O Kurzętniku, bookcrossingu i o Czachorowskich co Kretkowskimi zostali

kurzetnikW czasie wizyty w Kurzętniku, przy okazji koncertu kameralnego, przed domem kultury zobaczyłem uroczą półkę bookcorssingową (na zdjęciu). Do tej pory takie estetyczne i piękne wiejskie półki z uwalnianymi książkami widziałem na zdjęciach z różnych części świata. Teraz mogłem sam naocznie nacieszyć się pięknym widokiem i mądrą inicjatywą. Obok ławeczki, stolik i huśtawka. Tylko przysiąść i delektować się widokiem na dolinę rzeki Drwęcy oraz wzgórze z ruinami zamku. No i poczytać o historii, o przyrodzie, o ludziach….

Nie zdążyłem zajrzeć do szafeczki, aby sprawdzić jakieś do książki uwalniają mieszkańcy Kurzętnika. Na pewno korzystają, bo zauważyłem młode dziewczyny siedzące na ławeczce. Młodzi najwyraźniej czytają.

Zainspirowany sięgnąłem do źródeł (już w domu, po powrocie), by przypomnieć sobie co nieco o Kurzętniku. Zaciekawiła mnie jedna krótka informacja: „Spod Kurzętnika 11 lipca 1410 zawróciły wojska Jagiełły, by uniknąć bitwy podczas przeprawy przez Drwęcę podczas marszu na Malbork. Po bitwie grunwaldzkiej Kurzętnik znalazł się pod zarządem rycerza Jana Kretkowskiego, ale na mocy postanowień I pokoju toruńskiego znalazł się nadal w granicach państwa zakonu krzyżackiego.”

Co mnie zainteresowało? Jan Kretkowski – bo przypomniałem sobie kiedyś wygrzebane ze starych książek informacje o Czachorowskich z Czachorowa. Informacje pochodziły z XVI wieku. W tym czasie nazwiska dopiero krzepły. I to tylko u szlachty. Czasem przenosząc się ze wsi do wsi, przybierali nazwiska od nowych wsi. I tak było z Czachorowskimi, którzy osiedli w pobliskich Kurzętnikowi Kretkach (Kretki Małe): „Andrzej Rosół z Kretkowów vel Czachorowski (zm. przed 1545) (…). Z żony Elżbiety N, która powtórnie wyszła za mąż za Sebastjana, mieszczanina z Rypina, spłodził syna Piotra Kretkowskiego Rosołka (1546-65) z Kretków Małych (…). Bliskiemi krewnemi Andrzeja i Piotra Kretkowskich byli Mateusz (1541-6) i Jan (1540-67) Czachorowscy v. Kretkowscy, obydwaj z Kretków (…) oraz Paweł Czachorowski z Kretków (1543-68), woźny ziemski pow. Dobrzyńskiego” (…)„Z możnym rodem Kretkowskich h. Dołęga na Kretkach Wielkich nie mieli nic wspólnego rozmaici Kretkowscy z Kretek Małych, ubodzy ziemianie, którzy dziedziczyli w 1531-67 r., na częściach w Kr. Małych, Nadrożu i Chlebowie, a należeli jak się zdaje, do kilku rodzin. Z nich K. przydomku Rosół i Rosołek, gałęź Czachorowskich herbu Rogala z Czachorowa w pow. bielskim, byli jedni z Czachorowskiemi-Ruskowskiemi z Ruskowa (par. sobowska pow. dobrzyński) Czachorowskiemi-Kochańskiemi z Kochania (par. mokowska pow. dobrzyński)”

I ja się wywodzę z tych Czachorowski h. Rogala z mazowieckiego Czachorowa, z linii sobowskiej. Zatem moi dalecy kuzyni przybyli w okolice Kurzętnika już XVI wieku. Być może to oni dalej powędrowali na północ i zamieszkali w Prusach, dając początek linii Czacharowskich i być może Ciachorowskich (ci raczej z okolic Płońska i Nasielska, już w czasach rozbiorowych pod koniec XIX wieku). Napływ ludności polskiej z Ziemi Dobrzyńskiej i północnego Mazowsza był wielokrotny. Jedną z ostatnich fal emigracyjnych był przyjazd mojej bezpośredniej rodziny po 1945 roku. To znaczy, niektórzy przyjechali wcześniej, nie z własnej woli lecz jako robotnicy przymusowi w czasach hitlerowskich Niemiec. Pasjonująca przygodą jest poznawanie historii z perspektywy rodzinnej genealogii. Prowokuje do sięgania do książek oraz do przeglądania zasobów archiwalnych (metryki itd.). To drugie najczęściej wiąże się z uwalnianiem wiedzy, dzieleniem się pozyskanymi informacjami. Tak jak dzielenie się książkami.

Nie mamy jeszcze polskiego terminu na bookcrossing. Może kiedyś powstanie. Tymczasem więc dzielmy się wiedzą na różne sposoby, blogowe i te z wiejskimi pólkami bookcrossingowymi. Kiedy następny raz wybiorę się do Kurzętnika, na pewno przywiozę i zostawię kilka swoich książek, dotyczących przyrody lub historii. Swoich – w sensie z domowej biblioteczki…

Niezwykłości przyrody regionu – rzeka Drwęca

13442227_10208638667757489_894272419907717648_nWiele lat temu, jak działała jeszcze linia kolejowa Brodnica-Iława, uwielbiałem jeździć pociągiem tą trasą. Mogłem podziwiać z okiem dolinę rzeki Drwęcy. Piękną, meandrującą rzekę i mozaikowane zbocza. Cóż fascynującego w „krzywej” rzece? Chociażby to, że takich naturalnie płynących, „żywych” rzek zostało już niewiele. Nieustanne procesy podmywania brzegów i usypywania piasku w innym miejscu. Nadbrzeżne łąki i wiosenne zbiorniki okresowe z bogatą fauną. Po prostu unikalne siedlisko życia niezwykłych gatunków roślin i zwierząt. Przejeżdżałem pociągiem i cięgle pojawiała się pokusa, by przyjechać to z badaniami hydrobiologicznymi.

Przy okazji koncertów letnich Zespołu Kameralnego Pro Musica Antiqua miałem wreszcie okazję odwiedzić Kurzętnik. I ponownie podziwiać uroki przyrody. Zabrakło tylko czasu na eksploracje przyrodnicze…. Miejsce urocze  kulturowo i przyrodniczo – chce się tam wrócić na dłużej.

Tak jak Puszcza Białowieska jest kolebką ochrony żubra, tak obecnie Drwęca staje się kolebką reintrodukcji jesiotra bałtyckiego (zobacz też, co się stało z ostatnimi jesiotrami). Ryba ta kiedyś pospolicie występowała w naszych wodach, np. w Wiśle. W XIX wieku większość kawioru, konsumowanego w Moskwie, pochodziła właśnie z wiślańskich jesiotrów. Jesiotr u nas wyginął. A teraz naukowcy zarybiają Drwęcę w nadziei, ze wytrwałym wysiłkiem uda się ten gatunek przywrócić naturze. Dlaczego wybrana została Drwęca? Bo zapora we Włocławku uniemożliwia migrację ryb w górę rzeki.

Wspominałem wiosenne rozlewiska na nadrzecznych łąkach. Prawdopodobnie spotkać można tam przekopnicę wiosenną. Czyli znanego z rymowanek dziecięcych raka nieboraka. Nieborak – nie dlatego, że jest nieporadny, ale że pojawia się nagle tam, gdzie go nie było. Niczym spada z nieba. Nieborak to rak z nieba spadający. Fauna wiosenna szybko się rozwija, stąd wrażenie nagłego pojawu. Jest tam wiele gatunków chruścików. Dlatego chciałbym kiedyś sprawdzić, co żyje w rzece Drwęcy. Być może udałoby się przy okazji spotkać hildebrandię – słodkowodnego, epifitycznego krasnorosta, który zabarwia kamienie „na rudo”. W woj. warmińsko-mazurskim wykazanych jest niewiele stanowisk. Ale jest częstszy niż podają dane literaturowe. Po prostu brak jest adekwatnych badań naukowych.

Kolejną domniemaną niezwykłością rzeki Drwęcy jest ważka trzepla zielona (Ophiogomphus cecilia), gatunek monitoringowy (czytaj więcej). A także małż skójka gruboskorupowa (Unio crassus) (czytaj więcej).

Zbliża się noc świętojańska. Warto więc wspomnieć jeszcze o jednym gatunku – nasięźrzale, owym poszukiwanym kwiecie paproci. Być może rośnie na wilgotnych, naddrwęcańskich łąkach. Roślina chroniona, więc zrywać nie wolno. Ale popatrzeć jak najbardziej. I wspominać dawne kultury, wierzenia i sposoby patrzenia na przyrodę.

Przyroda doliny Drwęcy wymaga odkrycia. Polecam kameralny kontakt z tymi niezwykłościami. By zasiąść i w dźwiękach przyrody, zapachach i obrazach, słuchać muzyki. Tych przyrodniczych dźwięków przyrody jak i przypominać sobie muzykę kameralną, wybrzmiałą w zabytkach Warmii i Mazur, np. w zabytkowym kościele w Kurzętniku, u podnóża ruin zamku. Posłuchać kameralnej muzyki Pro Musica Antiqua i przypominać sobie te chwile w pięknych okolicznościach przyrody jeszcze do końca nie odkrytej.

13466248_10208638663237376_7288311140342461639_n

Krutynia – rzeka wielu kultur i bogactwa wspomnień

probarzeka

W Mazurskim Parku Krajobrazowym koniec maja obrodził ciekawymi wydarzeniami, w których będę uczestniczył. I będę wspominał miłe chwile tam spędzone.. Zaczęło się jeszcze w czasach studenckich w postaci wycieczki przyrodniczej. Później, już jako pracownik Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie wraz ze studentami odbywającymi letnią praktykę biologiczną, odwiedziłem Krutyń w 1996 roku (zdjęcie obok). Zamieszkaliśmy w domku nad rzeką Krutynią. Teraz mieści się tam leśnictwo. Zbieraliśmy materiał do badań hydrobiologicznych. W letniej wyprawie uczestniczyli studenci kierunku biologia: Marta Tkaczuk, Iwana Jeleń, Ewa Jakóbowska, Letycka Karuzo, Katarzyna Stefańska, Agnieszka Linkiel, Elżbieta Dzioba, Wioletta Trzeciakowska, Katarzyna Białoskórska. Badaliśmy m.in. chruściki rzeki Krutyni i okolicznych jezior. W letnim obozie uczestniczyli z nami studenci z Białorusi a na dwa dni zawitali studenci z koła naukowego z ówczesnej ART. Przemierzyliśmy Park pieszo i kajakiem, odwiedzając także miejsca interesujące z kulturowego punktu widzenia. A na potańcówki chodziliśmy pieszo do Ukty.

Na całoroczne badania hydrobiologiczne wróciłem w lata 2001-2002. Była to kolejna okazja poznać przyrodę i kulturę Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Z dużą sympatią wspominam saunę i nocna kąpiel w rzece Krutyni. Tak się złożyło, że do tej pory nie było okazji całościowo opracować materiał chruścikowy z Mazurskiego Paku Krajobrazowego. A dzięki dawnej współpracy z dr Wandą Szczepańską ze Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach dysponuję bogatym materiałem z lat 1951-1966.

Teraz ponownie wybieram się do Krutynia. W niedzielę 29 maja uczestniczył będę w festynie edukacyjnym pn. „Dzień Bociana Białego”. Zapraszam na wspólne malowanie mazurskiej przyrody na słoikach i butelkach. Następnego dnia, w poniedziałek 30 maja, w ramach konferencji „Krutynia – rzeka kultur” przedstawię referat pt. „Czy w Mazurskim Parku Krajobrazowym żyją jakieś niezwykłe chruściki?”. Mam nadzieję, że będzie to wystarczająca inspiracja by zebrać dotychczasowe dane i je opublikować. Oraz by rozpocząć systematyczne badania chruścików tego Parku. Chciałbym sprawdzić czy żyje tu jeszcze Erotesis baltica i Hydroptila dampfi. Oraz kilka innych, rzadkich gatunków.

„Krutynia- rzeka kultur” pod taką nazwą odbędzie konferencja organizowana przez Mazurski Park Krajobrazowy. Jest to spotkanie o charakterze popularno-naukowym, którego celem jest wymiana poglądów na temat walorów przyrodniczych, krajobrazowych, historyczno-kulturowych MPK, ze szczególnym uwzględnieniem znaczenia wód powierzchniowych w dalszym rozwoju regionu oraz roli edukacji ekologicznej w kształtowaniu postawy szacunku wobec przyrody u przyszłych pokoleń. Do uczestnictwa w konferencji zaproszono przedstawicieli samorządów, środowisk naukowych, centrów edukacji ekologicznej, Lasów Państwowych, lokalnych organizacji turystycznych i innych instytucji z terenu Parku i województwa działających na rzecz ochrony przyrody i krajobrazu, jak również przedstawicieli branży turystycznej i szkół z terenu Parku, dzięki czemu możliwa będzie wymiana doświadczeń oraz zacieśnienie współpracy w ochronie przyrody i edukacji ekologicznej. Konferencja odbędzie się w poniedziałek 30 maja 2016 roku w Hotelu Habenda w Krutyni. Partnerem w konferencji jest kierunek Dziedzictwo Kulturowe i Przyrodnicze Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Konferencja jest dofinansowana ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie.

Odwiedzę Park z aparatem by nadrobić zaległości wieloletnie. Nie omieszkam zdać relację z tej wizyty. Mam nadzieję powrócić z bardziej systematycznymi badaniami. Wtedy i zdjęć będzie więcej.

Czy wiatraki szpecą krajobraz?

linieenergetyczneW wigilię pierwszego dnia astronomicznej wiosny podróżowałem pociągiem do Ełku. W podróży lubię patrzeć przez okno i podziwiać krajobrazy. Po drodze minąłem dwie „farmy” wiatrakowe. Pogoda była ciut zimowa, prószył śnieg przez co widoczność nie była najlepsza. Ale wiatraki widziałem. Przypomniały mi się dyskusje o wiatrakach, które ponoć szpecą krajobraz.

Zapewne wiatraki, tak jak wszystkie wytwory człowieka, zmieniają krajobraz, także w aspekcie estetycznym. Ale nie szpecą bardziej niż słupy linii energetycznych czy inne budynki infrastruktury. Do słupów już się chyba przyzwyczailiśmy. A przecież szpecą jeszcze bardziej. I jest ich znacznie więcej. Lokalna produkcja energii wymaga mniej linii przesyłowych. Wiatraki, które widziałem z okien pociągu nie szpeciły mi krajobrazu. Nie było ich wiele i nie dominowały w krajobrazie.

wiatraki

Lokalność jest zawsze unikalna

krewetki_i_omulkiLokalność – czy to żywność czy kultura – opiera się na tym, co tu i teraz. Zależy od miejsca i sezonu. Jemy to co się teraz w ogródku pojawia, żyjemy rytmem dnia i pór roku. Najczęściej jest to proste jedzenie ludzi zwykłych. Z czasem tylko zyskuje nobilitację, tak jak kawior, pizza, bigos czy owoce morza.

„Robaki”… znane i jedzone od tysięcy lat. Ale tylko w rejonach nadmorskich. Na zdjęciu owoce morza przyrządzone w Dublinie przez polskiego emigranta. Zakupione w nadmorskim sklepie. Ma sens i smak taka lokalność. Ale gdyby przenieść daleko (chcąc zatrzymać urok tego miejsca) – traci i sens i smak. Sens – bo daleki transport to niepotrzebne zużywanie paliwa. Smak – bo już nie będzie świeże.

Lokalność jest zawsze niepowtarzalna. Tak jak jabłka papierówki lub truskawki jedzone prosto z ogródka. W tym przypadku smak lokalności jest w omułkach i krewetkach (w innym miejscu będą to pierogi z jagodami, papierówki czy babka ziemniaczana). Lokalność nie jest powielaniem globalnych wzorców z popkultury i telewizji czy supermarketów (tam przecież jest wszytko), lokalność to odkrywanie tego co tu i teraz. Wymaga uważnego patrzenia wokół siebie. I wymaga myślenia.

Wspominam pyszne omułki i krewetki. Ale nie będę w Olsztynie powtarzał dublińskich wzorców. Powtórzę lokalność w oparciu o to co tu i teraz. Dostosowując się do rytmu dnia, pory roku i prostego życia.

Wakacyjne rozmyślania aż do zdarcia butów

butyMyśli się głową, a chodzi nogami. To dlaczego przy rozmyślaniach miałyby zedrzeć się buty?

Wakacje i urlop to okres, gdy mamy więcej czasu dla siebie, gdy możemy zwolnić. Podróż, ta daleka czy bliska, gdy spacerujemy, chodzimy, czekamy na stacji czy lotnisku na kolejny transport, pozwala się wyciszyć od zgiełku codzienności i rytmu pracy. W tej ciszy zaczynamy słyszeć swoje myśli. Chodzenie i ruch pozwala więc myśleć. I snuć refleksje w wyciszeniu podróży. Pozwala także patrzeć na świat nieco inaczej niż na co dzień. Może z większą otwartością?

Tak więc wędrówki sprzyjają myśleniu. A jeśli idzie się daleko, to i buty można zedrzeć.

Podróż to także czas by odpocząć od.. komputera i internetu. Odciąć mózg od nadmiaru bodźców. W tej bodźcowej ciszy zaczynamy rozmyślać i tworzyć.

Trwa moja wakacyjna podróż. I rozmyślania. I Tobie tego życzę.

Kaczki na wodzie – tu zaszła zmiana

kaczkinawodzieMałe, senne miasteczko, jakieś ogródeczki na obrzeżach. Na płytkiej rzeczce kaczki brodzą. Widok taki jak zawsze? Niesamowity znak czasu, małe miasteczko i kaczki na rzece… Co w tym dziwnego? Ano to, że są to dzikie kaczki krzyżówki a nie hodowlane (udomowione). Zniknęły chlewiki i kurniki a puste miejsce zajmuje dzika zwierzyna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wielkie zmiany się dokonują w przyrodzie i kulturze wokół nas.

Barczewo. Obrzeża miasteczka, jeszcze w zabudowie widać komórki, chlewiki, stare kurniku, gołębniki (ale gołębi już nie hodujemy na rosół ani na ofiarę). Ale są puste. Nikt już świnek nie hoduje, ani królików, ani kur, kaczek czy gęsi. Nawet warzywniaki zmieniają się w ogródki rekreacyjne. Kiedyś każdą zwierzynę byśmy upolowali (kłusowali) i zjedli. Znikają zwierzęta hodowlane nie tylko z małych miasteczek ale i ze wsi. Nie słychać porykiwania krów, piania kogutów, gęsi się nie pasą ma łące. Co najwyżej łabędzie i żurawie. Nikt nie wypasa bydła po rowach i miedzach. Prędzej sarnę spotkać można. W wyniku synurbizacji coraz to inne gatunki zwierząt pojawiają się w mieście. Nie polujemy, więc zmniejsza się dystans ucieczki – zwierzęta nie traktują człowieka już jako drapieżnika, groźnego myśliwego.

Jesteśmy bogaci, syci i najedzeni. To widać. Także i po naszej tuszy: zbyt mało ruchu, zbyt dużo kalorycznego jedzenia.

Ps. Zdjęcie zrobione w czasie  Fotospaceru po Barczewie realizowanego w ramach projektu: Panasonic Lumix: Fotograficzne Perły Polski (czytaj więcej)

Wzgórze czarownic pośród bagien czyli o energii odnawialnej i produkcie regionalnym

czarownicagilawyW piękny majowy czas miałem okazję odwiedzić Garbno. Jadąc pociągiem widziałem rozległe pola kwitnącego rzepaku. Wielkie monokultury z różnymi uprawami, a w krajobrazie wiatraki. Energia odnawialna zakorzenia się w naszym regionie. Żałuję, że zdjęć nie zrobiłem, bo widok z okien pociągu był przepiękny. W tym krajobrazie wielkich pól z rzadko porozrzucanymi zadrzewieniami, rzeczkami i zbiornikami wodnymi, wiatraki wprowadzają mozaikę siedliskową. I w gruncie rzeczy ładnie wyglądają, wkomponowując się w antropogeniczny krajobraz. Tuż pod wiatrakiem nie ma upraw, są po prostu ugory… z dużą ilością chwastów. Czyli dużą różnorodnością biologiczną kwitnących roślin i korzystających z tych roślin owadów. I to ekologa, entomologa, przyrodnika cieszy. Kusi, żeby zbadać dokładniej. Może i niebawem się wybiorę. Po badaniach nad różnorodnością biologiczną upraw wierzby (dla celów energetycznych – energia z biomasy) teraz przydałoby się sprawdzić jak farmy wiatrowe wpływają na bioróżnorodność.

Ale tymczasem wybrałem się do Garbna w zupełnie innym celu, z wykładem popularnonaukowym o racjonalnym gospodarowaniu energią i wodą – przyjaznym dla kieszeni, jakości życia i dla środowiska przyrodniczego. Inaczej mówiąc – ekologia z perspektywy gospodarstwa domowego. A jednocześnie nawiązanie do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu. Na zaproszenie Koła Gospodyń Wiejskich „Baby z Babieńca” wybrałem się do Garbna, do świetlicy wiejskiej. W spotkaniu uczestniczyła także młodzież gimnazjalna.

Zmieniły się nasze wsie, wypiękniały. Pamiętam takie wsie sprzed 30-20-15 lat. Zapyziałe, szare odrapane, z beznadzieją i tanim winem owocowym. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Ale pozostało duże bezrobocie, migracja zarobkowa, wyludnienie. Pamiętam ten region z dzieciństwa i wyjazdów wakacyjnych.

garbnowykladZaproszenie do Garbna przyjąłem z sentymentem. Usłyszałem z ust starszych osób piękny zaśpiew wileński. Jakbym wrócił do dzieciństwa. Temu środowisku jestem coś winien. Znam ten region przygraniczny, zamierający, kiedyś z rozpitymi PGRami, teraz wyludniający się i zamierający. Szansę upatruję w turystyce i energii odnawialnej. Bo energia odnawialna daje prace tu na miejscu a pieniądze nie są drenowane na Śląsk (energia elektryczna z węgla kamiennego). Z kolei turystyka opiera się na dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym, na aktywnym wypoczynku i dziedzictwie kulinarnym, na rękodziele (w tym sztuce niebanalnej i profesjonalnej) itd. W nawiązaniu do przeszłości jechałem z pomysłem… maści do latania. Brzmi bajkowo, ale za tym się kryje pomysł na produkt regionalny.

W Garbnie, nad rzeką Guber i prawobrzeżnym dopływem – Strugą Rawą, w 1328 roku powstała strażnica (zamek krzyżacki), przy zamku powstała osada, oficjalnie lokowana na sześciu włókach 11 lat później. Dawniej wieś nazywała się Lamgarben a swoją nazwę wzięła z języka dawnych Prusów. Garbis to wzgórze, natomiast lame oznacza bagna, moczary, teren podmokły (taki na pewno był w dolinie Gubra i wpadającej do niej strugi). Można byłoby więc pierwotną nazwę Laumygarbis, a od XV w Lamegarben, tłumaczyć ze staropruskiego jako Bagienne Wzgórze, Wzgórze Pośród Bagien (terenów podmokłych). Ale można także inaczej wywodzić nazwę, ze słowa laume, oznaczającego czarownicę. Laumygarbis oznaczałoby Wzgórze Czarownic. Łącząc obie interpretacje wymyśliłem Wzgórze Czarownic Pośród Bagien. A jedną z dygresji, w nawiązaniu do dawnego wykorzystania „chwastów” w życiu codziennym, było wspomnienie o maści do latania. Do produkcji owej maści używano m.in. bylicy pospolitej i tłuszczu z gęsi. Mamy więc pomysł na lokalny produkt kulinarny i etnograficzną zabawę w jednym. A z piór gęsich można zrobić… na przykład pióra do kaligrafii. Kolejny element lokalnej układanki i oferty turystycznej.

Fantazjuję z tą maścią do latania i etnograficznymi opowieściami? Obok Garbna są Tołkiny, i jak przekonują genealodzy niemieccy z tej miejscowości wywodzi się ród Tolkiena (przez Saksonię trafił do Wielkiej Brytanii), autora Władcy Pierścieni. Kolejny powód by odwiedzić te okolice i to przez turystę międzynarodowego. A niedaleko jest i … Smokowo. Garbno czyli Wzgórze Czarownic, Tołkiny z Tolkienem i Smokowo – same odloty. Maść do latania sama się narzuca. I przygoda, bazująca na kreatywności (kapitał ludzki), dziedzictwie kulturowym i dziedzictwie przyrodniczym.

Do Garbna na prelekcję przywiozłem swoją malowaną butelkę (motyw cykorii podróżnik) i malowany kamyk warmiński, z pleneru w Tumianach. Jako przykład rękodzieła. Panie z kół gospodyń wiejskich (z Garbna oraz z Babieńca) pokazały swoje rękodzielnicze prace, z papierowej wikliny, kwiaty z bibuły oraz kwiaty i choinki z kogucich piór. Te „baby” mają moc … tworzenia nie tylko rękodzieła ale i animacji życia społecznego. Sól tej ziemi. Zapomniane wioski ale z bogatą historią.

A propos Garbna to warto wspomnieć o mało znanej u nas postaci – Elisabet Boehm (1859-1943), z domu Steppuhn, z pobliskich Głowbit, która w 1880 została żoną Otto Boehma. Małżonkowie na stałe osiedli w Garbnie. Elisabet Boehm znana jest na terenie całych Niemiec jako założycielka Towarzystw Wiejskich Kobiet (Landwirtschaftlichen Hausfrauenverein), czyli jest prekursorką Kół Gospodyń Wiejskich i podobnych ruchów, także w USA. Można powiedzieć, że to miejscowa feministka, a więc w uproszczeniu „czarownica”. Uznaniem jej działań w ruchu kobiecym było przyznanie złotego łańcucha przez Uniwersytet w Królewcu oraz nadanie honorowego obywatela miasta Królewiec. W 1993 r. poczta niemiecka wypuściła znaczek z jej podobizną.

Okolica interesująca i piękna. Warto się wybrać. Następnym razem przyjadę rowerem. To znaczy rower zapakuję do pociągu, przyjadę do Korsz lub Tołkin, a dalej pozwiedzam w powolnym rytmie, w klimacie prowincji i cittaslow. By był czas na podziwianie lokalnego rękodzieła niebanalnych kobiet, zabytków z przeszłości i różnorodności biologicznej, kryjącej się w krajobrazie pojeziernym i cieniu turbin wiatrowych.

kaligrafia1

Zamieszczone fotki, od góry:

  •  Czarownica z Giław, zdjęcie podczas Kiermasu Warmińskiego w Bałdach
  •  Zdjęcie z wykładu w Garbnie (tuż przed rozpoczęciem)
  •  Kaligrafia, pisanie gęsim piórem (Niebieskie Piórko 2015)

Więcej o maści do latania i bioróżnorodności w garnku.

https://czachorowski.home.blog/2014/04/15/bylica-piwo-pieczona-ges-i-masc-do-latania/l

https://czachorowski.home.blog/2014/04/14/o-bylicy-plodnosci-przyprawach-kadzidle-i-starodawnym-srodku-na-robaki-i-na-wszy/

http://ro.com.pl/wakacyjne-przygody-z-jadalnymi-chwastami-i-mascia-do-latania/01140687

Dzieci i emeryci na uniwersytecie

warszawawydzialSobotni poranek w Warszawie, widok z akademika na Wydział Biologii UW. Tłumy dzieci z rodzicami wchodzą do budynku. Na początku zdziwienie – czego oni szukają na Wydziale Biologii, przecież na studentów nie wyglądają? Potem szybka refleksja, przecież i u nas tak jest, zmienia się oblicze uniwersytetów. Jeszcze kilkanaście lat temu w sobotę i niedzielę można było spotkać tłumy studentów zaocznych. To była swoista „pożyczka PRLu”. Nadrabiali zaległości, wcześniej nie mieli możliwości studiować, bo brakowało miejsc i nie mieli pieniędzy na studiowanie (ich rodzice). Jako dorośli i pracujący uzupełniali wiedzę i finansowali rozwój uczelni. Później w weekendy wielu dorosłych się pojawiało również, ale byli (i są) to słuchacze studiów podyplomowych. Kształcenie ustawiczne i uzupełnianie oraz aktualizowanie wiedzy.

Teraz w dniach wolnych od nauki dla „zwykłych” studentów na uniwersytecie pojawiają się dzieci i młodzież. Czasem także… emeryci, bo jak grzyby po deszczy wyrastają uniwersytety trzeciego wieku. Powstaje taki teraz w Barczewie. Niemalże każde już miasteczko ma swój uniwersytet trzeciego wieku. Bo ludzie chcą się kształcić nie z powodów zawodowych ale z ciekawości i pędu do czystej wiedzy.

Zmienia się oblicze uniwersytetów, uczelnie wyższe dalej kształcą i upowszechniają wiedzę, ale zmieniają się studenci. To nie znaczy, że dziennych („normalnych”) studentów już nie będzie. Będą, ale zmieniają się proporcje i w tych samych murach uniwersyteckich pojawiają się przedstawiciele wszystkich pokoleń. Uniwersytety otwierają się na różne formy upowszechniania wiedzy i kształcenie ustawiczne. Uniwersytety próbują się do nowej rzeczywistości dostosować. Misja pozostaje ta sama, zmieniają się formy i społeczne oczekiwania.

Cittalsow – jakość zamiast ilości

cittal1

W idei cittaslow, powolnego życia w małym mieście, zawarte jest dążenie do podnoszenia jakości życia zamiast wydajności. W tym kontekście lepsza jest bezczynność niż wykonywanie pracy bzdurnej. Żyjemy w erze nadprodukcji rzeczy zbędnych, jednorazowych, śmieci w momencie powstania. Po co więc produkować śmietnik?

Żyjemy w epoce przyspieszonego przemijania. W sklepach trudno kupić latem odzież letnią czy buty – bo kolekcje letnie wyprzedano już wiosną, jako schodzące i likwidowane. Pośpiech tak duży, że kolekcje odzieży są wymieniane  z dużym wyprzężeniem. W rezultacie przemija (kolekcja) zanim nastanie (pora, do której była adresowana).

Wolniej – znaczy pełniej, dokładniej, głębiej. W czasie wakacyjnego wypoczynku jedziemy do dalekich egzotycznych krajów. Ale niczego nie poznajemy, to tylko surogat podróży. Siedzimy w jednolitych hotelach i jednakowych plażach. Odwiedzamy miejsca, które już znamy (ze zdjęć, z filmów). W rezultacie niczego nie poznajemy. Podróż to poznawanie zwłaszcza ludzi. Na to trzeba czasu. By posiedzieć, ponudzić się, czekać na spotkanie.
Podróżowanie to stan ducha a nie pokonywana odległość.
Po co wiec pracować po 14 godzin na dobę? By w czasie urlopu samolotem polecieć gdzież daleko nie odbywając tak w zasadzie w ogóle podróży?

Czasem wiec lepsza jest bezczynność czyż męczące wykonywanie bzdurnej pracy ku szybszemu przemijaniu. Jeszcze się nie nacieszymy, a już przemija… Cittaslow, to powrót do… miasta z ludźmi.