Jeszcze go nie ma a już jest – kilka uwag o celebrytach w kulturze

Gorączka narodzin królewskiego dziecka (royal baby). Jeszcze się nie narodził a już miał hasło w Wikipedii. Książęce dziecko w Wielkiej Brytanii, a cały, medialny świat tylko tym żyje. Ale przecież ta monarchia nawet na Wyspach nie ma znaczenia, jest turystyczną wisienką. Skąd to zainteresowanie? Świat współczesnych celebrytów, którzy błyskawicznie się pojawiają i znikają. Tak jak w filmie Woody’ego Allena Zakochani w Rzymie z bohaterem Leopoldo Pisanello. Nie wiadomo czemu się nim media zainteresowały i nie wiadomo czemu po kilku dniach przerzuciły się na kogoś innego.

Sława powiązana z historią to dawne dzieje. Teraz sława istnieje bez historii, sława związana z szybko przemijającą teraźniejszością. Tak jak kiedyś w maglu, przy trzepaku, w wiejskim sklepie czy mleczarni. O czymś trzeba gadać. Najczęściej o niczym ważnym. Rozmowa jest tylko sposobem na wspólnotowe bycie ze sobą, na przebywanie. Bo człowiek jako istota społeczna chce być w relacjach z innymi ludźmi.

Historia i dawni bohaterowie to pamiętanie o ważnych dziejach dla ludzi i ludzkości. I to jest trwałe. Próba czasu niszczy celebrytę, bo dokonania są nieznaczące dla ludzkości. Tak jak pogoda – dziś o niej rozmawiamy by rozmawiać, jutro już zajmujemy się pogodą dnia jutrzejszego. Są i sławy, które dopiero po jakimś czasie, czasem po śmierci rozbłyskują. Ale to ze względu na ważność dokonać dla ludzkości. Przykład? Święci chrześcijańscy, za życia najczęściej nieznani, nie celebrowani, nawet prześladowani, szykanowani, pogardzani. Jak dobre wino, trzeba czasu by sława dojrzała i dorobek został uświadomiony. By ważność dokonań sprawdziła się w czynach i przemyśleniach. Prawdziwi bohaterowie najczęściej mają „pod górkę”.

Z bohaterami i celebrytami jest jak z ekosystemem. Pośród różnorodnych, alternatywnych strategii życiowych są i długowieczne drzewa (z długim, niewidocznym dorastaniem przez kwitnięciem i owocowaniem) są i efemeryczne rośliny zielne, szybko się pojawiają, kwitną, wydają owoce i znikają, przemijają. Nim rok upłynie, albo i szybciej.

Dzisiejsza kultura medialna żyje celebrytami. Znani z tego, że są znani (pokazywani). W globalnej wiosce tabloidalne media pełnią rolę magla, wiejskiego sklepu czy mleczarni. W szalonym pędzie wszystko się szybko zmienia, celebryci wymieniani są jak kubeczki jednorazowe w barze.

W tęsknocie za relacjami społecznymi (tymi prawdziwymi relacjami) współczesny człowiek staje się sławoholikiem. Niczym Herostrates, podpalić coś, rozebrać się publicznie na golasa by mieć swoje pięć minut celebryckiej sławy. By być znanym z tego, że się jest znanym (być widzianym przez wielu).

Władza i sława są seksowne, tak twierdzą socjobiolodzy. Celebryci – potężni i seksowni, potrafią przeżyć i reprodukować. Jest w nich coś z samca alfa. Celebryci mają coś z dawnego wodza-lidera czy niegdysiejszego bohatera plemiennego. Przynajmniej nam się tak wydaje.

Ludzie mają unikalną zdolność obserwowania i naśladowania ważnych społecznie zachowań. Więc naśladujemy albo bohaterów albo celebrytów… Grawitujemy w stronę liderów, chcemy zostać uczniem kogoś ważnego, celebryty, autorytetu, chcemy mieć coś w z nim wspólnego – choćby tylko autograf – ogrzewać się w jego sławie, bo stąd bierzemy poczucie dobrego samopoczucia. Wtedy czujemy się jak w plemiennej grupie pod wodzą i opieką bohatera, samca alfa. Dzisiaj to jest celebryta, tabloidalna namiastka bohatera. Stąd pogoń za wielkimi łowcami, bohaterami dzisiejszych czasów.

Celebryta zamienił bohatera w naszej kulturze. Choć bohaterowie nie zniknęli, są tylko w cieniu.

Celebryta sprawia w naszym nieuświadomionym mniemaniu wrażenie utalentowanego lidera, generuje przyjemność przebywania z nim, utożsamianie się z nim. Celebrytę (a dawniej bohatera) wliczamy do kręgu osób „w kontakcie”. Klikniemy na portalu społeczniościowym na fanklub celebryty i już jesteśmy członkami wspólnoty, wirtualnego plemienia. Czujemy się w relacjach i czujemy się dobrze.

Ewolucyjnie mózg nasz przystosował się do utrzymywania relacji z 150-250 osobami (tak twierdzą naukowcy po swoich eksperymentach). W takich grupach żyliśmy setki tysięcy lat. Mogliśmy każdego zidentyfikować, zapamiętać relacje społeczne z nim (przyjaciel, wróg, towarzysz łowów, zrobił mi buty itd.). Podobno w średniowieczu człowiek miał szansę osobiście spotkać do 100 osób w ciągu całego swojego życia. Teraz przegęszczone kontakty powodują, że nasz mózg nie jest w stanie zapamiętać tylu kontaktów i nie jest w stanie wytworzyć tylu relacji. Dlatego nie pamiętamy ludzi lub nasze relacje są powierzchowne. Ja nie pamiętam nazwisk swoich studentów, a jak pamiętam nazwisko to nie wiążę z twarzą i osobą. Kilka godzin zajęć w ciągle zmieniających się grupach i maleńkie porcje informacji. Nie mamy szansy się poznać. Gdzie dawna wspólnota uczących i nauczanych?Tłum odczłowiecza, bo nie jesteśmy w stanie zapamiętać tych relacji. Taka nasza biologicznie ukształtowana przypadłość.

Jeśli widzimy kogoś w telewizji, na portalu internetowych, w gazecie, to czujemy, że znamy te osoby. A kogo widzimy w tabloidalnych mediach? Na przykład tłum reporterów przed kliniką położniczą. Skupiamy się tylko na gwiazdach i celebrytach, reszta to niezidentyfikowana masa, tłum bezimiennym, bezosobowy, przechodnie na ulicy lub w supermarkecie. Ludzi z telewizji rozpoznajemy jako człowieka własnej grupy, społeczności, plemienia. To są paraspołeczne interakcje (czyli podobne do relacji społecznych a nie będące nimi w rzeczywistości, takie atrapy). Telewizja (obraz i język ciała) stwarza iluzję relacji twarzą w twarz, stwarza iluzję relacji osobistych. Dlatego dajemy się na to psychologicznie nabierać i napędzać medialną celebryckość.

Im dłużej kogoś znamy (widujemy) tym bardziej jesteśmy w stanie przewidywać jego reakcje i działania i tym bardziej go lubimy. Co tydzień te same twarze z jednego serialu. Lub gwiazdy i gwiazdeczki z kolorowych pism czy portali – widzimy ich twarze, wydaje się, że ich znamy jak panią z podwórka i pana z sąsiedniej klatki.

Prowincja umożliwia powrót do lokalnej wydolności naszego mózgu i relacji społecznych.
Ludzi jest mniej i możemy wchodzić z nimi w prawdziwe relacje. Prowincja daje nam szansę cieszyć się narodzinami dziecka sąsiada… Być może dlatego tęsknimy za prowincją, za cittaslow, nawet jeśli ta tęsknota objawia się tylko w oglądaniu seriali… imitujących prowincję.