Muzeum nauki, cz. 1. (śladami myśli spisanych i nie spisanych)

16999231_10210912310317132_3355366969779760587_nPomysł na Muzeum Nauki w Olsztynie narodził się 10 lat temu w trakcie przygotowywania V Olsztyńskich Dni Nauki (2007 rok). To był mój drugi raz, gdy powierzono mi koordynację tego pikniku naukowego. Po dziesięciu latach warto powrócić do tematu, umownie nazwanego Muzeum Nauki. Bo i Olsztyńskie Dni Nauki nie tylko wpisały się na trwałe w krajobraz kulturalny Olsztyna ale i się rozrosły. Podobnych pikników naukowych jest już więcej, że wspomnę tylko o Nocy Biologów czy Humanistycznych Czwartkach. Powstało Muzeum Nowoczesności w Tartaku Raphalsonów, odbywają się różnorodne pikniki naukowe w przestrzeni publicznej (np. w olsztyńskim Parku Centralnym).

Pikniki naukowe i otwarta edukacja pozaformalna na trwałe weszły do życia Olsztyna i regionu. Zostały zaakceptowane i docenione. A przecież 10 lat temu nie było to takie oczywiste i czasem spotykało się z kpiną tu i ówdzie, np. w odniesieniu do wystawy „Śladami myśli – pamiątki po konferencjach naukowych, obronach prac doktorskich, inauguracjach akademickich”. Bo jak to można pokazywać naukę za pomocą kubków i długopisów? Wtedy i teraz twierdzę, że można. Potrzeba tylko wyobraźni.

Pozwolę sobie przypomnieć jak wtedy argumentowałem i przekonywałem do tej wystawy. Jej celem było pokazanie procesów naukowego myślenia, poprzez zebranie różnorodnych drobiazgów, towarzyszących naukowcom w trakcie różnorodnych dyskusji, konferencji oraz samotnej pracy w zaciszu gabinetu. Wystawa była skromna, kilka gablot z różnymi gadżetami i starym sprzętem badawczym.

Ważnym elementem tamtej wystawy było tworzenie opowieści o tym, dlaczego naukowcy wyjeżdżają na konferencje, czasami bardzo daleko. Czy nie mogliby siedzieć na miejscu? A nie mają książek w bibliotece? Dlaczego, jak i po co naukowcy z różnych ośrodków kontaktują się ze sobą? Tego nie trzeba tłumaczyć naukowcowi. Ale to warto tłumaczyć przeciętnemu zjadaczowi chleba, tym bardziej, że to z jego podatków finansowane są badania jak i udział w konferencjach. To było nowatorskie, jak na Olsztyn, spojrzenie na pokazywanie nauki. Drugi elementem była szeroka współpraca z mediami a trzecim otwarcie się na instytucje pozauczelniane.

17098163_10210912310357133_1014852254942601860_nWróćmy jednak jeszcze do wystawy promującej Muzeum Nauki (był rok 2007, zdjęcia dokumentują te wystawę). Żmudne i czasochłonne badania w końcu przekładają się na udogodnienia w życiu codziennym. We współczesnym świecie nauka jest już świadomie wspierana jako zyskowny element rozwoju gospodarczego. Żyjemy w społeczeństwie, którego gospodarka oparta jest na szeroko rozumianej wiedzy. Instytucje naukowe świadomie i celowo inwestują w promocję swojej „marki”. Dlatego coraz więcej jest przygotowywanych różnorodnych gadżetów z logo uniwersytetu czy instytutu badawczego. To swoisty znak formowy potwierdzający jakość oraz ułatwiający zapamiętanie „ważnego adresu”. To właśnie te kubki i długopisy były obiektem anonimowych docinek. Myślę, że po dekadzie pisania i wdrażania otwartej popularyzacji nauki takie podejście do przybliżania nauki i naukowców, nie budzi już większego zdziwienia. W ostatnich latach były nawet realizowane specjalne granty, celem których było nauczenie naukowców popularyzowania wiedzy naukowej oraz współpracy z mediami. Owe długopisy i konferencyjne kubki mają być jedynie pretekstem do opowieści o tym, jak rodzą się odkrycia i jaki jest sens komunikacji w nauce. Badania naukowe bez dyskusji w różnorodnej formie nie mogłyby się rozwijać.

Sama nazwa „Muzeum Nauki” mogła w 2007 roku wzbudzać zdziwienie. Muzeum kojarzy się nam z muzeum techniki, muzeum historycznym, archeologicznym, etnograficznym. Ale jak można pokazać naukę? Czyli co? Wtedy pisałem, że można pokazać naukowców w ich pracy, w ich tajemniczym procesie odkrywania, pokazać wytwory ich pracy, zarówno te pomagające odkrywać, jak i produkty finalnej, jakie znamy z życia codziennego. Tamta wystawa składała się z kilku gablot i kilku tablic z informacjami-opisami. Teraz opowiadam o nauce z dużo większym wykorzystaniem internetu. Przekaz dociera do szerszego odbiorcy. Wszyscy uczymy się popularyzacji nauki i edukacji pozaformalnej. Z perspektyw dekady widać jakościowy i ilościowy progres. Może czas na kolejny, smiały krok?

17098558_10210912310277131_1406166418614436803_nNauka i naukowcy cieszą się dużym autorytetem w polskim społeczeństwie. Wielu przeciętnych zjadaczy chleba chciałoby „podpatrzeć” naukowców w ich pracy, chociaż przez chwilę być współuczestnikiem odkryć, poszukiwań, chociaż przez chwilę poczuć klimat „badań i odkrywania”. Być może dlatego, że każdy z nas choć w maleńkiej części czuje się odkrywcą, poszukiwaczem i eksperymentatorem. Dowiodła tego duża frekwencja na kolejnych Olsztyńskich Dniach Nauki  czy Nocy Biologów, a teraz ogromne zainteresowanie Warmińsko-Mazurskim Uniwersytetem Młodego Odkrywcy.

Śladów badań naukowych w Olsztynie było i jest wiele. Trzeba je tylko pokazać. Jezioro Długie czy Kortowskie naukowcom i turystom „pachnie” inaczej. Dla turysty to zbiornik wodny, w którym można ewentualnie się wykąpać, popływać kajakiem pospacerować nad brzegiem. Dla hydrobiologa to przykłady wieloletnich poszukiwań i eksperymentowania z rekultywacją jeziora. Wiele z tych prób to nieudane poszukiwania, inne uwieńczone sukcesem. Jezioro Długie to wieloletnie próby zrozumienia jak działa i funkcjonuje ekosystem jeziorny i próby różnorodnych działań, wynalazków, przydatnych w rekultywacji. Można wspomnieć tylko o rurze Olszewskiego, natlenianiu hipolimnionu czy chemicznym wiązaniu biogenów. O tych różnych wynalazkach i eksperymentach naukowcy swoim specyficznym językiem piszą w różnorodnych publikacjach naukowych, mówią w referatach na różnorodnych krajowych i międzynarodowych konferencjach. Przeciętny spacerowicz nawet nie zdaje sobie sprawy, że chodzi po „laboratorium”, wielokrotnie opisywanym w czasopismach naukowych. Wystarczy tylko mu o tym opowiedzieć w przystępny i zrozumiały sposób, a w tafli jeziora „zobaczy” więcej. Poczuje, że jest w „magicznym” miejscu, poczuje się współuczestnikiem Wielkiego Odkrywania.

To samo można powiedzieć o zwykłych konferencyjnych gadżetach. Nie są one przecież celem wyjazdów na konferencje naukowe. Są one tylko śladem. Tak jak odcisk stopy na piasku jest tylko śladem po obecności jakiejś osoby na plaży, a nie samą osobą. Któż to był i co on robił nad jeziorem? Spacerował, prowadził badania, malował, układał wiersz, rozmyślał nad biznesplanem jakiegoś przedsięwzięcia? Czy można to wszystko wyczytać ze śladu na piasku? Potrzeba tylko sprytnego Indianina-tropiciela, które te ślady dostrzeże i właściwie zinterpretuje. I ciekawie opowie. 

Co i ile można wyczytać z okolicznościowego długopisu, programu czy zaproszenia? Potrzebna jest wypowiedź uczestników, „świadków”. Samo zebranie gadżetów to tylko pierwszy krok. Ogromnie przydatne są wspomnienia (spisane lub opowiedziane), które mogą ocalić od zapomnienia osoby i myśli, które mniej lub bardziej zmieniły naszą rzeczywistość.Zbierajmy przedmioty i spisujmy. A katalizatorem do wspomnień mogą być przecież te niepozorne drobiazgi.

W 2007 roku pisałem, że ze swojej blisko dwudziestoletniej kariery naukowej i licznych wyjazdów zachowałem… zaledwie dwa długopisy. Wtedy żałowałem, że te gadżety były dla mnie bezwartościowe. Przed dziesięciu laty apelowałem o odgrzebanie takich drobiazgów. Sam w ostatnich latach trochę starych sprzętów naukowych czy drobnych rzeczy przekazałem do Muzeum Warmii i Mazur jak i do Archiwum i Muzeum UWM. Być może Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki 2017 będą okazją do przygotowania kolejnej wystawy, już znacznie bogatszej i ze znacznie dojrzalsza opowieścią o „śladach myśli”. I myślę, że taka wystawa może być pokazana nie tylko w Bibliotece Uniwersyteckiej ale i na przykład w Muzeum Nowoczesności. Z czasem może doczekamy się i stałego miejsca, dużego i profesjonalnego, do pokazywania historii nauki i opowiadania o tym, jak powstaje myśl ludzka.

c.d.n

A tymczasem jeszcze filmik, całkiem współczesny, mający zilustrować jak można takie opowieści tworzyć. 

Produkować z troską o Ziemię, żywić z troską o konsumenta

ekokonferencja_2016W połowie października miałem okazję uczestniczyć w konferencji pt. „Produkować – z troską o Ziemię. Żywić – z troską o Konsumenta”, zorganizowaną przez Departament Rozwoju Obszarów Wiejskich i Rolnictwa Urzędu Marszałkowskiego woj. warmińsko-mazurskiego,  pod patronatem Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego Gustawa Brzezina. Na spotkanie w Osadzie Danków (urocze miejsce) w Wielimowie k. Miłomłyna, przyjechali przedstawiciele z trzech województw. 

Spotkałem osoby, które znałem tylko internetowo. W realu można dużo owocniej podyskutować. I zaplanować działania w przyszłości. Posłuchałem o rolnictwie ekologicznym i niezwykłych lekcjach muzealnych. Zdziwiło mnie to, że zapotrzebowanie na produkty zdrowej, ekologicznej żywności jest dużo większe niż możliwości produkcji. Co prawda jest sporo gospodarstw ekologicznych i tradycyjnych ale mało jest przetwórców. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby sprzedawać żywność ekologiczną… na miejscu. Do tego potrzeba nowych inicjatyw i współpracy. A na rozwój obszarów wiejskich są pieniądze (PROW 2014-2020). Rozmówcy podkreślali, że łatwe pieniądze się skończyły, Teraz pora na innowacje (czyli trzeba ruszyć szarymi komórkami).

Być może wsparciem dla żywności wysokiej jakości będą inkubatory przetwórstwa lokalnego. Skoro certyfikowanie produktów jest kosztowne i daje mało korzyści niewielkiemu producentowi, to być może szansą są produkty tradycyjne. Te potrzebują tworzenia legendy produktu. 

Niezwykle dla mnie ciekawym było wystąpienie o działaniach kucharza … w muzeum (Wilanów). Interaktywne muzeum i rekonstrukcja kulinarna wraz z odtwarzaniem dawnych smaków. Muzea wyglądają już inaczej. Można w nić zjeść. I wcale nie chodzi o zaspokojenie głodu. Chodzi o pogłębioną podróż w przeszłość. I poznawanie starych odmian roślin i ras zwierząt. To także dobry pomysł dla regionalnego dziedzictwa kulinarnego, kulturowego i przyrodniczego. By sami turyści przyjechali do nas i do producentów ekologicznej żywności. Aby się to jednak udało, potrzeba współpracy, współpracy i innowacyjności. Bo w turystyce nie chodzi o samo jedzenie i spanie. Potrzebna jest także niebanalna przygoda.

Nad Kanał Elbląski nie pojechałem tylko posłuchać i w kuluarach podyskutować. Przygotowałem krótki referat o zupie z pokrzyw, zakopiańskiej litworówce i maści czarownic do latania. A do prezentacji przygotowałem degustację. Bo same słowa i obrazy nie przemawiają tak dobitnie jak własne doświadczeni. Chciałem pokazać namacalny przykład współpracy nauki z gospodarką (małymi, rodzinnymi firmami) oraz opowiedzieć o Wimlandii. Czyli o budowaniu legendy marki i wspieraniu lokalnej produkcji .

Z pomysłami i inspiracjami wracam na uczelnię, by podzielić się ze studentami (już w tym tygodniu, bo po co odkładać?). Opowiedzieć i spróbować od razu pomysły zrealizować. By studentom przekazywać nie tylko informacje (wiedza) ale stwarzać okazję do działania i nabierania doświadczenia w rzeczywistej pracy (współpraca z przedsiębiorstwami).

zupa_z_pokrzyw_i_masc_Dankow 

 

Jak ślimak winniczek reaguje na post? Daje nogę.

DSCN1690Zaczął się post. Dawniej oznaczało to poważne ograniczenia w spożyciu mięsa, więc nasi przodkowie ubogacali jadłospis różnymi „nie mięsnymi” mięsami. Jedli ryby, bobry (bo na ogonie bóbr ma łuski i żyje w wodzie, więc pod rybę podpadał), a także różne bezkręgowce, na przykład ślimaki winniczki. Noga ślimaka jest zjadana od średniowiecza jako cenne i postne źródło białka. A cofając się jeszcze głębiej w przeszłość to ludzie jedli różne dziwne „owoce morza i lasu”.

Tradycja kulinarna spożywania ślimaka winniczka przetrwała w niewielu krajach. Dlatego nasze ślimaki wywożone są do Francji. A że zapotrzebowanie na egzotyczne i wyszukane dania nie maleje to w wielu krajach rozpoczęto hodowlę ślimaków afrykańskich (większe i bardziej opłacalne).

Nasze zapomniane dziedzictwo kulinarne jest ogromne. Bogactwo rozleniwia i upraszcza jadłospisy. Bieda poszerza umiejętności i kreatywność, także kuchenną. Umiarkowanie w konsumpcji nie tylko pomaga rozwiązać problem ze śmieciami ale i kultywuje nasze historyczne korzenie.

Już drugi rok nie można będzie zbierać w naszym województwie ślimaka winniczka w celach zarobkowych, a więc i kulinarnych. Badania wykazały spadek liczebności populacji ślimaka winniczka (trzeba chronić by całkiem u nas nie wyginął). Trzeba więc dać mu czas na wzrost i rozmnażanie, aby ponownie za jakiś czas eksploatować populację zarobkowo i gospodarczo. Tymczasem już w drugim (kolejnym) roku Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podjął decyzję, że na terenie województwa warmińsko-mazurskiego nie będzie prowadzone pozyskanie ślimaka winniczka. (Przeczytaj cały tekst: Coraz mniej winniczków na Warmii i Mazurach, więc są pod ochroną ).

Do nas, na dawne Prusy, ślimak winniczek trawił najprawdopodobniej w średniowieczu, możliwe za sprawą Krzyżaków lub innych zakonów. W sensie historycznym jest gatunkiem obcym ale teraz jest chroniony. Obcy, jak się mocno zakorzeni to potem jest chronionym, bo bez niego żyć nie możemy. Za bardzo wrósł w nasze w dziedzictwo.

Pierwotny zasięg występowania winniczka obejmował najpewniej jedynie południową Polskę (Małopolska, Górny Śląsk, Rzeszowszczyzna). Na pozostałe tereny został przeniesiony przez człowieka. Najbardziej przyczynili się do tego zakonnicy, którzy począwszy od średniowiecza hodowali winniczka w ogrodach i parkach przyklasztornych. Mimo, że powolny to „pouciekał” z przyklasztornych hodowli i zasiedlił inne ekosystemy. Teraz w jakimś sensie też prowadzimy gospodarkę hodowlaną i zbieramy w celach zarobkowych. Ale jak każdy dobry ogrodnik czy hodowca, musimy zadbać aby populacji nie przeeksploatować. Z zagrożenia udało się nam wyprowadzić co najmniej kilka gatunków: żubra, bobra, łosia. Niegdyś zagrożone wyparciem teraz są zwierzętami pospolitymi i mogłyby być wykorzystywane łowiecko. Ale najlepiej byłoby, aby przetwórstwo było na miejscu a nie gdzieś daleko. Tak jak ze ślimakiem winniczkiem. Może i on kiedyś trafi ponownie na nasze lokalne stoły. Na przykład w poście. I niech Francuzi do nas na ślimacze specjały przyjeżdżają (przy okazji więcej zarobimy, bo to i nocleg w hotelu i inne okolicznościowe wydatki).

Ślimak winniczek (Helix pomatia) należy do rodziny ślimakowatych (Helicidae), inne nazwy to: winniczek, ślimak winnicowy, na wschodzie Europy zwany rawłyk, wawryk. Dawniej w niektórych regionach nazywany go kukuluch, krzyncyca, słymusz (Huculszczyzna), smarszcz, smarzyk. Wielkość dorosłego osobnika wynosi 4-5,5 cm. Żyją do 15 lat. Spotkać go można w lasach, zaroślach, ogrodach, cmentarzach. Czasami występuje masowo i wtedy może być szkodnikiem warzyw i roślin ozdobnych. Jest to gatunek o rozmieszczeniu południowo-środkowoeuropejskim i środkowoeuropejskim. Obecnie ślimak winniczek może być uważany za gatunek synantropijny, gdyż bardzo często i łatwo wnika do siedlisk zmienionych przez działalność człowieka. Można go zbierać w okresie od 1 do 31 maja (ale nie w 2015 r. w warmińsko-mazurskim), eksportowany jest do Francji, gdzie uważany jest za przysmak.

W układzie rozrodczym występują dwa gruczoły palczaste oraz woreczek, w którym wytwarzany jest wapienny sztylecik, zwany strzałką miłosną. W czasie godów sztylecik miłosny wbijany jest w ciało partnera (ślimakowate są obojnakami) i pełnią rolę stymulacyjną (jak widać gadżety erotyczne przyroda wymyśliła na długo przed człowiekiem).  Po zapłodnieniu pojedynczy osobnik składa 40-60 jaj, umiejscowionych w jamkach w ziemi. W ciągu całego życia jeden winniczek składa ponad 200 jaj. Oczywiście jeśli go wcześniej nie zbierzemy i nie zjemy. Zatem zakaz zbierania ma służyć spokojnej prokreacji i wzrostowi liczebności populacji.

Czytaj też: O ślimaku winniczku i poszukiwaniu drugiej połówki

Co to znaczy być Warmiakiem (cz.3)

Urodziłem się Lidzbarku Warmińskim, potem świadomie wybrałem region, jako miejsce zamieszkania. Jestem więc Warmiakiem z urodzenia i wyboru. Ale cóż to znaczy? Wychowywałem się na wsi (wakacyjnie). Ale była to historycznie Natagia. Odkryłem to po wielu latach i nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nie czuję się żadnym Natangiem. A Warmiakiem się czuję. Moją krainą jest wieś warmińsko-mazurska, z czerwonymi dachami. Ale z głęboką tęsknotą za Wileńszczyzną. Z potrawami i gwarą przyniesioną z daleka i zakorzeniającą się pośród „Niemców”.

Wakacje spędzałem w Silginach (dawniej Zelginach) nad rzeką Liwną. Mocno wrosłem w ten krajobraz emocjonalnie. Gdy rodzice wyprowadzili się na Mazowsze (notabene kilka kilometrów od prasiedziby Czachorowskich z Czachorowa), zatęskniłem za Mazurami (bo tak nazywaliśmy wtedy ten region). W tęsknocie za moją małą ojczyzną wybrałem Olsztyn jako miejsce studiowania. Potem tu zostałem. Poprzez dogłębnie poznawanie historii, miejsc i ludzi jeszcze głębiej wrastałem w region.

Lasy, jeziora, rzeki – przyroda. Drugi wizualny wyznacznik tożsamości regionalnej. Bo dla mnie „Mazury” to była wakacyjna przygoda z przyrodą. Gdy w czasach licealnych wybraliśmy się dziko-harcerskim obozem na wakacje, to też były to „Mazury”. A jeziora, które poznałem były potem obiektem moich badań w ramach pracy doktorskiej. Ciągłe powroty w miejsca znajome

Tak więc kultura i przyroda kształtowały i kształtują moje poczucie warmińskości. Ale jaka ta jest moja warmińskość, gdy po mieczu jestem Mazowszaninem, po kądzieli Wilniukiem? Nowa fala napływowa i w dodatku wymieszana (w rodzinie osiadłej wżenili się krewniacy w autochtonów, dzisiaj już nie wiem czy Mazurów czy Niemców). W poszukiwaniach genealogicznych dotarłem do pierwszej fali migracji ludzi z północnego Mazowsza, już gdzieś w wieku co najmniej XV. Z tej fali pochodzą Czacharowscy (von Czacharowscy), wywodzący się z Czachorowa (gałąź, która wyemigrowała pod Grudziadz pisała się Ciachorowscy, co wynika z fonetycznego zapisu z typowym mazurzeniem). Drobna zmiana nazwiska (ale i teraz w podobny sposób przekręcane jest moje nazwisko), utrwalona niczym marker genetyczny. Część w Niemczech, część tu, z okolic Rumiana i Działdowszczyzny. Tak więc migracja z północnego Mazowsza odbywała się już w czasach krzyżackich. Nie jest niczym nowym. Mam prawo nazywać się tutejszym od pokoleń, od stuleci. A jeśli wziąć pod uwagę, że na Wileńszczyźnie sporo spolonizowanych Litwinów (o czym świadczą ich nazwiska) oraz przepływie ludności, Prusów na Litwę i odwrotnie, powrót Wilniuków na dawne Prusy nie jest więc niczym nowym dla tej krainy. Mam prawo więc czuć się tutejszy nawet po kądzieli.

Charakterystyczny krajobraz Warmii i Mazur, murowanych domów z czerwonymi dachami. Silginy, Skandawa, Krelikiejmy i Lwowiec (gdzie byłem chrzczony) mocno wdrukował się w moją wizualną pamięć regionu. Ale w domu dziadków panowała przemożna tęsknota za Wileńszczyzną. Była gwara bardzo charakterystyczna a dziadek zaciągał nawet trochę po białorusku (co odkryłem dopiero w larach 90. XX gdy pojechałem na Białoruś). Gwara, która nazywają chachłacką. Ale wielu ludzi tak mówiło. I ciocia, która była na zesłaniu w Kazachstanie (wyszła za mąż za westerplatczyka) – przepięknie śpiewała na dwa głosy. Kresowy klimat. W tym wyrastałem.

Kiedy jeszcze w latach 70. pojechałem na Wileńszczyznę (wtedy ZSRR) doznałem swoistego szoku. Gwara ta sama, ludzie tacy sami, ale architektura zupełnie inna. Drewniane domy, kryte gontem. Moja Wileńszczyzna miała obraz Warmii i Mazur… Albo moja warmińskość miała duszę wileńską. Oba elementy mocno ze sobą zrośnięte, zintegrowane, nierozerwalne, wyjątkowe.

Spędziłem długi czas na Mazowszu. Wtedy poznałem różnice w dziedzictwie niematerialnym – w dziedzictwie kulinarnym. Smakowało inaczej. Ale moja warmińskość miała smak… dawnej Wileńszczyzny i kresów.

W wakacyjnym czasie obcowałem oprócz Wilniuków z autochtonami. Słychać było to w twardej mowie. Ale byli także ludzie z Galicji, to znaczy Łemkowie i Ukraińcy, przesiedleni w ramach Akcji Wisła. I wrastałem w tym klimacie wielokulturowym i przesiedlonym. Trochę wykorzenionym, osieroconym. Tęsknota przesiedleńców była wszędzie widoczna. Nawet u pijących tanie wino pod sklepem. I tych co tu przybyli, i tych co wyjeżdżali. W krajobrazie z okolicznymi PGRami były nieustannie rozwalające się domy. I wyjazdy, wyjazdy, wyludniające się wsie. Bo to było blisko granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Blisko żelaznej kurtyny i martwej granicy. Więc wyjeżdżali do RFN, do miasta, na Śląsk czy Gdańska, do pracy (teraz do pracy młodzi jadą do Londynu, Hiszpanii czy Niemiec).

Czasem przychodziły paczki z Ameryki (bo jeszcze w czasach przed II wojną światową część rodziny z Wileńszczyzny wyjechała do USA.) I zachował się ten tajemniczy zapach rzeczy z paczki… Wrastanie w wielokulturowość miała przeróżne smaki, zapachy, dźwięki, obrazy, wspomnienia.

Na studiach ta wielokulturowość była również widoczna, na WSP w Olsztynie. Dorastając bardziej to rozumiałem, bardziej doświadczałem. I w życiu dorosłym, gdy zacząłem dogłębniej poznawać historię miejsca i ludzi, odkryłem nowy element mojego dziedzictwa. Zarówno autochtonów w postaci Warmiaków i Mazurów, jak i Niemców (tutejszych Niemców). Potem było pozytywne odkrycie Państwa Krzyżackiego oraz Prusów. Potem kolejne poznawanie kultur. Ze zdziwieniem odkrywałem znanych ale przemilczanych Gotów i Wandalów, kultury okresu brązu i neolitu itd. Im szerzej i głębiej poznawać historię, tym bardziej była ona wielokulturową, wielowątkową, różnorodną. Tym bardzie widoczna reintegracja różnorodnych elementów.

Po 1989 r., wraz z otwarciem się na świat i europejską integracją, przyjeżdżać i osiedlać zaczęli się zupełnie nowi ludzie, nie tylko z różnych regionów Polski. Przyjeżdżali z nowymi wspomnieniami, z nowymi elementami dziedzictwa kulturowego. Z Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec, Szwajcarii, Holandii. Nawet z Rosji. To właśnie w ostatnich latach w klasie mojej żony (jest nauczycielką) zaczęli pojawiać się Rosjanie. Do codziennej komunikacji z rodzicami zaczął przydawać się język rosyjski – bo można było się skutecznie komunikować. Zupełnie nowe zjawiska, różne sytuacje. Jedni lepiej inni gorzej potrafiący się wpisać w krajobraz i zintegrować z już osiedlonymi. Europa regionów.

Z całą pewnością w naszym regionie jest coś wyjątkowego, specyficznego. To się czuje. Ale jak tę specyfikę przyrody, kultury i ludzi opisać i zdefiniować? Jako coś aktualnego i stającego się a nie zamrożonej historii czasów, które bezpowrotnie odeszły? Czy specyfiką jest duża liczba miast cittaslow? Czy duża liczba wiejskich teatrów amatorskich? Czy wyludniające się wioski popegeerowskie? A może wioski bocianów? Specyficzne Kresy, nowe „Bieszczady” dla twórców, poszukujących nowego życia, dla nowych Judymów i nowych Siłaczek. A przecież tych zjawisk u nas jest więcej. I jeszcze nie wszystkie potrafimy dostrzec i zauważyć.

Tworzymy na nowo swoją tożsamość. Każde pokolenie musi na nowo. I dla siebie. Jałowe jest kalkowanie przeszłości, bo wychodzi z tego martwa, nieautentyczna „cepelia”.

A granice Warmii? Dlaczego trzymać się historyczny granic Warmii jako domeny biskupiej? Przecież tylko w niewielkim stopniu pokrywała się ona z siedzibami Warmów-Prusów. Tak więc i teraz poprawnie byłoby nazywać Warmiakami wszystkich, zamieszkujących województwo warmińsko-mazurskie. Może lepiej Nowowarmiakami? Lub wymyśleć zupełnie nową nazwę, integrującą Warmię, Mazury, Górne Prusy, Prusy Wschodnie (w polskiej części) Powiśle itd. Biurokratyczne trzymanie się starych, administracyjnych podziałów nie bardzo ma sens.

zobacz część 1. i część 2.

Co to znaczy być Warmiakiem cz.1

Tożsamość jest czymś co intryguje nie tylko historyków ale i najmłodsze pokolenie. Kim jestem? Warmiakiem czy Nowowarmiakiem? A może Warmio-Mazurakiem? Łatwiej o identyfikację, jeśli zna się i rozumie historię ziemi, na której się mieszka. Ale zamykanie się w historii, zwłaszcza wąskiego, wybranego odcinka, prowadzi na tożsamościowe manowce. Teraz chyba najbardziej widoczne są próby definiowania tożsamości regionalnej w nawiązaniu do Prusów oraz Warmii (lub Mazur, w zależności od miejsca). Są to chyba (moim zdaniem) ułomne podejścia historyczne i chyba skazane na fiasko.

Silna potrzeba lokalnej identyfikacji jest zjawiskiem globalnym. Można powiedzieć, że drugą twarzą globalizacji. Globalna wioska to nie tylko homogenizacja produktów i popkultury w skali całego świata ale i mocne poszukiwanie lokalności. Można powiedzieć znak czasu. I pełne odniesienie do porównania „globalna wioska”. Globlokalizm lub glokalizacja. Jak zwał, tak zwał. U nas też to jest coraz wyraźniej widoczne.

Im bardziej czuję się Europejczykiem w Europie regionów, tym bardziej poszukuję tożsamości regionalnej, swojej własnej. Można byłoby więc powiedzieć, że poszukiwanie tożsamości lokalnej wynika z globalizacji i „ekologizacji”, natomiast poszukiwanie tożsamości regionalnej wynika z integracji europejskiej. Poczucie narodowe nie wymaga granic (współcześnie nie wymaga, bo granice nie izolują ani nie identyfikują, przynajmniej w Unii Europejskiej). A region ma granice ogarnialne indywidualną zdolnością do poznania historii i specyfiki. Oczywiście są to różne, nie wykluczające się a uzupełniające się, warstwy tożsamości: od lokalnej, do warmińskiej, polskiej, europejskiej itd.

I w końcu, nawiązując do McLuhana, kończą się narodowe nacjonalizmy, wykreowane przez słowo pisane i radio a ugruntowują się regionalizmy (przy jednoczesnej, szerszej integracji). Kreowane przez decentralizację i fragmentację internetu oraz trzecią rewolucję technologiczną. To jest chyba właściwy kontekst procesów i czasów, w których rodzi się zarówno współczesny lokalizm jak i regionalizm. 

Kultura i tożsamość rodzi się w dialogu. W dialogu z poznawaną przeszłością i w dialogu z teraźniejszością. Nic nie jest takie jak dawniej. Poznana i rozumiana w kontekście tamtych czasów historia pomaga w odnajdywaniu własnej tożsamości. Ale nie wystarcza. Poprzez pryzmat historii własnej rodziny czy rodu łatwiej ogarnąć historię Europy i świata. Genealogicznie jesteśmy mocno wielokulturowi.

Kto ma prawo czuć się Warmiakiem? Co definiuje? Miejsce urodzenia, wybór zamieszkania, tradycja rodzinna? Subiektywne poczucie identyfikacji z miejscem. Poszukujemy tradycyjnych wyznaczników w stroju ludowym, gwarze, architekturze? Zazdrościmy Kurpiom, Kaszubom czy góralom z Podhala – ale tam to jest żywe i trochę niechcący stymulowane zapotrzebowaniem turystycznym. Mają ciągłość tradycji. My nie mamy takich możliwość. Gwara nie istnieje (jest odtwarzana i będzie jako ciekawostka), stroje nie istnieją. Bo ludność jest napływowa, bo u nas jest mieszanka kultur. Do której tradycji się odwoływać? Zarówno w języku, stroju, kulinariach, muzyce? Nie ma szans na ponowne identyfikacje, bo granice się zmieniły. 

W skali regionu dobrze historycznie i w odniesieniu do XIX wieku zdefiniowana jest Warmia, Mazury a co z Prusami Górnymi, Powiślem, Wzniesieniem Elbląskim? To wyrzucenie poza możliwość identyfikacji regionalnej. Oni nie mają szansy na warmińskość i mazurskość, historycznie i polsko rozumianą. Co z Niemcami (nielicznie zostali), co z Ukraińcami i co z całą rzeszą tu przybyłych? Nie są prawdziwymi Warmiakami? Bo ich rodzice czy dziadkowie urodzili się gdzie indziej? Bo gwara warmińska nie jest ich korzeniem? A do jakich strojów ludowych (po co zaraz ludowych?) się odwoływać?

Diecezja Warmińska przecież także nie pokrywa się z terytorium plemienia Warmów. Zachowała się nazwa ale tożsamość wyrosła zupełnie inaczej, przestrzennie i kulturowo. Katolicka Warmia, osobne udzielne księstwo Rzeczypospolitej, a wcześniej wspólna historia państwa zakonnego. Wyraźnie się Warmia wyróżniała na tle protestanckich polskich Mazur i reszty Prus Wschodnich. Stąd te kapliczki. Ale tylko w historycznym odniesieniu do Mazur. Przecież kapliczki są wszędzie, nie tylko w Polsce. A teraz to nawet na historycznych Mazurach. Ceglane mury i czerwona dachówka w architekturze? Ale to efekt zmian w XIX wieku. Wcześniej były domy drewniane, strzechą kryte. Tak więc charakter zmieniał się od wieków. I zmienia się dalej. Tyle, że teraz nie jest historyczna Warmia wyizolowana i nie ma szansy na samodzielne budowanie tożsamości. Kulturowo i przyrodniczo nie różni się Warmia od innych regionów województwa warmińsko-mazurskiego.

Trudność z tożsamością regionalną uwidacznia się już w trudności z nazwą. Ani nie można jej nazwać warmińską, ani mazurska, ani pruską (staropruską). Ani niemiecką (wschodniopruską). Kto ma prawo czuć się Warmiakiem, prawdziwym Warmiakiem? Jaki jest wspólny mianownik do wspólnej tożsamości tu i teraz, z uwzględnieniem i zaakceptowaniem historii ale i sytuacji obecnej, wieloetnicznej i wielokulturowej (typowe dla Europy). Kontekst historii miejsca i uwarunkowań.

Europa regionów wzmacnia potrzebę poszukiwania identyfikacji regionalnej. Najbardziej realne to w mniej więcej granicach województwa warmińsko-mazurskiego. Co wyznacza, oprócz historii (nie zapominając o Wandalach i Gotach, którzy tu byli oraz o wcześniejszych kulturach neolitycznych i epoki brązu). Krajobraz pojezierny? Wakacyjne zaplecze do wypoczynku? cittaslow i biogospodarka? Popegerowskie zaniedbania, wyludniający się region, bliskość Obwodu Kalinigradzkiego? Tworzący tu ludzie?

Być może tożsamość rodzi się właśnie w trwających w wielu miejscach festiwalach dziedzictwa browarniczego, jarmarkach regionalnych, piknikach archeologicznych, powstających galeriach z lokalnym rękodziełem itd.

Cdn.

Nie dotykaj mnie! Czyli nad Łyną jak w Himalajach

Faktem jest, że w Olsztynie rzeka Łyna przedziera się przez morenę, miejscami brzegi rzeki są jak w górach, w kształcie litery V. Ale skąd porównanie do Himalajów? A to za sprawą inwazyjnego uciekiniera z ogródków – niecierpka himalajskiego (Impatiens glaudulifera), zwanego także niecierpkiem gruczołowatym oraz niecierpkiem Roylego. Spotkałem ostatnio na spacerze, nad Łyną. Kusi by zjeść. Ale o tym za chwilę.

Pierwotnie występował w Azji Środkowej, w rejonie Himalajów, w zachodnich Indiach oraz Pakistanie. To duża, dorastająca do dwóch i pół metr wysokości, ładnie kwitnąca roślina. Spodobała się, więc zaczęto ją uprawiać jako roślinę ozdobną w ogródkach. W takim celu zawleczono ją do Ameryki Północnej, Europy i Nowej Zelandii, gdzie stała się gatunkiem inwazyjnym. W Europie po raz pierwszy niecierpek himalajski odnotowany został w 1839, w Polsce w 1890 roku. Pierwszą naturalną populację zaobserwowano w naszym kraju w 1960 roku. Teraz występuje w wielu miejscach. Sam widywałem na Morzem Bałtyckim, na Żuławach, a teraz na Łyną na Warmii.

Występuje głównie w miejscach wilgotnych i rozprzestrzenia się wzdłuż rzek (nie licząc ogródków). Pojawia się na nieużytkach w miejscach wilgotnych, cienistych ale także w naturalnych zbiorowiskach okrajkowych na glebach żyznych w prześwietlonych buczynach, grądach i lasach łęgowych.

A czym tu się martwić, skoro kwiaty duże, z dużą ilością nektaru? Od przybytku głowa nie boli. Otóż są obawy czy jako gatunek inwazyjny nie będzie wypierał naszych, rodzimych. A wtedy zysk byłby związany ze stratą w skali lokalnej jak i globalnej (nie będzie u nas i nie będzie na Ziemi bo wyginie w miejscu naturalnym).

Mamy w lasach naszego rodzimego niecierpka pospolitego (Impatiens noli-tangere). Ta niedotykalska w nazwie roślina ma ciekawe owoce, które przy dotknięciu „strzelają” (gwałtownie się otwierają) i wyrzucają owoce daleko (autochoria). Jakby roślina nie cierpiał, aby ktoś ją dotykał. „Nie dotykaj mnie”… ma w nazwie. Kwitnie na żółto, występuje w obszarze euroazjatycko-zachodnioamerykańskim, w klimacie suboceanicznym. Rośnie w siedliskach wilgotnych, cienistych, w lasach nizinnych oraz górskich. Pierwotnie występowała głównie w lasach jesionowych, olchowych i wiązowych. Ale teraz obecna jest także w borach świerkowych i niektórych zbiorowiskach wtórnych. Nic trwałego na tym świecie.

O niecierpku pospolitym wiemy dużo. To znaczy długo był obecny obok kultur europejskich, stąd lepiej do poznaliśmy w przeszłości. Dlatego w lecznictwie ludowym wykorzystuje się odwar z niecierpka jako środek moczopędnych i przeczyszczający, do przemywania ran (uważano, że wtedy nie powstają blizny), a zawarte substancje o gorzkim smaku powodują wymioty i zawroty głowy. Ziele niecierpka pospolitego używano do farbowania wełny na żółto.

Ale teraz mamy jeszcze dwa niecierpki, obecne w naszej florze. Wspomniany niecierpek himalajski i podobny do pospolitego niecierpek drobnokwiatowy (Impatioens parviflora). Oba mają chyba podobne właściwości (bo i zawierają podobne substancje). Na pełne kulturowe rozpoznanie i wykorzystanie trzeba czasu. Czasu współistnienia.

Niecierpek himalajski w naszym kraju uznany został za gatunek inwazyjny, groźny dla rodzimej przyrody. Mało kto pewnie wie, że jego wprowadzanie do środowiska jest zabronione przez Ustawę o ochronie przyrody. Od 2012 roku także jego import, posiadanie, prowadzenie hodowli, rozmnażanie i sprzedaż wymagają specjalnego pozwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. A więc nie przelewki, tym bardziej, że łamanie tego zakazu traktowane jest jako wykroczenie i grozi karą aresztu lub grzywny pieniężnej.

Ale jeść można. Bo to może będzie jakiś sposób na intruza – po prostu go zjeść. O kulinariach za chwilę. Że problem jest poważny, niech zilustruje to projekt badawczy, realizowany w latach 2014- 2016 w woj. podlaskim, pt. „Niecierpek gruczołowaty – inwazyjny gatunek obcego pochodzenia – inwentaryzacja, rozprzestrzenianie się, metody zwalczania”, na który przeznaczono ponad 800 tys. zł.

Niecierpek himalajski, tak jak nasz rodzimy niecierpek pospolity ma ciekawy mechanizm rozsiewania się. Nazywa się to autochoria –dojrzałe owoce w postaci podłużnych torebek pękają przy dotknięciu lub potrąceniu, wyrzucając nasiona nawet na odległość 7 m. Wyższy to dalej wystrzeliwuje swoje nasiona. A jest ich dużo – jedna roślina produkuje ich do 4 tys., i zachowują długo zdolność kiełkowania. Cechy typowego gatunku inwazyjnego.

W czym problem z tymi gatunkami inwazyjnymi? Przecież od zawsze wszystkie gatunki rozprzestrzeniały się po Ziemi. Gdyby nie dyspersja, żaden by nie przetrwał. A po ustąpieniu lądolodu w całości nasza fauna i flora jest „obca”, bo powróciła z refugiów. Lub przybyła w postaci naturalnej dyspersji. Jak odróżnić procesy naturalne od tych generowanych przez człowieka? Czy wszystko, co związane z wpływem człowieka to złe? Na pewno nie. Ale trzeba mieć to pod jako-taką kontrolą. Ocenia się, że oddziaływanie inwazyjnych gatunków obcych jest obecnie jednym z największych – obok utraty siedlisk – zagrożeń dla różnorodności biologicznej na całym świecie (wypieranie gatunków rodzimych oraz przeobrażanie siedlisk a więc utrata bioróżnorodności sumaryczne w skali globalnej).

Botanicy wśród roślin obcego pochodzenia, zawleczonych za sprawą człowieka, wyróżniają archeofity (zawleczone do roku 1500 – taka umowna granica) oraz kenofity zawleczone po 1500 roku. Wiele archeofitów próbujemy przywrócić środowisku. A to dowód, że nie wszystko co obce i za sprawą człowiek to jest złe.

W każdym razie na niecierpka himalajskiego patrzymy krzywym okiem. A skoro wroga i intruza trudno się pozbyć, to może go po prostu zjeść? Okazuje się, że można. Ważne, żeby rośliny nie były spożywane na surowo, gdyż mają właściwości przeczyszczające i moczopędne. Kwiaty mają słodki smak i w małej ilości można ich używać do jadalnej dekoracji potraw. Liście i miękkie wierzchołki pędów można gotować jak inne warzywa… ale jak piszą w książkach za bardzo smaczne nie są. Z kolei nasiona mają przyjemny, orzechowy aromat. Można je zjadać nawet na surowo. Pojawiają się od września. Można z nich nawet tłoczyć jadalny olej.

Czyli jak będziesz czytelniku na spacerze i zobaczysz okazałego niecierpka himalajskiego, to przysłuż się lokalnej bioróżnorodności i zjedz trochę nasion, kwiatów czy ziela. To będzie kulinarny wymiar patriotyzmu. A przez liczne próby i twórczą inwencję może wymyślimy coś wartościowego do podniebienia… lub domowej medycyny. Dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe (w tym kulinarne) to coś, co ciągle jest tworzone.

Tajemniczy, nagi pogromca karmy dla kotów z Parku Centralnego. Czy da się go zjeść?

Ośliniony przybysz, grasujący w Parku Centralnym w Olsztynie. W sam raz na wakacyjny sezon ogórkowy. Pierwszy raz widziałem bohatera niniejszego wpisu w  rzeczonym parku w 2011 roku, w czasie wycieczki. W tym roku widzę go masowo na drodze do pracy w okolicy dawnego jeziora Płuciduga Mała. Liczniejszy jest od innych ślimaków, i od ślimaka gajowego i od winniczka.

Kim jest – nie wiadomo. Można tylko się domyślać. Na pewno to ślinik. Taki ślimak. Nagi bo bez muszli. Czyli wszystko co trzeba dla ekshibicjonisty w miejskim parku. I jak napisała czytelniczka na moim blogu, w komentarzach „Może komuś takie ślimaki potrzebne? Mam ich od groma i nie wiem co z nimi zrobić …obgryzają kwiatki, jedzą karmę dla kotów.” Ktoś inny szybko dopisał „Podobno skupują je laboratoria bo wydzielina używana jest do kremów, wyczytałam, że płacą za 1 kg 2 zł 50 gr”. Czyli można się pozbyć i jeszcze zarobić.

Pomarańczowe ślimaki sieją spustoszenie w ogródkach i panikę wśród działkowców, zjadają zwłaszcza kiełkujące rośliny. Wyjadają nawet z miski karmę dla kotów. W tym roku pojawiły się i na moim osiedlu. Wyglądają na ślinika luzytańskiego ale może to być także ślinik wielki. Oba gatunki są do siebie bardzo podobne a pewnie odróżnić je można tylko po cechach anatomicznych.

Podobno śluz ślimaków wykorzystuje się do różnych kosmetycznych preparatów. W tym roku, ze względu na ochronę przetrzebionej populacji ślimaka winniczka, w naszym regionie zakazany jest (na rok) zbiór tegoż gatunku. Może więc przemysłowe zainteresowanie znajdzie ślinik? I da podwaliny dla lokalnej biogospodarki? Już nie jako karma ale bioprodukt. A może nawet ktoś wpadnie na lokalne SPA z pilingiem i maseczką śluzową?

Zacznijmy od gatunku inwazyjnego, ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus lub Arion vulgaris – nawet biolodzy-taksonomowie nie są jednego zdania co to tego ślimaka). Należy do rodziny ślinikowatych (Arionidae). To ślimak lądowym, bezmuszlowy (nagi) należący do ślimaków płucodysznych. Należy do tzw. kompleksu ARVC (od pierwszych liter nazw gatunkowych tych ślimaków), obejmującego trudne w identyfikacji, podobne do siebie morfologicznie gatunki: Arion rufus (ślinik wielki, o nim nieco dalej będzie) A. ater, A. vulgaris i A. lusitanicus. Trudno będzie więc jednoznacznie ustalić co za gatunek czynni nam szkody.

Jak znalazłem w opisie gatunku na Wikipedii, A. lusitanicus jest endemitem Półwyspu Iberyjskiego, a gatunkiem inwazyjnym w Europie jest pochodzący z zachodniej Francji A. vulgaris. Takie stanowisko nie jest wśród malakologów (biologów, zajmujących się mięczakami) powszechne. Wszystko przez to, że duża jest zmienność genetyczna tego gatunku (gatunków). Spory więc trwają o to jak potraktować tę zmienność i jak ewentualnie wydzielić granice między taksonami. Taki trochę scholastyczny spór ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki. Paradygmat genetyczny mocno nami zawładnął, a tymczasem ślimaki zjadają rośliny w ogródku. Duża zmienność genetyczna typowa jest dla gatunków inwazyjnych, jak i ich zdolność do hybrydyzacji międzygatunkowej. Zostawmy jednak te dywagacje biologom (naukowcom).

Dorosły ślinik luzytański mierzy od 7 do 15 cm długości, ubarwiony jest w kolorze pastelowo pomarańczowym z lekko szarawo ubarwioną głową i czułkami. Jest wszystkożerny (taki to nadaje się na męża bo nie wybrzydza przy obiedzie). Zjada głównie rośliny ale skorzysta także z drobnej padliny czy martwej materii organicznej. Cechą sprzyjającą inwazyjności jest także jego hermafrodyczności (obupłciowość). Możnaby powiedzieć – nawiązując do popkultury – że jest bardzo gender. Jeden osobnik może złożyć w ciągu roku do 450 jaj. Dojrzałość płciową osiąga po roku a jaja składane są jesienią. Jak podaje literatura, większość osobników ginie zaraz po złożeniu jaj. Mała to dla nas pociecha, bo potomstwo jest liczne.

Ślimaki rozpoczynają kopulację po osiągnięciu dojrzałości płciowej (czyli w wieku 5-8 miesięcy), tj. w trzeciej dekadzie lipca. Temperatura poniżej 10°C ogranicza kopulację, a obniżenie do 5°C całkowicie ją uniemożliwia. Ocieplenie klimatu sprzyja rozprzestrzenianiu się tego gatunku. Po złożeniu jaj większość osobników ginie, reszta zimuje i ginie dopiero wiosną następnego roku.

Po miesiącu od złożenia jaj wylegają się młode – gdzieś w okresie września. Z jaj złożonych później młode osobniki wylęgają się dopiero wiosną następnego roku. Największe zagęszczenie dorosłych osobników przypada na pierwszą połowę sierpnia i utrzymuje się do końca września i połowy października.

Dlaczego ptaki ich nie jedzą? Albo ropuchy? Jaskrawy kolor wskazuje, że chyba ślinik jest niesmaczny. Trochę czasu minie, zanim pojawi się wyspecjalizowany drapieżnik, ograniczający liczebność śliników.

Najprawdopodobniej ślinik luzytański został rozwleczony z materiałem roślinnym lub różnymi odpadkami. W Europie jest gatunkiem inwazyjnym. Dotarł do Islandii i Skandynawii. Sam się na pewno tam nie przedostał, raczej jako pasażer na gapę. Przewozimy w czasie podróży dużo gatunków, część z nich potrafi się zaaklimatyzować i potem sprawiać duży kłopot. Na przykład cuchnący grzyb – okratek australijski – dostał się do Europy w czasie pierwszej wojny światowej na bucie jednego z żołnierzy z Australii.

Wróćmy do ślinika luzytańskiego. W Polsce po raz pierwszy odnotowany został w 1993 roku. Może był i wcześniej, tylko świat naukowy o tym jeszcze nie wiedział. Jest zaliczany do 100 najbardziej inwazyjnych gatunków w Europie. Dotarł także do USA. Biolodzy (taksonomowie) spierać się będą o jego pozycję taksonomiczna a on w tym czasie podbija świat, jako szkodnik ogrodów i pól uprawnych oraz roznosiciel patogenów roślin.

Ale w Polsce występuje także ślinik wielki (Arion rufus), bezmuszlowy (nagi) ślimak lądowy, gatunek synantropijny na Warmii i Mazurach. Zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Dawniej formy barwne uważane były za osobne gatunki. Ślinik wielki, jak sama nazwa wskazuje, to największy krajowy ślinik, długość 10-15 cm, szerokości do 2 cm, zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Kolor związany jest z obecnością w skórze ślimaka dwóch pigmentów: melaniny (czarny kolor) i rufiny (czerwono-rudy). Zawartość tych barwnik uwarunkowana jest genetycznie oraz ekologicznie. Można spotkać osobniki czarne, czerwone, pomarańczowe, rude a czasami nawet żółte. Osobniki młode są jaśniej ubarwione. Dawniej opisywany jako dwa równe gatunki, różniące się ubarwieniem (Arion rufus i Arion ater). W Polsce spotyka się obie formy ubarwienia.

Jest to ślimak wszystkożerny, zjada rośliny, padlinę drobnych bezkręgowców, kał kręgowców. Spotkać go można latem i wczesną jesienią (osobniki dorosłe). W Polsce do niedawna występował jedynie na zachodzie kraju. Ale w ostatnich latach zaczął się pojawiać – jako gatunek synantropijny – także i w innych regionach. Podobnie jak niezwykle do niego podobny ślinik luzytański może opanowywać tereny poddane antropopresji. Żyje na mokrych łąkach przy zbiornikach wodnych. Spotkać go można w lasach różnych typów, w zaroślach, mad zbiornikami wodnymi, na torfowiskach. W ostatnich latach stał się gatunkiem synantropijnym, spotykanym na cmentarzach, ogrodach, parkach. Zazwyczaj występuje masowo i może wyrządzać szkody.

Zewnętrznie nie jest do odróżnienia od ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus) – rozróżnić można tylko po narządach wewnętrznych. Ślinik luzytańki jest gatunkiem w Polsce synantropijnym i obcym (inwazyjnym). Pojawia się w uprawach polnych i ogrodowych, gdzie może być uciążliwym szkodnikiem. Tak czy siak pomarańczowy ślimak u nas jest gatunkiem inwazyjnym, czy to ślinik wielki czy ślinik luzytański.

A jak zwalczać? Ślimaki lubią wilgoć i deszczową pogodę. Ograniczać liczebność populacji śliników mogą pasożytnicze nicienie (wchodzą w skład biologicznych preparatów antyślinikowych, zawierają nicienie z gatunku Phasomorhabditis hermaphrodita, są niezwykle skuteczne i działają selektywnie, są całkowicie niegroźne dla człowieka), pasożytnicze i drapieżne owady (niektóre chrząszcze i muchówki), duże drapieżniki takie jak żaby i ropuchy, jaszczurki, niektóre ptaki, ssaki (jeże, krety). Warto zatem zadbać o „naturalnych wrogów”. Być może dlatego łatwiej rozprzestrzeniają się te ślimaki w środowiskach ruderalnych, gdzie dziko żyjących amatorów ślimaków jest mniej.

Z braku drapieżników trzeba samemu zbierać śliniki, najlepiej rano lub wieczorem, a w czasie wilgotnej pogody także w ciągu dnia (tylko co z nimi potem zrobić? Zjeść czy sprzedać?). Tak jak kiedyś zbieraliśmy stonkę do butelek. Profilaktyka jest najlepsza – kontrolować zanim pojawią się w dużej liczbie. Można posiłkować się różnego typu pułapkami (deski, kuwety, kawałki folii pod którymi kładziemy resztki roślinne a nawet wylewamy … piwo). Pod takich schronieniami, dogodnymi dla śliników, łatwiej jest je znaleźć i wyzbierać.

Wśród ogrodników poleca się osuszanie terenów wokół upraw, wykaszanie rowów i usuwanie naturalnych kryjówek. Warto także sprawdzać rośliny, które się kupuje i przynosi do ogródka, by nie zawlec pasażerów na gapę. Są także środki chemiczne (moluskocydy). Ale nie polecam.

Ślimaki szybko nie biegają, można je wyłapać. Albo zaakceptować i czekać na ekosystemowe procesy regulacyjne. Przecież komuś muszą w końcu posmakować.

Hmmm, a może da się z nich zrobić jakieś wakacyjne danie? Czy ktoś już próbował gastronomicznie wykorzystać ślinika wielkiego lub luzytańskiego?