System klanowy, zarządzanie rozkazywaniem lub przekonywaniem oraz krajowe ramy kwalifikacji

Polska w 2012 roku stała u progu zmian – wtedy następowało wprowadzenie Polskiej Ramy Kwalifikacji (Krajowe Ramy Kwalifikacji), co miało promować edukację opartą na rzeczywistych efektach uczenia się. Ważniejsze miało się stać nie to, jaki kurs czy studia skończyliśmy, ale to, co wiemy i co dzięki temu potrafimy zrobić. Minęły ponad dwa lata. O KrK na uczelniach mówi się dużo, ale czy rzeczywiście coś się zmieniło? Dyplomy powinny mówić o tym, co dana osoba naprawdę umie robić, a nie ile lat chodziła do szkoły czy studiowała. Miało być pięknie a wyszło jak zwykle. Dlaczego?

Para poszła w gwizdek, brak było i jest dyskusji merytorycznych i strategicznych a omawiane są szeroko jedynie sprawy techniczne i trzeciorzędne. Wysiłek skupiony jest na dopracowywaniu systemu komputerowego i obiegu dokumentów. Dlaczego tak mało rzeczywistych i oczekiwanych efektów? Moim zdaniem wynika to ze sposobu zarządzania, wielokrotnie już krytykowanego przez specjalistów nie tylko w odniesieniu do szkolnictwa wyższego. Był komunikat „macie wykonać”. Ale bez próby przekonania dlaczego to zrobić. Mus to mus, i tak zostało to zrobione. Czyli jak zwykle.

Na wszystkich szczeblach, poczynając od ministerialnego, zabrakło przekonywania co do samej istoty (w każdym razie zbyt mało do potrzeb było tego przekonywania i uzasadniania). Środowisko nie poczuło identyfikacji z zadaniem do wykonania. Identyfikacja to poczucie, że jest moje, że akceptuję i że warto. Ludzie potrzebują widzieć sens wykonywanych czynności, od sprzątania aż po edukację uniwersytecką.

Było odgórne polecenie – no to trzeba zrobić, aby się tylko w papierach zgadzało, jak będą kontrolowali. Wykonanie administracyjne, powstała uciążliwa struktura (sylabusy i system komputerowy), ale cel (jeszcze) nie został osiągnięty. Ten zasadniczy cel. Czynności i działań było dużo, aż się pot lał z czoła i złorzeczenie na zajmowanie czasu. Ale od tego mieszania w szklance herbata wcale nie robi się słodsza.

Jest jak było, tylko więcej administracyjnej i biurokratycznej pracy ma każdy nauczyciel akademicki (dużo więcej papierów i tabelek do pouzupełniania). Oczywiście bym przesadził, gdybym mówił, że nic sensownego się nie wydarzyło. Cały proces coś jednak dał: zastanawianie się nad celami. Było i jest tego jednak zbyt mało w stosunku do potrzeb. Jednak uczelnie dalej nie skupiają się na edukacji. Dlaczego?

Bo brak etosu, zaangażowania i identyfikacji, a karierę robi się w oparciu o publikacje. A nie jakąś tam dydaktykę czy jakość nauczania. Punktami mierzymy wartość publikacji. A dydaktyka? Zero zainteresowania. Jest i tyle. Niby ma być w uwzględniona postępowaniu habilitacyjnym (i innych awansach akademickich)…. Ale kto do tego przywiązuje rzeczywistą uwagę? Jak się pracuje to się jakieś zajęcia prowadzi i to wystarcza. W postępowaniu habilitacyjnym zrezygnowano nawet z wykładu w czasie kolokwium. A przecież habilitacja i wykład kiedyś dawały prawo do nauczania na uczelniach, prawo do wykładania. Bo w jakiś stopniu poświadczało kompetencje akademickie: potrafi coś zrobić nowego (dorobek naukowy) i mówić o tym (wykład). Teraz wychodzi na to, że uczyć może każdy…. I dlatego jest jak jest.

Założenia i plany były bardzo sensowne (w odniesieniu do Krajowych Rak Kwalifikacji). Zapoznałem się z nimi. Nakierowanie uwagi na cele a nie godziny i plany. Możliwość walidacji wiedzy dla osób, które nie uczęszczały na zajęcia. Tak mają (miały) być sformułowane efekty edukacyjne, aby osoba z ulicy mogła przyjść, zdać egzamin z kompetencji i otrzymać dyplom. Bo nie liczy się czas chodzenia do szkoły ale rzeczywista wiedza i umiejętności. Czyli otwiera się droga dla walidacji i kształcenia pozaformalnego. Takie podejdzie ogromnie mi się podobało. Dalej jest jednak tylko postulatem. Przecież tak jest w egzaminie na prawo jazdy – nie trzeba chodzić na kurs, można nauczyć się samemu (ekstermistycznie). Kompetencje sprawdza egzamin teoretyczny i praktyczny. I dostaje się dyplom – prawo jazdy. Dla uczelni to problem… bo musi mocno i sensownie zastanowić się, jakie efekty edukacyjne ma osiągnąć absolwent i jak to wiarygodnie sprawdzić (teraz sprawdza głównie czy chodzi na zajęcia i zalicza przedmioty). To zostało prawie całkowicie przemilczane i zostało poza powszechną dyskusją. Tkwimy w siatkach godzin, planach zajęć i sylabusach. Zbierane są dane cząstkowe ale w gruncie rzeczy nie są sprawdzane ani analizowane i nie wracają informacje zwrotne do nauczycieli akademicki. Rób coś i wypełniaj papiery. Bo w papierach ma się zgadzać. Sprawdzano czy zgadzają się trzeciorzędne szczegóły… ale nie sens, cele i zgodność z celami kierunkowymi i misją uniwersytetu.

Działalność pozorna i pozorowana, dużo pracy i wysiłku ale zupełnie poza efektem. Owszem, to bardzo duży wysiłek i wymaga dużego zaangażowania. A jeśli wydano tylko polecenie… to dlaczego pracownik, który nie identyfikuje się z założeniami i sensem tych zmian, miałby wkładać w proces swoją energię? Tym bardziej, że nie rozumie co i po co się robi. System komputerowego wybory jest odmóżdżający, mocno ograniczony (wybiera się to co najbardziej pasuje). W papierach wszystko gra, w sensie edukacji nic lub bardzo niewiele się zmieniło. Jest tylko walka o godziny – bo to walka o miejsce pracy, kosztem kolegów i koleżanek a nie dbałość o jakość finalną. Byłem ja miał godziny… a potem to choćby potop. Czy absolwent znajdzie pracę? Byle studenci na zajęciach byli…

Dydaktyka akademicka choruje tak jak cały system edukacyjny. Brak celów, brak etosu, brak poczucia misji. Pozostaje korporacyjny wyścig szczurów w indywidualnej karierze i ewentualnie w drobnych geszeftach (cwaniaczków nie brakuje w żadnej grupie zawodowej). Jakoś się w życiu trzeba ustawić. A wszystko przez kulturę pracy: wydawanie poleceń ale nie przekonywanie co do sensu. Kultura zarządza bardzo niska i rodem z feudalizmu lub autorytarnego PRLu. W konkurencji międzynarodowej z takim systemie przegramy. Już przegrywamy…

Jesteś tym, kogo znasz a nie tym co umiesz. Jest to po prostu dobieranie plemienne a nie zadaniowe. I tu i tam wybieramy (dobieramy ludzi) najlepszych… tylko cel jest inny (mój człowiek z mojego plemienia, klanu, grupy lub człowiek o najlepszych kompetencja do konkretnego zadania). W takim systemie po co są kompetencje, po co skupiać się na rzeczywistej wiedzy, umiejętnościach i kompetencja? Przecież liczy się to, z jakiego klanu jestem (stada, plemienia, hordy – tak jak przez setki tysięcy lat Homo sapiens). Widać to w samorządach, miejscach pracy, parlamencie…. Wydolność takiego systemu jest niska. Wspierasz swoich a nie kompetencje? Zysk chwilowy i ułuda zwycięstwa, bo i tak przegrasz, razem ze wszystkimi. Wyobraź sobie jazdę samochodem osobowym w daleką podróż. Kogo wybierzesz na kierowcę? Tego, kogo najbardziej lubisz (z twego klanu) czy najlepszego kierowcę? Pierwsza alternatywa da ci szybką satysfakcje i poczucie zwycięstwa… druga długofalowy spokój jazdy i bezpieczne oraz szybkie dotarcie do celu…. A czy umiesz wybierać według kompetencji? Czy to kiedykolwiek robiłeś (aś)?

c.d.n. (bo wszystkiego w krótkim tekście nie da się wypowiedzieć)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s