Przypominam, blog Profesorskie Gadanie ma nowy adres internetowy

Nieśmiało przypominam, że blog Profesorskie Gadanie od kilku już miesięcy rozwija się pod nowym adresem internetowym. 

https://profesorskiegadanie.blogspot.com/

Stare wpisy tu oczywiście zostają. Do końca internetowego świata albo i dłużej.

Powyższe zdjęcie pochodzi z Olsztyńskiej Wystawa Dalii 2018 i ilustruje  opowiadanie bajki edukacyjnej w plenerze (kamishibai). Fot. Zofia Barankiewicz (przy okazji dziękuję za udostępnienie zdjęcia).

Blogi są samotne

Lampa_z_ciastkiemBlog ma tę wadę, że jest samotny. Powstaje jednoosobowo, tak jak pisanie rękopisu. Blog daje wolność i ma służyć komunikacji, ale poprzez swoją samotność ma swoje wady. Nie ma recenzenta, czytającego test przed opublikowaniem, nie ma korekty i redaktora. Wszystko skupione jest w jednej osobie. Daje to szybkość publikacji i dużą wolność.

Dobre rzeczy powstają zespołowe. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Na blogu publikuje się niewątpliwie szybciej i z większym marginesem wolności (bez ograniczeń). Własnych błędów jednak się za bardzo nie widzi.

Kiedy druk (papierowy) był kosztowny to wydawca chciał mieć pewność, że publikowany tekst jest wartościowy. Tak powstały recenzje przed drukiem, jakże typowe dla nauki i publikacji naukowych. Zazwyczaj jest nawet 2-3 recenzentów by wyeliminować stronniczość i ewentualne błędy. Owszem, ma to swoje wady – wiele wartościowych tekstów było odrzucanych z racji zbytniej rewolucyjności i dużej oryginalności. Recenzje dodatkowo wydłużają cykl wydawniczy: trzeba wysłać, dać czas na przeczytanie i zrecenzowanie, ponownie wysłać do aura itd.

W czasopismach popularnych rolę recenzenta pełni redaktor. Czyta, poprawia, sugeruje zmiany. Rolą recenzenta i redaktora jest wczuć się w sytuację czytelnika i sprawdzić czy tekst jest zrozumiały, piękny i wartościowy. Korekta wychwyci błędy logiczne, stylistyczne, literowe. W zespole i wielokrotnym czytaniu tekst ma szanse być poprawiony i opublikowany bez błędów i w lepszej formie. Ale wydłuża to czas publikacji i czasem.. zabija wartościowe wypowiedzi.

Blog daje wolność i szybkość publikacji. Ale obarczony jest możliwością nieczytelności i błędów. U mnie sporo jest błędów literowych. Czytam 2-3 razy… a i tak za jakiś czas widzę kolejne. Publikowanie w Internecie jest tanie, dlatego tak dużo tekstów się ukazuje, także i w formie blogowej. Zupełnie nowy rodzaj wypowiedzi i literatury. Z oczywistymi zaletami i wadami. Jest inaczej.

Tak jak wielu ludzi, uczę się tej nowej formy już od ponad 10 lat. Jest to rękopis, do którego zagląda wielu mieszkańców globalnej wioski. Wielu jest piszących, mniej czytających (w przeliczeniu na jednego bloga). Duża różnorodność kultury. Cywilizacyjnie jest to zupełnie nowa sytuacja . Próbujemy to zrozumieć….

Mocne rozpoczęcie roku szkolnego

wrzesien_wejscia_na_bllogW minionym tygodniu (początek września) na moim blogu odnotowałem 13 769 wejść (tak przynajmniej wskazuje licznik). To więcej niż przeciętnie w ostatnich miesiącach. Ale górki i dołki są czymś normalnym. Na dodatek popularność jest tylko elementem dodatkowym. Nie jest dla mnie wyznacznikiem tego co i jak mam pisać. Piszę bo chcę, niczego nie muszę. Dużo bardziej przydatne są bezpośrednie kontakty z czytelnikami. Bo rozmowa lub korespondencja to znacznie pełniejsza komunikacja niż sucha statystyka.

Kiedy zaczynałem, ponad 10 lat temu, średnio dziennie było kilka wejść. Potem systematycznie liczba wejść rosła. W ostatnim roku średnio było to 300-500 odwiedzin dziennie. I tylko czasem zainteresowanie wzrastało do kilku tysięcy. Za każdym razem wiązało się to z umieszczeniem tekstu (przedruk – o ile do internetu można takiego słowa użyć) gdzież w jakimś serwisie informacyjnym (wraz z linkiem). Czasami link zamieszczany był na jakimś forum dyskusyjnym lub w facebookowej grupie. Jest to jakaś forma ewaluacji – odbierania dalekich i mniej precyzyjnych sygnałów o odbiorze treści.

Pierwszy tydzień września – jak mogę wywnioskować ze statystyk i źródeł ruchu sieciowego – odnotował zwiększone wejścia z linków umieszczonych na Facebooku. I chyba dotyczył wpisu na temat modliszki. Sam tekst opublikowany był dwa lata temu. To przykład na to, że blog jako forma komunikacji nie jest ulotny i przemijający jakby się mogło wydawać. Dzięki wyszukiwarkom, słowom kluczowym a także różnym linkom na wielu portalach i serwisach, nawet do dawnych treści można dotrzeć i przeczytać. I zareagować. Pojedynczy wpis nie jest tylko czytany w ciągu kilku dni od napisania.

Statystyki bywają zwodnicze. Wejście nie oznacza czytania… więcej niż samego tytułu. Jakimś wyznacznikiem, poza statystyką, są polubienia poszczególnych artykulików (ale dotyczy tylko osób z kontem na FB), dalsze udostępniania na FB czy Google + a także wykorzystanie w formie „przedruku”. Raz opublikowany żyje swoim życiem. I są oczywiście komentarze. Ale i komentarze bywają zwodnicze, bo czasami mogę odnieść wrażenie, że komentujący przeczytał tylko tytuł… i dyskutuje ze swoimi wyobrażeniami o temacie a nie z rzeczywistym tekstem (wypowiedzą).

Teksty publikowane są na wolnej licencji – ułatwia to upowszechnianie treści. Blog jest swoistą formą upowszechniania wiedzy. Internet trochę ułatwia śledzenie efektu i wpływu. Wszystkiego jednak poznać się nie da. I bardzo dobrze.

Blogowanie jest dla mnie formą porządkowania myśli jak i sposobem komunikowania się nie tylko ze studentami ale i formą edukacji pozaformalnej. Blogowanie ma swoje ograniczenia. Ale ma niezaprzeczalny walor szybkiego i szerokiego docierania do czytelników. Czytelników bardzo zróżnicowanych zarówno w zakresie wiedzy ogólnej, wiedzy przyrodniczej jak i zawodu, wieku, kapitału społecznego itd. Mieści się w uniwersyteckiej misji  upowszechniania wiedzy. Odbiorca-student jest tylko dużo bardziej zróżnicowany, co wymusza uczenie się zupełnie nowych form wypowiedzi i prezentowania poglądów. W małych (krótkich) porcjach oraz do bardzo zróżnicowanego odbiorcy.

W ciągu dekady blogowania dorobiłem się nie tylko licznych czytelników ale własnych, osobistych hejterów. Nieliczni, ale są, wierni i zajadli. Piszą mi całkiem nową biografię. Sam jestem zaskoczony tym, co robiłem w ich mniemaniu. Mieć własnych hejterów to jednak coś. Czuje się doceniony. Najwyraźniej wywieram wpływ. A że docieram do różnych osób, o różnym poziomie wiedzy i kultury dyskusji, to i takie efekty „ewaluacyjne” się trafiają.

10 lat blogowania

blogczachorowskicopy

Nawet nie zauważyłem, że dwa tygodnie temu minęła 10. rocznica mojego blogowania. Pierwszy wpis ukazał się 16 sierpnia 2005 roku („W końcu dojrzałem„). W ciągu tej dekady umieściłem 1500 wpisów. Statystyki wskazują, że blog w tym czasie odwiedzony był blisko pół miliona razy (28 sierpnia wieczorem było to dokładnie 489330 wejść). Początkowo było to po kilka wejść dziennie, teraz po kilkaset (czasem po kilka tysięcy, gdy jakaś gazeta umieści link na swoim portalu do wybranego tekstu). Na kilku portalach mój blog był lub jest podlinkowany, czasem artykuły (jak nazwać wpis blogowy? Ta krótka forma nie jest ani esejem, ani felietonem, ani artykułem…) były „przedrukowywane” (ot, nawet przedrukiem tego nazwać nie można, bo nic nie było drukowane) na innych portalach przyrodniczych czy edukacyjnych.

Dużo się w ciągu tego czasu nauczyłem, poznałem zupełnie inną rzeczywistość komunikacji. Miałem okazję wielokrotnie rozmyślać nad komunikacją w trzeciej rewolucji technologicznej. I nad tym jak się świat zmienia.

10 lat profesorskiego gadania. Chyba dużo. Mimo wielu niedoskonałości technicznych tego serwisu, jakoś nie chcę go porzucić. Powoli dojrzewa we mnie myśl, by wybrać część tekstów, poprawić i spróbować wydać w wersji papierowej, czyli trwałej i uporządkowanej. Takie przyzwyczajenie człowieka starszej, papierowej epoki. Chyba, że wymyślę zupełnie coś innego.

ps. ilustracja to baner ze strony PTTK, gdzie linkowany był mój blog.

10 lat Bloxa… i moje 9 lat pisania

Prawie 9 lat temu zacząłem pisać bloga. Nie wiem czemu mój wybór padł ba bloxa. Zapewne ta platforma pierwsza mi się wygooglowała. Albo z innych powodów rzuciła się w oczy. W każdym razie w sierpniu 2005 roku to był mój nieporadny pierwszy raz. Wtedy wydawało mi się, że późno dołączam do blogosfery. Okazuje się jednak, że w tym roku Blox obchodzi 10-lecie istnienia. To za rok i ja będę obchodził jubileusz :).

Przerzuciłem się na blogowanie z dwóch powodów. Po pierwsze sprowokowali mnie studenci (konsultacje e-learningowe), po drugie zarządzanie stroną www było kłopotliwsze. Wraz z Bloxem wszedłem w nowy etap pisania "w chmurze". Wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem….

10 lat w rzeczywistości elektronicznej i internetowej to wiek cały. Sam nie potrafię programować. Mój blog na Bloxie jest więc taki trochę siermiężny i starodawny. Kilkakrotnie próbowałem z innymi platformami, bardziej nowoczesnymi, dającymi większe edytorskie możliwości. Ale Bloxa nie opuszczam. Żal byłoby porzucać tyle lat pracy. I emocjonalnej historii blogowania.

Razem z Bloxem nauczyłem się wiele. I ciągle się uczę. Pisanie uczy. Ale jednocześnie jest jakąś formą kształcenia ustawicznego. Jest też notatnikiem do gromadzenia myśli i pomysłów. Notatnika, do którego zaczynam coraz częściej zaglądać i wykorzystywać dawniej zapisane pomysły.

Zdjęcie u góry pochodzi z magazynu "Made in Warmia & Mazury", a artykuł dotyczy blogowania. Moje blogowanie zaczęło się właśnie na Bloxie…

Najpierw było po kilka odwiedzin dziennie. Potem systematycznie rosło. W miarę upływu lat i rozwijania moich umiejętności pisania, wpisy blogowe bywały przedrukowywane, linkowane i komentowane w różnych innych miejscach. Blog stał się opiniotwórczy. I coraz liczniej odwiedzany (zobacz przykład). Nie wiem ile wpisów przez te 9 lat zamieściłem. Statystyka wskazuje mi tylko liczbę komentarzy – a jest ich 1574. Natomiast liczba odwiedzin wyświetla się taka: 290311. Ale statystyki nie mają znaczenia. Ważniejszy jest sentyment…

A dlaczego warto pisać? Kilkakrotnie już to wyjaśniałem (np. tu)

Tak więc przechodzę do rzeczy 100 lat Bloxie

(100 lat w internecie to jak 1000 dla cywilizacji)

Cewebryci i blogplebs w trzeciej rewolucji technologicznej a sprawa misji uniwersytetu

Kiedyś nowe słowa, zwłaszcza o ambicjach naukowych, pochodziły z greki lub łaciny. Teraz – z języka angielskiego. W starych naukach (powstały w dawnych czasach) dominuje łacina. Tak jest w biologii, ale w nowych jej działach, które teraz się rozwijają, np. biologii molekularnej nowy źródłosłów jest już pochodzenia angielskiego. Bo angielski jest międzynarodowym językiem nauki (tak jak kiedyś łacina a jeszcze wcześniej greka).

Blogi i internet są bardzo nowymi wynalazkami. Słownictwo z nim związane chyba w całości pochodzi z języka angielskiego. Makaronizmy współczesne takie właśnie są. Słowo obce mądrzej brzmi. Na przykład influencer.

Influencer (od ang. influece – wpływ, oddziaływanie) to osoba wpływowa. Influencer ważny jest w handlu i promocji konsumpcji, bo influecer po prostu poleca lub odradza jakiś produkt, a osoby będące pod jej wpływem często postępują tak jak im on sugeruje.
Trzecia rewolucja technologiczna to nie tylko decentralizacja i rozproszenie produkcji energii (głównie za sprawą energii odnawialnej) czy internetowa decentralizacja kontaktów społecznych i fragmentacja przekazu społecznego. To także rozdrobnione gwiazdorstwo i mikro celebryctwo (cewebryci, kolejne nowe słowo). W reklamie nie wystarczy zatrudnić jedną twarz znaną z telewizji – celebrytę, gwiazdę. Promowanie marek można powierzyć influencerom, np. blogerom, mikrocelebrytom we własnym „plemieniu”. Są sławni dla swoich 15 osób, ale jest ich wielu.

Politycy jeszcze lekceważą blogerów. Bo co to jest te przysłowiowe 15 osób, czytające blog? Tak jak Stalin kpił z papieża – ile ma on dywizji czołgów. Jednak polityku nie drażnij cewebryty!

„Warto inwestować w liderów opinii, nawet jeśli nie są aż tak wpływowi jak gwiazdy z dużego ekranu, czy nawet z małego. I warto także liczyć się z konsekwencjami ich zdenerwowania. Dlaczego? Ano dlatego że to era social media. Gdzie każdy ma głos.” Mały też coś może, więc nie można go lekceważyć. Handel tę prawidłowość już dostrzega. Pora żeby i środowisko akademickie dostrzegło.

W internecie nie wszyscy są równi, o influencerów trzeba dbać bardziej, bo mają większą siłę społecznego wpływu i szerszy zasięg oddziaływania. Są sieciowymi mikrocelebrytami czyli ceWEBrytami.
Cewebryci – celebryci webu (sieci), słowo i pojęcie pojawiło się za sprawą książki Michała Janczewskiego pt. „CeWEBryci, czyli sława w sieci”. Autor opisuje relację między internetem a sławą. Kino stworzyło gwiazdę, radio i telewizja – celebrytę, a prasa tabloidowa – celetoida (kolejne nowe słowo). Internet wykreował nowy byt – cewebrytę, influencera, wpływowy digitaruiat czy kognitariat. (czytaj więcej na ten temat)

Naturalnym środowiskiem cewebryty jest blogosfera (i portale społecznosciowe takie jak Facebook., Tweeter, Google+ itd.). Blogorzey to grupa bardzo różnorodna i trudna do zaklasyfikowania. Zjawisko dopiero co się narodziło i rozwija się na naszych oczach. Pierwsze próby akademickiego opisania, usystematyzowania i poklasyfikowania nie za bardzo się jeszcze udają.
Celebryctwo dzisiejszych czasów jest straszliwie pofragmentowane, co więcej, ten trend będzie postępował. Typowe jest to dla glokalizacji (globlokalizmu) – powrót do lokalności i niszowości. Przed rewolucją przemysłową większość kultury była lokalna. Ograniczana była przestrzenią (możliwością dojścia na pieszo lub podróży konno). Rewolucja przemysłowa zniosła bariery przestrzeni i umożliwiła globalizację (ułatwiła szybkie i dalekie podróże oraz telekomunikację). Trzecia rewolucja przemysłowa, której częścią jest internet, umożliwia powrót do lokalności i bliskich relacji.

Wracamy do nisz lokalnych, ale już nie ograniczonych przestrzenią lecz siecią kontaktów w ramach własnego „plemienia”.
Blogera nie obowiązuje prawo prasowe* i linia jego redakcji (nie da się więc przez szefa zakneblować blogującego), oraz inne wytyczne. Pisze to co myśli i to co chce. Rolą kształcenia uniwersyteckiego jest aby myślenie blogera było na wysokim poziomie. Bo jest to wypowiedź autorska i subiektywizm wpisany jest w treść. Ale żeby pisał, to musi się tego nauczyć. Tak jak dziecko mówić.

Skoro blogowanie, jak i inne formy współczesnego mikro-pisarstwa, staje się powszechne, to może warto wpisać w misję uniwersytetu nauczenie się…. pisania w nowoczesnych mediach. W zasadzie wypowiadania się, bo to nie tylko poprzez pismo. To będzie nie tylko element budowania identyfikacji społecznej ale dostarczanie niezbędnego narzędzia komunikacji we współczesnym świecie.

Techniczna łatwość pisania i upubliczniania tekstów (przekazów w ogóle, bo przecież jest i obraz i film i dźwięk) może powodować, że teksty są na słabszym poziomie niż wypracowane teksty redakcyjne starych mediów. Choć jeśli zajrzeć do współczesnych gazet… to poziom tam ewidentnie się mocno obniżył (za sprawą systematycznego cięcia kosztów). Notki blogerskie są bardziej spontaniczne i nie są korygowane czy poddawane obróbce korektorskiej lub recenzenckiej. Owszem, są wyjątki, ale w głównej masie jakość zdradza mniejsze dopracowanie.
Większość tekstów blogowych rzeczywiście jest bardziej amatorska, bo… pisana przez amatorów.

Zatem dla jakości kultury ważne jest to jak… nauczymy naszych studentów blogować. Jak nauczymy ich dziennikarstwa obywatelskiego i rzetelności w przekazie publicznym. Przyda się im to zarówno zawodowo jak i prywatnie, kulturotwórczo.

Nauka pisania i blogowania pisana w misji uniwersytetu? Tak, bo od tego zależy czy nasi absolwenci będę influencerami i digitariatem (lub kognitariatem) czy zmarginalizowanym, informacyjnym lumpenproletariatem.

W tym roku próbowałem organizować „konieczność” blogowania moim studentom (wpisane w formę zajęć). Po wspólnych próbach, zdobytych doświadczeniach oraz po lekturze kilku ciekawych książek i artykułów oraz przemyśleniach** (których fragmentem jest ten wpis), w przyszłym roku akademickim odważniej i z większą pewnością i poczuciem sensu będę włączał blogowanie do zajęć dydaktycznych. Kolokwium i sprawozdanie z ćwiczeń (obserwacji, eksperymentu) można napisać na papierze ręcznie, długopisem, można na komputerze w formie pliku lub wydruku, a można i w formie… bloga. Dwa w jednym, nauka rzetelności i naukowej staranności w sprawozdaniu oraz nauka internetowej formy wypowiedzi. Bo przecież mamy ambicje kształcić digitariat a nie e-wykluczonych, zmarginalizowanych kulturowo klientów pomocy społecznej.

* ale obowiązuje blogera prawo autorskie i kodeks karny – nie może więc bez konsekwencji wypisywać tego, co mu ślina na język przyniesie a palce na klawiaturę. Blogowanie to wypowiedź publiczna.

** Pisanie jest dla mnie formą uporządkowanego myślenia.

Słów kilka na Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich

Dzisiaj w zasadzie jest moje święto, bo 23 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. W mediach zazwyczaj zapomina się o tym drugim członie – prawach autorskich. Naukowcy czytają, piszą i otrzymują wynagrodzenie z tytułu praw autorskich. Prowadzenie badań naukowych i nauczanie to w zasadzie powinna być praca twórcza, autorska (i najczęściej tak jest). A z prawem autorskim, plagiatami, kształceniem studentów, wiedzą open source i open access  spotykamy się coraz częściej w dyskusjach, prowadzonych w różnych miejscach i na różnym szczeblu. Temat i święto jak najbardziej na czasie w sensie globalnym i cywilizacyjnym.

Warto nie tylko czytać ale i respektować prawa autorskie jak i uwalniać wiedzę na wolnych licencjach, bo taka otwarta wiedza sprzyja innowacyjności i zawsze mieściła się w ideałach uniwersyteckiej nauki. W zderzeniu z nowymi technologiami na nowo przemyśleć musimy wiele spraw. Coraz więcej obywaleli – ze względu na coraz wyższe wykształcenie – na co dzień stosować musi prawo autorskie, w teorii i praktyce. Trzeba je więc w pełni zrozumieć. Bo jak nauczyć pisania i poprawnego korzystania z dorobku autorskiego, gdy się tego nie rozumie?

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich narodził się w 1995 r. (ojcem jest UNESCO ale matką europejska Katalonia). To doroczne święto, którego celem jest promocja czytelnictwa, edytorstwa i własności intelektualnej ochronionej prawem autorskim.
Pomysł narodził się w 1926 r. w hiszpańskiej Katalonii. Wtedy to wydawca Vicente Clavel Andrés przypomniał, że 23 kwietnia w Katalonii hucznie obchodzone jest święto narodowe i patrona tego regionu – Świętego Jerzego. Zgodnie z długą tradycją w Katalonii obdarowywano w ten dzień kobiety czerwonymi różami, mającymi symbolizować krew pokonanego przez Św. Jerzego smoka. Z czasem kobiety zaczęły odwzajemniać się mężczyznom podarunkami w postaci książek.

Nie mogę uwierzyć w ogłaszane statystyki czytelnictwa, że niby 60% społeczeństwa nie przeczytało w ciągu ostatniego roku żadnej książki. A czy kiedyś czytano więcej? A czy w tych statystykach uwzględniono czytanie tekstów w internecie? Czy uwzględniono czytelnictwo podręczników i literatury fachowej? Bo zapewne mniej czytamy (kupujemy?) książek czytanych dla rozrywki – konkurencją są inne media i inne formy. Rynek wydawniczy informuje jednocześnie, że stale wzrasta kupowanie książek takich jak poradniki, podręczniki, literatura specjalistyczna i fachowa. Bo Polacy się kształcą od przedszkola do seniora.

Jestem przekonany, że czytamy więcej, tyle tylko że inaczej i inne książki.
Co więcej, Polacy bardzo dużo piszą: blogi, esemesy, "ćwierkają", wypowiadają się pisemnie na portalach społecznościach. To są inne formy, przede wszystkim krótkie, niczym aforyzmy. Ale forma wynika z czasów i nośnika. Inaczej ale nie mniej!

Jak święto to i świętować warto, publicznie i prospołecznie (tworząc miejską przestrzeń publiczną). Przecież książka jest formą kontaktu międzyludzkiego. Dlatego wezmę aktywny udział w czytelniczym happeningu "Przyłap Olsztyn na czytaniu" (zobacz wydarzenie na FB) pod olsztyńskim ratuszem.

Przyniosę książę Januarego Weinera pt. "Życie i ewolucja biosfery". Jeszcze nie wiem, który fragment wybiorę do głośnego odczytania. To oczywiście jest książka naukowa (podręcznik akademicki), ale takie książki mogą być dobrze napisane i ciekawe w czytaniu, nawet do poduszki. Książki naukowe i popularnonaukowe to też książki, które są czytane a wydaje mi się, że w statystykach czytelniczych nie są ujmowane. W kieszeni będę miał e-booka z lekturami szkolnymi :). Czytanie to czytanie, nie ważne czy z papieru czy z ekranu :).