na praktyki wakacyjne oraz z wyjazdami badawczymi na Torfowisko Celau, odwiedzałem Obwód Kaliningradzki, to widziałem jakiś inny krajobraz. Ni to pola ni ugory. Niby uporządkowany ale jakiś zaniedbany przyrodniczo krajobraz rolniczy. Te same dawne Prusy, ale ostatnie kilkadziesiąt lat innej kultury rolnej i innego gospodarowania przyniosło widoczną zmianę. Trudno było jakoś konkretnie nazwać te różnice i odnieść do różnorodności biologicznej, ale przy całościowym oglądzie były one wyraźne.

Potem była współpraca z Uniwersytetem w Rostocku, wspólne badania i praktyki studencie, najpierw w Drozdowie w Parku Krajobrazowym Doliny Narwi, potem w Okolicach Ełku oraz wspólny spływ rzeką Łyna przez Rezerwat Las Warmiński. Dla mnie ta przyroda była oczywista i „oswojona”, Niemcy się zachwycali. W 2005 pojechaliśmy do Meklemburgii, aby w ramach przedmiotu ekologia jezior pracować metodą projektu (PBL – problem based learning). W Friedlishswale zbieraliśmy materiały entomologiczne i hydrobiologiczne (w studenckich grupach polsko-niemieckich). Na miejscu był niezbędny sprzęt badawczy i klucze do oznaczania (przywiezione z Uniwersytetu w Rostocku do tej zaaranżowanej stacji terenowej), więc wyniki opracowywane były na miejscu. Na zakończenie studenci przygotowali krótkie raporty i prezentacje z wynikami badań. Wszystko w ciągu 10 dni. Praca była przeplatana wspólnymi posiłkami, zakupami, zabawami i dyskusjami.

Podróżując przez Meklemburgię podziwiałem krajobrazy. Niby tak jak u nas, krajobraz pojezierny, rolniczy i leśny, ale coś było jednak inaczej. Nie bardzo wiedziałem na czym polega różnica. Niby widziałem, ale nie dostrzegałem. Zbliżała się akurat Noc Świętojańska. Wraz z polskim studentami pomyśleliśmy, że może by wykorzystać dawną kupalnockę do wspólnej zabawy i opowiedzieć o dawnych zwyczajach słowiańskich (w Meklemburgii zwiedziliśmy skansen z dawnego słowiańskiego osadnictwa). Przygotowując się do wieczornej zabawy zaczęliśmy pleść wianki (zdjęcie u góry). I tu się sprawa rypła.

Wianków pleść nie umiem, ale postanowiłem pomóc studentkom w zebraniu kwiatów (sygnalizowały, że kwiatów znaleźć nie mogą). I wtedy spostrzegłem różnicę w krajobrazie i bioróżnorodności. Po prostu nie było z czego upleść wianków, ewidentnie brakowało kwitnących roślin zielny, prawie same trawy. Ani na polach ani w lesie. Teraz dopiero widziałem różnice w bioróżnorodności. W końcu jakoś te wianki udało się upleść a najładniejsze kwiaty to były z wiciokrzewu.

Dlaczego w Meklemburgii, tam gdzie byliśmy, brakowało chabrów, rumianków i wielu innych pospolitych u nas roślin zielnych? To chyba skutek chemizacji i mechanizacji rolnictwa. Nie przetrwały miedze, nie przetrwały „nieużytki” z polnymi chwastami i leśnym kwieciem. Krajobraz był zbyt uporządkowany a za mało dziki. Szybkimi krokami i my do tego stanu zmierzamy, stosując coraz więcej pestycydów i ujednolicając krajobraz. Zniknęły już w wielu wsiach krowy i konie na pastwiskach. Inne maszyny uprawiają ziemię.

W czasie tego pobytu odwiedziliśmy także Bionic Park, znakomicie dydaktycznie pokazujący różne zjawiska przyrodnicze. Dawny ogród zoologiczny został zamieniony na … park zwierząt rodzimych. Już nie lwy, tygrysy czy żyrafy, ale wilki, jelenie, dziki itd. Tam też po raz pierwszy zetknąłem się z różnymi „hotelami dla zapylaczy”. Teraz i u nas się one pojawiły jako przyrodnicza konieczność.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z przyrodniczego bogactwa  naszej krainy. Z tego, że dużo u nas wilków, bobrów, łosi, bocianów, żurawi i całej gamy kwitnących roślin. To nie tylko piękno ale także coraz bardziej rozpoznawalna marka regionu. Może piramid egipskich nie mamy, ale mamy coś unikalnego, o co warto dbać. Ale najpierw trzeba dostrzec.

Podróże w czasie i przestrzeni kształcą i pozwalają zauważyć niepowtarzalne piękno Warmii, Mazur i Powiśla. Kultura z przyrodą mocna się splata.

Czym się różni ekolog od ekologisty?

barszczreszel

Czym się różni ekolog od ekologisty? Tym samym czym ekologia od ekologizmu. Ekologia jest nauką przyrodniczą. Ekologizm (ekozofia, filozofia ekologiczna) jest nakierowana na działanie, jest ruchem społeczno-filozoficznym i czasem politycznym (bo sięga po władzę). Ekologia koncentruje się na badaniach naukowych, na poznawaniu i opisywaniu oraz objaśnianiu świata. Ekologizm działa, czasem w oparciu o wiedzę ekologiczną (naukową), czasem zupełnie nie, bo w oparciu o ezoterykę, i inne nie naukowe historie (new age, buddyzm itd.). Ekologizm to działania, zmieniające społeczeństwa.

Sama ekologia stała się w popkulturze słowem wieloznacznym i często oderwanym od pierwotnego znaczenia. Ostatnio spotkałem się z terminem „ekosystem inwestycyjny”. Nie wiem co to jest. Ekosystem sensu stricte na pewno nie.
Zatem niech ekolog znaczy ekolog (naukowiec), a działacz społeczny niech się nazywa ekologistą. Dawniej zaproponowane słowo sozolog też się nie przyjęło. Ale i sozologia odnosiła się do badań z zakresu ochrony środowiska. Niech więc „ekolog” zielony będzie enwironmentalistą (środowiskowiec?) lub ekologistą.

Akcjami społecznymi nie zajmują się organizacje ekologiczne (bo te to np. Polskie Towarzystwo Ekologiczne, Polskie Towarzystwo Hydrobiologiczne itd.) lecz organizacje prośrodowiskowe, organizacje ekologistyczne.

Oddzielenie ekologii od ekologizmu pozwoli odzyskać ekologię jako naukę i uwolnić ją od ekosceptycyzmu czy ekopragmatyzmu. Mogą jedni ekologiści budować swój paradygmat na ezoteryce, wegetarianizmie, muzyce etnicznej, a drudzy mogą budować na ekologii jako takiej. W każdym razie ekologia jako nauka będzie uwolniona od zbędnych konotacji. A na pewno umożliwi odejście ekologii od baśni i ezoteryki. Ekologiści mogą wszak czerpać inspirację z wiedzy naukowej (naukowy opis świata i rozumieniu jego działania). Jest to szansa na nowe wcielenie ekologizmu, z udziałem biotechnologów. Bo na przykład GMO nie jest złe samo w sobie… Nawet dla środowiska przyrodniczego i bioróżnorodności. Ale to już temat dla dłuższe i osobne pisanie.

Ucho na bzie a sprawa Judasza i chińskiej restauracji

uchobzoweknozkaCzy bez może mieć uszy? Czarny bez, krzew pospolicie występujący u nas, zwłaszcza na terenach ruderalnych, w pobliżu człowieka. Skoro bez to roślina to jakim cudem może mieć ucho? Ba, nawet dużą liczbę tych uszu (co widać na zamieszczonej fotografii, autor Kazimierz Nóżka, Nadleśnictwo Baligród)?

Okazuje się jednak że może bez mieć ucho. A wszystko za sprawą fantastycznej cechy istot żywy – wspólnotowości. Czyli mówiąc prościej, dzięki wchodzeniu w relacje ekologiczne z innymi gatunkami (życie biologiczne ze swej natury jest wspólnotowe). W tym przypadku grzyba, którego jedni uważają za pasożyta, inni za saprofita (żyjącego na martwej materii). Podobnie jak w przypadku wcześniej opisywanego nużeńca ludzkiego, odżywiającego się tym, co na naszej skórze albo przez skórę wytwarzana (łój).

Ekolodzy – z uwagi na analizowanie oddziaływań między wieloma elementami jednocześnie oraz uwzględnianie wpływu otoczenia (środowiska) – mają w nawyku „relatywizowanie”. Wszystko zależy przecież od kontekstu… środowiskowego. W przyrodzie kłopotliwe jest używanie ludzkiego pojęcia zysku i straty (co jest korzyścią a co nie).

Ale wróćmy do ucha na bzie. Ucho bzowe to galaretowate czy raczej chrząstkowate grzyby, wielkości 3-10 cm (rzadziej nawet do 15 cm) owocniki w kształcie przypominają nieco małżowinę uszną. Uszak bzowy, ucho bzowe, uszak, uszak pospolity, uszak Judasza, to grzyb. Obecna nazwa łacińska: Auricularia auricula-judae też ma Judasza w nazwie. Nie jest więc to tylko polska specyfika. Raczej polska nazwa ucho Judasza wzięła się od nazwy łacińskiej. Judasz podobno powiesił się na drzewie dzikiego bzu. Ale krzewy bzu czarnego nie wyglądają na tak duże i solidne, żeby ktokolwiek mógł się na nich skutecznie powiesić. Na pewno kształt rodzi skojarzenia z uchem. Nie wiem czemu wplątano w to Judasza. Ale zapewne to długa historia i dziedzictwo niematerialne.

Podobno grzyb jest to grzyb jadalny ale niezbyt smaczny. W zasadzie obojętny w smaku. Z tym, że z głodu, zwłaszcza w zimie czy na przednówku, wiele można zjeść. Nawet korę z drzew. Głód jest najlepszym kucharzem. Jednak do tych wartości odżywczych grzybów to zdania są podzielone. Energetycznie nie są być może atrakcyjne, bo nie mają za wiele tłuszczów i cukrów. Ale czyż otrąb nie jemy dla zdrowia? Ponadto, ekologicznie relatywizując, wszystko zależy od tego z kim żyjemy, to znaczy jakie organizmy mamy w przewodzie pokarmowym: jakie bakterie i grzyby. Bo dzięki ich enzymom nawet z chityną da się czasem coś sensownego konsumpcyjnie zrobić.

Współpraca nie jest cecha tylko człowieka ale życia biologicznego w ogóle. To właśnie od tej współpracy wiele zależy – czy to pasożytnictwo czy symbioza. Dlaczego grzyby nam smakują, skoro dietetycy do niedawna mówili, że nie mają wartości odżywczych? Co prawda biotechnolodzy znaleźli sporo związków biologicznie czynnych (pomijając te, które nas trują), ale grzyby smakowały nam od dawna. Już w czasach, gdy o biotechnologii nie mieliśmy zielonego pojęcia.

Ostatnio nawet poza smakiem gorzkim, słodkim, słonym i kwaśnym wyróżnia się smak umami. Nie ma polskiej nazwy dla tego smaku. Smakowało nam, ale nie dostrzegaliśmy, nie wyróżnialiśmy i nie nazwaliśmy „po swojemu”. Umami jest opisany jako smak rosołowy lub mięsny. Zawdzięcza istnienie osobnych receptorom kwasu glutaminowego, jakie posiadamy. Skoro są receptory to i musiało być jakieś znaczenie ekologiczne, biologiczne lub ewolucyjne. Ze zrozumiałych względów mięso nam smakuje. Czy grzyby podszywają się celowo lub przypadkiem pod potrawy mięsne?

Ucho na bzie występuje przez cały rok, ale liczniej spotkać można tego grzyba od sierpnia aż do marca, a więc w okresie jesiennym, późnojesiennym i zimowym. Pojawia się po długotrwałych deszczach a zimą w okresie bezmroźnym. Należy do tych grzybów, które można zbierać w zimie. Grzyb ten ceniony jest kulinarnie w Japonii i Chinach. Jest tam nawet uprawiany. Ale chyba chodzi raczej o pokrewny gatunek – uszaka gęstowłosego (Auricularia polytricha), zwanego nas grzybami Mun.

Wiele lat temu, na początku lat 90. ubiegłego wieku, odwiedziliśmy rodzinnie restaurację chińską. W potrawie były grzyby Mun. Chyba jednak mi zaszkodziło, bo przez wiele lat ze wstrętem reagowałem na nazwę grzybów Mun. Jak wyczytałem to najsmaczniejsze są młode owocniki. I lepiej nie spożywać ich na surowo (są dodawane po obróbce cieplnej do potraw mięsnych). Może więc tylko w mojej potrawie źle to było przyrządzone? Wszystkie grzyby da się zjeść, ale niektóre tylko raz. Wiele gatunków uważanych za trujące lub niejadalne, po odpowiednim kulinarnym przygotowaniu da się zjeść więcej niż jeden raz.

Grzyby Mun mają szerokie zastosowanie w kuchni chińskiej z uwagi na chrząstkowatą konsystencję. W krajach azjatyckich grzyby te nazywane są także mu-err (u nas także jako chińskie smardze).

W Europie grzyb ten jest rzadko zbierany i wykorzystywany kulinarnie. Nie lubimy jeść uszu, czy to bzowych czy to Judaszowych? Za tym dziedzictwem kulinarnym (niematerialnym) iść może dziedzictwo przyrodnicze – obecność lub brak specyficznych enzymów lub mikroorganizmów, żyjących w jelicie. To już opowieść na inną okazję.

Wróćmy do uszaków bzowych. Można je suszyć. Po wysuszeniu są twarde i pomarszczone. Ale po dodaniu wody szybko pęcznieją i wracają do swojej pierwotnej wielkości i kształtu.
Owocnik, przypominający ucho lub muszelkę czy miseczkę (czarkę), jest koloru czerwono-brązowego lub ciemnobrązowego (o kolorach to raczej kobiety mogą dużo powiedzić) do oliwkowo-brązowej lub fioletowo-szarej czy nawet prawie czarnej. Miąższ uszaków bzowych jest ciemnobrązowy, galaretowaty lub chrząstkowaty, elastyczny, prześwitujący, bez smaku (?) i zapachu. W okresie przesuszenia jest twardy, pofałdowany. W okresach wilgotnych jest dobrze widoczny.

Uszak bzowy jest szeroko rozpowszechniony (kosmopolityczny), ale nie występuje w wyższych partiach gór. Rzadki jest także w północno-wschodniej Polsce. Czy jest u nas, na Warmii i Mazurach, rzadki bo jest zimniej? Rośnie na obumarłych lub chorych pniach i gałęziach bzu czarnego, rzadziej na innych gatunkach krzewów i drzew liściastych: buku, klonie, robinii, morwie). Częściej można go spotkać w lasach bukowych i innych lasach liściastych oraz na terenach ruderalnych (czyli tam gdzie rośnie bez czarny).

Jak znaleźć? Najlepiej wybrać się w okresie wilgotnej pogody tam, gdzie rośnie bez czarny. Wiosną zbieramy kwiatostany bzu czarnego, jesienią owoce (na sok) a zimą… grzyby. Krzew o uniwersalnym zastosowaniu.

W takich samych miejscach co uszak bzowy rośnie inny, podobny do niego kuzyn o galaretowatym miąższu – uszak skórnikowaty (Auricularia mesenterica). Różni się silnie filcowato owłosioną i strefowaną zewnętrzną powierzchnią owocnika. Owocniki uszaka skórnikowatego są bardziej rozpostarte a miąższ grubszy. Nie jest jadalny, co prawda nie truje ale jest nieapetyczny. Grzyb ten jest bardzo rzadki i występuje na drewnie drzew liściastych, na cieplejszych terenach. Postuluje się jego ochronę. Nie każde więc „ucho na bzie” jest Judaszowe.

Więcej informacji:

  • Markus Flück, Atlas grzybów, oznaczanie, zbór, użytkowanie. Wyd. Delta
  • Opis na stronie Idziemy na grzyby http://idziemy.nagrzyby.pl/index.php?artname=gatunek&id=212
  • Marek Kozłowski, Walory kulinarne i lecznicze ucha bzowego http://jezioro.com.pl/artykuly.html?id=921
  • Barbara Gumińska, Władysław Wojewoda, Grzyby i ich oznaczanie. PWRiL, 1985 Warszawa
  • Atlas grzybów. Jak bezbłędnie oznaczać 340 gatunków grzybów Europy Środkowej. Wyd. Weltbild.
  • Atlas grzybów. Ponad 200 polskich gatunków. Wydawnictwo SBM, Warszawa 2013,

O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie

biedronkaninjaTytuł chyba dobry, bo jest sensacyjnie i ocieka krwią. Dotyczy jednak biedronek. Sensacyjność związana jest z ekologią i miastami. Opowieść jednak warta jest uwagi, bo w tle pojawi się potencjalne lekarstwo ma groźne, ludzkie choroby. Nie jest przypadkiem, że jesienią masowo pojawiają się w naszych domach – niczym najazd azjatyckich koczowników (Hunów czy Mongołów). W sterylnych warunkach miejskich większa liczba biedronek na ścianie i na oknie wzbudza panikę. A same biedronki mogą dać nam lekarstwo na malarię i gruźlicę.

W piątek, w słoneczny jesienny dzień syn zawołał, „atakują nas biedronki azjatyckie, pełno ich na oknie”. Syn mnie wołał, bo wiedział, że chcę zrobić im zdjęcie, a słowo „atakują” było użyte w dużej przenośni. Entomologiczny gość był raczej niecodzienny. Kilka szwendało się po oknie, ale po wyjściu na balkon zauważyłem ich kilkadziesiąt na ścianie bloku. W różnych formach barwnych. Z zadowoleniem pstrykałem.

Ale już następnego ranka zadzwonił pan z Radia Olsztyn z pytaniem czy nie znajdę kilku chwil, bo jest „epidemia biedronek w Olsztynie” (zobacz efekt). Znaczy jest temat medialny. W ostatnich latach sporo było można usłyszeć o biedronce azjatyckiej. Skalę zainteresowania wskazywały pytania dziennikarza: czy są krwiożerczymi czy napadają ludzi, skąd się wzięły itd. Strach ma wielkie oczy. W każdym razie masowe pojawy biedronki azjatyckiej są dla nas nietypowe i są zjawiskiem nowym. Ekolodzy podsycają emocje pisząc o gatunku obcym i zagrażającym naszej bioróżnorodności. Czy jest jakieś zagrożenie? Same biedronki, jako drapieżniki, są w jakimś sensie krwiożercze, ale na ludzi nie napadają i nie atakują. Może tylko ewentualnie mogą u niektórych osób wywoływać alergie – ale co teraz nie jest alergenem?

Niniejsza opowieść jest o biedronce Harmonia axyridis, zwanej biedronką azjatycką, arlekinem czy ninja. Pochodzi ona z rejonu wschodniej i środkowej Azji, ale do Polski dotarła nie ze wschodu, ale przez Europę Zachodnią. Takie to są kręte drogi inwazji gatunków obcych. W zasadzie bardzo podobna jest do biedronki siedmiokropki, naszej rodzimej, więc w panice przed biedronkami wschodnimi możemy wyrządzić krzywdę naszej tutejszej bożej krówce.

ninja2Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy poszukiwaliśmy biologicznych metod zwalczania szkodników. Dość szybko ludzie odkryli, że biedronki jako drapieżniki, odżywiające się małymi mszycami, mogą pomagać w zwalczaniu szkodników roślin. Nie środki chemiczne ale właśnie naturalni sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami upraw. Naszą rodzimą biedronkę siedmiokropkę zawieziono w inne miejsca, także do Ameryki czy na Nową Zelandię (tam jest gatunkiem obcym). Ale biedronek łatwych w hodowli i wygodnych do stosowania w ochronie roślin jest więcej. Pośród wielu innych eksperymentowano także z biedronką azjatycką.

Już w 1916 roku biedronkę azjatycka przewieziono do USA i tam wykorzystywano do walki z mszycami. Trzeba było wielu lat, aby „uciekła” z hodowli i upraw do środowiska naturalnego. Po kilku dziesięcioleciach biedronka azjatycka okazała się gatunkiem inwazyjnym, szybko rozprzestrzeniającym się po świecie – pojawiła się w Ameryce Południowej. W Europie Zachodniej pojawiła się około 1982, sprzedawana komercyjnie jako biologiczny środek ochrony roślin przed mszycami. Ale do Europy została sprowadzona dużo wcześniej, bo w 1964 r. na Ukrainę oraz w 1968 r. na Białoruś. Ekspansja w Polsce zaczęła się jednak od zachodu.

ninja3W 1982 introdukowano ją we Francji, a w warunkach naturalnych zaobserwowano ją dopiero w 1991 roku we Francji. Potem w kolejnych latach pojawiała się w Kolejnych krajach: Belgii, Niemczech, Grecji, ostatnio pojawiła się w Afryce. W zachodniej Europie biedronki ninja zostały zauważone w 1999 r. W Polsce po raz pierwszy zaobserwowano w warunkach naturalnych w 2006 w Poznaniu. W Olsztynie po raz pierwszy informacje o obecności tego gatunku pojawiły się w 2010 roku. Teraz i u nas występuje masowo. Sam ją mogłem na balkonie w dużej licznie oglądać.

Są płodne a więc spełniają cechy gatunku, który może łatwo stać się inwazyjnym. Samica w ciągu jednego dnia składa około 25 jaj. Niby niewiele, ale w ciągu swojego życia składa już od 1,5 tys. do 4 tys. jaj. Biedronki azjatyckie żyją przeciętnie od 5 tygodni do trzech miesięcy, ale mogą dożyć nawet 3 lat (w sprzyjających warunkach). W sprzyjających warunkach może być do 5 pokoleń w ciągu roku. Szybko więc mogą zwiększyć swoją liczebność. Larwa rozwija się ponad 10 dni, w tym czasie zjada od 90 do 370 mszyc. Dorosłe owady są równie mszycożerne – zjadają od 15 do 65 mszyc dziennie. A jeśli mszyc zabraknie odżywiają się innym, małymi bezkręgowcami, w tym jajami i larwami innych biedronek. Stąd obawa o nasze rodzime gatunki. Ale takie troficzne relacje zachodzą i w drugą stronę. Poza bezkręgowcami biedronki azjatyckie mogą odżywiać się także pyłkiem kwiatowy i nektar, oraz mogą nadgryzać dojrzałe owoce, np. winogrona. Żerują na owocach uszkodzonych przez ptaki i inne owady, trudno więc uznać ją za szkodnika sadów. Bo i inne gatunki biedronek, nasze rodzime, podobnie się zachowują. Być może panikę przed ninja w dużym stopniu wywołały media, szukające sensacji.

Biedronki ninja (nawiązanie do Azji i cichych zabójców) mają ponad 5 mm długości (są różnej wielkości 5-8 mm, zazwyczaj ciut większe od naszej siedmiokropki, ale mniejsze od oczatki), rude głaszczki oraz charakterystyczną plamkę w kształcie litery „M” na przedpleczu. Ta m-kształtna plamka nie zawsze jest widoczna u wszystkich odmian barwnych. Koloru głaszczek raczej nie dostrzeżemy – wymaga to powiększenia. Pozostaje przypatrzeć się ubarwieniu (od żółtego i pomarańczowego, przez czerwone aż do czarnego) i kropkom – tych jest od zera do 23, w zależności od odmiany barwnej (duża zmienność jest cecha typowa dla gatunków inwazyjnych). Larwy mają charakterystyczne pomarańczowe pasy na bokach odwłoka i 4 brodawki grzbietowe larwy czwartego stadium.

Jesienna inwazja biedronek nie jest przypadkiem. W październiku migrują do miejsc zimowania. Sygnałem do podjęcia wędrówek jest skracający się dzień. W swojej dawnej ojczyźnie migrowały w góry, by przezimować w szczelinach skalnych lub pod kamieniami. Miasto, z betonowymi „skałami” bardzo przypomina takie siedlisko, a szczeliny w oknach – szczeliny skalne. Lecą do mieszkań, gdy jest słonecznie i ciepło – bo to najlepszy czas na migrację dla owadów (są zmiennocieplne). Nie jest przepadkiem, że pojawiły się na moim bloku w piątek po południu, w piękną słoneczną, złotojesienną pogodę. Na dodatek jasne elewacje wabią te biedronki. Lubią zimować w naszym pobliżu, przy domach – bo tu jest ciepło. Wybierają szczeliny pod parapetami, szczeliny między oknami, zakamarki pod sufitem czy za meblami. Inne biedronki szukają podobnego schronienia, ale jest ich znacznie mniej i dlatego może nie zwracamy na nie uwagi.

Ekolodzy i entomolodzy podkreślają, że biedronki azjatyckie są zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków – mogą przyczynić się do zmniejszenia lokalnej bioróżnorodności. Może jednak bardziej biedronka azjatycka wchodzi w pustkę ekologiczną i bardziej widoczna jest na terenach przekształconych, antropogenicznych, zurbanizowanych. Byłaby więc raczej skutkiem spadku różnorodności gatunkowej i swoistego „osłabienia” ekosystemów niż przyczyną tych zjawisk. Objawem choroby a nie jej przyczyną.

Dlaczego ninja tak dobrze sobie radzi i jest ekspansywna? Być może dzięki swojej hemolimfie (zawarty jest w niej związek harmonina) o silnych właściwościach antybakteryjnych. Być może dlatego znacznie sobie lepiej radzi od innych biedronek w środowisku zmienionym przez człowieka. Bardziej więc wchodzi w pustkę ekologiczna niż agresywnie wypiera inne gatunki. Tak więc masowe pojawy traktujmy jako objaw osłabienia ekosystemów. Warto się nad tym zadumać. Czyli jest zagrożenie, ale nie takie o jakim myślimy. Harmonina jest silnym antybiotykiem i jest w stanie zablokować rozwój nawet ludzkich patogenów, np. zarodźca malarii czy prątka gruźlicy. Zatem może warto po pierwsze przyjąć pod swój dach na zimę arlekiny i zainteresować się nimi naukowo i medycznie pod kątem produkcji lekarstw przeciw malarii i gruźlicy. Biedronka azjatycka więc nie tyle może przysporzyć nam kłopotów co wspomóc medycynę. Nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić – ale do tego trzeba po prostu wiedzy.

Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją broń biologiczną. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej). To co nowe wzbudza w nas emocje i zainteresowanie.

Czy biedronki azjatyckie stwarzają problemy dla człowieka? Pojawiają się informacje, że czynią szkody w sadach. Być może, ze przy dużej liczebności, gdy już zjedzą mszyce, wtedy odżywiają się dojrzałymi owocami. Ale ile może zjeść taka mała biedronka, nawet jeśli jest w większej liczbie? Może to tylko na siłę szukane „haków” na gatunek obcy nazywany inwazyjnym. Tak jak panikujemy z nawłocią kanadyjską (roślina uznana za gatunek obcy i inwazyjny), a wydaje mi się, że jej ekspansja bardziej wiąże się z brakiem wypasu i wykaszania a nie przez wypieranie rodzimych gatunków.

Ale wróćmy do naszej ninja, uciążliwość wynika z faktu pojawiania się w naszych mieszkaniach w okresie jesiennym i przebywania w okresie zimy. Ugryźć raczej nie ugryzie, chyba, że w obronie własnej. Ale tak mały owad raczej nie przegryzie skóry dorosłego człowieka. Bardziej realne są alergie, które stwierdzono u dzieci jak i dorosłych. Ale co teraz nie jest alergenem? Biedronki w obronie własnej wydzielają żółtawą ciecz – jest to hemolimfa. To ona może wywoływać alergie. Może też zostawiać plamy na ubraniach czy ścianach. Czy dla kilku plam na ścianie mamy się pozbywać sympatycznego owada oraz potencjalnego leku na gruźlicę?

Zmieniający się uniwersytet

W przyrodzie i społeczeństwie nie ma nic stałego, ciągle coś się zmienia. Ekologia i teorie ewolucji mogą dobrze opisywać nie tylko zjawiska biologiczne. Zmieniają się i uniwersytety. Powoli, ale się zmieniają, jak zbiorowiska w sukcesji ekologicznej.

W dyskusjach często ostatnio podnosi się zagrożenia dla uniwersytetów, wynikające z niżu demograficznego. To złe postawienie sprawy. Studentów nigdy nam nie zabraknie… będą tylko inni. Zapotrzebowanie na kształcenie w społeczeństwie wiedzy nie będzie malało. Ale mocno zmieni się forma i sposób kształcenia. W jakimś sensie zagrożeniem jest zmiana. I nic więcej.

Dobrze poradzą sobie te uczelnie, które postawią na wysoką jakość (bo absolwenci nie będą bezrobotni i widzieć będą to kandydaci) oraz na otwarcie się na zupełnie nowe płaszczyzny kształcenia. Demografia zmienia tylko charakter studentów. Coraz większą rolę ogrywać będzie kształcenie ustawiczne oraz zupełnie nowe formy, takie jak chociażby e-learning.

Niezmienne pozostaną fundamenty – przekazywanie wiedzy poprzez wspólnotę uczących i nauczanych, poprzez wspólne i autentyczne (a nie udawane, pozorowane) odkrywanie świata i jego tajemnic.

Kreatywni zawsze sobie poradzą. Nadchodzi chwila prawdy jaki na prawdę mamy kapitał ludzki w Olsztynie i na UWM. Puste zapisy na papierze nie pomogą. Liczy się realna kreatywność i innowacyjność oraz wiedza o tym, jaki na prawdę jest świat wokół nas (bo czy ktoś trafi do celu, gdy ma nieaktualną lub fałszywą mapę?). Ta realna ewaluacja może dla niektórych instytucji okazać się bolesna, bo usłyszą że "król jest nagi".

Ilustracja nie jest przypadkowa:).