Puszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową czyli wystawa na Noc Naukowców

1dninauko2016tytulowyPuszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową, a na pewno europejską. Jest ostatnim fragmentem w miarę pierwotnej puszczy na nizinach. Jest europejskim laboratorium, w którym uczymy się jak rozsądnie gospodarować w lasach, także gospodarczych. Jest swoistym, ekologicznym „wzorcem z Sevres” a jednocześnie „magazynem gatunków”. I ja miałem przyjemność nie tylko odwiedzać Puszczę ale i prowadzić tam badania nad chruścikami. Stosunkowo pierwotny krajobraz powoduje, że ekosystemy wodne wraz z żyjącymi tam gatunkami (np. chruścikami) są dobrym punktem odniesienia do badania zmian antropogenicznych w wodach śródlądowych nizinnej części Europy.

W Puszczy Białowieskiej żyje wiele unikalnych gatunków zwierząt, roślin i grzybów, niektóre gatunki spotkać można tylko tu. Te gatunki mogą nam „się przydać”, zarówno w przemyśle farmaceutycznym, medycynie jak i szeroko pojętej gospodarce XXI w. Z tych właśnie powodów w wielu miejscach świata chroni się bioróżnorodność (różnorodność na poziomie genetycznym, gatunkowych oraz ekosystemowym).

Na zbliżającą się Europejską Noc Naukowców przygotowałem wystawę zdjęć z krótkimi opisami oraz QR Kodami, linkującymi do obszerniejszych artykułów  (wykorzystanie mobilnego Internetu). Funduszy starczyło na 6 plansz. Po wystawie 30 września można będzie plansze pokazywać w innych miejscach – łatwa do transportu i zawieszenia (jeśli by znalazły się fundusze to przygotuję kolejne plansze o przyrodzie Puszczy Białowieskiej z moimi zdjęciami).

Wystawa jest relacją z badań przyrodniczych, prowadzonych na terenie Puszczy Białowieskiej wraz z elementami kultury materialnej, zachowanej wokół Puszczy. Są to zdjęcia unikalnej przyrody Puszczy Białowieskiej oraz wyniki badań (linki), dotyczące owadów wodnych różnych siedlisk, ze szczególnym uwzględnieniem chruścików (Trichoptera). Uwzględnione zostało także siedlisko martwego drewna w Puszczy Białowieskiej i w lasach gospodarczych (warto ten wątek w przyszłości rozwinąć w postaci dodatkowych plansz). Przyroda może być podstawą rozwoju gospodarczego i rynkiem pracy dla społeczności lokalnej. Nie tylko w okolicach Puszczy Białowieskiej.

Bogactwo grzybów jest ogromne, jedna plansza poświęcona jest palcom umarlaka (lokalna nazwa grzyba).  Wiele z nich to gatunki saproksyliczne, żyjące na martwym drewnie. W naturalnym lesie martwego drewna jest dużo – stanowi ono ok. 30 % żywego drzewostanu (czasem nawet do 50%). W naszych lasach gospodarczych, gdzie martwe drewno jest usuwane a próchniejące drzewa wycinane, tych gatunków jest znacznie mniej bo uboższe jest siedlisko martwego drewna..

Rzadkie gatunki roślin, grzybów i zwierząt są atrakcją turystyczną. Nad rozlewiska Biebrzy i Narwi corocznie przyjeżdżają rzesze turystów oglądać dziką przyrodę. I to w miesiącach tradycyjnie „nieturystycznych”. Podobnie jest z Puszczą Białowieską i innymi parkami narodowymi. A my ciągle nie mamy swojego Mazurskiego Parku Narodowego… Przyroda wokół nas jest jak muzeum lub galeria sztuki. Potrzebny tylko dobry przewodnik, który nam o tym opowie lub aktualny „katalog wystawowy”.

Wbrew pozorom Puszcza Białowieska nie jest dziewiczym terenem. Nawet w rezerwacie ścisłym widać dawne działania ludzkie (na wystawie nie zmieściły się fotografie ilustrujące ten proces). Jednak skala zmian jest niewielka. W Polsce żyje około 35 tys. gatunków bezkręgowców, z których około 26 tys. to owady. W Puszczy Białowieskiej wykazano obecność 11 700 gatunków bezkręgowców, ale żyje tu najprawdopodobniej ich 22 tys. Sam,  w czasie badań zbiorników wodnych Puszczy, spotkałem dwa nowe dla Parku Narodowego gatunki chruścików. A wydawało się, że chruściki (Trichoptera) należą do dość dobrze poznanej grupy na obszarze Puszczy.

Puszcza w obecnych granicach to niewielki stosunkowo obszar. Dla zachowania tej unikalnej przyrody konieczne jest rozszerzenie granic obecnego parku narodowego. Nie kłóci się to z rozwojem gospodarczym. Przyrodnicza sława Puszczy Białowieskiej przyciąga nie tylko naukowców z całego świata, ale także i turystów. Rocznie sam park narodowy odwiedza ponad 100 tys. turystów z całego świata. Miejscowości i gminy, które wykorzystują turystykę przyrodniczą, wyraźnie się rozwijają. Te, które stawiają na przemysł drzewny, wyraźnie są w stagnacji gospodarczej. Tak więc rozszerzenie granic parku narodowego to nie tylko wartość naukowa i przyrodnicza ale to także wartość gospodarcza. W Puszczy Białowieskiej jest dużo martwego drewna. A jest to unikalne siedlisko dla wielu gatunków grzybów, bezkręgowców i ptaków. Ale taka sytuacja jest tylko w parku narodowym. Pozostała część puszczy przypomina las gospodarczy. Chodzi więc o to, aby sensowną ochroną objąć większe obszary Puszczy Białowieskiej. Rozszerzenie granic parku narodowego jest mądrą i długofalową inwestycją, która z pewnością nam Polakom się opłaci.

Badania nad larwami chruścików Puszczy Białowieskiej przeprowadzone zostały w 2010 roku w kilku ciekach (strumienie i małe rzeczki) oraz zbiornikach okresowych. Wcześniej badane były jedynie imagines odławiane do światła (Mohammad et al. 1987, Czachorowski 2001, Gutowski et al. 2009). W zebranym w 2010 r. materiale wykazano dwa gatunki Trichoptera nowe dla Białowieskiego Parku Narodowego oraz 10 nowych dla Puszczy Białowieskiej. Dwa nowe gatunki są typowym elementem małych, śródleśnych rzeczek o piaszczystym dnie.

Mam wielką nadzieję kontynuować badania nad chruścikami i wodnymi bezkręgowcami Puszczy Białowieskiej…

czytaj także: http://copernicanum.blogspot.com/2016/09/puszcza-biaowieska-dziedzictwo.html

Szablak krwisty na przystanku czyli czekanie na okazję

14055022_158671641203594_53531032610080554_nPrzystanek kojarzy się z czekaniem (oczekiwaniem). Ale co do tego ma ważka szablak krwisty (Sympetrum sanguineum)? Już wyjaśniam. Będzie także o edukacji pozaformalnej w nietypowej formie i o planach na przyszłość.

W dobie powszechnych samochodów osobowych czekanie najczęściej kojarzymy ze staniem w korku lub na światłach (sygnalizacja świetlna). Ale dawniej powszechniejsze było wystawanie na przystanku, czekanie na okazję by ktoś podwiózł, gdy autobusu długo nie było. A generalnie z czekaniem na autobus. Bo a nuż przyjedzie trochę szybciej (więc trzeba być wcześniej). A zazwyczaj autobus się spóźnia, zwłaszcza przy złej pogodzie. Lub z powodu korków. Tak jak w sezonie turystycznym w okolicach Zakopanego. Nie dość że autobusy jeżdżą poza planem (różnie spóźnione, czasem bardzo dużo) to niekiedy jadą inną trasą, by ominąć korki. A przy okazji niektóre przystanki…

Jednym słowem przychodzisz na przystanek i czekasz. Sam lub w towarzystwie. Czekanie kojarzy się z nudą. Wiejski przystanek to miejsce publiczne, gdzie młodzież dawniej przesiadywała, wypisywała różne frazy na ścianie, i brzydkie i miłosne. Edukacja dość wątpliwa, czasem tanie wino i papierosy. Edukacja na przystanku kojarzy się z czymś złym, niepożądanym. I te nasze wiejskie przystanki (miejskie też) wyglądają zazwyczaj marnie: brzydkie, pogryzdane, zdewastowane.

Za sprawą artystów świat może być jednak inny. Anna Wojszej od jakiegoś czasu maluje przystanki. I nie jest to zwykłe malowanie lecz z podtekstem edukacyjnym. Utrwala lokalną bioróżnorodność. Przykładem jest szablak krwisty, który znalazł się na jej przystankowym dziele (pośród innych roślin i owadów).

Szablak krwisty (Sympetrum sanguineum) jest jednym z pospolitszych gatunków szablaków, żyjących w Polsce. Samce mają pięknie ubarwiony odwłok. Podobne czerwone zabarwienie ma także kilka innych gatunków. Ale można je od siebie odróżnić. Samica szablaka krwistego jest żółto-brązowa lub czerwonawa, a po bokach ma niebieskawy nalot.

Szablaka krwistego w stadium imago (czyli owada dorosłego) najczęściej spotkać można od czerwca do października nad różnego typu niewielkimi zbiornikami i stawami rybnymi (zwłaszcza tymi okresowo osuszanymi). Omawiane ważki jaja składają najczęściej poza wodą (a przecież jak wiadomo larwy ważek żyją w wodzie!), gdzieś na brzegu zbiornika, wśród traw i mchów. Jaja mają wielkość około 1 milimetra, uważne oko więc może je wypatrzeć. Trzeba tylko wiedzieć czego i gdzie szukać. No i kiedy. Na początku szablakowe jaja są białe a potem ciemnieją i stają się ciemnobrązowe. Zimują szablaki w stadium jaja. Dopiero wiosną kolejnego roku, gdy zbiornik wypełnia się wodą, jaja zalewane są wodą i wylęgają się z nich larwy. Larwy więc tak jak na ważki przystało żyją i rozwijają się w środowisku wodnym.

Jasne jest już więc powiązanie szablaka krwistego z przystankiem i czekaniem. To jaja tych ważek oczekują na zalanie wodą a za sprawą artystki z Wipsowa szablak krwisty znalazł się na przystanku w Wójtowie. A skoro już są przyrodniczo ozdobione przystanki, które cieszą oko przejeżdżających i oczekujących, to wpadłem na pomysł by wykorzystać je edukacyjnie. Taka edukacja przyrodnicza na przystanku. Nie jakieś tak odkrycia małolatów typu „ch… i p… w nocy gwizda” ale edukacja przyrodnicza, przybliżająca lokalną przyrodę. Kiedyś byliśmy blisko niej, teraz znacznie częściej poznajemy świat z telewizji i internetu. A że prawie każdy ma już smartfon z internetem, to zamierzam dołączyć do już istniejących ilustracji przystankowych krótkie opowieści o tym, co na przystanku. By sobie poczytać. Na przykład o czekaniu w czasie czekania.

13938039_158671724536919_8465559600083746074_o

Na letniej konferencji w Warszawie (Inspiracje 2016 – zobacz wystąpienie)  podawałem przykład przystanków, wymalowanych przez Annę Wojszel, jako możliwość nietypowej edukacji pozaformalnej. Właśnie się dowiedziałem, że pomysł ten naśladować będą w Wielkopolsce. Jak powstaną, to pokażę.

Wszystko zaczęło się mniej więcej dwa lata temu na plenerze w Tumianach, gdzie miałem okazję spotkać się z Anną Wojszel i w czasie pracy rozmawiać o różnorodności biologicznej wokół nas. Powstały nie tylko warmińskie malowane kamienie. Ale narodził się pomysł gadających dachówek… a teraz dojrzał i wykrystalizował się pomysł z edukacyjnymi przystankami. Dużo pracy przede mną by te przystanki edukacyjnie przemówiły donośnym głosem, słyszalnym daleko. Jak już skończę, to pokaże rezultaty.

Tymczasem jeszcze jedno wyjaśnienie autorki, jakie niedawno pojawiło się na Facebooku „Tu powstanie warmińska łąka” – tak napisałam na ścianie, zaczynając prace nad nowym, malowanym przystanku autobusowym na drodze DK 16 – Wójtowo w czasie ulewy :-)… i powstała łąka z kwiatami, trawami, ważkami, motylami i warmińskim słońcem. Przystanki autobusowe – miejscem nieformalnej edukacji przyrodniczej i piękną wizytówką Warmii… Łąki, kwiaty, ważki… Myślę, że to właśnie stanie się naszą nowoczesną warmińską tożsamością…dziękuję Stanisławowi Czachorowski emu za inspirację”. To ja dziękuję, za tak owocną i przyjemną współpracę. Inspiracja idzie we dwie strony. Efekt synergii.

Warto zajrzeć na stronę „Artystycznie malowane przystanki

Niniejszy wpis ilustrowany jest fotografiami Anny Wojszej.

13620239_1240438509301338_5559714645170625874_n1

Regionalna bioróżnorodność czyli o ziołach we wianku, kłobuku i smoku wawelskim

Regionalne Święto Ziół (15 sierpnia 2016) w  Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku. Wydarzenie przede wszystkim edukacyjne. Dobre połączenie dziedzictwa kulturowego i przyrodniego (zobacz zdjęcia). I ja miałem tam krótkie, edukacyjne wystąpienie.Było to etnograficzne spojrzenie na lokalną różnorodność biologiczną z ziołami w roli głównej.

Dawniej ludzie postrzegali świat jako całość, gdzie rzeczywistość materialna przenikała się z duchową. W przyrodzie obecne były więc różne duchy, demony a czarami i zaklęciami można było wpływać na rzeczywistość materialną. Magia była jak inżynieria czy medycyna – pozwalała (w mniemaniu naszych przodków) wpływać na rzeczywistość.  Różnorodne zioła były wykorzystywane do pośrednictwa między światem duchowym i materialnym. Dawniej więc podawano zioła choremu by wygonić złe duchy i w ten sposób przywrócić zdrowie. Obecnie także podajemy zioła chorym, ale inaczej objaśniamy ich działanie: za pomocą związków chemicznych i procesów fizjologicznych. Skutek ten sam ale wyjaśnienie zupełnie inne.

Wiele elementów z dawnych wierzeń zachowało się w zwyczajach ludowych jako mniej lub bardziej uświadamiane zwyczaje. Traktujemy je jako dziedzictwo kulturowe. To, co kiedyś było obrzędem, teraz jest kulturowym obyczajem. I jedynie etnolog odszukuje w nich ślady dawnego życia i dawnego widzenia rzeczywistości.

W wykładzie podałem kilka przykładów z ziołami (np. bylica pospolita, podbiał, arcydzięgiel, barszcz zwyczajny, lebioda, pokrzywa) ze wskazaniem elementów etnograficznych jak i współczesnej wiedzy biologicznej. Większość informacji opublikowałem wcześniej na moim blogu – można sobie wyszukać. Nie będę ich tu powtarzał.

W nazwach gatunkowych wielu gatunków owadów zachowały się nazwy dawnych demonów słowiańskich (świtezianka, rusałka topielica, żyrytwa itd.) – a bez owadów wiele gatunków roślin nie byłoby w stanie się rozmnażać. Wspominałem także o Kłobuku i o tym jak naukowcy ożywili Smoka Wawelskiego jako gatunek biologiczny.

Współczesna gospodarka oparta na wiedzy interesuje się ziołami: nie z powodu magicznych właściwości ale jako surowiec do przemysłu medycznego, kosmetycznego i spożywczego. Element etnograficzny wykorzystywany jest natomiast w turystyce. Bo któż nie lubi przygody z szukaniem kwiatu paproci w noc świętojańską?

Arcydzięgiel litwor – tatrzańskie ziele o magicznej (i nie tylko) mocy

Litworowka_2016Trwa dekada różnorodności biologicznej (2011-2020), ogłoszona przez ONZ a niedawno zakończył się Rok Oskara Kolberga. Są to wystarczające powody by w czasie Europejskich Targów Produktów Regionalnych wypowiedzieć się biologicznie i etnograficznie zarazem. Arcydzięgiel litwor znakomicie łączy dziedzictwo kulturowe z dziedzictwem przyrodniczym. Roślina niezwykła, która może się stać elementem wyróżniającym tatrzańskie dziedzictwo kulinarne.

Angelica archangelica opisana została przez Linneusza w 1753 roku. Ale wcześniej ta roślina już była znana i używana przez ludzi w wielu miejscach. Dlaczego Linneusz nazwał tak anielsko? Nawet arcyanielsko? To się wyjaśni w dalszej części. Obecnie częściej używana jest nazwa Archangelica officinalis (dawniej także Angelica sativa, nazwa wskazująca na roślinę uprawianą). Polskie nazwy ludowe są równie ciekawe: dzięgiel, dzięgil, dzięgielek, Dzyagyl, dzyengyl, cyngiel, dzięgiel wielki, dzięgielnica, dzięgiel lekarski, arcydzięgiel, angelika, litwor, lubszcza, anielskie ziele, archangielski korzeń, anielski korzeń. Część z nich to wykorzystanie nazw łacińskich, inne są tajemnicze i kuszą, aby poszukać ich pierwotnego znaczenia. Po chorwacku zwana jest trawą Świętego Ducha, po czesku korzeniem Świętego Ducha. Związek z duchowością ma na pewno. Ale jaki i dlaczego?

Arcydzięgiel litwor należy do rodziny baldaszkowatych (selerowatych). Występuje w stanie dzikim w górzystych i wilgotnych terenach Europy i na Syberii. W Polsce podgatunek typowy rośnie w Sudetach i Karpatach (na niżu – jak podają niektóre książki – prawdopodobnie jest zdziczały, czyli taki, który „uciekł z upraw” a pierwotnie tam nie występował). Podgatunek nadbrzeżny występuje w pasie wybrzeża bałtyckiego i w dolinach rzek. Arcydzięgiel litwor często jest mylony z popularnym w całym kraju arcydzięglem leśnym (dzięglem leśnym). Arcydzięgiel litwor to roślina dwuletnia, na dodatek uprawiana w wielu krajach. Dla ludów dalekiej północy arcydzięgiel litwor był w zasadzie jedyną rośliną, którą można było uprawiać w tamtym klimacie. Lapończycy gotowali świeże baldachy (kwiatostany) arcydzięgla w mleku reniferów, aż potrawa uzyskała konsystencję sera. U nas od dawna łodyga arcydzięgla była używana do zaprawiania wódek i likierów oraz kandyzowana do dekoracji ciast i tortów. I do odpędzania złych mocy.

W Polsce spotkać można inne, podobne gatunki (lub podgatunki): dzięgiel leśny (Angelica silvestris), rosnący w zaroślach i na podmokłych łąkach na terenie całej Polski oraz arcygdzięgiel nadbrzeżny (Archangelica litoralis), rosnący w wilgotnych lasach, podmokłych łąkach i nad brzegami wód, nad Bałtykiem na Pomorzu, rzadziej w głębi kraju.

Arcydzięgiel był i jest wykorzystywany nie tylko kulinarnie ale i leczniczo. Surowcem zielarskim są korzenie, łodyga i liście. Działa dobrze na żołądek (na trawienie), rozkurczowo, uspokajająco, moczopędnie, przeciwbólowo, przeciwbakteryjnie. Ale działa także fotouczulająco (odpowiedzialna jest za to furokumaryna) – zatem po spożyciu nie należy wystawiać skóry na bezpośrednie działanie słońca, bo mogą pojawić się stany zapalne. Wyizolowano z arcydzięgla ponad 100 różnych związków chemicznych, wykorzystywanych medycznie. Są to olejki eteryczne, związki kumarynowe i furanokumarynowe, garbniki, kwasy organiczne, flawonoidy i sole mineralne. Niektórzy twierdzą, że arcydzięgiel zawiera czynnik pobudzający wytwarzanie interferonu (sprzyja obronie organizmu przed wirusami). Dzięgiel to pewnie dawna nazwa ludowa i słowiańska. Arcydzięgiel, zapewne jest nazwą późniejszą, wtórną i powstała od nazwy łacińskiej, odnoszącej się do archanioła (nie wspominając o angelice).

A litwor? Cóż litwor znaczy? W dawnych słownikach można znaleźć informacje, że litwor to określenie ludowe, konkretnie nawet góralskie. Możliwe, że słowo „litwor” powstało jako zniekształcone „likwor”. Likwor to przestarzałe określenie na napój, zazwyczaj alkoholowy, napój babci (bo co dawne i przestarzałe to musi być babci lub dziadka). Wcześniej pojęcie to jeszcze oznaczało wódkę lub nalewkę, likier, wyrabiany dawniej, aromatyczny i słodki napój alkoholowy. Arcydzięgiel wykorzystywany był dawniej do wyrobów nalewek i napojów alkoholowych. Zapewne ze względu na jego aromatyczne właściwości. Natomiast kandyzowane łodygi używane były do ciast i wódek. Mamy więc zbieżność daleko idącą, aby uznać, że litwor wziął się od likworu. Wszystko zaczęło się od Arabów, którzy przejęli wiedzę po starożytnych Grekach i Rzymianach. Mowa o destylacji wina. We wczesnym średniowieczu, przy przejmowaniu wiedzy od Maurów, Europejczycy posiedli tajemnicę destylacji alkoholu. Zajmowali się tym alchemicy, poszukując kamienia filozoficznego i wody życia. Potem w klasztorach produkowano różne eliksiry i nalewki na z wykorzystaniem arcydzięgla. Nie dziwią więc nazwy odnoszące się do aniołów, Archanioła Gabriela czy Świętego Ducha. Likwory produkowali mnisi (i ewentualnie alchemicy). Niektóre likwory były pewną obroną przeciw czarom – niczym archanioł. Już sama nazwa Archangelica skłaniała by dodać tego zioła (roślinę) do likworów zabezpieczających przed złymi czarami. Likwor archangelika, likwor dzięgiel, arcydzięgiel likwor.

We wczesnośredniowiecznych klasztorach mnisi oraz alchemicy z destylowanego alkoholu sporządzali eliksiry lecznicze. A zatem najpierw były eliksiry (z nazwy arabskie). Potem pojawiły się już bardziej łacińskie w słowie likwory (liquori – płyny), będące swoistymi nalewkami. Później dodawano coraz to najróżniejszych ziół i tak powstawały likiery ziołowe – eliksiry życia (zdrowia). Jednym ze starszych i bardziej znanych są benedyktynki. Zapewne i naszego arcydzięgla dodawano to likworów. Nazwa więc mogła przejść i na roślinę – dzięgiel, arcydzięgiel, co do litworów jest dodawany – arcydzięgiel likwor, arcydzięgiel litwor (określenie podhalańskie).

Jeść na świeżo – to jest właśnie lokalne dziedzictwo. Korzystanie z surowców sezonowych i lokalnych. Ale lekarstwa potrzebne wtedy, gdy chorujemy, a nie gdy arcydzięgiel rośnie. Zatem pozostaje robić przetwory. Można albo zasuszyć albo od razu zakonserwować. Alkohol etylowy w większym stężeniu jest dobrym rozpuszczalnikiem (ekstrahuje z surowca roślinnego różne substancje) oraz jest jednocześnie dobrym konserwantem. Nic dziwnego, że od dawna wykorzystywany jest do różnych eliksirów leczniczych, zdrowotnych i likierów do delektacji. Nalewka z dodatkiem arcydzięgla stosowana jest na wiele różnych dolegliwości. Alkoholowe wyciągi z korzeni i owoców arcydzięgla w połączeniu z innymi surowcami roślinnymi, używane są do wyrobu aromatycznych wódek oraz likierów ziołowych np. sławnej benedyktynki. A teraz po międzynarodową sławę ubiega się podhalańska litworówka, która ma szansę stać się produktem regionalnym.

Arcydzięgiel litwor jest gatunkiem chronionym więc go zrywać, niszczyć ani pozyskiwać ze stanowisk naturalnych nie wolno. Można pozyskiwać jedynie z upraw. Z owoców dzięgla leśnego wyrabia się proszek przeciw owadom. Młode pędy także są wykorzystywane jako warzywo, a korzenie do wyrobu nalewek. Na dalekiej północy, Samowie, przez nas Lapończykami zwani, wytwarzali z łodyg tej rośliny prosty klarnet o nazwie fadno. Stare opisy przedstawiają fadno jako prosty klarnet o tęsknych tonach, sprawny muzycznie jedynie przez czas, gdy łodyga jest żywa. Ulotna muzyka, ulotny instrument. We Francji z arcydzięgla sporządza się smakowite konfitury, natomiast na północy Europy arcydzięgiel używany jest jako jarzyna. Skandynawowie wysoko ceniąc go jako lekarstwo, warzywo i przyprawę nadali mu nawet nazwę europejskiego żeńszenia.

Arcydzięgiel to już trochę zapomniana przyprawa kuchenna (korzeń i nasiona) oraz roślina lecznicza (korzeń, łodyga, liście, nasiona). Jest także rośliną ozdobną, uprawiana w ogródkach przydomowych. W średniowiecznych klasztorach arcydzięgiel był uprawiany i wykorzystywany pod nazwą ziela Świętego Ducha. Mnisi żuli kłącza i ziele arcydzięgla, wierząc że jest dobrym środkiem na długowieczność. W tamtych czasach skutecznie likwidował zapalenia jamy ustnej i dziąseł. Arcydzięgiel był składnikiem średniowiecznego leku, zwanego teriakiem, uniwersalną odtrutką i lekiem przeciw zarazie. Tych ostatnich w dawnych czasach nie brakowało. Skoro chronił przed zarazą to nic dziwnego, że uważano za przyczyniającego się do długowieczności.

Arcydzięgiel litwor działa uspokajająco podobnie jak waleriana. Pobudza wydzielanie soków, przez co ułatwia i przyspiesza trawienie, reguluje fermentację i usuwa nagromadzone gazy. To wszystko przez oddziaływanie na mikroflorę jelitowa (czyli bakterie i grzyby tam żyjące, w naszym wewnętrznym małym ekosystemie. Litwor wykazuje właściwości bakteriostatyczne (hamuje rozmnażanie bakterii). Przy dolegliwościach reumatycznych i stanach zapalnych korzonków nerwowych stosuje się spirytus arcydzięglowy do wcierania. W średniowieczu stosowano także zewnętrznie: „korzeń na szyję zawieszony zmartwienie odpędza i serce czyni wesołym”. Możliwe, że sama litworówka w jeszcze większym stopniu serce czyni wesołym i zmartwienie odpędza. Ale z lekarstwem trzeba ostrożnie, nie przedawkować. Bo zaszkodzi.

W arcydzięglu litworze jest duży potencjał, nie tylko kulinarny i leczniczy ale i kulturowy oraz gospodarczy. Uprawiany może być podstawą do różnorodnych regionalnych wyrobów, silnie kojarzonych z Podhalem.

Kolczasty pasożyt co straszy w jeziorze Jasnym i o tyfusie od zielonych jabłek

Kiedyś każde jezioro, bagno, uroczysko, miało swojego utopca, rusałki czy inaczej zwanego demona, co na życie ludzi czyhał. Dzisiaj również wymyślamy strachy, czasem w dobrej, wychowawczej intencji. Przykładem jest Bosmina co na zdrowie kobiet ponoć czyha. I to w Jeziorze Jasnym. Czy ta Bosmina to jakaś nowa, współczesna rusałka, samowiła, południca czy inna latawica? Zaraz wyjaśnię.

Czasem w argumentacji, zwłaszcza z dziećmi, idziemy na skróty. Zamiast długiego uzasadnienia (bo wymagałoby to naświetlenia wielu spraw) straszymy policjantem, kominiarzem i czym tam tylko jeszcze, co pod ręką jest: „jak nie będziesz grzeczny to cię ten pan zabierze.”

Z dzieciństwa pamiętam smak niedojrzałych, zielonych jabłek papierówek. Kwaśne, małe, ale myśmy na podwórku zrywali i zjadali. Bo to były pierwsze owoce. Dziecięca niecierpliwość. Rozsądku w tym nie było, bo gdyby poczekać, to byłoby więcej większych i smaczniejszych owoców – rozpływających się w ustach delikatnych papierówek. Trochę było w tym syndromu wspólnego pastwiska.

Dorosły jest wybredniejszy w smaku, kwaśnego jabłka nie zje. Ale dzieciaki to inna kategoria. Myśmy jedli, czasem po pierwszym ugryzieniu – wyrzucali. Dorośli nas straszyli, że od jedzenia zielonych (niedojrzałych) jabłek można dostać tyfusu. Nie wiem, czy w to wierzyli, czy to był tylko „tani” sposób na ochronę niedojrzałych owoców. Intencje z tym tyfusem niby dobre – wychowawcze i dla ochrony jabłek, by miały czas dojrzeć. Ale myśmy i tak jedli, tylko z uzasadnieniem, że nie wolno po zielonych jabłkach pić zimnej wody – bo dopiero wtedy na tyfus zachorujemy. A poza tym, było już dawno to po wojnie, żadnego tyfusu na oczy nie widzieliśmy, więc nie był dla nas groźny.

Może ktoś tę bujdę z tyfusem wymyślił, by owoce chronić… ale potem takie zabobony żyją swoim życiem. Są rozpowszechniane… z pokolenia na pokolenie. A jak ktoś odkryje fałsz, to brak zaufania rozciąga na szersze spektrum zjawisk i… osób. Niby więc intencje dobre ale skutek bywa opłakany. W dalszej perspektywie. Może więc warto włożyć wysiłek i nie tylko dziecku od razu uzasadnić prawdziwy sens oszczędzania niedojrzałych jabłek? Przy okazji można uczyć odpowiedzialności za wspólne dobro. Trudne. Wymaga wysiłku w wielokrotnym argumentowaniu. Ale daje trwały efekty na lata, nie tylko w odniesieniu do niedojrzałych papierówek.

Po tym dłuższym (ale uzasadnionym) wstępie pora przejść do rzeczonej Bosminy. Na Facebooku pojawiła się gorąca prośba: „Stanisław Czachorowski – wzywam na pomoc w objaśnieniu tego stworka z Jasnego.” Chodziło o tego stwora, zamieszczonego na ilustracji wyżej. Z początku nie zrozumiałem w pełni sytuacji. Bo, to co widać, to przecież skorupiak, wioślarka (Cladorera). Bardzo oryginalny kształt pozwolił odszukać i doprecyzować, że to z rodziny Bosminidae, rodzaj Bosmina, gatunek najprawdopodobniej Bosmina coregoni. Zajrzałem na podlinkowany film, z wykładem, gdzie Bosmina jako groźny pasożyt się pojawiła.  I tam usłyszałem niezwykłą informację, że oto ta Bosmina występuje w Jeziorze Jasnym (to akurat nie jest nic dziwnego) i że jest kolcogłowym pasożytem, zagrażającym kobietom, które w jeziorze by się kąpały. Sugestia była jednoznaczna i poparta autorytetem pracownika Parku Krajobrazowego. Że niby jest mała, ta Bosmina, i żyjąc w kwaśnych wodach jeziora dystroficznego może przenikać do narządów rodnych kobiety i tam dalej żyć w środowisku kwaśnym, stając się pasożytem.

Teraz zrozumiałem alarmistyczny wpis na Facebooku z prośbą o wyjaśnienie. Kobiety mają prawo być zaniepokojone. Bać się czy nie bać, choć to nie demon lecz zwierzę? Co prawda o czymś takim (pasożytnictwie bosminy) nigdy nie słyszałem. Bosmina wydawała mi się po prostu planktonicznym skorupiakiem i nic więcej. Ale skoro ponoć można w jeziorze zarazić się rzęsistkiem pochwowym (nie weryfikowałem tego poglądu, ale wielokrotnie go słyszałem z różnych ust), to może i coś z tym skorupiakiem może być na rzeczy. Szybko sięgnąłem do internetu oraz książek hydrobiologicznych i parazytologicznych. Ani śladu o przypadkach bytności bosminy (skoro nazwę spolszczam, to pisane już z małej litery, bo przecież krowa, koń i okoń też piszemy małą literą, wyżej używałem nazwę Bosmina jako nazwę własną, tak jak imię – nie odnosi się to do nazwy naukowej) w kobiecym ciele, ani tym bardziej jakimkolwiek pasożytowaniu.

Obejrzałem ponownie podlinkowany film. Tym razem nie tylko krótki fragment o opisywanym skorupiaku ale całość, by poszukać dodatkowych szczegółów i zrozumieć kontekst. Okazało się, że opowieść o pasożytniczym skorupiaku referujący usłyszał od pracownika Parku Krajobrazowego Pojezierza Iławskiego, gdy ten „nakrył” ich na kąpieli w rezerwacie. Jezioro Jasne ma czystą wodę, ale jest rezerwatem. Kąpiel jest zabroniona. Bo kapiący się ludzie nie tylko zakłócają ciszę i przyrodniczy mir, ale i nieświadomie eutrofizacją wodę (wprowadzając biogeny), co jest zgubne dla przyrody całego ekosystemu jeziornego. Najprawdopodobniej historię o bosminie wymyślili pracownicy parku by odstraszyć od kąpieli w rezerwacie. Zapewne człowiek bardziej dba o własne zdrowie niż o wspólne dziedzictwo przyrodnicze (bioróżnorodność). Musiałby taki przeciętny turysta zrozumieć czym są jeziora oligotroficzne i dystroficzne, czym jest i jakie skutki przynosi eutrofizacja i jak człowiek do tego się przyczynia.

Raz puszczona bujda (nawet w dobrych intencjach) skutecznie się rozprzestrzenia, narastając stopniowo legendą. A czy chroni jezioro? Nie jestem pewien, Mężczyzn nie odstraszy. Ponadto może ktoś się nie wykąpie, ale wysika się nad jeziorem. Dostarczy biogenów (azot i fosfor). Lub wyrzuci śmieci do jeziora. Kolczasty pasożyt w ten sposób mu nie zaszkodzi, ale ekosystem jeziora na pewno na takim procederze straci.

Skoro już wiemy że Bosmina coregoni nie jest groźnym dla człowieka pasożytem, to dowiedzmy się o tych skorupiakach czegoś więcej. Na stronach angielskojęzycznych dowiedzieć się można że ma nazwę water flea. Pchał wodna? Ale jest to określenie wszystkich wioślarek. W naszych wodach spotkać możemy pchlicę wodną (Podura aquatica), ale to jest „owad” bezskrzydły, skoczogonek. Również dla człowieka w pełni bezpieczny – nazwę swą wzięła od sposobu poruszania się po powierzchni wody. Nawet Erazm Majecki w swym „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” z 1894 roku nie odnotowuje polskiej nazwy dla rodzaju Bosmina. Podaje tylko czeską nazwę – chobotnatka. Też uroczo. Natomiast nasza słoniczka odnosi się do innego gatunku.

Bosmina coregoni Baird, 1857 (synomim Eubosmina coregoni) – to pełna nazwa gatunkowa tytułowego kolczastego „potwora”. Oczywiście pewności całkowitej nie mam, że to ten gatunek. Bo nie jestem specjalistą od skorupiaków i planktonu a oznaczałem tyko na podstawie dostępnych mi książek. Bosminidae żyją w pelagialu i litoralu jezior oraz innych w zbiornikach wodnych (jeden żyje w wodach morskich). Występują na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą). Na świecie znanych jest 18 gatunków, w Europie – 8, a w Polsce cztery. Bosmina longispida występuje w północnej Polsce a B. maritima w wysłodzonych wodach Morza Bałtyckiego. Pozostałe gatunki są pospolite: B. coregoni i B. longirostris.

Bosmina coregoni występuje w wielu odmianach (różniących się morfologicznie), charakterystycznych dla różnych typów troficznych jezior. Na dodatek tak jak i u innych gatunków z rodzaju Daphnia, występuje cyklomorfoza – w ciągu roku kolejne pokolenia różnią się wyglądem. Zmienia się np. kształt głowy. Dawniej naukowcy tłumaczyli to zjawisko zmianami w temperaturze i gęstości wody, obecnie popularniejsze jest wytłumaczenie ekologiczne: obroną przed małymi drapieżnikami (pozorne zwiększanie wielkości ciała i utrudnianie schwytanie). Bosmina coregoni występuje także w Północnej Ameryce, gdzie dostała się jak gatunek zawleczony, najprawdopodobniej z wodami balastowymi. Tam jest gatunkiem obcym.

Ale to nie wszystkie niezwykłości związane z bosminą. Należy do tych planktonicznych skorupiaków, które wykonują dobowe wędrówki do góry i w kierunku dna. W nocy podpływają ku górze, gdzie jest więcej pokarmu (fitoplankton) natomiast w ciągu dnia kryją się głębiej, gdzie światło nie dochodzi. Dla takiego małego skorupiaka codzienna wędrówka w górę i na dół, kilkanaście metrów, to duży wysiłek. Ale jeść się chce a drapieżnik groźny. Te dobowe, pionowe wędrówki także tłumaczone są unikaniem drapieżników. Szczątki bosminy dobrze zachowują się w osadach dennych, dlatego wykorzystywane są przez hydrobiologów w różnorodnych analizach paleolimnologicznych. Bosmina coregoni zanika w miarę eutrofizacji jezior a jej miejsce zajmuje B. londirostris. Zatem kąpiel w Jeziorze Jasnym (rezerwat przyrody) groźny jest nie dla człowieka ale dla tejże Bosmina coregoni.

Myślę, że warto odwoływać się do poczucia odpowiedzialności za otaczającą nas biosferę i bioróżnorodność. Wystarczy moim zdaniem solidna edukacja by w poczuciu odpowiedzialności turyści nielegalnie nie kąpali się w rezerwacie. Ani innych złych dla przyrody działań nie podejmowali. Trudniejsza droga, ale skuteczniejsza w długiej perspektywie czasowej.

ps. Jeśli napisać – bosmina, to oznacza zwierzę (nazwa spolszczona), jeśli Bosmina – to imię własne domniemanego wodnego demona, a jeśli Bosmina – to oznacza naukową nazwę rodzajową. Niewielka różnica w pisowni a wiele zmienia w odbiorze. Tak jak laska i łaska. Jedna kreseczka, jedna litera.

Fot. Krystyna Kasprzak z prezentacji, wyświetlanej na ekranie

Tulipina czyli gorzkie i kręte drogi poszukiwań kulinarnych

13095848_1047463645315521_8849496352094343176_n

Tulipina to trujący związek, występujący w tulipanach. Notowano zatrucia u zwierząt domowych, które zjadały tulipany. Wcześniej pisałem już o odnalezionym, starym przepisie kucharza na sok z dzikich leśnych tulipanów (linki na dole tekstu). Trucizna, deser czy eksperymenty kulinarne? W globalnym świecie na co dzień cieszymy się niewyobrażanym bogactwem smaków i kompozycji kulinarnych. Na nasze doznania pracowały tysiące pokoleń naszych przodków, którzy z głodu i ciekawości próbowali chyba wszystkiego. Nauczyli się nawet konsumować rośliny i zwierzęta trujące… przez lata doskonaląc sposoby przygotowania.

Próbowali z głodu, magii i szukając zdrowia. Dlaczego magii? Bo dla naszych przodków świat duchowy i realny przenikały się, stapiały w jedno. Magia bardzo podobna jest do inżynierii – także stara się za pomocą różnych działań wpłynąć na rzeczywistość. Czasem nawet to działało. I nie myślę tylko o efekcie placebo ale biologicznym działaniu ziół. Tyle tylko, że błędna teoria (podejście teoretyczne, model świata) inaczej wyjaśniała działanie lecznicze ziół i niejednokrotnie prowadziła na manowce.

Ale wróćmy do tulipiny i  dzikich tulipanów (leśnych – na zdjęciu wyżej, zdjęcie nadesłane przez czytelniczkę mojego bloga). Po moich publikacjach na blogu o żółtych, leśnych tulipanach,  w komentarzach (i na e-maila) czytelnicy nadesłali wiele informacji o miejscach występowania tejże rośliny. Zastanawiałem się, czy dzikie (botaniczne) żółte tulipany naturalnie występowały w lasach północnej Polski, czy też jako dzikie (bo innych nie było lub były bardzo drogie) były uprawiane i „zdziczały” a dużo stanowisk przetrwało do dzisiaj. Licznie podobno występują na Żuławach. Delta Wisły stosunkowo niedawno została osuszona i zagospodarowana. Dlatego mogły się tam pojawić jedynie jako przydomowe, ogródkowe uprawy, sztucznie wprowadzone (Holendrzy przywieźli je ze sobą, ze swojej ojczyzny?). Po dawnych mieszkańcach żuławskich wsi pozostały pamiątki – stare nagrobki oraz rozkwitające po zimie rośliny cebulkowe. „Cykliczny wysyp kwiatów na dawnych grobach dokumentuje wiarę w zmartwychwstanie i życie wieczne, do którego śmierć jest tylko bramą.”  W podobny sposób wiele gatunków roślin zadomawia się w naszym krajobrazie, czego przykładem są archeofity. Ale jest jeszcze jedna możliwość, bazująca na prawidłowości dziczenia ras hodowlanych. Możemy obserwować to na przykładzie naszych miejskich gołębi. Pozostawione same sobie, po latach swobodnego krzyżowania się, powróciły do ubarwienia dzikiej formy.

Tulipomania rozkwitła w XVII wieku. W pewnych okresach niektóre odmiany kosztowały majątek. Moda minęła. Dawni mieszkańcy Prus Wschodnich odeszli. Być może tulipany pozostawione same sobie  „zdziczały”, wracając do swojej pierwotnej, niewyselekcjonowanej przez człowieka, formy? Mówiąc językiem biologicznym – zmienił się nacisk selekcyjny. Pewną wątpliwość co do takiej interpretacji budzą małe i izolowane populacje dzikich, leśnych tulipanów. Czy do powrotu do formy dzikiej nie jest potrzebne krzyżowanie się różnych odmian?

Ale wróćmy do trującej tupiliny. „Tulipan ogrodowy (Tulipa gesneriana) jest trujący, ponieważ cała roślina zawiera trujący alkaloid tulipinę. Tulipina działa toksycznie na rdzeń przedłużony oraz zakończenia nerwów czuciowych a także pobudzająco na wydzielanie gruczołów, podobnie jak akonityna. Poza tym wywołuje ciężkie uszkodzenia serca. Zatrucia mogą się zdarzyć wskutek pomylenia cebulek tulipana z cebulą jadalną (cebule tulipanów mają jednak inny kształt, zwykle są mniejsze i nie mają charakterystycznego zapachu cebuli). Możliwe są także przypadki zjadania kwiatów przez dzieci.” Czy tego nie wiedział kucharz, przygotowujący sok z dzikich tulipanów?

A może wszystko zależy od ilości? Kiedyś kandyzowano nawet konwalię majową. I zjadano. Też roślina trująca. Czy sok z leśnych tulipanów (ściśle miodowy wywar) mógł być trujący? Podobne związki do tulipiny występują w wawrzynie (listek bobkowy – liści wawrzynu na co dzień używamy w naszej kuchni)). Liście zawiera do 3% olejków, w skład których wchodzą m.in.: cyneol, terpeny, geraniol itd. W większych ilościach liść laurowy jest toksyczny. Olejki eteryczne zawierają znaczną ilość goryczy i garbników – stąd charakterystyczny ostry i gorzki smak. Ale przecież odrobina goryczy w potrawach jest przez nas pożądana. Zwłaszcza w przetworach. Suszone liście są używane jako przyprawa do bigosu, gulaszu, mięsa, marynat itd. Liście odstraszają szkodniki – wkładane są do szaf, gdzie przechowuje się żywność. Znajdują też zastosowanie w perfumerii. Tyle dobrego… ale nadmiar może szkodzić.

Podobnie jest z wieloma ziołami – nadużywanie zamiast wyleczyć może zaszkodzić zdrowiu i życiu. Potrzebna jest wiedza. A na tę wiedzę pracowaliśmy przez tysiące lat i tysiące eksperymentów. Przypomnę, że wiedza to nie tylko zbiór faktów ale i teoria, porządkująca te fakty w spójny i całościowy system. Eksperymentowano na samych sobie. Z bardzo różnymi skutkami. Nasza dzisiejsza rozkosz podniebienia okupiona została wieloma ofiarami. Można to sobie uzmysłowić na przykładzie pomyłek przy zbieraniu grzybów – co roku słyszymy o zatruciach, w tym nawet śmiertelnych.

Czy sok z dzikich tulipanów warto przywrócić lokalnej tradycji kulinarnej (dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze)? Kuszące. A może trzeba wpierw dokładniej zbadać zawartość i efekty obróbki kulinarnej? Bo przecież ważna jest nie tylko sama zawartość związków potencjalnie toksycznych w surowych owocach, kwiatach czy roślinach. Istotne jest to, co się dzieje podczas obróbki kulinarnej (termicznej i innej). Gastronomia wiele trucizn i niejadalności zamienia w zdrowe rozkosze podniebienia.

Więcej artykułów o dzikich, leśnych tulipanach

Niezwykłości przyrody regionu – ogrody i gatunki obce

DSCN8128Jadąc na wykład i koncert do Lidzbarka Warmińskiego (w ramach koncertów letnich Pro Musica Antiqua), w Smolajnach widziałem licznie rosnący barszcz Sosnowskiego. Gatunek obcy dla naszej przyrody. Sprowadzony z Kaukazu jako pasza dla bydła. W tej roli roślina ta nie sprawdziła się. Zaprzestano uprawy… ale barszcz „uciekł” z pól i rozprzestrzenił się po całym kraju. Ma właściwości fotouczulające i może doprowadzić do bolących oparzeń skóry. Zagraża więc nie tylko lokalnej przyrodzie jako gatunek obcy ale i człowiekowi. Dlatego bywa zwalczany (jak widać nieskutecznie). Ot, taki kłopotliwy skutek uboczny eksperymentów w produkcji roślinnej.

Ale nie samych chlebem człowiek żyje. W przydomowych ogródkach i pałacowych ogrodach uprawiamy rośliny dla samej ich urody. Poszukujemy piękna, w przyrodzie i w muzyce.

Barwne kwiaty powstały na drodze koewolucji z owadami zapylającymi. Kolorowy kwiat i zapach zbawiają owady, które szukając nektaru przy okazji roznoszą pyłek i wspomagają rozmnażanie się roślin. Kwiaty więc powstały dla owadów, a nie dla człowieka. Niemniej zachwycamy się ich urodą. Hodujemy w ogrodach. W ten sposób rozpoczął się nowy etap koewolucji roślin z człowiekiem. Selekcja hodowlana podąża innymi już torami. Na przykład róże, które kupujemy w kwiaciarni pięknie wyglądają… ale już nie pachną. Ich rozwój uzależniony jest nie od owadów zapylających lecz od człowieka (i jego zabiegów rozmnażania roślin).

Do małych i dużych ogrodów przynosimy rośliny z okolicy, ale także przywozimy z egzotycznych krajów. Stąd elementy obce w naszym krajobrazie. Czasami takie gatunki uprawiane w ogrodach dla ozdoby „uciekają”, to znaczy rozsiewają się poza ogrodami. To gatunki obce. Niektóre z nich odnajdują dobre warunki do życia i szybko kolonizują teren. To gatunki inwazyjne. Ze względu na fakt wypierania gatunków rodzinnym, stanowią zagrożenie dla lokalnej bioróżnorodności. Przykładem może być nawłoć, niektóre rdestowce czy niecierpki.

Niektóre gatunki obce zadomowiły się na trwałe w naszej kulturze i przyrodzie, np. kasztanowiec. Czy wiele archeofitów na które nie bardzo już zwracamy uwagę. Egzotyczne i ciepłolubne gatunki nie przetrwałyby w naszym klimacie. Tak powstały różnego rodzaju oranżerie (pomarańczarnie) – ogrody w budynkach i „pod szkłem”.

Ogrody to także kolekcje roślin a więc zaczątek ogrodów botanicznych i kolekcji naukowych. Dawniej były  jedyną możliwością poznania przyrody dalekich krajów (gdy nie było telewizji, internetu i łatwości podróży). Ogrody to nie tylko pojedyncze rośliny ale i kompozycje krajobrazowe. Zwłaszcza te duże ogrody, zakładane przy pałacach i innych arystokratycznych siedzibach (obecnie w przestrzeni publicznej miast i kurortów).

Pojęcie piękna zmienia się na przestrzeni wieków. Czasem za piękno uważamy krajobraz w pełni ukształtowany przez człowieka. Ale pojawiają się mody na ogrody zbliżone do natury, z pewnym naturalnym nieporządkiem i samoistnym rozwojem. Na przykład w ostatnich latach tworzone są ogrody z chwastów. Przyjmują one inną funkcję – już nie tylko kolekcje pięknych czy rzadkich roślin ale i mają zadania ekosystemowe – np. ochrona lokalnej różnorodności biologicznej oraz baza pokarmowa dla owadów, nie tylko tych zapylających.

Ogród kojarzy się z wypoczynkiem, ławeczkami, elementami kultury w postaci fontann i rzeźb. I oczywiście koncertami muzyki kameralnej. Współczesne ogrody miejskie zawierają nowe elementy, np. siłownie na powietrzu dla dorosłych i place zabaw dla dzieci. A więc już nie tylko kontemplacja przyrody siedząc na ławeczce ale i aktywny ruch. Bo tego ostatniego nam współcześnie brakuje. W miastach zakładane są nie tylko tradycyjne parki i ogrody. Z braku miejsca pojawiają się ogrody na dachach dużych budynków.

Człowiek organicznie potrzebuje kontaktu z przyrodą. Niektórzy biolodzy mówią o biofilii – ogromnej potrzebie kontaktu z przyrodą: roślinami, zwierzętami, całymi krajobrazami. Tylko w kontakcie z przyrodą czujemy się w pełni szczęśliwi. Bo nie samym chlebem (jedzeniem) człowiek życie. Potrzebuje piękna wokół siebie. Nawet w wielkim mieście szukamy kameralnego kontaktu z przyrodą. I z pięknem rozmaicie wyrażonym.

13669373_635893733251326_5463926660081105992_o

Zobacz letnie koncerty kameralne oraz więcej zdjęć na facebooku (z koncertu w Lidzbarku Warmińskim).

13654167_635894369917929_8494848769699205093_n

Dzisiaj maluję dachówki

13086755_10208273938239479_3263834375734331826_oW niedzielę był Międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności, we wtorek Dzień Ślimaka. A dzisiaj jest Majówka z Etnobotaniką. W światowym Dniu Fascynujących Roślin, który w Olsztynie obchodzony jest 25 maja (Majówka z Etnobotaniką), zapraszam na plener malarski pt. „Bioróżnorodność łąki na starych dachówkach„. Przed budynkiem Collegium Biologiae (ul. Oczapowskiego 1A, Olsztyn-Kortowo) w godz. 10.00-16.00 farbami akrylowymi na starych dachówkach malować będziemy bioróżnorodność łąki: rośliny i owady (zapylacze), związane z łąką oraz inne rośliny w Polsce występujące. Przed budynkiem Collegium Biologiae powstanie konstrukcja przypominająca dach, pokryta wiosenną łąką kwietną, wymalowaną na dachówkach. Każdy będzie mógł pomalować jedną z takich dachówek (liczę zwłaszcza na pracowników i studentów, którzy swą wiedzę biologiczną utrwalą farbami). Część z prac zostanie wyeksponowana na wystawie w czasie Europejskie Nocy Naukowców (30 września 2016 r.). A jak zabraknie dachówek, to malować będzie także kamienie.

Małe i duże. Malowanie roślin na dachówkach będzie przypomnieniem historii nauki i historii botaniki. Najpierw powstawały zielniki. W czasach renesansu pojawiła się naukowa ilustracja botaniczna. Związki nauki ze sztuką wynikały ze wspólnego uczonym i artystom poszukiwaniom najlepszego sposobu opisu przyrody. Ale także opisu jej piękna i różnorodności. W tym czasie powstały piękne ryciny Leonarda da Vinci oraz Albrechta Durera. Piękno z detalami, spełniającymi wymaganiom naukowej ilustracji i dokumentacji.

Ilustrowanie roślin zaczęło się w renesansie, gdy uczeni zaczęli wychodzić w teren. Wielką pracę wykonał Kluzjusz (Carolus Clusius 1526-1609). Zbiór akwarel, malowanych przez największych mistrzów ale pod okiem botaników, znajduje się w Bibliotece Jagiellońskiej.Przez moment, w czasie Majówki z Etnobotaniką, poczujemy się jak prekursorzy współczesnej nauki.

Piknik naukowy Majówka z Etnobotaniką i malowanie dachówek to spotkanie świata nauki i świata sztuki. Nasze prace nie będą tak doskonałe jak mistrzów renesansu. Głównym celem jest wspólna praca oraz popularnonaukowe dyskusje przy malowaniu. Niczym przy łuskaniu fasoli czy darciu pierza. Tyle tylko że w miasteczku uniwersyteckim i w naukowym gronie. Malowanie jest pretekstem do opowieści o roślinach i owadach zapylających. W miejscu, gdzie będziemy malowali, stoi „hotel dla owadów” (jeden z wielu w Olsztynie) – dodatkowy pretekst by rozmawiać o bioróżnorodności na miejskiej łące. Serdecznie zapraszam. Nie trzeba umieć malować, nie trzeba się znać na botanice i entomologii. Spotykamy się by razem dowiedzieć się czegoś więcej, by poczuć się jak dziecko w artystycznej ekspresji i ciekawości świata. Malować może każdy. Sztuka i nauka dostępne są dla wszystkich, od zaraz.

Kilka dni temu, w czasie XXIII Ogólnopolskich Warsztatów Bentologicznych w Lasach Janowski, razem z innymi hydrobiologami, malowałem koszulki, wzór bentosowy z chruścikami oczywiście. I w takiej koszulce jutro wystąpię. Swojej, własnoręcznie malowanej.

13232917_1103751809681759_6644624808160699587_n

Wyedukowana antropochoria w urbicenozie

nasiona1Tytuł tak zawiły i nasycony naukowym żargonem, że „klękajcie narody”. Ale i mnie czasem kusi by napisać tak mądrze że aż nie wiadomo o co chodzi. Zatem wyjaśniam tytuł i jaki ma on związek z załączonymi zdjęciami.

Wczoraj obchodziliśmy międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności. Chciałem coś specjalnie na to święto napisać, ale byłem w podróży i jakoś tak przemknęło. Więc dzisiaj będzie. Na dodatek już w środę w Olsztynie, w ramach międzynarodowego Dnia Fascynujących Roślin Wydział Biologii i Biotechnologii UWM zaprasza na majówkę z etnobotaniką. Ja zapraszam na malowanie dachówek (łąka z owadami).

Tytuł sprowokowała przesyłka, którą dzisiaj dostałem z Welskiego Parku Krajobrazowego. Obchodzą jubileusz dwudziestolecia. I z tej okazji wysyłają… małe paczuszki z nasionami „chwastów”. Ucieszyła mnie ogromnie. Wysieję pod moim blokiem, gdzieś na trawniku lub na kwiatowych rabatach. Będzie to wyedukowana troska o bioróżnorodność w mieście.

Najpierw wyjaśnię termin antropochoria. Oznacza on rozprzestrzenianie nasion roślin przez człowieka. W części jest to typowa zoochoria (dyspersja roślin za pomocą zwierząt). To wszystkie te „rzepy” – nasiona, które przyczepiają się do naszych ubrań, niczym do sierści i futra, za pomocą różnorodnych haczyków.. Gdy wałęsamy się po „chaszczach” przynosimy na ubraniu wiele nasion. Rośliny wyspecjalizowały się do takiej podróży na gapę, Po prostu zwierzęta (w tym i człowiek) pomagają w dyspersji roślinom. Ale antropochiora ma jeszcze inne formy.

Jeśli jest to świadome rozprzestrzenianie  roślin uprawnych, to nazywamy ten rodzaj antropochorii etolochorią.  Bardzo często przenosimy gatunki roślin daleko poza ich naturalne zasięgi występowania. Towarzyszy temu udomawiania (domestykacja) i ewolucyjne dostosowanie się tych gatunków do trwałego współżycia z człowiekiem. Nie zawsze jednak świadomie rozprzestrzeniamy rośliny, przykładem jest speirochoria (rodzaj antropochorii). Jest to rozprzestrzenianie się diaspor chwastów towarzyszących uprawom. Niejako chwasty wykorzystują człowieka i dostosowują się do sposobu uprawy by „załapać się na gapę”.  Cykl życiowy i budowa nasion ułatwia ich zbiór wspólnie z materiałem siewnym roślin uprawianych. W wyniki zmiany sposobu uprawy dawne chwasty są zagrożone wyginięciem. Ale w ich miejsce w agrocenozach pojawiają się inne gatunki. My tymczasem staramy się chronić niegdyś uciążliwe chwasty… bo giną. I jest w końcu agochoria czyli rozprzestrzenianie diaspor z rozmaitymi towarami, paszami, produktami spożywczymi, ziemią ogrodową itd. Ale tego sposobu atropochorii, który jest na załączonym zdjęciu jeszcze nie nazwano. Bo jest to świadome rozprzestrzenianie „chwastów” czyli bioróżnorodności. Umownie nazwałem to wyedukowaną antropochorią, swoistą ochroną przyrody poza obszarami chronionymi (parki narodowe, parki krajobrazowe, rezerwaty itd.).

Obserwujemy spadek różnorodności biologicznej w wielu ekosystemach. Miasta (owe w tytule zawarte  urbicenozy) mogą być miejscem „uprawy” różnorodności biologicznej i miejscem ochrony przyrody. Na przykład na miejskim trawniku. Wiele razy już pisałem o owadach zapylających, budowie hoteli dla pszczół itd. Czasami przywożę różne nasiona dziko rosnących roślin i próbuję rozsiewać w mieście. Teraz dostałem gotowy zestaw. Nawet nie wiem jakie to gatunki. Przygotowałem rabaty kwiatowe (by miejscy kosiarze nie wykosili roślin do gołej ziemi), ale oprócz sadzonek z kwiaciarni staram się „uprawiać” dziko rosnące gatunki. Niech będą pociechą dla oka, okazją do edukacji przyrodniczej oraz bazą pokarmową dla owadów zapylających. Część wysieję w skrzynkach balkonowych. Bo dzikie jest piękne.

nasiona2

Już zakwitają dzikie, leśne tulipany. Dobry czas by ich poszukać.

Wjtowo_2015Kiedy rok temu, w marcu, pierwszy raz pisałem o leśnych tulipanach (O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza), to wydawało mi się, że będzie pierwszy i ostatni raz. Wspominałem wtedy o zapiskach kucharza, poczynionych na marginesie książki, odnalezionych w aktach administracyjnych junkierskiej rodziny Finckensteinów (służył u Dönhoffów-Denhoffów w Drogoszach pod Kętrzynem). Moją uwagę zwrócił przepis na sok z leśnych tulipanów (obok zupy z warzuchy i octu brzozowego).

Tulipan dziki zwany także tulipanem leśnym (Tulipa sylvestris) jest gatunkiem wieloletnim, występuje w całej Europie i północnej Afryce oraz w Turcji. Populacje dziko rosnące zagrożone są wyginięciem . Według Roślin Polski (Szafer, Kulczyński i Pawłowski, wyd. piąte z 1986 r.) w Polsce prawdopodobnie występują populacje tylko zdziczałe (czyli jako roślina, która „uciekła” z ogrodów). Stwierdzany był  na Śląsku i północno-zachodnim podnóżu Tatr.

Nie jestem botanikiem i nie wiem, czy leśne tulipany w Polsce występowały w stanie naturalnym. Na pewno były hodowane w ogrodach. Później być może „zdziczał” czyli jest gatunkiem zawleczonym przez człowieka. Pozostaje jednak pytanie czy za sprawą człowieka skolonizował nowe tereny czy jedynie powrócił na pierwotne miejsca. Żeby to rozstrzygnąć potrzebne byłyby dedykowane badania łącznie z analizami genetycznymi. Najpierw trzeba by jednak zinwentaryzować miejsca współczesnego występowania.

Zaskoczeniem dla mnie były informacje, które wskazują że leśne tulipany występują i to na północ od Śląska i podnóża Tatr. Otrzymałem informacje o utrzymywaniu się tego gatunku i to na północ od naturalnego zasięgu występowania. Najpierw pojawiła się informacja o występowaniu na Ziemi Lubuskiej – wieś Bożnów, koło Żagania, 50 km pod Zieloną Górą (Czy ktoś widział obecnie na Warmii i Mazurach dzikie, leśne tulipany?). Potem otrzymałem kilka informacji z Warmii i Mazur, częściowo w pobliżu miejsca pierwszej wzmianki w Drogoszach: Siemki koło Reszla, Smokowo koło Kętrzyna. Ale także w miejscowości Karwiny gmina Wilczęta („Pojawiają się w parku koło ruin kościoła i są piękne”) i Wójtowo koło Olsztyna („U mnie są od około 10 lat, Jak sobie kojarzę to Babcia przywiozła cebulki od koleżanki tylko której, albo z Olsztyna ul. Rataja albo z Żabiego Rogu. Nie wiedziałam, że to taki skarb. Są śliczne w słońcu potem się zamykają”). A wczoraj dotarła do mnie informacja, że dzikie tulipany są także w Kajnach nad rzeką Łyną.

koo_kaplicy_bTulipan dziki rośnie w lasach, na łąkach, w ogrodach, zaroślach i winnicach. Lokalnie zadomowiony, nieinwazyjny (nie ma we współczesnym wykazie roślin synantropijnych Polski), prawdopodobnie kenofit czyli gatunek roślin obcego pochodzenia, nienależący do flory rodzimej, który zadomowił się w ostatnich czasach. Za graniczną datę przyjmuje się odkrycie Ameryki, które zapoczątkowało migrację gatunków na niespotykaną dawniej skalę. W przypadku leśnego tulipana nie przybył on zza oceanu tylko z innych części Europy lub z Azji. Być może badania genetyczne pozwoliłyby ustalić skąd są nasze leśne tulipany.

Tulipan dziki (leśny), pochodzi z Europy południowo-zachodniej. Nie wiadomo kiedy pojawił się na terenie Polski. Może na fali osiemnastowiecznej mody na tulipany wśród arystokracji? Najpewniej był hodowany w ogrodach, z których wnikał do siedlisk częściowo przekształconych przez człowieka. Zapewne pierwotnym miejscem był Śląsk. Być może ze Śląska przywieziony został na Prusy Wschodnie.

Sok z leśnych tulipanów, w przepisie kucharza z Drogoszów, sugeruje, że prawdopodobnie była ta roślina wykorzystywana jako lecznicza lub jadalna. Dwa w jednym – i ładna i przydatna gospodarczo. Przepis na sok z leśnych tulipanów jest następujący: „zerwij leśne tulipany skoro tylko się pojawią [zatem w kwietniu lub maju] zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.” Według przepisu to bardziej „sok z miodu”. Może to taki wiosenny napój? A może coś na kształt ziołomiodu? I dlaczego ten dodatek tulipanów?

W książce prof. Mowszowicza pt. „Przewodnik do oznaczania krajowych roślin trujących i szkodliwych” znalazłem informację o tulipanie ogrodowym (Tullipa gesneriana), zawierającym alkaloid tulipinę. Działanie toksyczne: tulipany działają trująco na konie, bydło, muły (znane są przypadki zatrucia, gdy zwierzęta zjadały tulipany uprawiane w celach dekoracyjnych – krowy w ogrodzie zrobią szkodę nie tylko uprawom ale i sobie). Z informacji moich korespondentów internetowych wynika, że na pewno leśne tulipany były zjadane przez kozy i nic im się złego nie działo. Prawdopodobnie także przez krowy. Czyli, że nie jest trujący tak jak jego krewniak tulipan ogrodowy? Może zawartość tulipiny jest niewielka? Aż się prosi „wziąć na laboratoryjny warsztat” leśne tulipany i sprawdzić, co mają w środku (jakie substancje). Zaciekawia to utracone dziedzictwo i przyrodniczego i kulturowego (kulinarnego).

Z dotychczasowej korespondencji wynika, że dzikie tulipany są u nas raczej „poniemieckie”. Nie wiem z jakiego okresu pochodzą zapiski kucharza z Drogosz. Na pewno przed 1945 rokiem. A może jeszcze wcześniej. Zatem były na naszym terenie w czasach Prus Wschodnich. Kolejne wzmianki pochodzą z różnych miejscowości. Raczej były sobie przekazywane w celach ogrodniczych. Ale na pewno były stanowiska „zdziczałe”, z których także przenoszono tulipany do ogródków. Drugim intrygującym problemem jest to, gdzie one współcześnie u nas występują. Czy tylko w ogrodach przydomowych czy także w miejscach „dzikich”, wokół siedzib ludzkich, dawnych lub współczesnych.

Właśnie jest okres kwitnięcia tych roślin. Dobry czas na poszukiwania. Może ktoś jeszcze wyśledzi u siebie te leśne, tajemnicze tulipany?

Jeszcze o tych tulipanach, z korespondencji

pierwszy raz widziałam u sąsiadki w ogródku jakieś 30 lat temu, było ich kilka-kilkanaście, ładne były ale i na czarnoziemie (ta sąsiadka nie żyje od wielu lat, więc się nie dowiem skąd miała, od dawna ich nie ma na tamtym miejscu) więc się nie dziwię, że dobrze rosły, potem mama mi powiedziała, że na naszej łące też takie są. Były i są ciągle, nieco zmieniają „położenie” i zwiększa się obszar, na jakim są widoczne ale ogólnie w tym samym miejscu. Od kilku lat w coraz większej ilości są w innym miejscu – koło kaplicy, przypuszczam, że posadzone przypadkiem wraz z innymi cebulkowymi przez kolejną sąsiadkę (ale o niej za chwilę). Kaplica jest we wsi od 25 lat a wcześniej tam tulipanów na 100 % nie było, codziennie chodziłam tamtędy – obok- do szkoły, więc bym zauważyła. Są jeszcze w trzech ogródkach: u mnie -ale to wykopałam na łące i wsadziłam, u pani (…). w ogródku – też celowo je przesadziła do swojego ogrodu i u pani (…). w sadzie. Moja teoria jest taka, że wszystkie tulipany są z ogródka/sadu pani M.R. Tam jest ich najwięcej i Ona mówiła kiedyś, że są od kiedy pamięta. W tym sadku są jakieś bodajże poniemieckie groby (…) Faktem jest, że nigdzie poza wsią się nie spotkałam z tymi tulipanami, (…) Z tego co zauważyłam, zdecydowanie lepiej rosną na glebach lżejszych i wilgotnych, nasza łąka to glina (…) i tam są raczej małe/nędzne a bliżej rzeczki dorastają do 0,5 m wysokości- sama byłam zdziwiona – bo na górce łąki – z 20-30 cm wysokości łącznie z kwiatem a kilka metrów dalej takie wysokie. Podobnie wysokie rosną koło kaplicy. W ogródku mają średnio 40 cm wysokości. Jak zaczną kwitnąć to porobię zdjęcia łodyg przy np. centymetrze krawieckim aby było widać różnicę.”

smokowo

Zamieszczone zdjęcia zostały nadesłane od badaczy-korespondentów z Warmii i Mazur (Siemki, Smokowo, Wójtowo).